środa, 29 sierpnia 2018

Liberalizm Hamiltona kontra liberalizm Jeffersona

Artykuł ten dotyczy dynamiki amerykańskich sporów politycznych o wolność, które nadal zdają się przebiegać w kotlinach wykopanych przez Alexandra Hamiltona i Thomasa Jeffersona. Hamilton nie urodził się na terenie dzisiejszych USA, po czym mieszkał w kosmopolitycznym Nowym Jorku, stąd jego optyka musiała być bardziej narodowa i federalna niż wirginijska, ziemiańska optyka Jeffersona. W swej książce: „Odwaga nadziei” Barack Obama wyrażał zaniepokojenie faktem, że zwolennicy różnych opcji politycznych w USA nie mogą się porozumieć, ponieważ wprawdzie używają tych samych słów, ale inaczej rozumieją ich znaczenie. Tak jest zwłaszcza ze słowem „wolność”. W kwestiach gospodarczych Obama przyznawał rację Alexandrowi Hamiltonowi, który dostrzegł potencjał we współpracy rządu i przedsiębiorców i stworzył de facto amerykański rynek finansowy, co kolidowało z agrarnymi wizjami Jeffersona, który uważał miasta i handel za moralnie złe, a wieś i rolnictwo za dobre, a jednak przydało się tworząc atmosferę mobilności, typowej dla dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Problem polega na tym, że prawica i lewica w USA widzą tylko niektóre naruszenia wolności (podsłuch antyterrorystyczny i nadzór nad seksualnością tak, ale interwencjonizm i kontrola broni – nie – wołają republikanie, zaś demokraci oburzają się na łamanie wolności prasy, ale już nie na ciężkie koszty regulacji prawnych dla drobnych przedsiębiorców). Problemy te przywołują na myśl spory Hamiltona z Jeffersonem, którzy także w niczym się nie zgadzali, a obaj przemawiali w imię wolności. Zresztą Obama też okazał się niestety prezydentem stronniczym, ślepym na jedno oko. Spory Donalda Trumpa z demokratami również zasadzają się na rozmaitym rozumieniu wolności; przecież spór o to czy należy w imię wolności otwierać granice na nawet nielegalnych imigrantów, czy też należy chronić społeczeństwo liberalne zachodnie przed ludźmi, którzy go nie cenią lub nie rozumieją jest sporem w rodzinie liberałów, podobnie jak spór o outsourcing osłabiający ekonomiczna bazę dla rodzin i jednostek. Być może Hamilton i Jefferson mieli rację, że jedność jest mrzonką i trzeba walczyć bezkompromisowo o swoje rozumienie wolności.

Markiz de La Fayette mówił, że walczył o niepodległość Ameryki, dlatego by „wolność miała państwo”. I udało się to znakomicie, choć nie bez trudności, lecz wolność trudno zdefiniować. Jak stwierdził baron de Montesquieu; „Nie ma słowa, któremu by dawano więcej rozmaitych znaczeń i które by w tyle sposobów przemawiało do ludzi co słowo „wolność”. Wieloznaczność pojęcia „wolność” ciekawie pokazuje Nicolas Grimaldi: „Wolność nie jest ani prostym pojęciem, ani też jednoznacznym doświadczeniem. Utożsamiana zarówno z przypadkowością, jak i z koniecznością, z możliwością zaspokajania pragnień i z umiejętnością rezygnacji z nich, wolność może zostać zdefiniowana zarówno jako fakt czysto metafizyczny, jak i jako aktywność ściśle polityczna. Rozpoznajemy ja czasami jako przynależną woli, a czasami jako cel, do którego ta wola właśnie dąży”. Grimaldi uważa, że w wyniku każdego przewrotu czy rewolucji dokonanej w imię wolności, z początku tracimy wszelka wolność jaką cieszyliśmy się poprzednio. Grimaldi przytacza słowa Rousseau, który uważał ludzi żyjących w ustrojach podobnych dzisiejszym demokracjom parlamentarnym, za nie mniej zniewolonych, niż poddanych monarchy (Grimaldi 2007, s. 5-7).

Wystarczy otworzyć jakikolwiek słownik filozoficzny (Podsiad, Więckowski 1983, s. 425, Łagodzki, Pyszczek 2000, s. 352-354), by znaleźć mnóstwo definicji rodzajów wolności. W metafizyce wolność to całkowita niezależność istoty żywej od czegokolwiek, co oznacza, że naprawdę wolny jest jedynie absolut, do którego odnosimy się w naszych rozważaniach. W dziedzinie stosunków międzyludzkich wolność oznacza brak skrępowania jednostki ludzkiej uwolnionej z więzów fizycznych (np. wolność przemieszczania się), psychicznych (spontaniczność), duchowych (tolerancja religijna), moralnych (m.in. libertynizm), prawnych (przywileje, swobody obywatelskie w ramach obowiązujących praw), ekonomicznych (liberalizm ekonomiczny) czy społecznych (konstytucjonalizm, teoria walki klas). Te rodzaje wolności dotyczą politycznej sfery życia człowieka i stanowią jak najbardziej przedmiot tej pracy. Lista ta nie wyczerpuje jednak wszystkich podziałów filozoficznych dotyczących wolności. Nic więc dziwnego, że dla Hamiltona i Jeffersona oznaczała co innego.

Alexander Hamilton był ojcem większości ważnych instytucji amerykańskich z pierwszym amerykańskim bankiem centralnym i giełdą na czele. Hamilton nie urodził się w Ameryce Północnej, lecz pochodził z Wysp Podwietrznych, położonych niedaleko dzisiejszej Wenezueli. Hamilton był synem szkockiego kupca i Francuzki, a więc był Amerykaninem z wyboru, a nie z urodzenia (Wizje Stanów Zjednoczonych, s. 341), stąd spoglądał na USA jak na całość, nie zaś na zgrupowanie stanów. Nie był związany emocjonalnie z żadnym pojedynczym stanem, stąd jego silny federalizm.

Był człowiekiem czynu; kupcem i wojskowym. Nie pisał pamiętników, a giętkich słów używał nie dla akademickich czy filozoficznych dywagacji, lecz by osiągnąć efekt polityczny (Rusinowa 1990, s.5). Lubił silną egzekutywę, nie zaś lubił demokracji, trochę jak Benjamin Franklin który uważał, że „Demokracja jest wtedy, kiedy dwa wilki i owca głosują, co zjedzą na obiad. Wolność jest wtedy, kiedy dobrze uzbrojona owca podważa wynik głosowania”. Hamilton uważał, że przede wszystkim system polityczny powinien wyzwalać aktywność jednostki. Jako utalentowany dziennikarz walczył o wolność prasy. Był klasycznym liberałem bez demokratycznej domieszki. Jego ojciec James Hamilton, szkocki arystokrata bez majątku szukał szczęścia w Indiach Zachodnich, gdzie przybył ok. 1750 r. Nie umiał jednak specjalnych kupieckich talentów. Wiadomo, że w 1765 roku rodzina mieszkała na wyspie St. Christopher gdzie James pracował u kupca Charlesa Inhrana (Rusinowa 1990, s. 10). Pomagali zasobni krewni matki. Rodzice jednak wkrótce rozstali się. Od 1769 czternastoletni Alexander pracował już w kantorze Nicolasa Crugera. Obserwował jak w fatalnych warunkach handluje się Afrykanami stąd jego późniejszy abolicjonizm. Hamilton był dość wysoki, szczupły i blady, ale energiczny, towarzyski i rozmowny. Pastor Hugh Knox, zaprzyjaźniony z profesorami z Princeton, nauczył młodego Alexandra. Prawdopodobnie to Knox wysłał Hamiltona do Brytyjskiej Ameryki na studia. W koledżu w New Jersey w 1773 AH mieszkał w jednym pokoju z Aaronem Burrem, z którym 30 lat potem będzie się pojedynkować (Rusinowa 1990, s. 18). Hamilton nauczył się dobrze języka francuskiego, ówczesnego języka międzynarodowego. Szybko przeniósł się na studia do Nowego Jorku. Studiował tam do początku 1776 czyli do zajęcia miasta przez Brytyjczyków. Hamilton jako student poznał pisma polityczne Henry’ego Bolingbroke’a i Samuela Johnsona, oraz Voltaire’a, którego podziwiał za klarowność myśli. Za Davidem Hume’m uważał, że moralne jest to co społecznie użyteczne (Rusinowa 1990, s. 64). Uważał się za Anglika, dlatego brutalne kroki Korony wobec Bostończyków były dlań szokiem. Od 1775 uczył się musztry, ale gardził radykalizmem. Dnia 10 maja 1775 roku bronił rektora Milesa Coopera przed antybrytyjskim tłumem, przypominając jego zasługi dla edukacji (Rusinowa 1990, s. 27). W czasie wojny najpierw służył u gen. Nathaniela Greena, również samouka wojskowości, szybko jednak zachwycony charyzmą i umysłem Hamiltona, Washington uczynił z niego swego adiutanta. Już podczas wojny AH wiedział wady braku władzy centralnej (Rusiłowa 1990, s. 46). Kongres miał zbyt wielką władzę, i był zbyt skupiony na szczegółach, egzekutywy właściwie było brak. Marzył o Federacji związanej wspólnymi interesami, by nie powielać błędów Europy. By wykształcić rasę Amerykanów pewnych siebie i odważnych. Jako Antylczyk-Nowojorczyk nie miał prowincjonalnej mentalności.

W 1781 roku w Nowym Jorku powstał Bank of North America, który będzie stanowił dla Hamiltona inspirację jego własnych pomysłów ekonomicznych dla USA jako całości. Od 1782 roku Hamilton związany był politycznie z kupcem i generałem Schuylerem i federalistami (Rusinowa 1990, s. 62), czyli zwolennikami centralizacji. Jak oni, postulował stworzenie ogólnonarodowego rynku. W 1783 roku otworzył kancelarię w Albany, w stanie Nowy Jork. Bronił m.in. lojalistycznych kupców jak Benjamina Waddingtona, których chciał zatrzymać w Nowym Jorku ze względów gospodarczych. W 1786 roku Hamilton był delegatem na zjazd w Annapolis, gdzie z jego poglądami zgadzali się mniej więcej Edmund Randolph z Wirginii i James Madison. W 1787 roku Hamilton nadal uważał, że najlepszym ustrojem jest monarchia typu brytyjskiego, a celem rządu jest przede wszystkim rozwój gospodarczy, a nie swobody obywatelskie (Rusinowa 1990, s. 87). Lud jest niespokojny i zmienny, korupcja jest nieunikniona, można ją więc jedynie ograniczać był też, jak wszyscy niemal kupcy w tych czasach, zwolennikiem merkantylizmu. Za przykładem Roberta Walpole’a, legendarnego premiera Wielkiej Brytanii w latach 1721-1742, który był ceniony przez kupców, Hamilton współpracował z holenderskimi bankierami i postulował utworzenie sinking fund czyli funduszu amortyzacyjnego oraz banku centralnego. Martwił się brakiem kapitału i lenistwem ludu. Do 1790 roku Hamilton nie miał wielu wrogów, dobre wyniki gospodarcze świadczyły, ze ludzie tacy jak Hamilton najlepiej wiedzą co robić. Jego cnetralizm zraził jednak doń Madisona, który czuł się podobnie jak Jefferson, głównie wirginijskim ziemianinem. Również kolega ze studiów Aaron Burr opuścił Hamiltona. Hamiltonowi nie udało się zcentralizować banków, ale stworzył dług publiczny (Rusinowa 1990, s. 140). Był wizjonerem; wierzył, że w przyszłości maszyny zastąpią pracę ludzi. Cieszył się, że coraz to nowe gałęzie przemysłu w USA są niezależne od Londynu.

Jeffersona i Hamiltona niewiele łączyło. Jefferson był idealistą i w zasadzie nie rozumieł gospodarki poza rolnictwem, dlatego podobały mu się poglądy francuskich fizjokratów – wolnorynkowych, ale ignorujących zupełnie handel i przemysł, dla niego nazwisko Walpole oznaczało głównie korupcję. Obaj byli emotywistami jak Hume, ale Jefferson kochał bardziej rewolucję niż władzę, bo urodził się we wpływowej rodzinie, Hamilton lubił rządzić, ponieważ kiedyś był biedny (Rusinowa 1990, s. 154). Jefferson i Hamilton byli członkami tego samego rządu, odpowiadając odpowiednio za sprawy zagraniczne i skarb, ale w niczym się nie zgadzali ku rozpaczy prezydenta Washingtona. Jefferson wykorzystywał przeciw Hamiltonowi to, że ten czasem przekraczał swe kompetencje i dokładał zmyślonych zarzutów, Hamilton zemścił się wyciągając na światło dzienne ocierające się o zdradę stanu wspólne działania Jeffersona z ambasadą rewolucyjnej Francji. W 1794 roku zdyskredytowany Jefferson trzymał się na uboczu, a zwycięski Hamilton rozbudował flotę wojenną, i zawarł korzystny traktat handlowy z Brytyjczykami. Przewidywał nagrody za wynalazki, cła ochronne, subwencje rzadowe za zakładanie nowych przedsiębiorstw. Niestety w 1795 roku sprawy rodzinne zmusiły go do rezygnacji z funkcji sekretarza skarbu. Oglądając rozwój wydarzeń i prezydenturę Johna Adamsa z Nowego Jorku, miał nadzieję, że wspólna armia - tworzona na wypadek wojny z Francja pod koniec lat 90. przyda się do wytworzenia ogólnonarodowej tożsamości, więc podjął z zapałem pomysł tworzenia jej, choć uważał, że Francja nie stanowi wielkiego zagrożenia.

Jako zwolennik centralizmu i silnego rządu federalnego Hamilton wyraził w 1784 roku pogląd, że wolność zachowana może być nawet pod silną władzą, jeśli tylko rząd zastosuje się do zasad „dobrego rządzenia” (govern well). Uważał że możliwy jest 1 ustrój dla 13 stanów, wbrew twierdzeniom francuskich republikanów klasycznych. W numerze 9 „Federalisty” przestrzegał Nowojorczyków przed losem Grecji i słabej unii. Reklamuje angielski govenmental ballance i po raz już kolejny krytykuje Montesquieu za założenie, iż tylko małe kraje mogą być republikami (Wizje Stanów, s. 373). W Federaliście nr. 84 doradza wolność prasy na wzór brytyjski, której nie szkodzi nawet wysokie opodatkowanie owej prasy (Wizje Stanów, s. 384).

W połowie XVIII wieku w Europie uważano, że wilgotność klimatu w USA powoduje gorszość natury i życia społecznego w Ameryce. Alexander Hamilton polemizował z tym poglądem (Mak 2014, s. 284). Hamilton uważał takie poglądy za wyraz nieuzasadnionej europejskiej pychy. Warto przywołać tu wypowiedź Alexandra Hamiltona z 11 numeru „Federalist Papers” (1788):

„…Niektóre fakty zbyt długo świadczyły na korzyść aroganckich pretensji Europejczyka. Teraz to my musimy wziąć na siebie ratowanie honoru rasy ludzkiej i nauczyć naszego zadufanego brata skromności. W razie podziału stalibyśmy się natomiast kolejnymi ofiarami triumfu człowieka z Europy. Sprawmy by Amerykanie nie byli narzędziami potęgi Starego Kontynentu. Pozwólmy trzynastu stanom związanym silna i nierozwiązywalną unią, zbudować wielki amerykański system – system przeważający nad wszelką kontrolą i przemocą transatlantycką, taki który będzie w końcu dyktować warunki stosunków między starym i nowym światem…” (Joas, Wiegandt 2012, s. 356).

Długo Hamitona wspierał ideowo James Madison (1751-1836), Madison uważał USA za istny cud świata, zupełnie wyjątkową wolną republikę. W innym miejscu Madison przytomnie stwierdzał, że sumienie to też własność (Wizje Stanów, s. 438), własność osobistych przekonań i myśli. Hamilton stanowi jakby pierwowzór współczesnego prawicowego czyli klasycznego liberała.

Co ciekawe Thomas Jefferson, w czepku urodzony ziemian w Wirginii był równie przekonany o wyjątkowości Ameryki, ale wydaje się jeszcze bardziej zżyty z międzynarodową rewolucją niż z Ameryką. Każdy rząd uważał za potencjalne zagrożenie, nawet „własny” rząd ponadstanowy czyli federalny. Trudno powiedzieć ile w tej obawie było wirginijskości, a ile innych komponentów jego światopoglądu. Można bowiem powiedzieć, że Jefferson stanowił unikalne połączenie antycentralizmu, agraryzmu i libertarianizmu. Swoje demokratyczno-liberalne poglądy zawdzięczał swemu nauczycielowi matematyki szkotowi Williamowi Smallowi (Wizje Stanów Zjednoczonych, s. 177). W czasie konfliktu z Koroną Brytyjską, radził Jeffeson Jerzemu III, by dobrał choć jednego Amerykanina jako eksperta do spraw amerykańskich, bo Londyńczycy nie znają Ameryki (Wizje Stanów Zjednoczonych, s. 204). W piśmie o wolności religijnych Wirginii w 1779 roku opowiedział się przeciw cenzurze, ponieważ żadna szkodliwość jakichkolwiek poglądów nie jest tak groźna jak pozwolenie by władza decydowała które wolno, a których nie wolno rozpowszechniać (Wizje Stanów Zjednoczonych, s. 207). Bronił ateistów i dysydentów religijnych oraz innowierców, uważając, że odmienny pogląd metafizyczny nikogo nie rani (Wizje Stanów Zjednoczonych, 233), a losy Galileusza mogą świadczyć, że nigdy nie wiadomo kto ma rację. Jefferson sprzeciwia się europejskiemu z ducha nakładaniu kajdan na naukę (Wizje Stanów Zjednoczonych, s. 234). Nie jest przekonany do merkantylizmu i autarkii gospodarczej, uważa, że może pasuje to Europie, ale niekoniecznie USA. Niechże większość przemysłu pozostanie w Europie, ludzie pracujący na roli to wybrańcy Boga (Wizje Stanów Zjednoczonych, s. 239).

Od 1792 roku elity polityczne USA dość trwale dzieliły się na centralistyczną Partię Federalistyczną kierowaną przez Alexandra Hamiltona i anty-centralistyczną Partię Demokratyczno-Republikańską Thomasa Jeffersona. Jak dotąd widzimy, że mocno krańcowo odmiennego poglądu na przeznaczenie historyczne USA, zarówno Jefferson jak i Hamilton odrzucali to co europejskie na wielu płaszczyznach identyfikując to z despotycznymi zapędami, oraz byli dumni z bycia Amerykanami, z tego nowego startu, czy też ojczyzny wolności. Postulat wolności prasy i swobody badań naukowych również ich łączył.

Jefferson był od Hamiltona bardziej europejski także w tym sensie, że bardziej przypominał mentalnie utopijnego filozofa znad Sekwany w typie Diderota niż trzeźwego londyńskiego kupca, lub sceptycznego Szkota Hume’a. W marcu 1785 roku Jefferson przybył do Paryża jako minister pełnomocny USA, w maju tego roku ten bogaty, choć zadłużony ziemianin, wynajął Hôtel de Langeac jako swą siedzibę, za 7500 liwrów rocznie. Jeszcze w tym roku zdobył zaufanie Fryderyka II Pruskiego, który zawarł z USA traktat handlowy, kończąc izolację ekonomiczną tego kraju. Jefferson miał nienaganne maniery i interesował się architekturą, co szybko zjednało mu popularność i sympatię paryskiej elity. Swą córkę Patsy umieścił w szkole klasztornej, co później spowodowało, iż musiał potem zwalczyć jej chęć do zastania zakonnicą. W styczniu 1787 roku bał się, że zamieszki w Massachusetts (tzw: Shays' Rebellion), zmniejszą zaufanie do ustroju amerykańskiego. Jefferson był zwolennikiem łagodnych wychowawczych bardziej niż represyjnych kar dla buntowników i cieszył się, że Francuzi uznali, że USA radzą sobie z problemami. Sam miał jak najgorsze zdanie o większości rządów Europy: „…Lepiej Indianie żyją bez rządu a jedynie z opinia publiczną, niż Europejczycy gdzie wilki rządzą jagniętami… (Wizje Stanów Zjednoczonych, s. 243) i ukuł tezę, głoszącą, że im władza surowsza tym więcej rebelii (w USA w ciągu 11 lat jedna rebelia i to tylko na terytorium jednego stanu, w W. Brytanii jedna na 6 lat, we Francji jedna na rok, a w despotycznej Turcji – codziennie). Wnioski Jeffersona są pochodną jego idealistycznego agraryzmu, tj. poglądu, że lepiej by zajęciem Amerykanów „…pozostało przede wszystkim rolnictwo i byśmy nie stłaczali się w wielkich miastach jak tu w Europie, gdzie panuje z tego powodu miejskie zepsucie…”. Marzenia Jeffersona, skądinąd bystrego obrońcy wolności przed zakusami rządu federalnego, przypominają niekiedy sentymentalny ton Rousseau. Amerykanin narzekał na brak moralności francuskich arystokratycznych elit; nie wiadomo jednak czy chodziło mu o nieprzyzwoitość czy brak dyskrecji; w końcu sam był człowiekiem romansującym z własną niewolnicą. W 1787 roku Jeffersona wybrano znów ministrem pełnomocnym we Francji. Jednak w listopadzie następnego roku, widząc wzbierające oznaki rewolucji, prosił o urlop, który jednak dostał z dużym opóźnieniem, z powodu ociężałości demokratycznych procesów decyzyjnych. Gdy zdobyto Bastylię, Jefferson poparł werbalnie idee rewolucji, nie chwaląc jednak chaosu, w jakim postępowała. Jego zamierzenia pozostania neutralnym, pogrzebał markiz de La Fayette, który poprosił go o pomoc m.in. w spisaniu karty praw przedstawionej potem królowi. W samych Stanach Zjednoczonych przyjęto dobrze ograniczenie władzy królewskiej, jednak wywyższanie się plebsu ponad szlachtę budziło zaniepokojenie.

Thomas Jefferson, który tak bardzo bał się zakusów rządu federalnego i Hamiltona, nie umiał przewidzieć okrucieństw rewolucji francuskiej, przepowiadając w 1789 roku, że wszystko „dobrze się ułoży”. To jednak, że nie przewidział rozlewu krwi, nie znaczy jednak wcale, ze patrzył na kondycję Francji przez różowe okulary. W 1788 i 1789 roku jego ocena działalności króla i rządu była coraz bardziej krytyczna, a frywolny ton wczesnych jego listów z poselstwa we Francji (1784-1789) zniknął (Jefferson 1829, Ellis 1997, s. 126-127). Jefferson jako lider Demokratycznych Republikanów wyznawał bowiem, jak pisze Zofia Libiszowska, „francuską wizję wolności” ze sprzeciwem wobec jakichkolwiek ustrojowych czy dziedzicznych przywilejów; to miał na myśli twierdząc, że „świat należy do żywych”, i z dużym naciskiem na równość obywatelską (Libiszowska 1984, s. 170-171), co przekładało się także na jego polityczne poparcie dla rewolucyjnej Francji (Pastusiak 1996, s. 90).

Dla Jeffersona stara monarchiczna Francja nie mogła być wzorem, ale budząca się Francja rewolucyjna była przynajmniej inspiracją. Tak samo jak Hamilton miał nadzieję, ze Amerykanin będzie nowym człowiekiem, żyjącym lepiej i mądrzej niż przeciętny Europejczyk, tylko co innego uważał za mądrość. Hamilton uważał, że USA będą odgrywać coraz większa role w świecie, dzięki docenianiu pełni ludzkiego potencjału, był typowym merytokratą. Jefferson był raczej prorokiem demokratyzmu i utopijnego społeczeństwa filozoficznego, choć swoich niewolników nie uwolnił. Tym, co stanowiło o jednorodności amerykańskiej myśli politycznej trzech pierwszych dekad istnienia USA, a odróżniało ją od np. brytyjskiej, był silny demokratyzm. Nawet tak „arystokratyczny” w swych przekonaniach Hamilton uważał, że „prawo uczestniczenia w rządzeniu” (right to share in the government) spełniane w demokratycznym głosowaniu, jest takim samą własnością obywatela, jak każda inna własność chroniona świętym prawem własności. Dla Hamiltona idea ta stanowiła kwintesencję wiggizmu (Hamilton 1957, s. 341). Wiadomo też, że Hamilton był za stopniową emancypacją czarnych, bo doceniał ich rolę w powstaniu przeciw Brytyjczykom. Wbrew przypisywanemu mu czasem autorytaryzmowi był też Hamilton zwolennikiem łagodnego postępowania wobec lojalistów (w 1775-1776 roku) i wobec uczestników antypodatkowej whisky rebelion (1799). W listopadzie 1775 roku opowiedział się przeciw podjęciu ostrzejszych kroków przeciwko torysowskiemu i lojalistycznemu dziennikarzowi i wydawcy Jamesowi Rivingtonowi, ze względu na zasadę wolności prasy, w którą głęboko wierzył, vide: (Hamilton 1957, s. 343-345, 356-357 i 369).

Niesamowite jest to, że obaj Jefferson i Hamilton są chętnie cytowani i chwaleni zarówno przez amerykańską prawicę i lewicę. Jako twórcy USA, ich patriotyzm jest poza podejrzeniem, a ranga polityczna i intelektualna ich sporu dodatkowo ten patriotyzm potwierdza. W Hamiltonie można dostrzec liberała, który przede wszystkim chce by każdy mógł zostać kowalem własnego losu, w Jeffersonie człowieka, który chce by USA niosły wolność światu, nic dziwnego, że obaj są bliscy większości Amerykanów. Obaj opowiadali się za wolnością słowa, więc nic dziwnego, że wolność słowa w USA jest większa niż gdzie indziej. Wysokiej randze ich obu, która choć każdy polityk i publicysta ma oczywiście swojego faworyta, pochodzi też stąd, że jeśli uznamy Hamiltona za prawicę (choćby według klucza podejścia do dziedziczenia majątku i pewnego elitaryzmu, oraz braku zaufania do mas), a Jeffersona za lewicę, to musimy zauważyć, że od ich czasów sporo się zmieniło. Dzisiaj to prawica jest libertariańsko-regionalistyczna, a lewica federalistyczna i centralistyczna w większości spraw i jest tak przynajmniej od czasów Franklina Delano Roosevelta. Dlatego proponując federalizację systemu ubezpieczeń zdrowotnych i cła protekcyjne Donald Trump napotkał na opór własnej partii, choć proponował rozwiązanie nadal wolnorynkowe, podobnie Hilary Clinton okazała się zbyt wolnorynkowa i kosmopolityczno-globalistyczna dla dużej części lewicy. Można było odnieść wrażenie, że przez chwilę scena polityczna wygląda jak za czasów Jeffersona i Hamiltona.

Obaj Jefferson i Hamilton byli kosmopolitami i jednocześnie dumnymi Amerykanami. Za wolnym rynkiem opowiadali się zarówno Hamilton jak i Jefferson choć starali się przeforsować szczególną opiekę państwa nad ich własnymi społecznościami. Hamilton chciał by taryfy celne chroniły kupców amerykańskich, zaś Jefferson chciał wolnego dostępu innych państw do amerykańskiego rynku, by ziemianie tacy jak on mogli sprzedawać płody rolne za granicę w sposób nieskrępowany, jednocześnie przez decentralizację chciał jak najbardziej odgrodzić rolnicze Południe od kupieckich elit Północy. Ta kupiecko-ziemiańska część sporu ich obu jest dziś już historią, ale same zagadnienia centralizmu, samorządu i stopnia zaufania do władz jest jak najbardziej nadal aktualny. Spór obu tych rzeczników wolności odbywał się tyle na płaszczyźnie poglądów co odczuć, i dotyczył tego co najtrudniejsze w polityce – zaufania. Także dziś znajdziemy takich którzy prędzej uwierzą masom niż kupcom, i odwrotnie.

BIBLIOGRAFIA:

• Ellis J.J., American Sphinx. The Character of Thomas Jefferson, Vintage Books New York 1997.

• The Federalist Papers with an introduction by Clinton Rossiter, New York 1962.

• Grimaldi N., Dylematy wolności, Kraków 2007.

• Hamilton A., The Basic ideas of Alexander Hamilton edited by Richard Morris, Pocket Library New York 1957.

• Jefferson Th., Memoir, Correspondence, and Miscellanies, from the Papers of Thomas Jefferson, F. Carr, and Co. Charlottesville 1829.

• Libiszowska Z., Thomas Jefferson, Ossolineum 1984.

• Łagodzki W., Pyszczek G. (red.), Leksykon PWN – filozofia, Warszawa 2000.

• Mak G., Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki, przeł. Małgorzata Diederen-Woźniak Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2014.

• Mitchell B., Alexander Hamilton: The national Adventure, vol. I-II, Mac Millan Company New York 1962.

• Obama B., Odwaga nadziei. Moja droga życiowa, wartości i ideały polityczne, Albatros Warszawa 2008.

• Pastusiak L., Historia dyplomacji Stanów Zjednoczonych (XVIII-XIX wiek), Warszawa/Toruń 1996.

• Podsiad A., Więckowski Z., Mały słownik terminów i pojęć filozoficznych dla studiujących filozofię chrześcijańską, Warszawa 1983.

• Rusinowa I., Aleksander Hamilton, Ossolineum Wrocław 1990.

• Wizje Stanów Zjednoczonych w pismach Ojców Założycieli, tłum. Andrzej Jaraczewki, PIW 1977.

sobota, 25 sierpnia 2018

Thomas Sowell: „Intelektualiści mądrzy i niemądrzy” - recenzja

W czasach widocznego zdurnienia „elit”, które przejawia się choćby w niemożności odróżnienia wyczerpanych głodem uciekinierów od spasionych cwaniaków rzucających ofiarowaną wodą w policję i naiwniaków NGO-idalnych, każdemu chyba warto polecić książkę Thomasa Sowella: „Intelektualiści mądrzy i niemądrzy” (wydanie polskie w tłumaczeniu Kamila Maksymiuka-Salamońskiego Fijorr Publishing Warszawa 2010, wydanie oryg.: Intellectuals and Society również z 2010 roku – choć raz coś nie tłumaczą u nas książki z opóźnieniem…).

Sowell to ciekawy człowiek. Urodził się w Karolinie Północnej, gdzie, jak wzmiankował w swojej biografii Personalna Odyseja, jego kontakt z białymi ludźmi był tak ograniczony, że sam nie wierzył, iż kolor "żółty" był możliwym kolorem włosów dla człowieka. Wraz z rodzeństwem przeniósł się do Harlemu, dzielnicy Nowego Jorku, pod opieką siostry matki (sam wierzył, że była jego matką, a ojciec zmarł przed jego narodzeniem). W wieku 17 lat z powodu rodzinnych kłopotów finansowych i pogarszającego się poziomu życia w domu porzucił szkołę średnią i rozpoczął samodzielne życie. Później służył w Marynarce Wojennej USA.

Intelekt nie jest mądrością, lecz mocą mózgu (Sowell 2010, s. 13). Intelekt może łatwo zrobić błyskotliwy wywód mający niewiele wspólnego z prawdą, np. jeśli wg Marxa praca fizyczna daje bogactwo, najbogatszymi krajami byłyby te z pokaźną siłą roboczą, podobnie z ideą Rawlsa, że sprawiedliwość jest „kategorycznie istotniejsza” niż wszystkie inne względy społeczne (Sowell 2010, s. 14). Orwell powiedział słusznie, ze niektóre idee są tak głupie, że może w nie uwierzyć tylko intelektualista (Sowell 2010, s. 15), bo jest bardziej oderwany od życia niż przeciętny człek. Intelektualista to człowiek, którego praca zaczyna się i kończy na ideach; Adam Smith nigdy nie prowadził firmy, a Marx gułagu (Sowell 2010, s. 17). Intelektualiści wymigują się we wszystkich czasach od wszelkiej odpowiedzialności, J.S. Mill uważał, ze powinni być wolni nawet od norm społecznych (Sowell 2010, s. 23). Potrafią się mylić kosmicznie; w 1968 roku Paul Ehrlich rzekł: „bitwa o wyżywienie całej ludzkości dobiegła końca”, po czym dekadę później świat nawiedzają straszliwe klęski głodowe (Sowell 2010, s. 24). Podobnie w 1965 roku Ralph Nader głosił, ze amerykańskie samochody są mniej bezpieczne, i choć żadne badania tego nie wykazały, nadal chodził w glorii mędrca.

G.B. Shaw wyśmiewał w 1933 roku strach Amerykanów przed dyktatorami, aż w końcu Hitler wziął się za Żydów, potem był już ślepy tylko wobec Stalina (Sowell 2010, s. 29), Keynes z równą swadą wypowiadał się na tematy sobie znane i absolutnie mu nieznane. Ponieważ, nikt nie ma tyle wiedzy by zrozumieć całość tego co się dzieje na świecie, czy choćby 1% z tego, zaleca Sowell wolne rynki i sędziowską powściągliwość, ponieważ bazują one na doświadczeniach całej ludzkości, a nie kilku intelektualistów (Sowell 2010, s. 35). Dewey ignorował fakt, że w zasadzie nie wiadomo jak zrobić lepsze społeczeństwo. Wiedzę sztucznie dzieli się na przyziemną (mundane) i elitarną, by ta pierwsza zbywać jako przesądy (Sowell 2010, s. 40). Termin: „przymusowa emerytura”, dobrze oddaje tą arogancję intelektualistów wobec zwykłych ludzi i ich doświadczeń (Sowell 2010, s. 41), podobnie wobec ludzi z przeszłości, zarzuca się np. uprzedzenia Cyceronowi, gdy odradzał kupno brytyjskich niewolników, a może wiedział o czym mówi, w końcu byli niepiśmienni i nie rozumieli życia w Rzymie… (Sowell 2010, s. 42). Ekspert w dziedzinach ideowych służy do przełamywania oporów społeczeństwa wobec ryzykownych projektów i tu w zasadzie leży jego główna niesławna rola (Sowell 2010, s. 47). Eksperci z ZSRR próbowali ustalić 24 milionów cen, rezultat totalna klapa. W USA zaprzeczali przez dekadę, że przestępczość od 1961 do 1974 roku wzrosła dwukrotnie (Sowell 2010, s. 49). Nota bene dodam, że po spadku z lat 80 i 90, dziś też wzrasta i też zaprzeczają, choć np. w Kaliforni życie jest coraz bardziej ryzykowne, ponieważ Obama przeszkadzał policji i usprawiedliwiał kolorowych bandytów i chuliganów.

Inteligenci maja w ogóle problem ze zrozumieniem pracy policji; np. nie rozumieją że z odległości 14-23 metrów w walce z bandytami na broń palną tylko ok 14% pocisków trafia w cel, więc policjanci muszą „marnować” wiele amunicji (Sowell 2010, s. 51). Taka ekonomia pocisków wydaje się absurdem tylko inteligentowi, który uważa się za chodzący trybunał rozumu. Racjonalizm może być krótkodystansowy a la np. Chamberlain lub długodystansowy jak np. Churchilla. Ponieważ ludzkość z elitami na czele preferuje ten pierwszy władze i media traktują np. każdy huragan jako coś nagłego i nieprzewidywalnego, choć to zjawisko cykliczne (Sowell 2010, s. 58).

Intelektualiści nie będący ekonomistami postrzegają ekonomię jako grę o sumie zerowej (Sowell 2010, s. 63), stąd nie rozumieją ani tego, że „sprawiedliwy podział” jest w dużej mierze fikcją, tego, ze różna praca ma różną produktywność i tego że biedny w 1950 i biedny w 2000 roku to zupełnie dwie różne rzeczy. Bez niedoborów nie byłoby ekonomii byłby Eden, kapitalizm obwiniany przez Deweya za niedobory, nie tworzy ich lecz jedynie je ujawnia (Sowell 2010, s. 80). Shaw twierdził jeszcze głupiej, że kapitalizm sztucznie ogranicza produkcję. Mercier de La Riviere czy Adam Smith rozumieli, ze brak kontroli nie oznacza chaosu, Marx już nie (Sowell 2010, s. 83), choć np. natury nie kontrolujemy, a chaotyczna nie jest. Dewey i Dworkin uznali, że przyczynowość systemowa to mit, wszystkim rządzi wola ludzka, a więc chaos trzeba zastąpić kontrolą. Marx rozumiał, że nie jest to mit, ale uznał system za niewłaściwy (Sowell 2010, s. 91). Neomarksiści nie rozumieją, już zwykle ekonomii, i nie rozumieją, ze np. ustawowa płaca minimalna wyrzuca młodych ludzi z rynku pracy, a kontrola czynszów zmniejsza ilość budowanych mieszkań (Sowell 2010, s. 93). Lester Thurow jako jeden z niewielu przyznał się, że uważa ekonomię, za grę o sumie zerowej, inni zakładają to milcząco. Theodore Roosevelt, Lenin (do 1920 roku) i John Dewey uważali, ze praca przedsiębiorcy jest prosta (Sowell 2010, s. 101). Inni mylnie uważają możność współ-ustalania cen przed przedsiębiorców za władzę (jak Galbraith) i domagają się państwowej przeciwwagi. To co zupełnie wymyka tym geniuszom to rewolucyjne innowacje (H. Ford, Rochefeller i Standard Oil, Kodak). Hoover i FD Roosevelt usiłowali w czasie Wielkiego Kryzysu utrzymać wysokie i pensje i ceny produktów rolnych, chociaż siła nabywcza zależy od liczby transakcji a nie od cen (Sowell 2010, s. 113). Intelektualiści nie wyciągnęli wniosku z partactwa interwencjonizmy Hoovera-Roosevelta, i sukcesu „bezczynności” Reagana i nadal nie uczą się ekonomii uważa Sowell. Intelektualiści zwykle starają się ułożyć wszystkie fakty w jedną spójną epicką wizję świata (Sowell 2010, s. 117). Założenie wizji jest jednak irracjonalne i zbyt pierwotne wobec gotowej wizji co zauważyli już Paul Johnson i Schumpeter. Rousseau czy Mill uważali, że wystarczy kilka podstawowych korekt by nastała era szczęśliwości, a siebie samych za proroków i wizjonerów. Tragiczni (na zasadzie: cienka warstewka cywilizacji na górze barbarzyństwa) myśliciele tacy jak Robert Kagan jednak zachowują nieco więcej związków z rzeczywistością niż „oświeceni” jak Mill czy Rousseau, którzy oponentom przypisują niemoralność, dlatego np. William Godwin nazwał Thomasa Malthusa „szkodnikiem”, a bardziej „tragiczny” Edmund Burke wyraźnie uznał, ze oponent też może chcieć dobrze (Sowell 2010, s. 129). Arthur C. Brooks z Syracuse University zauważył jednak, że konserwatyści oddają częściej krew niż lewicowcy (Sowell 2010, s. 132).

Kolejnym problemem intelektualistów są prawa domniemane. Na przykład gardłują oni za prawami terrorystów do tego czy tamtego, choć nie są oni stroną prawa, rozumianego prawidłowo jako kontrakt – np. nie podpisali Konwencji Genewskiej (Sowell 2010, s. 134). Dlatego legenda SN Oliver Wendell Holmes odrzucał abstrakcyjne prawa będące de facto jedynie ideologicznymi hasłami myślicieli. Lewica wierząca w takie rzeczy, w jedną wszechogarniającą wizję rzeczywistości i w domyślnie zbawienną moc rządu i programy zmiany natury człowieka, istnieje naprawdę, prawica nie istnieje de facto bo ci co nie są lewicą mają zbyt różne wizje rzeczywistości (Sowell 2010, s. 139). W Ameryce lewica nazywa się socliberałami lub w skrócie liberałami, choć prawdziwi liberałowie (tj. klasyczni) są zwykle jednym z typów sceptycznych prawic, obok konserwatystów (Sowell 2010, s. 142). Konserwatyzm może konserwować różne rzeczy, więc w zasadzie ogóle nie jest ideologią – człowiek prawicy to człowiek nie-zideologizowany. To podstawowa równica lewicy i prawic (w liczbie mnogiej) wg Sowella. Oliver Wendell Holmes uważał jak typowy nie-lewicowiec, że prawa pochodzą z doświadczenia ludzkości a nie z logiki (jak sądzą lewicowcy). Wolny rynek jest nie tyle „prawicowy” co nie-ideowy. Rousseau – główny twórca lewicy tego nie rozumiał i domagał się woli powszechnej, wspólnych celów, a interpretację powierzył elicie (Sowell 2010, s. 149). Edmund Burke i Adam Smith byli rewolucjonistami bardziej niż lewica, ponieważ głosili wolność w feudalno-merkantylistycznym świecie przymusu, ale ponieważ dziś za rewolucjonistę może uchodzić tylko lewicowiec, są uważani za konserwatystów (Sowell 2010, s. 155).

Lewicowców i intelektualistów typowych uważa Sowell za w sumie jedno, ponieważ intelektualiści są wyabstrahowani z rzeczywistości i zwykle nie znają tego o czym mówią. Takich ludzi nie interesuje rzeczywistość, np. okazali zerowe zainteresowanie przemianom wolnorynkowym lat 90 w Chinach i Indiach, które wyciągnęły z biedy miliony ludzi, a ponoć troszczą się o biednych (Sowell 2010, s. 157). Raymond Aron zauważył, że osiąganie celów lewicy innymi niż ich metodami wywołuje ich wrogość. Dla lewicy bardziej liczy się postawa (kaprys) niż zasada; kiedyś byli eugeniczni, dziś uważają, że tylko biały może być rasistą, protestują przeciw boksowi, ale jakoś nie przeciw sky diving gdy zawodnik umrze (Sowell 2010, s. 165).

Intelektualiści traktują ludzi jako byty abstrakcyjne stąd bezsensowne wysyłanie po 1945 roku Niemców osiedlonych od stuleci w Europie Wschodniej „z powrotem” do Niemieck, których nigdy nie widzieli, lub Hindusów z Ugandy do Indii, których nigdy nie widzieli (Sowell 2010, s. 168). Byt abstrakcyjny nie umiera nigdy. Stąd dziwne teorie dotyczące rozliczeń z niewolnictwem, lub np. oburzenie, że biały łatwiej dostanie kredyt w banku niż czarny (choć przecież to nie ze względu na kolor skóry lecz choćby wyższe przeciętne zarobki tj. zdolność kredytową!). Tam gdzie nie ma danych, milcząco zakłada się istnienie równości, tj, że wszystko jest cacy. Świat jest zawsze winny, a idee lewicy zawsze dobre (Sowell 2010, s. 174).

Następny rozdział dotyczy uczciwości intelektualnej, a raczej jej braku. Od prawdy ważniejsza jest wizja. Duranty, choć wiedział jaka jest prawda o ZSRR zniszczył karierę Muggeridge’owi, który powiedział ją głośno (Sowell 2010, s. 180). W Rosji i Brazylii są większe restrykcje co do posiadania broni a liczba przestępstw jest tam wyższa, dlatego lewica nigdy nie mówi o tej zależności, lecz o innej – między liczba sztuk broni, a liczba strzelanin, nie wspomną też, ze ataków bez użycia broni palnej też jest w NY więcej niż w Londynie na przykład (Sowell 2010, s. 184). Jakiekolwiek informacje które nie pokazują czarnych czy gejów jako ofiary są uważane za nudne (np. info, ze od 1994 roku odsetek ubóstwa czarnych par spada stale i ciągle jest jednocyfrowy), ponieważ liczy się nie ich dobrostan, a rola w epickiej opowieści inteligentów (Sowell 2010, s. 188). Utrzymuje się, na przykład że ilość podpaleń czarnych kościołów jest większa niż białych, a tak naprawdę jest taka sama. Historia też bywa przekłamywana; Theodore Roosevelt, który nie znał się na ekonomii i przeputał wiele pieniędzy w bezsensownych akcjach uważany jest za biznesmena, oczytany prezydent Truman za wiejskiego głupka, a płytki Adlai Stevenson za intelektualistę, Hoover – filantrop, za człowieka bez serca, przystępny sędzia Clarence Thomas – za odludka. Podobnie fikcyjną osobowość miewają narody; Gandhi został zastrzelony bo walczył z nietolerancją w Indiach, ale intelektualiści uczynili jemu współczesnych Hindusów jego wzorowymi klonami. Diderot, Shaw i inni idealizowali Rosję, a wszystko co wiktoriańskie jest zawsze ośmieszane, choć Wiktorianie położyli kres masowej biedzie i alkoholizmowi (Sowell 2010, s. 290).

Jean-Francosi Revel zauważał, że intelektualiści zbyt często piszą o „drganiach swojej duszy”, a nie o faktach (Sowell 2010, s. 214). Mimo to intelektualiści widza rzecz odwrotnie. Harold Pinter uważał, że nie ma powieści prawdziwych i nieprawdziwych. Paul Johnson pisał o tendencji czytelników którzy raczej widza w sobie coś nie tak, jeśli nie umieją zrozumieć współczesnego pisarza niż oczekują, że następnym razem pisarz wyrazi się bardziej zrozumiale (Sowell 2010, s. 216). Stąd neurastenia, buta i pogoń za nowym wśród pisarzy, bo ta sobie zaprogramowali odbiorców, by mieć swobodę i za nic nie odpowiadać.

Intelektualiści nie rozumieją prawa. Condorcet czy Dworkin uważali, że naturalna ewolucja prawa to bzdura, i powinna ja zastąpić wyrozumowana filozofia prawa (Sowell 2010, s. 235). Dlatego na przykład F.D. Roosevelt uważał, ze wolno mu wszystko czego przepisy nie zabraniają, choć każda kosntytucja opisuje to co władzy wolno, z domysłem, że co nie spisane w niej – tego nie wolno (Sowell 2010, s. 236). Stąd ten cały aktywizm sędziowski, rozpatrywanie konstytucji bez kontekstu historycznego kiedy była spisana oraz lewicowe bajania o dostosowaniu prawa do postępu technologii, o woli narodu itd. Uważa Sowell. Wymysłem lewicy jest tez „prawo nastawione na skutki”, to znaczy inżynieria społeczna udająca prawo jako przykład daje to Komitet Ocalenia Narodowego Robespierre’a (Sowell 2010, s. 262) i prawa majątkowe.

Lewicowy nacisk na prewencję (blame society), i rozumienie przestępcy pozbawia uczciwych obywateli prawa do obrony (w UK nawet nie mogą pogrozić bandycie plastikowym pistolecikiem), w latach 90 w USA przybyło broni, a UK nałożyła nowe restrykcje – przestępczość wbrew przewidywaniom elit zrosła w UK, a w USA zmalała (Sowell 2010, s. 281). Za Reagana było najmniej zamieszek rasowych bo prezydent ten w ogóle się nie zajmował niczym co miało „rasowe” w nazwie, za Johnsona były rekordowe zamieszki, bo Johnson nieustannie dłubał w tej tematyce. Lewica woli jednak brnąć w „substytuty więzienia” i „alternatywy” niż karać jak trzeba i zająć się prawdziwymi a nie abstrakcyjnymi przestępcami. Szkoda, że nie da się obliczyć ogromnych kosztów wdrażania w życie pomysłów intelektualistów, może wtedy by się opamiętali wzdycha Sowell (Sowell 2010, s. 291). Intelektualisci myślą, że istnieje coś takiego jak „wojny w ogóle”, choć nie ma czegoś takiego – każda wojna jest inna; ma inne przyczyny, skutki, przebieg i dynamikę (Sowell 2010, s. 293). Mimo to do 1918 roku wszyscy w zasadzie chwalili imperializm (Hitler tak samo jak Wilson), a po 1918 roku wszyscy chwalą pacyfizm (Churchilla uznano za idiotę i podżegacza choć chciał po prostu ostrzec naród brytyjski) – w każdej sytuacji, znowu postawa ważniejsza od faktów… W 1793 roku William Godwin uznał, że „kraj rozbrojony ergo - nie stanowiący żadnego zagrożenia dla innych nie może zostać zaatakowany”, to samo uznają Russell i Blum w latach 30 XX wieku. Weil za to zacznie uznawać każde panowanie za okupację wiec wszystko jedno czy francuska czy nazistowska (Sowell 2010, s. 325). Doprowadzając do rozbrojenia mentalnego i faktycznego elity ułatwiły zadanie państwom Osi. W latach powojennych Russell atakował ZSRR, ale potem w 1958 roku znów zaczął namawiać do jednostronnego rozbrojenia Zachodu. Walter Cronkite – tuza dziennikarstwa przedstawił wojnę w Wietnamie jako klęskę, choć została wygrana (Sowell 2010, s. 355). Z incydenty w Mai Lai zrobiono regułę, a regularne zbrodnie Vietkongu przemilczano. Wierzono w dobrą wole wszystkich ludzi tak dalece, ze pozwolono Wietnamczykom z Północy zmasakrować południowców. Dlatego dla inteligencji takim szokiem były uczciwe słowa Reagana o „imperium zła” – uważa Sowell, a taki strach wywoływał jego zwyczaj nie podpisywania żadnych traktatów „dobrej woli”, które nic nie zmieniały (Sowell 2010, s. 369). Inteligenci bali się, że Reagan wywoła wojnę swą twarda postawą, choć w zasadzie zakończył on (zimną) wojnę uczciwie stawiając sprawy. Dlatego przypisali zasługi Gorbaczowowi, by nie przyznać, że czasem siła i zdecydowanie sa lepsze niż puste wyrazy dobrej woli. Nad obiema operacjami w Iraku (1991 i 2003) roztaczano złe wróżby drugiego Wietnamu, a powiodły się, operacja Surge (2007) wyplenienia terroryzmu, wywołała sprzeciw Hilary Clinton, Teda Kennedy, Obamy, Paula Krugmanna i Johna Edwardsa, i właściwie wszystkich mediów w USA i przedstawiana była jako „oczywisty” nonsens w jaki wierzy tylko Dick Cheney, choć zakończyła się spektakularnym sukcesem – ilość ofiar miesięczna po stronie USA i Iraku spadła gwałtownie, a uchodźcy mogli wrócić do domów, zaś Irak mógł wreszcie stać się jedyną stabilną demokracją na Bliskim Wschodzie oprócz Izraela (Sowell 2010, s. 381). Generała Petraeusa oskarżono o kłamstwo zanim… cokolwiek powiedział. Lewica kłamała o Surge jeszcze przez dwa lata aż wreszcie otarła się o śmieszność. Patriotyzm, który kogoś innego sprowadziłby do refleksji, dla niej nie istnieje, już Godwin uznawał go w końcu XVIII wieku za „romantyczne bredzenie”.

Intelektualiści sami wynoszą się na ołtarze (np. Dreyfusowi pomógł więcej i wcześniej polityk Clemenceau, a nie intelektualista Zola, ale to intelektualiści opowiedzieli tą historię - Sowell 2010, s. 422), a są raczej balastem dla społeczeństwa uważa Sowell. Tworzą wielkie butne wizje w świecie, którego tak naprawdę do końca nikt nie rozumie, widzą społeczeństwa jako jeden scalony organizm, a sami dzielą je na plemiona (klasy, rasy itd. - Sowell 2010, s. 405, 426). W USA nie zdobyli takiej pozycji jak w Europie, dlatego polityka w USA jest ciągle bardziej realna niż europejska. W 1776 roku USA powstały w zasadzie bez elit, bo arystokracja europejska bała się rejsów przez Atlantyk, następnie w XX wieku zatriumfowała także w USA, utrudniając walkę z nazizmem i komunizmem, od czasu Internetu jej monopol na propagandę nieco zelżał (Sowell 2010, s. 408). Mylą się kosmicznie np. przed I wojną światową wychwalali eugenikę jako środek do walki o utrzymaniu dobrego IQ, choć badania wskazywały na podnoszenie się IQ (Sowell 2010, s. 414). Nie przewidzieli I wojny światowej, bo sami wierzyli we własny mit międzynarodowej solidarności klasy robotniczej (Sowell 2010, s. 415). Dziś, jeśli sa akademikami chroni ich dożywotnia profesura, nie musza odpowiadać za błędne analizy. Zachęcają uczniów do pobieżnego zajmowania się trudnymi problemami typu rozbrojenie atomowe na godzinnej lekcji, wtłaczając im brak szacunku do fachowej wiedzy (skoro każdy może niby rozwiązać ten problem w godzinę…), a więc zachęcają do pozerstwa intelektualnego tworząc więcej samochwałów-głupców jak oni sami (Sowell 2010, s. 413). Upierają się, że muszą dostarczać zwykłym ludziom sensu życia, choć głównie walczą z bogactwem i różnorodnością życia. Przekłamują historię w imię własnych chimer, swiadomie np. zapominając, że Zachód nie wymyślił niewolnictwa, za to doprowadził do jego zniesienie, wbrew oburzeniu Afrykanów i Arabów (Sowell 2010, s. 430), przedstawiają obraz kraju, który zachował wobec nich zdrowy sceptycyzm i nie pozwolił im rządzić wszystkim jak w Europie, czyli przedstawiają USA jako kraj egoistów, choć to mekka filnatropii i najcenniejszych laboratoriów medycznych, z których korzysta cały świat (Sowell 2010, s. 433). Inteligencja lubi odmieńców, bo sama stara się być za wszelką cenę kimś innym niż przeciętny człowiek (Sowell 2010, s. 437), dlatego zachęcają muzułmanów do łamania zachodniego prawa (Sowell 2010, s. 424) i zrównują pracusiów z leniami (Sowell 2010, s. 434). Myślę, że książkę Sowella powinien przede wszystkim przeczytać każdy inteligent by zastanowić się ile z jego poglądów to chimery, a ile wnioski z obserwacji rzeczywistości, w celu pozbycia się chimer i mód intelektualnych, ergo wdrożenia naprawdę samodzielnego myślenia.

PN