czwartek, 14 sierpnia 2014

Bill Bryson: "Zapiski z wielkiego kraju"

Bill Bryson posiada rzadki talent tracenia gruntu pod nogami, dokądkolwiek by się udał - nawet (a może przede wszystkim) do kraju, w którym się urodził. Stało się to jasne, kiedy po prawie dwóch dekadach pobytu w Wielkiej Brytanii ten pisarz podróżnik postanowił wrócić do ojczyzny. Niespodziewanym wynikiem owej brzemiennej w skutki decyzji jest niniejszy zbiór zapisków dotyczących najdziwniejszego z fenomenów - amerykańskiego stylu życia. Niezależnie od tego, czy opisuje niebywałe możliwości przerobowe niszczarki do odpadków w zlewie czy egzotykę instytucji pakowacza w supermarkecie, Bryson daje nam po raz kolejny popis swego niepowtarzalnego poczucia humoru, tym razem wycelowanego w najbogatsze i najbardziej szalone państwo na świecie (tekst z okładki).
Bryson, ozeniony z Brytyjką, podkreśla przewagi UK i USA wobec siebie nawzajem. I tak Brytyjczycy mają łatwiejszą do okiełznania przyrodę, sympatyczniejsze odległości między miastami, lepszą znajomość hodowli kwiatów, bardziej pracowitą i dociekliwą pocztę państwową, ciekawsze seriale, bo nie tworzone pod wsyztkich z dziećmi i kretynami włącznie, bardziej stonowane reklamy, oraz bardziej wyrozumiałych urzędników na lotniskach, Amerykanie zaś większą swojską równość w kontaktach międzyludzkich, bardziej swojską pocztę częstującą pączkami, oraz większy optymizm na co dzień, mimo iż narzekają podobnie dużo jak ich brytyjscy kuzyni. Naprawdę warto poczytać o tym wewnątrz-anglosaskim dialogu kulturowym, aż żal że nie ma gdzieś drugiej Polski za oceanem (no bo Polonia to żart), może jako naród nabralibyśmy więcej dystansu? Bo z uświadomienia różnic podobieństw, powstaje liberalizm. Już Montesquieu zauważył, że ruchliwe miasta portowe mają bardziej liberalne podejście.

Eurowizja 2014

Nie oglądałem Eurowizji na żywo, lecz po paru tygodniach na YouTube. Byłem pozytywnie zaskoczony wysokim poziomem większości piosenek także w porównaniu z zeszłym rokiem, kiedy ładnie śpiewali w zasadzie tylko Szwajcarzy. Tym razem prócz Szwajcarów, którzy zaprezentowali się z lekką i dowcipną piosenką, wyróżnili się zwłaszcza Holendrzy, z wspaniałym bluesowym: „Calm After a Storm”, piosenką która zajęła drugie miejsce, a powinna zająć pierwsze. I to jest dużo większy skandal niż względna porażka naszej Cleo. Drugie miejsce powinno przypaść dowcipnym Szwajcarom, niestety dostali mało głosów.Generalnie nie brakowało dobrych piosenek; wysoki poziom prezentowała Elaiza z Niemiec, a także piosenkarka ukraińska, albańska, nasza, niezły – izraelska. Przyjemnie było też posłuchać Islandczyków i Duńczyków. Oczywiście w naszej kochanej Polsce wszystko kręciło się wokół walki ponętnych słowianek z austriackim performerem. Faktycznie przekorna i zadziorna Cleo reprezentuje wyższy poziom niż dość nudnawy Conchita. Też więc jestem zawiedziony. Moim zdaniem nie zadziała jednak polityka, ale uwielbienie długich pociągłych dżwięków, które już wielokrotnie wygrało z prawdziwym artyzmem.

Co ma Kościół do Jezusa ?

Chociaż dla mnie jako ateisty Jezus z Nazaretu jest po prostu postacią historyczną jak Cromwell czy Sokrates, to nie mogę powiedzieć, żebym nie był pod sporym jej wrażeniem. Nie mogę zaprzeczyć, że był to człowiek wartościowy moralnie i ciekawy. Nie ma tu znaczenie czy Jezus na sto procent istniał czy nie. Bart Ehrman z University of North Carolina twierdzi, że tak: http://niewiarygodne.pl/kat,1031985,title,Jezus-istnial-To-niepodwazalny-fakt,wid,14425857,wiadomosc.html?smgajticaid=612eaa Brytyjski badacz Hyam Maccoby (1924–2004) już taki przekonany nie był: http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,8499 http://en.wikipedia.org/wiki/Hyam_Maccoby I musi to tak wyglądać ponieważ mowa o człowieku żyjącym tysiące lat temu. Tak samo nie wiadomo na 100 procent czy istniał Sokrates, a czasem jak wiemy, że ktoś istniał na 100 procent istniał jak np. Petronius, nie wiemy w jakim okresie historycznym żył (czy w czasach Nerona czy 150 lat później), ot problem historyka starożytności. Tu jednak bardziej interesuje mnie moralna nauka Jezusa z Nazaretu. Jezus pięknie tłumaczył, że tylko ten, kto jest bez winy może rzucać kamienie w innego, że świątynie istnieją w ludzkich sercach a nie w kamieniu, że wiele starotestamentowych nakazów nie ma sensu, a liczą się dobre uczynki, że etykietki narodowe nie mają znaczenie (wizyta u rzymskiego setnika, dobre stosunki z Samarytanami), że kobiety należy traktować z szacunkiem, że nie należy przesadzać z życiem rodzinnym i handlem, że gromadzenie dóbr materialnych nie jest zasługą samą w sobie. Jakiż wspaniały liberał a nawet trochę hipis! Tylko co to wszystko ma wspólnego z Kościołem Katolickim? Tą obwieszoną złotem butną organizacją-państwem? Tymi niedzielnymi katolikami, którzy nie przekazują sobie znaku pokoju? Z politykowaniem o aborcji itp, i nieustannym osądzaniem innych? Dlaczego katolicka Polska ma najmniejszy w Europie kredyt zaufania społecznego? Czy nie dlatego, że KrK zajmuje się straszeniem potworem Genderem i politycznym sojuszem z PiS, zamiast krzewieniem jezusowej moralności? Ostatnio na trasie Radojewo-Biedrusko czekałem na autostop. Ale widocznie kierowcy (zapewne w dużej części katolicy, bo jesteśmy w Polsce) brali mnie za Gendera bo nie zatrzymywali się. Jak to jest z tą pomocą bliźniemu? Dobrze, że przejeżdżała zamówiona przez kogoś taksówka. Nie da się być katolikiem a la Michalik i człowiekiem Jezusa jednocześnie. Papież Franciszek wprawia katolików a la polacca w konfuzję, bo bywa prawdziwym chrześcijaninem.

Bill Maher – USA to także kraj liberalny i postępowy

Dzięki napływowi latynosów, mozliwe, że Partia Republikańska już nie odzyska straconej pozycji, i skończy się terror reaganowsko-religijnych „zasad” w tym kraju, a właściwie w tych co bardziej konserwatywnych stanach. USA zwracają uwagę Europejczyków histeryczną religijnością megachurches północy i starych kościołów południa, ale USA to także kraj liberalny i postępowy; kraj Billa Mahera, Rachel Maddow, Setha MacFarlane’a, Woody Allena i Laurence O’Donella, którzy na potęgę wykpiwają fanatyzm i uprzedzenie. Maher stwoerdził, np., że konserwatywni mieszkańcy Arizony żyją na niezamiszkiwalnym pustkowiu i oddychają trucicielskim powietrzem, a właściwie tumanem kurzu i piasku, ale dla nich największy problem to całujący się chłopcy… dlatego, do Kaliforni nie przyjadą, choćby nie wiem co. USA to kraj potężnych liberalnych mediów jak MCNBC czy CNN, czy NYT, których brakuje większości krajów europejskich. Według Guy Sormana, USA zamieszkują dwa odrębne narody; liberalny (wybrzeża plus rejon Chicago) i konserwatywny (Heartland – środek kraju), co pasowałoby do uwagi Montesquieu o tym, że wybrzeża i porty są liberalniejsze zwykle od górali. Liberałowie skupieni w Democratic Party są liberałami holistycznymi, tj. nie tylko ekonomicznymi, bo wolny rynek w USA popierają wszyscy poza może Noamem Chomsky’m, lecz prawdziwymi liberałami społecznymi; w USA ludzie kłócą się nie o forsę na socjal jak w nas, lecz o kulturę. Nie sądzę więc, by można uważać USA za typowy kraj religijny. USA są bardzo postępowym krajem: Seattle, NY LA są sceptyczno-ateistyczno-świeckie, a to ze w kraju jest czarna dziura od arizony do Tennessee to inna sprawa. Być moze religijność jest jak alkohol dla Amerykanów zmęczonych wyścigiem szczurów? Człowiek bezpieczny (także socjalnie) religijny zwykle nie jest. Na pozycję USA pracują wybrzeża, oraz Chicago, reszta to ultrareligijny balast, ale ten kraj może sobie na to pozwolić. Myślę, że nie ma tak naprawdę rozwitu religijności lecz polaryzacja; połowa idzie za całkowitą sekularyzacja, połowa za wzmozonym ciemnogrodem od kołyski po grób. O amerykańskich liberałach ciekawie pisze Bernard-Henri Levi, liberał francuski, który zauważa co prawda niepokojące zjawisko purytanizacji amerykańskiej DP pod wpływem reaganomiki (potępienie Clintona także z lewa za Monicę L.), ale wskazujący, że Stanom liberałów zdecydowanie nie brakuje. Sorman zauważa wady Demokratów takie jak nadmierna fascynacja kulturą indiańską, potępianie w czambuł podboju ich ziem, co skazuje ich na walke historyczną z GOP, tendencje postmodernistyczne, ale to tak już dzisiaj niestety jest. Manicheizm Busha był swego rodzaju odpowiedzią Republikanów na postmodernizm, warto przy tym zauważyć, że w USA prawica broni także niektórych ideałów liberalnych, bo są one uświęcone w konstytucji tego kraju. W USA nie było prawicy królów i sojusza ołtarza i tronu, kraj ten startowął z pozycji mniej-więcej oświeceniowych, a purytanie nie zatrzymali tego pochodu. Mimo iż w Rosji jest pewnie więcej ateistów niż w USA (szacowałbym 30:18 procent „na korzyść” Rosji), to krajem liberalnym i świeckim w tym porównaniu są tylko USA. USA to państwo świeckie, mimo ataków religianckich. Obama promuje sekularyzm otwartym tekstem. Warto też dodać, że w USA krytyka religii potrafi byc dużo zajadlejsza niż w UE, a mimo to nie wypaść poza mainstream, tymczasem nawet we Francji i Niemczech ludzie walący w zabobony mogą być przywołani do porządku przez poprawnościowców politycznych. Dawkins w UK musi walczyć z szacunkiem nawet ludzi oświeconych do religii, w USA ludzie świeccy zazwyczaj tego szacunku nie czują. Wniosek: w USA i religia i anty-religia są bardziej krwiste, jak przystało na kraj kowbojów i pyszałkowatych wojowników.

Furita – japońscy liberałowie

Młodzi japończycy, którzy wiedzą przecież dobrze, choćby z filmów, jak żyją ich rówieśnicy na Zachodzie, nie chcą już zostawac trybikami w feudalno-konfucjańskich firmach, i wybierają firmy zagraniczne (zachodnie), freelancerstwo, albo zycie na garnuszku rodziców, stąd słowo „furita” (freeter) ma kilka znaczeń: wolny duch, bezrobotny, free-lancer, leń (odpowiednik amerykańskich slackerów) itd. Niezależnie od podtypu; widzimy znaczącą liberalizację japońskiego społeczeństwa, które wreszcie zrywa z powojennym pędem do pracy i tylko pracy kosztem zdrowia, przyjaźni itd. Japonia westernizuje się tym razem na serio. Jako liberał, tj. zwolennik praw jednostki ponad kulturowymi ograniczeniami i przesądami, kibicuję im z całego serca. Mam nadzieję, że nie skończy się na subkulturze jak w przypadku głupkowatych cogalsów i innych mangowych dziwaków, lecz na zmianie życia firmowego; są pewne szanse ocenia się, ze furita to już 10% społeczeństwa Japonii. Niektórzy biznesmeni wprowadzają język angielski, jako język wolności – nie obciążony japońską „kulturą pracowniczą” tj. hierarchicznym balastem. Zdrowe lenistwo Azjatów to też szansa dla Europy i wolnego czasu jako wartości ludzkiej. Zobaczymy co będzie dalej.

Przesadny kult rodziny zagrożeniem dla indywidualizmu

„Family values” – to okrzyk bojowy konserwatystów całego globu. Niby oczywista wartość sama w sobie, ale czy rzeczywiście? Państwo wspiera rodziny, by mieś przyszłych podatników, kościoły by mieć dawaczy na tacę, ale poza tym czemu kogokolwiek zachęcać do żeniaczki czy zamążpójścia? Dziś w wielu rejonach większość dzieci rodzi się poza małżeństwami, np w Ameryce Południowej, gdzie dominuje kult macho (tj. mężczyzna może zdradzać na prawo i lewo, a kobieta absolutnie nie, i gdzie przesiadywanie na mszach to kobieca sprawa, a przy kartach lub u kochanki – męska), takich dzieci jest ok. 75%. We Francji ok. 52% to dzieci singli, lub ludzi będących w związkach nieformalnych. Czy państwo i kościoły nadal mają powód by wspierać małżeństwa? Być może chodzi o to, by ludzi byli bardziej potulni wobec władz i konserwatywnych autorytetów, bardziej kompromisowi. Małzeństwo to w końcu trening kompromisu. Czasem jednak ten kompromis bywa zbyt zgniły, wtedy nie warto ratować małżeństwa za WSZELKĄ cenę. Małżeństwo nie jest żadną wartością, to wzorzec życia społecznego, sprawdzony i dający wielu satysfakcję, tylko tyle i aż tyle. Nie daje ono nikomu prawa do krytykowania singli czy par konkubinackich. Przy okazji zaznaczę, że piszę to jako człowiek żonaty i szczęśliwy w małżeństwie, zniesmaczony jedynie kulturowym idealizowaniem rodziny. „Świętość” małżeństwa jest zabawna, gdy zdamy sobie sprawę, że sam Jezus pochodził z rodziny patchworkowej, a np. ojciec Mahometa nie odgrywa żadnej roli w Koranie… Jeśli zdamy sobie sprawę jak wiele rodzin jest nieszczęśliwych, patologicznych czy dysfunkcyjnych, i jak wielu ludzi jest przez nie okaleczonych psychicznie, jakoś przestaje dziwić, że urok rodziny mija. Bill Clinton zawarł małżeństwo z przyczyn politycznych, Obama z romantycznych, widzimy więc, że pary małżeńskie są rozmaite. Więzi społeczne konserwatysty to rodzina (z mafią włącznie); dla liberała to głównie przyjaciele. Konserwatyści nie rozumieją naszych więzi społecznych. Przyjaciół możesz sobie wybrać, a wolność wyboru to podstawa dla liberała. Kultowym filmem liberałów są „Przyjaciele” (Friends) i „Seinfeld”, konserwatystów – Bill Cosby Show. Niech więc, konserwatyści przestaną ględzić o upadku więzi międzyludzkich; po prostu przymusowe są zastępowane przez dobrowolne, a to chyba dobrze, nie? https://www.youtube.com/watch?v=eOsYqA3Bsd8

Strategia polityczna racjonalizmu

„Das Schulwesen ist ein Politikum” – edukacja to sprawa polityczna jak mawiali urzędnicy Józefa II, gdyby się zastanowić to wszystko jest sprawą polityczną, dlatego martwi mnie, że racjonaliści nie mają wspólnego credo politycznego, programu itd. Wiem, że wolnomyślicielstwo zbrania krępowania myśli, ale jakiś program polityczny powinien wynikać z orientacji racjonalistycznej. Program dotyczy róznych dziedzin życia, bo rzeczywistość jest jedna, tylko my dzielimy je czesto zbyt wąsko na dziedziny. Chodzi mi o to by nasz wspólny głos był rozpoznawalny i słyszalny. Moim zdaniem elementami takiego programu byłyby: 1. Poparcie dla liberalnego społeczeństwa opartego na wolności wyboru, ponieważ lewicowa alternatywa i tak jest już martwa. Ten wybór implikuje sympatię dla ekscentryzmu i indywidualizmu, a niechęć np. do partiarchatu i nierówności społecznych, a także drobniejszych problemów np. terroru zdrowego żywienia trybu życia itd (w Japonii nadwagę leczy się przymusowo), czy nawet blokowania budowy autorstrady ze względu na endemiczny gatunek komara czy innego ptaszka. W imię wolności wyboru, nie pochwalam namawiania do delegalizacji partii antydemokratycznych; gdyby do niej doszło demokracja byłaby o wiele bardziej zagrożona. Pochwalam atakowanie palaczy za palenie publicznie, chyba, że palą elektroniczne papieroski. Chodzi o pewne wyważenie postaw wobec problemów cywilizacyjnych. 2. Sojusz taktyczny z akomodacjonistami – ludźmi zawieszonymi między religią a nauką i humanizmem – na bazie doceniania nauki, skierowany przeciw fanatykom religijnym, zamiast martwiącego mnie osobiście od dłuższego czasu bezpardonowego krytykowania tych często dobrych i łagodnych ludzi za „hipokryzję” (co nie znaczy, że nie moglibyśmy delikatnie pouczać) tj. stawania w jednym rzędzie z guru kościołów i fanatykami. Akcentowanie buddyjsko-konfucjańskiego rozumienia religii, jako rzeczy stworzonej dla ludzi, a nie idei przewodniej, której życie ludzkie ma być w całości podległe. Podkreślanie nieodrzeczności i brutalności roszczeń religii wobec wyznawcy, a więc atakowanie religii, a nie tych co z nią żyją. 3. Akcentowanie solidarności społecznej, tj. odcięcie się od mało racjonalnego i niszczącego społeczeństwo darwinizmu społecznego, z którego korzystają religie i sekty. To wsyztsko przy ograniczonym zaufaniu do marksizu kulturowego, który nakazuje stawać automatycznie po stronie biednego, bez badania przyczyn konfliktu (casus poparcia Palestyńczyków przez eurolewicę). 4. Sprzeciw wobec religii zastępczych; od delfinizmu (wiary w nadzwyczają inteligencję stworzeń, ktire ladują jak głupie na plażach bez dechu) i fanatycznego ekologizmu (takiego spod znaku: „należałoby powywieszać tych co śmiecą”) po New Age i reptilianizm. 5. W edukacji nacisk na różnorodność (zastąpienie jak w Danii – religii religioznawstwem obejmującym też światopoglądy ateistyczne; etykę Epikura, Holbacha, Kanta itd.), empiryzm, obserwację, spory, argumenty i samodzielne myślenie. Myślę, że taki projekt dałby nam większą spójność programową i umozliwiłby nam zyskanie większego poparcia dla tego na czym nam zależy.

Bill Bryson: "Zapiski z wielkiego kraju"

Bill Bryson posiada rzadki talent tracenia gruntu pod nogami, dokądkolwiek by się udał - nawet (a może przede wszystkim) do kraju, w którym się urodził. Stało się to jasne, kiedy po prawie dwóch dekadach pobytu w Wielkiej Brytanii ten pisarz podróżnik postanowił wrócić do ojczyzny. Niespodziewanym wynikiem owej brzemiennej w skutki decyzji jest niniejszy zbiór zapisków dotyczących najdziwniejszego z fenomenów - amerykańskiego stylu życia. Niezależnie od tego, czy opisuje niebywałe możliwości przerobowe niszczarki do odpadków w zlewie czy egzotykę instytucji pakowacza w supermarkecie, Bryson daje nam po raz kolejny popis swego niepowtarzalnego poczucia humoru, tym razem wycelowanego w najbogatsze i najbardziej szalone państwo na świecie (tekst z okładki).
Bryson, ozeniony z Brytyjką, podkreśla przewagi UK i USA wobec siebie nawzajem. I tak Brytyjczycy mają łatwiejszą do okiełznania przyrodę, sympatyczniejsze odległości między miastami, lepszą znajomość hodowli kwiatów, bardziej pracowitą i dociekliwą pocztę państwową, ciekawsze seriale, bo nie tworzone pod wsyztkich z dziećmi i kretynami włącznie, bardziej stonowane reklamy, oraz bardziej wyrozumiałych urzędników na lotniskach, Amerykanie zaś większą swojską równość w kontaktach międzyludzkich, bardziej swojską pocztę częstującą pączkami, oraz większy optymizm na co dzień, mimo iż narzekają podobnie dużo jak ich brytyjscy kuzyni. Naprawdę warto poczytać o tym wewnątrz-anglosaskim dialogu kulturowym, aż żal że nie ma gdzieś drugiej Polski za oceanem (no bo Polonia to żart), może jako naród nabralibyśmy więcej dystansu? Bo z uświadomienia różnic podobieństw, powstaje liberalizm. Już Montesquieu zauważył, że ruchliwe miasta portowe mają bardziej liberalne podejście.

Maxine Hong Kingston: "China Men"

Wydane przez PIW w 1996 roku opowiadania Maxine Hong Kingston (ur. 1940), córki kalifornijczyków chińskiego pochodzenia, zawierają teksty o różnym poziomie fikcjonalizacji. Autorka jest liberałką, feministką, i dość entuzjatsyczną Amerykanką, niespecjalnie lubianą przez bardziej zachowaczych Chinese Americans, którzy czasem zarzucają jej zachodnią z ducha stereotypizację Chin i Chińczyków. Wydaje się, że tak krytyka jest uzasadniona, lecz chyba wolno człowiekowi wychowanemu w dwóch kulturach żonglować ideami?
Tak czy inaczej opowiadania Maxine Hong Kingston zaciekawią każdego, kogo frapują róznice kulturowe miedzy Zachodem a Chinami. Przeczytamy w nich m.in: o chińskiej rubasznej nienaznaczonej wstydem cielesności (ojciec przygladający się swemu penisowi przy kolacji i "pytający" go czemu daje mu tylko synów a żadnych córek), o Chińczyku przełamujacym buddyjskie i konfucjańskie przyzwyczajenie by nigdy nie czytać przy jedzeniu, o problemach Chińczyków ze small talk i hobbies, o uprzedzeniach rasowych - obustronnych zresztą w XIX wieku, gdy wierzono i w USA i w Chinach, że race-mixing jest zły dla zdrowia, oraz o wyjątkowym okrucieństwie Wietnamczyków w 1969 i 1970 roku wobec schwytanych Chinese Americans w mundurach US Army.

John Steinbeck: "Tortilla flat"

Tortilla Flat to powieść amerykańskiego pisarza Johna Steinbecka, opublikowana w 1935. Jej akcja rozgrywa się w kalifornijskim miasteczku Monterey tuż po zakończeniu I wojny światowej. Jej bohaterem jest grupa miejscowych lekkoduchów, włóczęgów spędzających czas na piciu wina, drobnych kradzieżach oraz uwodzeniu kobiet. Sami siebie nazywają paisanos, są potomkami hiszpańskich konkwistadorów i często posiadają domieszkę krwi indiańskiej. Budowa utworu nawiązuje do legendy o Królu Arturze, posiada on także cechy powieści łotrzykowskiej. Centralną postacią powieści jest Danny, właściciel domku w dzielnicy Tortilla Flat. Z przyjaciółmi: Pilonem, Pablo, Jezusem Marią, Wielkim Joe Portugalczykiem i Piratem tworzy coś w rodzaju komuny. Wspólnie przeżywają szereg przygód, z reguły zabawnych, czasem jednak kończących się tragicznie.

Steinbeck to dość intrygujący pisarz. Miał własne zdanie; był liberałem czasem trochę lewicującym, ale poparł wojnę w Wietnamie (z zastrzeżeniami i tylko z początku, ale jednak poparł), krytykował związki zawodowe ale i ich przeciwników, za co znielubiły go obie strony sporu. Czerpał inspirację z życia w USA, gdy modni byli obieżyświaci w typie Hemingwaya, oraz oparł się pokusie zmiany tradycyjnej narracji.

W "Tortilla Flat" Steibeck opisuje nie zawsze uczciwe, ale regulowane jakimś łotrzykowksim (jednak nie familistyczno-mafijnym, lecz wysoce indywidualistycznym) honorem, życie z dnia na dzień gromady ludzi jacy istnieli w paru miejscach na ziemi np. w dawnym Neapolu. W swych „Satrykach”, Petronius opisywał typowe także dla XVIII-wiecznego Neapolu zwyczaje; spędzanie większej części życia na ulicy, całodniowe wygrzewanie się na słońcu, starania by zarobić nie pracując i okantować cudzoziemców. W Neapolu, istniała osobna klasa ludzi nie posiadających niczego prócz połatanej koszuli i płóciennych spodni: lazaronów (hiszp.: los lazaros, wł. lazzaroni, od biblijnego Łazarza). W dzień wygrzewali się oni na słońcu, a nocą gnieździli w zaułkach. Jedli makaron, nadgniłe owoce i odpadki wydzierane psom. Co ciekawe często byli to piękni, rośli mężczyźni, mający swój kodeks honorowy, polegający na doskonaleniu się w kunszcie złodziejskim, przy jednoczesnym wystrzeganiu się cięższych przestępstw. Do 1806 roku, tj. do rządów napoleońskich, państwo nawet ekscytowało się tymi umiejętnościami organizując złodziejskie konkursy i zawody. Lazzaroni odgrywali dużą rolę polityczną w państwie., byli trybunami ludu, stanowili siłę napędową rewolucji 1647 roku (prowadził ją Masaniello ), uniemożliwili wprowadzenie inkwizycji hiszpańskiej do Neapolu, poparli zaś wyrzucenie jezuitów z Królestwa przez Ferdynanda IV w listopadzie 1767 roku .

Tacy ludzi żyli w kilku jeszcze innych miejscach, gdzie wobec bujności jadalnych roślin, bieda nie wykluczała życia pędzonego w błogim lenistwie. Ta feudalno-utopijna rzeczywistość przypomina nam, że nie potrzebujemy aż tak wiele do szczęścia. Przy czym Steibeck nie jest tu żadnym socjalistycznym radykałem (choć zarzucono mu to po wydaniu "Gron gniewu"), a raczej dokumentalistą.

Henry David Thoreau: "Walden, czyli życie w lesie"

Thoreau postanowił, że zostanie poetą, a poeta był w jego mniemaniu istotą w społeczeństwie najwyższą, jego dziełem zaś powinno być samo życie. Według Thoreau wykonywanie ciężkich obowiązków i codzienne troski są wynikiem zwykłej ignorancji i błędnego rozumowania ludzi. Człowiek jest zbyt zmęczony pracą w kieracie, żeby "zrywać najpiękniejsze owoce życia". Większość luksusów jest ludziom zbędna i stanowi przeszkodę w rozwoju duchowym. A lwią część potrzebnych do życia produktów można zdobyć samemu lub wytworzyć przy pomocy własnych rąk. Sól na przykład "można zdobyć urządzając sobie przyjemną wycieczkę nad morze. A gdybym całkiem się bez niej obył, prawdopodobnie piłbym mniej wody" - pisał, kierując się zasadami "wyższej ekonomii" i negując "ekonomię przyziemną". (http://wyborcza.pl/1,75517,2826886.html)
Thoreau należał do XIX-wiecznych transcendentalistów amerykańskich, którzy inspirowali się niemieckim i brytyjskim romantyzmem i zadecydowali w duzym stopniu o demokratycznym, entuzjastycznym, i wysoce indywidualistycznym rysie amerykańskiej religijności, na przekór wiktoriańskiej rleigijności brytyjskiej. Choć Thoreau jest właściwie feudałem i zwolennikiem autarkii ekonomicznej, warto dziś poczytać jego spostrzeżenia o tym ile trzeba odwagi by ubrać NIEZGODNIE z obowiazującą modą, jakim małym pieskiem jest dorosły człowiek w gabinecie krawcowej lub w sklepie i jak bardzo jesteśmy beznadziejnymi konformistami. Ciekawe są też jego spostrzeżenia dotyczące gazet. Uważa, że jedna nowina o napadzie jednego goscia na drugiego wystarczy za wsyztske inne, nie trzeba więc tego czytać.

Mark Twain: "Pod gołym niebem"

Pod gołym niebem to jedna z autobiograficznych powieści Twaina, w której faktom i własnym doświadczeniom autor nadał koloryt, okraszając je obrazami z własnej wyobraźni. Fikcja splata się z realistycznymi opisami. Kopalnie srebra i złota w Nevadzie, panorama słabo zaludnionych i niemal nietkniętych przez cywilizację prerii i lasów Zachodu, mormoni w stanie Utah i Polinezyjczycy na Hawajach, rewolwerowcy, zabójcy, piraci, dziwaczni Indianie Gaszoci, wytrwali traperzy – wszystko to naszkicowane pełnym ostrego, kpiarskiego dowcipu językiem tworzy barwną i wartą lektury historię.
Inaczej niż w przypadku "Życia na Missisipi", ta książka jest dla każdego. Jako racjonalista-liberał szczególnie upodobałem sobie fragmenty, w których Twain oskarza fanatyzm i bandycko-mafijne praktyki mormonów w Utah (przypomina, iż prześladowani niewierni zagłosowali za oderaniem się od nich i utworzeniem Nevady), wyśmiewa Smitha i jego pseudo-Biblię, broni Chińczyków prześladownaych przez kalifornijski plebs, opisuje zwyczaje Hawajczyków oraz rozbiera na czynniki pierwsze proces tworzenia się opowieści opowiadanych przez podróżnych.

Elias Canetti: "Auto da fe"

"Auto da fe" (1935) to najgłośniejsza z książek Eliasa Canettiego (1905-1994), wybitnego austriackiego prozaika, dramaturga i eseisty, laureata literackiej Nagrody Nobla 1981. Bohaterem powieści jest profesor Piotr Kien, światowej sławy sinolog, mól książkowy i odludek. Funkcjonuje w doskonałej harmonii we własnym, całkowicie oderwanym od rzeczywistości świecie. Historia Kiena, który w finale powieści płonie we własnoręcznie wznieconym pożarze wraz ze swym legendarnym księgozbiorem, przybiera postać metafory. Choć osadzona w realiach Wiednia przełomu lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, nosi cechy zrodzonej w rozgorączkowanym umyśle fantasmagorii.
Canetti znakomicie pokazuje losy człowieka dla którego idee są ważniejsze od ludzi, co jeszcze możnaby przeboleć, ale także cżłowieka, który ceni książki tak bardzo, że wsyztsko inne przy nich wydaje mu się plugawe. Ceni egzemplarze książek na róni, lub może nawet bardziej niż ich treść. Nawet sama myśl ludzka. Swą służbę nauce traktuje jak wojskowy dryl, i co najistotniejsze - choć nie cierpi na syndrom złotego wieku - jest zamknięty na współczesność. Przypomina to trochę "Na wspak" (Au rebours) Charlesa (Jorisa Karla) Huysmansa (1848-1907), o człowieku, którego prawdziwy Londyn rozczarował, i wolał wrócić do domu czytać o tym najbardziej skondensowany londyńskim Londynie wielkiej literatury. Książka Canettiego jest przez nieco nadmierne stosowanie strumienia świadomości, bardziej rozwlekła, ale tak to już jest z XX-wieczną literaturą. Może płacili od strony?...:)

Kurt Vonnegut: "Kocia kołyska"

Polecam książkę postmodernisty Vonneguta z 1963 roku. Ale polecam czytanie krytyczne. Kocia kołyska jest powieścią science fiction posiadającą także cechy satyry politycznej. Narrator utworu, John (lub Jonah), zamierza napisać książkę o Feliksie Hoenikerze, twórcy bomby atomowej, która wybuchła nad Hiroszimą. Zbiera do niej materiały wśród dawnych współpracowników konstruktora. Przepytuje także jego dzieci i trafia na ślad tajemniczej substancji, nad którą rzekomo pracowali Amerykanie, a znanej pod kryptonimem lód-9.

Poszukiwania prowadzą go na karaibską wyspę San Lorenzo rządzoną przez Papę Monzano. Monzano sprawuje dyktatorską władzę i próbuje na wyspie zbudować utopię. Jego jedynymi przeciwnikami są wyznawcy bokononizmu, niezwykle oryginalnej religii stworzonej przez samozwańczego proroka Bokonona. Po śmierci Monzano lód-9 (który zamarza w temperaturze pokojowej) wymknie się spod kontroli i spowoduje światową katastrofę.

Jej założycielem miał być Bokonon - wędrowny prorok z wyspy San Lorenzo ukrywający się przed prześladowaniami lokalnego dyktatora, "Papy" Monzano. Swe poglądy zawarł w "Księdze Bokonona". Bokononizm przeciwstawia się powadze i upartemu drążeniu rzeczywistości ("Kierujcie się w życiu taką fomą (nieszkodliwym łgarstwem), która da wam odwagę, dobroć, zdrowie i szczęście" - ""Live by the foma that make you brave and kind and healthy and happy"", Księga Bokonona 1,5). Mówi, że religia, chcąc osiągnąć swe cele, może, a nawet powinna posługiwać się kłamstwem, przy czym trudno jednoznacznie stwierdzić, co jest prawdą, a co nią nie jest. W tej książce nie ma ani słowa prawdy - to zdanie z książki, którego prawdziwości właściwie nikt nie ma prawa i nie może stwierdzić.

Powieść skrzy się humorem, np:

– Aha. Tak więc podczas jednej z takich bezsennych nocy zostałem z ojcem. Staraliśmy się znaleźć jakiegoś żywego pacjenta, którego można by leczyć, ale w łóżku, za łóżkiem znajdowaliśmy same trupy. I wtedy ojciec zaczął się śmiać! Nie mógł przestać. Wyszedł na dwór z ręczną latarką. Chichotał bez przerwy, a promień światła z jego latarki tańczył po trupach ułożonych w stosy. Położył dłoń na mojej głowie i wie pan, co mi wtedy powiedział ten wspaniały człowiek?

– Nie.

– Synu – powiedział do mnie ojciec – pewnego dnia wszystko to będzie twoje.

Mam jednak jedno poważne zatrzeżenie. Vonnegut prezentuje naukę jako nieubłagalną, nieczułą siłę, która niszczy wszytsko na swej drodze, zaś pewną fikcyjna wersję buddyzmo-hinduizmu (bo abrahamową dogmatyką bokononizm raczej nie jest) jako coś bezpiecznego. Być może w czasie zimnej wojny nauka kojarzyła się z siłą niszczącą, i fajnie, że pisarz przypomniał, że prócz nauki istnieje też kultura "duchowa", ale przecież wojna zimna pozostała zimną, bo sobie naukowcy na chłodno wyliczyli, że nie opłacałaby się. O wiele gorzej byłoby mieć do czynienia z ludźmi negujacymi rzeczywistość, np. z pakistańskimi generałami, którzy wierzą w 72 dziewice w raju, i chcą wykorzystać dżiny czyli pustynne duchy jako żródło energii...

Jak myśli konserwatysta

Konserwatyści są zwykle niezrozumiani przez postępowców, ponieważ cenia wyżej zasady niż ludzi, postępowcy zaś (liberalne Centrum i lewica) cenią je niżej od praw człowieka, które to z kolej prawa konserwatyści raczej bagatelizują w imię zasad. Konserwatyzm jest ideologią komunitarną, anty-indywidyalną, pro-kulrurową i pro-wspólnotową, ale w odóżnieniu od socjalizmu - hierarchiczną. Konserwatyści boją się spustoszenia jakie dokonuje się na poziomie idei, bo rozumują platońsko, że przede wszytkim istnieją idee, a dopiero potem są one wypełniane jako przedmioty. Jest to przeciwieństwo myślenia materialistycznego, stąd kolejne nieporozumienia. Dla konserwatysty film przedstawiający coś haniebneho w sympatycznym świetle, jest przez to równie szkodliwy jak ten haniebny czyn, mają więc mniej dystansu do np. dzieł sztuki. Konserwatyści dzielą się podobnie jak postępowcy na romantyków i realistów, choć powiedziałbym, że proporcje są inne niż u progresistów. Jako, że jest wśród nich bardzo wielu romantyków, symbole i mity mają dla nich znaczenie pierwszoplanowe, stąd ludzie niewykształceni myślący w sposób magiczny garną się do tej ideologii, co nie znaczy, że konserwatyzm nie ma swoich elit. Konserwatyzm nie jest samowystarczalny ideowo i szerokimi garściami czerpie z liberalizmu (wolny rynek) i socjalizmu (wspólnotowość, odpowiedzialność). Z konserwatystami trzeba rozmawiać ich językiem, inaczej można jedynie zaprezentowac własne poglądy, ale nikogo się nie przekona. Leibniz pisał, że każdy ma nieco racji bo patrzy na inny wycinek rzeczywistości, i inne problemy wydają mu się ważne. Ja jestem liberałem, bo uważam, że problemy z jakimi zmagają się konserwatyści, są może ważne, ale nie aż tak jak sprawy, o które walczymy my - liberałowie.

Dlaczego nie kradnę, choć jestem ateistą?

Można dyskutować z religią, przytaczać dane statystyczne, ale lepiej chyba pisać od siebie i w swoim imieniu, z "wnętrza". Tak więc piszę; jestem ateistą, a policja działa tak sobie - wykrywalność sprawców kradzieży jest bardzo niska, dlaczego więc nie miałbym kraść...? Bóg mnie przecież nie pokarze, bo nie istnieje, a nawet jeśli istniałby, to skąd pewność, że zajmuje się takiemi pierdołami, jak to, że Napierała zwędził parę złotych? Pamiętam jak mój ojciec drwił z ludzi, którzy wielokrotnie kradną po parę tysiaków, i dają się złapać na dwudzistej kradzieży, a od biedy rozumiał tych, co ryzykują raz ale dla milionów.

Oczywiście bałbym się policji, ale spokojnie - nigdy nie myślałem by coś ukraść. To znaczy coś wartościowego, bo cukierki czasem zwędzałem. Raz też przywłaszczyłem sobie nieswoją zabawkę, ale nic nie planowałem nigdy ukraść jako dojrzały człek, może poza fantami z hotelu. Nie do końca wiem dlaczego. Wychowano mnie bym raczej pracował,miał jakąś pasję i ją rozwijał i tak zarabiał pieniądze, ale gdyby mi się nie udało tego robić możebym patrzył na to inaczej... Może nie doceniam forsy wystarczająco, bo u mnie w domu rodzinnym zawsze trochę było, choć nie tak, żeby było jej bardzo wiele.

Wiele tu chyba ma do powiedzenia moja próżność. Zawsze chciałem być znany raczej niż bogaty. Dlatego mam gdzieś niepochlebne komentarze, nawet sie cieszę, że moje teksty wywołują emocje. Wilde mówił, że nie ma książek moralnych czy niemoralnych, są tylko nudne i ciekawe. W sumie słusznie bo moralne czy niemoralne moze byc jedynie zachowanie a nie słowa namazane drukiem. Reżyser kręcący film, w którym nazista zostaje nagrodzony za swoją gorliwość, nie byłby przecież nazistą mordującym kogośtam w 1941 roku...

Goebbels mówił, że nie ma czegoś takiego jak zła reklama, ale nie o reklamę tu chodzi, a o uczestnictwo. Lubię gadać, myśleć, przekomarzać się itd. Lacan dzielił ludzi na kanalie - tych co muszą zmusić innych do akceptowania ich zasad, by być szczęśliwymi, cyników - indwywidualistów/egocentryków majacych własne zdanie a innych w czterech literach i debili - tych co potrzbują by im powiedziano co mają myśleć. Takie bolszewiki, liberały i mohery by się chciało powiedzieć. Dlaetgo uważam, że słowa Palikota o zaniku podziału na lewicę, centrum i prawicę są bzdurne; ten podział wynika z psychologii, a nie z kaprysu czy przypadku historycznego. Zawsze istnieli liberałowie (np. Epikur, Meng Ke), socjaliści (np. Platon, Campanella) i konserwatyści (np. Arystoteles, Konfucjusz)

Ja jestem cynik/liberał i lubię gadać, spieram się także z własnym obozem i cenię dyskusję z obozem przeciwnym - nie tylko dla samej dyskusji, lecz dla samorozwoju. Interesuje mnie to co konserwatyści czy lewicowcy piszą o liberałach, i co mówią wierzący o ateistach, zarówno ci humanistyczni jak i fanatycy. Pieniądze nie mają dla mnie smaku. Gdybym był bogaty zapewne kupiłbym jacht, założył własną fundację naukową itd., ale ile mam wystarcza mi. Nie chcę więcej na tyle, bym pracował na okrągło jak niektórzy, czy kradł, czy też głosował na KNP, by zachować w kieszeni to co idzie na biednych i szpitale. Dlaczego więc nie kradnę? Strach niewarty ryzyka, a pokusa nie warta świeczki. Być może strach przed piekłem powstrzymuje przed kradzieżą tych, którzy czują, że życie dało im za mało, to potwierdzałoby tezę marksistów, iż to bieda jest podglebiem występków.

Podobnie zresztą myśli czasem prawica, np. Korwin-Mikke, który w "Dekadecji" pisał, że sprzeciwia się aborcji, ale że jako dochodzi do niej głównie wśród mętów społecznych (informacja wyciągnieta z "czapy", ale nie o to chodzi), to nie jest taka zła, bo mniej biedy tj. kradzieży, a niczego szef KNP nie znosi bardziej niż braku poszanowania własności prywatnej. Może wierzący, który myśli, że wiara powstrzymuje go przed kradzieżą, uważa, że ateizm grozi tendencjami złodziejskimi, bo nie umie sobie wyobrazić, jakby to było nie wierzyć. Cóż ja dzielę ludzi na chciwych, próżnych i apatycznych. Pokrywałoby się to z podziałem Lacana, dlaetgo tak lubię jego typologię. Chciwca chyba sam Jahwe przed kradzieżą nie powstrzyma...