czwartek, 12 lutego 2015

Manicheizm polityczny („wszystko-nic”, „zawsze-nigdy”, „białe-czarne”)

Zauważyłem ostatnio, że te co prymitywniejsze społeczeństwa są manicheistyczne, np. mają tendencję do dualizmu myślowego, dotyczy to wielu tematów i spraw, więc najpierw przypomnijmy sobie co to jest ten manicheizm i co to jest ten dualizm. Manicheizm to system religijny stworzony w III wieku przez Babilończyka Maniego (Manesa), na podstawie: staroirańskiego zoroastryzmu, buddyzmu i chrześcijaństwa. Manicheizm objął swoim zasięgiem znaczne obszary Azji, północnej Afryki i Europy. Podobnie do staroirańskiego zoroastryzmu i irańskiej myśli religijnej podstawowym elementem manicheizmu jest dualizm. W świecie toczy się walka między dwoma przeciwstawnymi pierwiastkami: światłem (dobrem) i ciemnością (złem). Historia kosmosu dzieli się na trzy etapy: przeszłość – złoty wiek, gdy pierwiastki te współistniały odrębnie, teraźniejszość – gdy pierwiastki te są wymieszane i walczą o dominację w kosmosie oraz przyszłość, w której nastąpi oczyszczenie: rozdzielenie wyznawców światła i ciemności. Przejawem zła jest materia. Walka między dobrem i złem toczy się w każdym człowieku. Człowiek ma dwie dusze: jedną związaną z dobrem i drugą związaną ze złem. Odpowiedź manicheizmu na jeden z centralnych dylematów chrześcijaństwa jest radykalna: zło jest wszędzie i jest wieczne. Manicheizm dzieli w ten sposób z gnostycyzmem sporą część doktryny, także wspomniany pesymizm postrzegania świata. Dla manichejczyków grzechem był każdy kontakt z materią. Również prokreacja była uważana za złą, ponieważ w wyniku poczęcia dziecko, istniejące dotąd jako eon, musiałoby przyjąć powłokę cielesną, a materia była zła. Manichejczycy nie uznawali krzyża za symbol oddania i cierpienia Jezusa za zbawienie ludzi, lecz za symbol krzywdy i zepsucia ludzkiego, jako że jest to narzędzie, materia. Rozumowe poznanie świata i walka z materią były hasłem manichejczyków. „Racjonalizm” manicheizmu pociągał Augustyna z Hippony, ale odpowiedzi zwolenników Maniego – już nie. Na tle manichejczyków, Augustyn wydaje się normalny i zdrowy na umyśle, i coś w tym jest, ale w klepniętym na soborach oficjalnym chrześcijaństwie nie jest aż tak zupełnie inaczej, nadal szatan choć jest tworem boga, ma podobną mu siłę, dobro i zło są skondensowane i człowiek wybiera pomiędzy nimi, a materia nadal jest złem, choć również niby tworem boskim. Tendencja do manicheistycznego myślenia więc pozostaje; radykałowie religijni nazywają ateistów polskich: „workami skórno-mięśniowymi”, ateiści zaś na równi traktują niedzielnych chrześcijan z fundamentalistami. Najbardziej mnie dziwi, że z obu stron grzmią potępienia na szarą strefę środka, i to oskarżenie brzmi zawsze tak samo: „hipokryzja” lub „brak zasad”, a przecież nie ma absolutnych praw, a życie jest ciężki i wymaga od nas elastyczności. Liberalizm i jego etyczna odnoga – utylitaryzm każą ludzi oceniać po czynach, a nie po etykietkach, ale dla manichejczyków to za trudne, wszak zwalanie na drug obóz 100 % winy leczy ich kompleksy. Znam katolika, który lubi Halloween, ale okazuje się, że to dlatego, że uznaje je za chrześcijańskie, spytałem go czemu musi być chrześcijańskie by mógł je lubić, nie odpowiedział. Znam kilkoro ludzi religijnych, ale jednocześnie humanistów, których oburza uważanie wszystkich ludzi religijnych za ciemniaków. Jeden z moich znajomych – protestant o ekumeniczno-humanistycznym zacięciu dziwi się, czemu te same głosy krytyki na takich jak on spadają zarówno ze strony fundamentalistycznych „konfesyjnych luteran” i ateistów zdeklarowanych. Czy ateista, który wymaga od wierzącego fundamentalizmu, nie rozumuje religijnie? Moim zdaniem nawet rozumuje jak fundamentalista. Rozumiem, że KrK używa liczby katolików, włącznie z oświeconymi, nominalnymi i niedzielnymi, ale to ni powód by zachowywać się jak ajatollah w wersji świeckiej. Dlaczego tak usilnie namawiamy innych by zajęli „jasne” stanowisko? Kościół chce pieniędzy od wiernych to jasne (wbrew Hoserowi antyklerykałowie nie żyją z krytyki Kościoła, tylko księża z Kościoła i tacy), ale czy ateista powinien Skąd w nas aż tak silna potrzeba dzielenia na dwa obozy? Skąd tak silne są filozofie manicheistyczne, do których zaliczam także heglizm i marksizm? Skąd u nas wiara w zbawczą moc zderzania przeciwieństw? W krystalizowaniu postaw opozycyjnych? Państwo socjalne powstało w reakcji na socjalizm rewolucyjny, by pokazać że państwo burżuazyjne może zadbać o obywateli, takiego myślenia potrzeba u nas więcej. Owsiak pokazuje, że niewierzący też mają serce, Obirek – że wierzący nie musi być antynaukowy. Więcej takich nam potrzeba. Jako ateista i antyklerykał cieszyłbym się, gdyby nieuzasadniona wiara w boga zanikła, ale jeszcze bardziej cieszę się, że ludzie religijni nie są wszyscy skrojeni wg pisowskich faszystowskich wzorów, że co najmniej połowa z nich to ludzie z którymi można pogadać, a nawet przepchnąć kilka dobrych ustaw w sejmie (PO coraz bardziej mi się podoba, wreszcie bez Gowina et concortes). Rozsądek, tak jak debilizm napotkamy w rożnych grupach społecznych. Oglądałem ostatnio setny spór Szumlewicza z Ziemkiewiczem/Gwiazdowskim (mają identyczne poglądy więc wszystko jedno który), w którym to sporze moich poglądów nie reprezentuje nikt. Jeden pierdoli o związkach zawodowych, które dla mnie są jedynie mafiami do wyciągania pieniędzy podatników, drugi cierpi na chroniczną państwofobię, wolny rynek traktuje jak Boga, i przeczy najoczywistszym faktom, że państwowa inwestycja też może kreować zysk i stymulować gospodarkę. Ludzi rozsądnych, którzy wiedzą, że liberalizm działa i wolny rynek działa, ale państwo też jest potrzebne, a czasem tylko związkowcy zapobiegną wyzyskowi (choć lepsze byłoby dobre prawo pracownicze dla wszystkich) jakość w TV nie widać. Skrajności są ciekawsze. Czystość doktrynalna ważniejsza od rozsądku. Nie, nie zawsze prawda leży pośrodku, ale bardzo rzadko leży na marginesie. Na przykład dla mnie konserwatysta to nie reprezentant ciemnogrodu, lecz człowiek, który za mało martwi się prawami człowieka, a za bardzo o rodzinę i kościoły. „Za bardzo” i „za mało” to niemanicheistyczny język Monteskiusza, który u nas jest ciągle zbyt mało wdrożony. Dlatego PO ciągle nie może przepoczwarzyć się w nowoczesną centroprawicę, a SLD/TR w centrolewicę socjalliberalną. Dlatego ludzie uważają niezmienność poglądów za cnotę, choć przecież może ona wynikać ze zmądrzenia. Dlatego korwiniści mylą wolność z anarchią, i za Reaganem uważają za wolność nie rządy prawa, lecz brak praw, a więc prawo silniejszego. Feuerbach mówił, że wierzący zabierają ludziom wszytskie zalety i oddają je Bogu, stąd wierzą, że człowiek i materia są złe, a „duchowość” dobra. Kaczyński mówił co jest białe a co czarne, choć czarne są tylko szaty księży, a białe szpitalne ściany, reszta jest szara, grafitowa, lub popielata. Reagan mówił o imperium zła, więc nawet mudżaheddini stali się dlań dobrzy. Bush łączył w oś zła kraje o zupełnie innych ustrojach i ideologiach; Koreę Płn, Iran i Irak, choć ich jedyna cecha wspólną było trzęsiportkowstwo Busha przed nimi. Ideologią rządu Busha, według Obamy nie był konserwatyzm, lecz absolutyzm – absolutne przekonanie, że rząd ma tylko prowadzić wojny i strzec własności (B. Obama, „Odwaga Nadziei”, s. 51), choć Bush osobiście powoływał się na „współczujący konserwatyzm”. Obama zauważa, że nowi fundamentaliści chrześcijańscy z GOP nie szanują sądów, kompetencji, prasy, konwencji genewskiej, regulaminu senatu, a właściwie „niczego, co mogłoby spowolnić marsz ku nowej Jerozolimie”, uważa, że w DP też nie brakuje tak skrajnych poglądów, ale ich wyznawcy nie mieli nigdy władzy Rove’a czy DeLaya. Obama pisze, że zna bardzo niewiele osób pasujących do karykaturalnego stereotypu liberała, skoro nawet John Kerry jest zwolennikiem utrzymania militarnej przewagi USA w świecie, większość posłów DP wyznaje kult Jezusa, a Hilary Clinton podkreśla zalety wolnego rynku. Obama żałuje, ze DP daje się wciągać w manichejskie spory i np. „w odpowiedzi na integryzm religijny”, zrównuje tolerancję z sekularyzmem” (sic!), zamiast podjąć dyskusję religijną (s. 54), która by wyrwała religię z łap GOP. Obama postuluje by dostrzegać złożoność losów Amerykanów; rasistów z Południa, który zaprzyjaźniają się z czarnymi współpracownikami, feministek, które opłakują dawną aborcję, chrześcijankę, która opłaciła aborcję swej nastoletniej córki, i byłego członka Czarnych Panter, który zajął się rynkiem nieruchomości. Taka jest rzeczywistość, a dogmatyczna sztywność jest niewiele warta. Skończmy z myśleniem manicheistycznym zanim uznamy że np. Chiny są dobre a Indie złe, Brazylia dobra, a Rosja zła, i damy się za te bzdury zabić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz