poniedziałek, 30 czerwca 2014

Paul Thiry d’Holbach czyli etyka świecka

W odniesieniu do drugiej połowy XVIII wieku często wymienia się cztery główne grupy filozofów: - Voltaire i wolterianie – deistyczni zwolennicy pewnego ograniczenia władzy króla, bojownicy o tolerancję religijną, wrogowie upolitycznionego kleru, a czasem kleru w ogóle. Zwolennicy cywilizacji. - Rousseau i jego zwolennicy – republikanie i utopiści, zwykle obojętni wobec religii, albo broniący jej, wrogowie monarchii – lewica oświecenia. Zwolennicy człowieka naturalnego („dobrego dzikusa”). - Fizjokraci – zwolennicy wolnego handlu, uznający raczej i monarchię i religię – prawica oświecenia. - Materialiści – ateiści, zwykle wyznawcy deterministycznej filozofii, w dużym stopniu przeciwnicy monarchii, często przynajmniej po części republikanie (Diderot, Holbach), w sprawach ekonomii pokrewni fizjokratom[1]. Za najbardziej radykalnych oświeceniowców uznaje się zwykle albo materialistów, albo stronników Rousseau. Za najbardziej umiarkowanych – fizjokratów. Wolterianie mieszczą się w centrum. Wydaje się jednak, że o ile zwolennicy Rousseau z ich utopizmem zapowiadają socjalistyczne projekty XIX wieku, tak materialistów można jeszcze uznać za liberałów, mimo iż ich determinizm zapowiada marksizm. Jednak w odróżnieniu od piewców Rousseau, materialiści nie postulowali radykalnej przebudowy społeczeństwa i akceptowali naturalne nierówności między ludźmi. Jeśli już przypasować Holbacha i Diderota do jakiejś współczesnej doktryny, najlepiej chyba opisywałoby ich słowo socjaliberalizm lub lewicowy liberalizm. Holbach1 Paul Thiry, baron d’ Holbach, właść. Paul Heinrich Dietchich (1723-1789) był Niemcem z Palatynatu. Jego ojciec był winiarzem, a matka córką książęcego poborcy podatków. Jego edukacją zajął się mieszkający w Holandii wuj Franz Holbach, który zarobił krocie na systemie Johna Lawa. Studiował w „twierdzy libertynizmu”, jak nazywano uniwersytet w holenderskiej Lejdzie, gdzie poznał m.in. Johna Wilkesa. W 1750 roku przeniósł się na stałe do Paryża, gdzie otworzył salon literacki. Filozofowie, z Diderotem na czele mogli tam dyskutować o wiele swobodniej niż w salonie innego materialisty, urodzonego Paryżanina, Claude’a Helvétiusa (1715-1771). W salonie Holbacha albo w Paryżu, albo w jego zamku w Grandval[2] bywali: Buffon, d’Alembert, Rousseau, Helvétius, Mercier, Naigeon (wydawca Holbacha), Marmontel, La Harpe, madame Geoffrin, Louise d’Épinay, Sophie d’Houdetot, Melchior Grimm, Adam Smith, David Hume (podczas jednej z wizyt Holbach powiedział mu, ze na Sali znajduje się 14 ateistów, kiedy Hume powątpiewał w ich istnienie)[3], Laurence Sterne, Ferdinando Galiani, Cesare Beccaria, Joseph Priestley, Horace Walpole, Edward Gibbon, David Garrick i Benjamin Franklin. Nie bywał tam Voltaire, uprzedzony do ateizmu. Przez długi czas Holbach wstrzymywał się od publikowania własnych dzieł, angażując swe siły w tłumaczenie na francuski dzieł literatury niemieckiej i w prace nad „Encyklopedią” Diderota i d’Alemberta, które traktował bardzo poważnie (pisał m.in. o innych religiach niż chrześcijaństwo, krytykując pośrednio religię w ogóle). W 1761 roku w lotaryńskim Nancy ukazało się drukiem pierwsze z wielu jego dzieł antychrześcijańskich: „Chrześcijaństwo zdemaskowane” (Le christianisme dévoilé). Jak widać mimo wspomnianych już dobrych kontaktów z liberalnymi cenzorami królewskimi Malesherbesem i Sartine’m, wolał swe dzieło wydać z dala od ich rąk (być może dlatego by nie robić przyjaciołom kłopotu, a być może jednak ze strachu, w końcu jeden z paryskich kolporterów dzieła został w 1768 roku aresztowany[4]). W „Polityce naturalnej, czyli dyskursie o prawdziwych zasadach rządu” (Politique Naturelle, ou Discours sur les vrais principes du Gouvernement, 1773) Holbach dawał wyraz dość rozpowszechnionemu wśród filozofów przekonaniu, że prawa społeczne nie różnią się od praw natury. Cytat z innego jego dzieła; System przyrody czyli prawa świata fizycznego i moralnego, wydanego w Londynie w 1770 roku, pokazuje nam jego w kwestiach moralnych: „…Bądź sprawiedliwy, bo sprawiedliwość jest ostoją ludzkości. Bądź dobry, bo dobroć zniewala wszystkie serca. Bądź wyrozumiały, bo sam jesteś słaby i żyjesz wśród istot równie słabych jak ty. Bądź łagodny, bo łagodność zjednywa uczucie. Bądź wdzięczny, bo wdzięczność podtrzymuje i żywi dobroć. Bądź skromny, bo pycha oburza istoty, które ciebie kochają. Wybaczaj obelgi, bo zemsta utrwala nienawiść. Czyń dobro temu, kto cię znieważa, aby okazać swoją wyższość i pozyskać jego przyjaźń. Bądź umiarkowany, wstrzemięźliwy i obyczajny, bo rozpusta, rozwiązłość i nadużycia zniszczą twój organizm i ściągną na ciebie pogardę[5]…”. Holbach próbował bowiem, niczym Kant w Prusach, stworzyć, alternatywny wobec chrześcijańskiego, model moralności oparty na utylitaryzmie i racjonalizmie. Świetność miała zostać przeniesiona z Boga i Kościoła na państwo; Holbach był bodaj pierwszym znacznym myślicielem (po Meslierze), który otwarcie przyznawał się do ateizmu i promował go jako postawę właściwą moralnie[6]: „…Ateista jest człowiekiem, który zna przyrodę i jej prawa; zna też własną naturę i wie, jakie obowiązki nakłada na niego[7]…”. W pracy:: Etokracja, czyli rząd oparty na moralności (Ethocratie, ou Le gouvernement fondé sur la morale) wydanej po raz pierwszy w 1776 roku w Amsterdamie, Holbach zauważa potrzebę stosowania moralności w polityce[8], gromi roszczeniową postawę wyniosłej szlachty domagającej się od króla coraz to nowych przywilejów[9] i radzi królowi (dzieło dedykowane jest Ludwikowi XVI) by zachowywał prostotę i skromność, co winno zabezpieczyć poważanie u ludu i spokój w kraju[10]. Ta wydająca się nam nieco staroświecka w odniesieniu do „wieku świateł” krytyka zbytku i moralizatorstwo były na ustach zdecydowanej większości „filozofów”[11], próbowano zrobić z nich hasło „walczącego o swoje” mieszczaństwa[12]. Holbach, co warto podkreślić, pisząc rady dla Ludwika XVI, decydował się na kompromis z monarchią absolutną. W dużym stopniu bowiem, Holbach uważał, ze samo zniesienie chrześcijaństwa i wiary w Boga spowoduje wyeliminuje opresyjnych elementów ustroju[13]. Holbach nie dzieli podziwu Voltaire’a dla produktywności handlowców, ale i nie sprowadza ludzi pracujących do chłopów jak fizjokraci. Za pracę uważa nawet filantropię, w czym różni się od Mesliera[14]. Umiarkowanie przejawia Holbach także w odniesieniu do własności prywatnej. Broni jej, ponieważ zrezygnować można by było z niej tylko gdyby ziemia karmiła człowieka bez konieczności pracy[15], w przeciwieństwie do Anglików, nie uznaje on jednak poszanowania własności prywatnej za źródło wolności lecz za efekt wolności[16], uznając jednak „naturalną nierówność” ludzi. Holbach był deterministą, uważającym ludzkie losy za z góry ustalone: „…Narodzenie człowieka nie zawisło bynajmniej od jego wyboru, nie pytano go się, czy chciał przyjść na świat czy nie … w jakim kraju chce mieszkać lub jakich być rodziców dzieckiem … W ciągu całego życia jego wola i jego uczynki są określone zwyczajami, związkami, sprawami, zabawami i myślami[17]…”. Człowiek podporządkowany prawom natury dodatkowo mógł jeszcze popaść w fatalizm Diderota lub determinizm Holbacha. Człowiek racjonalny nie powinien buntować się przeciw prawom natury, lecz upatrywać swej wolności w ich rozumieniu; a więc racjonalny oznacza wolny, a wolny oznacza racjonalny: „…jednostki trzeba zmusić do dostosowania swej woli do rozumu, ogół trzeba nauczyć by znał swoją wolę[18]…”. Z fizjokratami Holbach dzielił przekonanie, iż porządek natury jest wzorem dla porządku społecznego, jednak w odróżnieniu od nich nie pojmował natury jako niezmiennej, lecz uważał ją za podlegającą ewolucyjnym zmianom (mikroruchy cząsteczek, procesy gnilne, samorództwo)[19], wynikającą ze stałych ruchów twórczej materii, w pewien sposób był wiec Holbach przodkiem ewolucjonizmu w biologii (pamiętajmy, że był on nie tylko prawnikiem, ale i przyrodnikiem)[20]. Religia według Holbacha była nieporozumieniem poznawczym. Człowiek bojąc się przyrody, lecz i korzystając z jej zasobów stworzył sobie najpierw bóstwa, które następnie antropomorfizuje niejako automatycznie, gdyż jest człowiekiem i wszystko odnosi do cech ludzkich. Kierując się pewną całościową wizją świata tworzy obraz jedynego bóstwa, które jest wyidealizowaną wizją człowieka. Bóg chrześcijański dlatego właśnie jest jednocześnie litościwy i okrutny, ponieważ jest jednocześnie człowiekiem idealnym, i wszechmocnym panem, którego decyzje są arbitralne (tak jak przyroda uosabia on więc wszelkie nadzieje i obawy człowieka). Według Holbacha jest to wyidealizowana wizja pana feudalnego, stąd właśnie porażka religii miała spowodować upadek feudalizmu. Religia jednak broni się mimo demaskacji jej mitów, ponieważ bronią jej kler i feudałowie, a wielu ludzi boi się pozbyć wytworu swego umysłu, jakim jest bóg. Pozbywając się go czują się nagle osamotnieni. Kult bogów i władców, niezależnie od tego czy byli sprawiedliwi czy nie są według Holbacha spokrewnione i napędzały się nawzajem. Przeciwstawia im kult genialnych jednostek, które przyczyniły się do polepszenia bytu jednostek, np. wynalazców. Religię uważa Holbach za przydatną jedynie na samym początku istnienia ludzkości, potem jej rola była jedynie negatywna. Odrywała ona ludzką uwagę od koniecznych reform i debaty o sprawiedliwości stosunków społecznych. Uważa, że cywilizacja ateistyczna nigdy nie dałaby się omamić do tego stopnia jak chrześcijańska, która np. okrutne prześladowania innowierców potrafiła przedstawiać jak cnotliwy odruch serca. Religia pochodzi z radości i obaw, zabobonny człowiek chce się bać, jest „chory z urojenia”. Religia jest sztuką „upajania ludzi entuzjazmem”, jednak jego zdaniem tylko kiepscy, nieoświeceni władcy potrzebują zniżać się do stosowania religijnych chwytów[21]. Kartezjański dualizm ciała i duszy, jest zdaniem monisty i materialisty Holbacha nie do utrzymania, gdyż dusza składa się z tej samej materii co ciało, zaś sam dualizm i postulowanie istnienia duszy jako czegoś odrębnego od ciała powoduje dehumanizację człowieka. Ponowną humanizację proponował rozpocząć przez kult raczej tego co w człowieku ludzkie, na przykład kult dobroczyńców ludzkości i geniuszy sztuk i nauk. Holbach za Bayle’m a wbrew Voltaire’owi, Montesqueiu i Mably’emu uważał, że religijny hamulec jest niepotrzebny ludzkości i że tej zupełnie wystarczą dobre i jasne prawa[22]. Jak Voltaire też uważał ateizm za raczej elitarny punkt widzenia, chociaż uważał, ze tolerancja ateizmu spowoduje zwycięstwo światopoglądu racjonalistycznego także wśród mas społecznych. Pod koniec życia Holbach przedstawił pomysł przekształcenia klasztorów w szkoły świeckie, a księży w nauczycieli świeckiej uniwersalnej etyki, podległych oświeconemu władcy, a więc do stanowiska pokrewnego józefinizmowi[23]. Postulował też Holbach zastąpienie teologii medycyną w leczeniu ludzkich chorób i bolączek, uważając, że to jacy jesteśmy zależy od naszego stylu życia, odżywiania[24], a także klimatu, choć nie zgadzał się z Montesquieu (którego generalnie cenił wysoko) iż ustrój zależy od klimatu, przytaczając przykład, iż despotyzm występuje i w Libii i w Rosji[25]. Pod koniec życia Holbach coraz silniej akcentował odwrotną zależność, twierdząc, że bez kultury natura staje się jałowa[26]. Ludzkie losy uważał za zdeterminowane, a złudzenie woluntaryzmu przypisywał nieznajomości przyczyn 89 stąd zmniejszał odpowiedzialność jednostek za własne „wybory” postulując np. raczej resocjalizację niż karanie drobnych przestępców 95, ale nie przekładał determinizmu bezpośrednio na stosunki społeczne. Etykę wywodził z zasad racjonalności i użyteczności Cnoty uważał Holbach za postępowanie według ich właśnie (rozum i prawda były dla niego tożsame, a cnota była efektem prawdy). Holbach uważał że zły ustrój tworzy złych ludzi, nie wierzył więc we wrodzoną życzliwość głoszoną przez oświecenie szkockie[27], bardziej przemawiała doń tabula rasa Locke’a. W podejściu do kwestii rodziny, Holbach jak większość myślicieli oświecenia reprezentował pewien patriarchalizm i konserwatyzm, uwypuklając role cnotliwego ojca rodziny, jako przeciwieństwo libertyńskiego arystokraty[28]. W odniesieniu do społeczeństwa Holbach promował uniwersalne cnoty jak uczciwość i tolerancja, lokalne równice w nauce moralnej uważał odchylenia od normy powstałe pod wpływem przesądów[29], późniejsi lewicowi komentatorzy uznawali jednak owe cnoty za cnoty mieszczańskie-liberalne. Inaczej niż Rousseau, Holbach uważał, ze dzikus był przed nastaniem cywilizacji ciemny i nędzny[30], dlatego uważał, że ludzie realizują postęp. Jego wizja historii jednak jest skomplikowana, zakłada on bowiem, ze główną siła napędową historii są katastrofy naturalne niszczące kultury ludzkie, czyli tzw. „kołobiegi” (vicissitudes), chociaż nie musza one zniszczyć całej kultury, dlatego następna cywilizacja może uczyć się z pozostałości poprzedniej[31]. Głównym zadaniem państwa jest zapobiegać katastrofom. Rewolucja społeczna jest odpowiednikiem katastrofy, i państwo winno jej zapobiec, choć przyznawał jej Holbach także w pewnym sensie działanie oczyszczające. Rewolucją straszył, by wymusić liberalne reformy[32]. Postęp jest zdaniem Holbacha; może być on wprawdzie na jakiś czas zahamowany, ale po usunięciu przeszkód przyspiesza ze zdwojoną siłą[33]. Umowę społeczną uważała Holbach za jedyny uprawniony sposób założenia państwa i społeczeństwa, lecz zakładał przedstawicielstwo monarchy konstytucyjnego i posiadaczy jako przedstawicieli ludu. Jednocześnie postulował, by państwo zapobiegało nadmiernemu rozrostowi majątków[34]. Jak Leibniz i Sully, liczył na postanie rządu światowego, który zabezpieczy powszechny pokój. Tak jak Adam Smith i John Locke, własność traktował Holbach jako pochodną pracy, a więc wspólną własność dopuszczał jedynie w stosunku do dóbr takich jak ziemia nieuprawiana lub powietrze czy woda, a więc dóbr powstałych dzięki naturze, a nie pracy[35]. W czasie rewolucji Holbach był natchnieniem liberałów związanych z żyrondą (Conodrcet i Volney), ale i radykałów jakobińskich (np. Cloots)[36], był też nauczycielem liberałów-antyklerykałów polskich czasów insurekcji 1794 roku. Dyskusja nad liberalizmem lub lewicowością Holbacha jest ciągle otwarta, osobiście uważam, że był on przede wszystkim antyklerykałem i świeckim liberałem i człowiekiem reformy, skłonnym dać szansę monarchii i pójść na kompromisy. [1] J. Adamski, op. Cit., s. 219-220. [2] Diderot wracał zawsze z zamku Holbacha chory z przejedzenia, vide: M. Skrzypek, Diderot, s. 31. O związkach Diderota z salonem Holbacha, vide: Ch. Avezac-Lavigne, Diderot et la société du baron Holbach : étude sur le XVIIIe siècle, Paris, 1875. [3] M. Skrzypek, Holbach, s. 14. [4] Kolporter Lécuyer został aresztowany wraz z żoną i czeladnikiem, a następnie całą trójkę publicznie biczowano i napiętnowano, vide: M. Skrzypek, Holbach, s. 13. [5] P. Holbach, System przyrody czyli prawa świata fizycznego i moralnego, Warszawa 1957, tom II, s. 386. [6] vide: M. Skrzypek, Holbach [7] P. Holbach, System przyrody, tom II, s. 327. [8] P. Holbach, Etokracja, czyli rząd oparty na moralności, Warszawa 1979, s. 7. [9] Ibidem, s. 39. [10] Ibidem, s. 101. [11] Vide: J. Staszewski (red.), Europa i świat w epoce oświeconego absolutyzmu [12] Vide: N. Schindler, Ludzie prości, ludzie niepokorni, Warszawa 2002, s. 44. [13] M. Skrzypek, Holbach, s. 19. [14] P. Holbach, Etokracja, czyli rząd oparty na moralności, przedmowa M. Skrzypka, s. LIX. [15] M. Skrzypek, Holbach, s. 260-261. [16] Problem jest aktualny do dziś; czy urzędnicy zabezpieczając kraj przed anarchią umożliwiają wykształcenie się wolności gospodarczej, czy to wolność gospodarcza utrzymuje urzędników. [17] Holbach nie akceptował nawet zdolności człowieka do przeciwstawienia się motywom hedonistycznym, uważał bowiem, że nawet ktoś umierający męczeńską śmiercią chce osiągnąć ta drogą „większą przyjemność” w przyszłości (prawdopodobnie chodzi tu o, życie wieczne, w które Holbach nie wierzy, ale męczennik owszem), vide: M. Skrzypek, Holbach, s. 230. [18] R. Rydz, Edmund Burke na ścieżkach wolności, s. 74. [19] M. Skrzypek, Holbach, s. 47. [20] M. Skrzypek, Holbach, s. 30. [21] M. Skrzypek, Holbach, s. 51-64. [22] Ibidem, s. 64-71. [23] Ibidem, s. 72. Dzisiaj podobne przekwalifikowanie księży postuluje amerykański działacz ateistyczny Daniel Dennet. Co ciekawe pewna ilość księży zareagowała bardzo entuzjastycznie. [24] Ibidem, s. 82. [25] Ibidem, s. 115. [26] Ibidem, s. 117. [27] Teorie Szkotów uważał za galimatias, vide: Ibidem, s. 99. [28] Ibidem, s. 103. [29] Ibidem, s. 105. [30] Ibidem, s. 110. [31] Ibidem, s. 111. [32] Ibidem, s. 129. [33] Ibidem, s. 117. [34] Ibidem, s. 118-124. [35] Ibidem, s. 131. [36] Ibidem, s. 143.

Czy religia jest potrzebna do rozwoju cywilizacji ?

Podobnie jak wiele innych moich tekstów, ten tekst powstał z „negatywnej” inspiracji. Tym razem zdenerwowała mnie lektura: „Cywilizacji” Nialla Fergusona. Ferguson, konserwatywny brytyjski historyk, prywatnie ateista, publicznie wspiera tezę o przydatności religii dla trwania cywilizacji. Już David Hume udowodnił, że moralność jest produktem historii, a nie religii, zaś historia to nic innego jak jeden wielki eksperyment naukowy przeprowadzany na sobie samej przez daną cywilizację, czy kulturę. Tak więc nie da się poważnie i naukowo twierdzić, że religia jest podstawą cywilizacji, i podstawą moralność, ale ponieważ religia zawiera „jakiś” przekaz moralny ma obrońców wśród niektórych etyków i intelektualistów świeckich jak właśnie Niall Ferguson. Ferguson jest, jak samo nazwisko wskazuje, Szkotem, wychowanym po ateistycznemu, ale — jak sam twierdzi — w protestanckiej etyce pracy. Thatcherysta i radykalny wolnorynkowiec (znana debata z keynsistą Paulem Krugmanem), związany jest z Oxfordem, Uniwersytetem Stanforda, sztabem wyborczym McCaina w wyborach w USA, zwolennikami Romneya, oraz „Newsweekiem”. Jest bardzo cenionym intelektualistą, autorem ciekawej książki o Imperium Brytyjskim, więc tym bardziej denerwują bzdury jakie opowiada o religii. Powiela multum stereotypów też w wielu innych dziedzinach, jak np. przekonanie, że „XX stulecie okazało się być najbardziej ponurym i dzikim w dziejach ludzkości”, choć nie było, wręcz przeciwnie nazizm i faszyzm oraz stalinizm dały nam wreszcie do myślenia w drugiej jego połowie. W analizie historycznej opublikowanej w 2009 roku w „The Guardian” (w związku z siedemdziesięcioleciem wybuchu II Wojny Światowej) pozwolił sobie na kontrowersyjne zestawienie sytuacji polityczno-społecznej w Polsce i w hitlerowskich Niemczech twierdząc, że „z punktu widzenia politycznych wolności i praw obywatelskich Polska była niewiele lepsza od Niemiec z 1939 roku”. Wywołał tą opinią powszechną krytykę. Ferguson krytykował też Keynesa, za to, że „jako homoseksualista nie miał dzieci i nie myślał o przyszłości (gdyby prawacy i chrześcijanie nie uważali bycia gejem za przestępstwo to może by adoptował…), co wywołało pewne oburzenie. Generalnie jednak jak na kogoś kto ma za żonę Ayaan Hirsi Ali , Ferguson jest bardzo przewidywalny i nudny. Po prostu zawsze można liczyć na to, że powieli jakiś stereotyp i płytko przedstawi sprawy. Choć np. Fareed Zakaria pięknie wytłumaczył, że straszenie Eurarabią to nieporozumienie i prawicowe ujadanie, Ferguson toczy pianę o islamskim zagrożeniu, i postuluje — jakżeby inaczej — powrót do chrześcijaństwa. Nie wiem co mam myśleć o tym człowieku bo z jednej strony wydaje się bliski Hitchensowi i jego obronie wolności przed terroryzmem z drugiej powiela najbardziej paskudne stereotypy o gejach, religii, ateizmie itd. Ateistyczni konserwatyści są wyjątkowo denerwujący ponieważ jak pisał Daniel Dennett „wierzą w wiarę”, czyli zalecają religię, tym którzy mogą ja wyznawać. (Roger Scruton przynajmniej jest chrześcjaninem). Ferguson jak na wpływowego analityka i cenionego intelektualistę jest niesamowicie płytkim myślicielem i często też nieuczciwym intelektualnie. Co ma bycie gejem do myślenia o przyszłości? Ferguson powiela mit protestanckiego etosu pracy i wpływu na powstanie kapitalizmu, choć już dawno w protestanckim holenderskim Groningen obalono te weberowskie brednie. Nawet mit protestanckiej innowacyjności gospodarczej XIX wieku trzeszczy w zderzeniu z faktami; Niemcy (pół narodu to katolicy) innowacyjny byli, Brytyjczycy dali się wyprzedzić, bo nie powiązali przemysłu dostatecznie z nauką, i nie zrobili koncentracji banków. Krótko mówiąc pietyzm może był stymulujący, ale anglikanizm już mniej. Szanujący się naukowiec powinien zwrócić uwagę na te rzeczy. Pisze Ferguson o korelacji religijności z pracowitości, i podaje przykład buddyjskiej Korei Płd., ale nie eksponuje już równie dobrego przykładu Japonii, czy Chin — społeczeństw ateistycznych (przynajmniej nie robi z Chińczyków bogobojnych jak jeszcze gorszy konserwatywny przeinaczacz — Samuel Huntington). Argumenty Fergusona na rzecz rzekomej zależności między religijnością a pracowitością, i myśleniem o następnych pokoleniach są kiepskie, i myślę, że dostatecznie rozbijam je w moich dalszych rozważaniach dostępnych w postaci filmu: FILM

Eurowizja 2014

Nie oglądałem Eurowizji na żywo, lecz po paru tygodniach na YouTube. Byłem pozytywnie zaskoczony wysokim poziomem większości piosenek także w porównaniu z zeszłym rokiem, kiedy ładnie śpiewali w zasadzie tylko Szwajcarzy. Tym razem prócz Szwajcarów, którzy zaprezentowali się z lekką i dowcipną piosenką, wyróżnili się zwłaszcza Holendrzy, z wspaniałym bluesowym: "Calm After a Storm", piosenką która zajęła drugie miejsce, a powinna zająć pierwsze. I to jest dużo większy skandal niż względna porażka naszej Cleo. Drugie miejsce powinno przypaść dowcipnym Szwajcarom, niestety dostali mało głosów. Generalnie nie brakowało dobrych piosenek; wysoki poziom prezentowała Elaiza z Niemiec, a także piosenkarka ukraińska, albańska, nasza, niezły - izraelska. Przyjemnie było też posłuchać Islandczyków i Duńczyków. Oczywiście w naszej kochanej Polsce wszystko kręciło się wokół walki ponętnych słowianek z austriackim performerem. Faktycznie przekorna i zadziorna Cleo reprezentuje wyższy poziom niż dość nudnawy Conchita. Też więc jestem zawiedziony. Moim zdaniem nie zadziała jednak polityka, ale uwielbienie długich pociągłych dżwięków, które już wielokrotnie wygrało z prawdziwym artyzmem.

Co ma Kościół do Jezusa?

Chociaż dla mnie jako ateisty Jezus z Nazaretu jest po prostu postacią historyczną jak Cromwell czy Sokrates, to nie mogę powiedzieć, żebym nie był pod sporym jej wrażeniem. Nie mogę zaprzeczyć, że był to człowiek wartościowy moralnie i ciekawy. Nie ma tu znaczenie czy Jezus na sto procent istniał czy nie. Bart Ehrman z University of North Carolina twierdzi, że tak: http://niewiarygodne.pl/kat,1... Brytyjski badacz Hyam Maccoby (1924–2004) już taki przekonany nie był: http://www.racjonalista.pl/kk... http://en.wikipedia.org/wiki/... I musi to tak wyglądać ponieważ mowa o człowieku żyjącym tysiące lat temu. Tak samo nie wiadomo na 100 procent czy istniał Sokrates, a czasem jak wiemy, że ktoś istniał na 100 procent istniał jak np. Petronius, nie wiemy w jakim okresie historycznym żył (czy w czasach Nerona czy 150 lat później), ot problem historyka starożytności. Tu jednak bardziej interesuje mnie moralna nauka Jezusa z Nazaretu. Jezus pięknie tłumaczył, że tylko ten, kto jest bez winy może rzucać kamienie w innego, że świątynie istnieją w ludzkich sercach a nie w kamieniu, że wiele starotestamentowych nakazów nie ma sensu, a liczą się dobre uczynki, że etykietki narodowe nie mają znaczenie (wizyta u rzymskiego setnika, dobre stosunki z Samarytanami), że kobiety należy traktować z szacunkiem, że nie należy przesadzać z życiem rodzinnym i handlem, że gromadzenie dóbr materialnych nie jest zasługą samą w sobie. Jakiż wspaniały liberał a nawet trochę hipis! Tylko co to wszystko ma wspólnego z Kościołem Katolickim? Tą obwieszoną złotem butną organizacją-państwem? Tymi niedzielnymi katolikami, którzy nie przekazują sobie znaku pokoju? Z politykowaniem o aborcji itp, i nieustannym osądzaniem innych? Dlaczego katolicka Polska ma najmniejszy w Europie kredyt zaufania społecznego? Czy nie dlatego, że KrK zajmuje się straszeniem potworem Genderem i politycznym sojuszem z PiS, zamiast krzewieniem jezusowej moralności? Ostatnio na trasie Radojewo-Biedrusko czekałem na autostop. Ale widocznie kierowcy (zapewne w dużej części katolicy, bo jesteśmy w Polsce) brali mnie za Gendera bo nie zatrzymywali się. Jak to jest z tą pomocą bliźniemu? Dobrze, że przejeżdżała zamówiona przez kogoś taksówka. Nie da się być katolikiem a la Michalik i człowiekiem Jezusa jednocześnie. Papież Franciszek wprawia katolików a la polacca w konfuzję, bo bywa prawdziwym chrześcijaninem.

Pripersi – apogeum konserwatywno-religijnego strachu

Coraz szersze kręgi, zwłaszcza w USA zatacza subkultura ludzi zwanych survivalists lub preppers. W wikipedii czytamy: „…Surwiwal jest jedną z form turystyki i rekreacji, rodzajami działalności ludzkiej, których rozróżnienie bywa dość trudne…”. Wszystko pięknie wspaniałe hobby można rzec, ale czy faktycznie wszystko jest ok? Dziwnym trafem zjawisko szykowania się na świecki (np. wojna) czy religijny koniec świata (w USA ok. 20-25% ludzi wierzy, że Jezus przybędzie sądzić żywych i umarłych za ich życia), genetycznie przypada nie tyle na czas wielkich konfliktów bo kryzysy naftowe czy wojna w Wietnamie do nich nie należą, lecz na lata 60 i 70, a więc czasy zniszczenia odwiecznego leniwego konserwatyzmu status quo… Reagan nauczył Amerykanów, że rząd spiskuje przeciw nim i jest ich najgorszym wrogiem (chyba, że to on jest rządem), uwierzyli w tą ponurą nowinę, efekt? – prawie nikt nie uważa państwo za jakieś dobro wspólne o jakie trzeba dbać. USA wyznacza trendy Europie od lat 20stych, no więc i u nas zaczynają wygrywać anarchistyczni wrogowie państwa (por. ostatnie wybory do PE), nie widzący dalej niż czubek swojego rewolweru… Nasz amatorski teatr zmierzył się także artystycznie z problemem tej subkultury: PRIPERSI I HIPSTERSI - film

Polska ma politykę historyczną zamiast normalnej historii

Jako historyk jestem przerażony, że w naszym kraju historiografia i historia ciągle służą do leczenia kompleksów narodowych, i do prowadzenia polityki historycznej, tj. walki o godność narodu polskiego, a nie poznaniu prawdy historycznej czy ukazania skomplikowania czy też różnorodności faktów historycznych. Historycy, i to bynajmniej ni tylko ci z IPN zachowują się jak żołnierze, którzy walczą o jakąś naszą prawdę inną od prawdy innych narodów. Polski konserwatyzm konserwuje poczucie oblężenia przez silniejsze lub bardziej przebojowe państwa, i podkreśla każde beknięcie o polskich obozach czy polskim antysemityzmie, czy innym kołtuństwie, i podnosi je do rangi ataku na polskość przez wielkie P. W efekcie polska wizja historii nie tylko naszej, ale w ogóle jest skrzywiona. Polacy szukają w historii nauk moralnych, a historia do tego się nie nadaje, do tego służy filozofia, lub ewentualnie w wersji dla ubogich duchowo - religia. Prawie nie pisze się historii z perspektywy kogoś innego niż powstańców, Jędrusiów, ewentualnie królów. Nie pisze się zbyt dużo o kolaborantach (chyba, ze tych z czasów PRL, bo to przydaje się do walki politycznej), o kupcach, handlarzach, kobietach, szewcach, szwaczkach, a jeśli już to tak ogólnikami, "masowo". Często jedyna obowiązująca wizja dziejów to wizja fanatyka romantycznego A.D. 1830. Ubolewają na tym nawet konserwatyści, bo żałują oni odstawienia na margines realistów politycznych (np. Gołuchowskiego czy Wielopolskiego), ale także ci nie-romantyczni konserwatyści z wielkim bólem brzucha przyznają, że Polak może czasem zachować się niegodnie, albo chociażby nie-heroicznie. Nie widziałem ani jednego filmu o powstaniu, gdzie byłby bohater kwestionujący jego sens. Nie widziałem komedii historycznej, w której śmielibyśmy się ze swoich przywar narodowych czy złych wyborów. Najlepszy przykład to Halo Hans, w którym wszyscy są śmieszni (Niemcy to wręcz debile), ale Polacy muszą być "spiżowi", jakiż kontrast z gamoniowatymi brytyjskimi lotnikami z Allo Allo. Polska nie zginie od jednego śmiesznego polskiego żołdaka! Niemcy nas nie napadną, dlatego, że przedstawimy prawdziwą historycznie scenę sikania na portret Rydza-Śmigłego (wycięto tą scenę z filmu, bo była za mało "spiżowa"). Czemu komedia historyczna zatrzymuje się u nas na poziomie kabaretu? No, ale w naszym kraju do kin nie trafił nawet film o Lutrze, więc wiem, że wymagać nie można zbyt dużo. Proszę zauważyć kult Hansa Klossa, a przecież w tym filmie manichejski obraz świata jest posunięty do absurdu; Niemcy są nie tylko jednoznacznie źli, ale też głupi. Polacy dobrzy i bystrzy. Gdyby tak było rok 1939 nie wydarzyłby się. Trochę odbrązowienia mamy w "Obławie", ale i tak Dorociński rozwala SS-manów jak harcerzy, co nigdy nie miałoby miejsca. W "Czasie honoru" bohater Zakościelnego o posturze mięczaka morduje wachmanów niczym Rambo. Czytelnik Sienkiewicza i widz Hoffmanna nie dowie się, że Sobieski był trzykrotnym zdrajcą kraju. W "Bitwie Warszawskiej" mamy socjalistę (granego przez Szyca), który nie precyzuje swych lewicowych poglądów, i szybko się ich wyrzeka, tylko dlatego, że kilku bolszewików grandziło. To tak jakby przestać być konserwatystą, bo zbrodnie Pinocheta... Czemu nie przedstawia się w filmach poglądów Poznańczyków, krytyków powstania 1863 roku i przeciwników bitewnych Piłsudskiego? Za trudne dla Polaków? Musimy być zawsze traktowani jak dzieci i raczeni bajkami o dobrym polskim królewiczu i złym rosyjskim wampirze? I skąd ten kult ofiary? Podobało mi się zobaczyć Polaków w roli agresorów w rosyjskim filmie "1612", jakież to było odświeżające! Nasza romantyczne samochwalstwo ogarnia całe społeczeństwo. Nie znamy naszej historii. Trochę pisze się o antysemityzmie, ale to skansen otoczony mianem zdrajców polskości. Byłem jako student na praktykach w Archiwum Miejskim w Poznaniu. Jako, że znałem niemiecki, poproszono mnie bym opracował teczki więźniów z Wrześni, czasów okupacji hitlerowskiej. Miałem tez przyporządkować teczki do kategorii wykroczeń. Tylko, że na liście miałem do wyboru jedynie wykroczenia o wymiarze "patriotyczno-powstańczym", jak naruszenie godziny policyjnej, czy przywłaszczenie sobie odznaki partyjnej NSDAP. W ogóle nie pomyślano, że te gnojki naziści mogli zapuszkowywać też Polaków za wykroczenia przeciw innym Polakom! Stąd kategorie: Diebstahl (kradzież) i Raubueberfall (napad rabunkowy) utworzono dopiero na mój wniosek. Naziści byli gnojkami i mordercami, ale czasem nawet tacy zrobią coś dobrego; np. zamkną złodzieja na cztery spusty. Skąd ten pęd do jedno-wymiarowości; do bezkrytycznego chwalstwa Jana Pawła, Piłsudskiego czy Wałęsy. Przecież to ani bogowie, ani guru nie byli! Czemu nie przedstawić więc optyki Szumlewicza, Dmowskiego, Igo Syma, Boy-Żeleńskiego, Kwaśniewskiego? To nie wojna, wojna już była teraz trzeba próbować zrozumieć, a nie partyjne bajki opowiadać.

USA według Baracka Obamy

Dziwię się, że tak niewielkim zainteresowaniem w Polsce cieszą się dzieła liderów politycznych z zagranicy. Dlatego zainteresowała mnie przetłumaczona na polski książka Obamy (The Audacity of Hope. Thoughts on Reclaiming the American Dream z 2006 roku, przetłumaczona i wydana przez warszawskie Wyd. Albatros w 2008 jako: „Odwaga nadziei. Moja droga życiowa, wartości i ideały polityczne”, koszty stałem z II wydania z 2009 r.), wówczas senatora Partii Demokratycznej, której tytuł stanowi nawiązanie do jego mowy programowej wygłoszonej na konwencji wyborczej Partii Demokratycznej w czerwcu 2004 roku. Książka zrobiła na mnie na tyle dobre wrażenie, a jej autor zaskoczył mnie na tyle pozytywnie swym trzeźwym realizmem, niezbyt ostatni często spotykanym wśród sentymentalnych polityków USA, że postanowiłem napisać tą recenzję. Jako liberał szczególnie ciekaw byłem jak dalece liberałem jest Obama, i byłem pozytywnie zaskoczony. Okazuje się, że wbrew korwinowym i libertariańskim zawodzeniom, rdzeń amerykańskich Demokratów można, bez problemu nazwać liberałami pod niemal każdym względem. Opinie, jakie Obama wygłasza w książce na niemal każdy temat, są bardzo bliskie liberalnemu credo, no chyba, że ktoś pomyli liberalizm z anarchokapitalizmem, nierealnym ideałem państwa-minimum, lub wolnorynkowym konserwatyzmem, co niestety zdarza się często. Obama, choć prawnik, rozumie i szanuje reguły świata biznesu, ceni innowacyjność i energetyczną samowystarczalność (alternatywne źródła energii itd.), której to potrzeby nie pojmuje szefostwo GOP (np. Romney zależny od nafciarzy z Teksasu). Obama rozumie potrzeby pracodawców i specjalistów z klasy średniej, i nie ma w sobie nic z roszczeniowej i populistycznej postawy europejskiego socjaldemokratycznego związkowca typu Harolda Wilsona. Jednym słowem liberał, i jak prawdziwy amerykański liberał odwołuje się do tych samych wartości, które przypisywał liberałom Kennedy; odwagi wprowadzania zmień, wiary w postęp, w wolność indywidualizm i odpowiedzialności jednostkowej. Obama przyznaje się, że wiele pomogła mu jego redaktorka Rachel Klayman, i już to budzi sympatię. Zacznijmy jednak od początku. Główną troską Obamy jest to, by zwolennicy różnych opcji politycznych w USA mogli się porozumieć, używając tych samych słów i podobnie rozumiejąc ich znaczenie (s. 17), czyli przewrócenie jakiegoś podstawowego konsensusu lat 1776-1800 gdzieś między liberalizmem obyczajowym, i decentralizmem Jeffersona i centralistycznym konserwatyzmem Hamiltona. Obama mówi w sentymentalnym tonie o Danielu Websterze i dawnych krasomówcach senatu, w czasach kiedy, senatorzy przychodzą do Sali Senatu USA właściwie tylko by głosować, nie słuchając przemówień swych kolegów, lecz spiesząc na spotkania z wyborcami, sponsorami itd., co nie sprzyja porozumieniu, o jakim marzy Obama (s. 26). Obama pisze o współczesnym senacie, jako o miejscu gdzie partia mająca choćby tylko niewielką przewagę jak po trupach przepycha swe ustawy nie zważając na bezsilny opór mniejszości. Pisze o starszych senatorach, którzy z rozrzewnieniem wspominali czasy, gdy razem z przeciwnikami palili cygara i ustalali kompromis (s. 27), i konfrontuje to z kłamliwymi atakami wykorzystywanymi zwł. przez Republikanów np. wobec Maxa Clelanda, senatora DP z Georgii, weterana wojennego, którego oskarżyli o… sprzyjanie Al.-Kaidzie (s. 30). Obama pisze, o pojawiających się przestrogach by DP i RP porzuciły wzajemne animozje i razem pracowały dla kraju, lecz minimalna przewaga jednej partii nad drugą temu nie sprzyja. Według Obamy polaryzacja pogłębia się, daje przykład demokraty z Georgii Zella Millera, członka NRA, który jak wielu polityków Południa, zraził się do DP i poparł Busha (s. 32). Obama pisze ciekawie o skrajnie prawicowych autorach typu Ann Coulter czy Seana Hannity’ego, iż nie traktuje ich tyrad poważnie, lecz jako chwyty mając poprawić sprzedawalność ich książek, jednak denerwuje go nieustanne wylewani pomyj na obecne USA, jako rzekomego siedliska faszyzmu itd., i jak sam pisze, odpowiada wtedy wspominając mutiny act i allien act prezydenta Johna Adamsa, internowanie Amerykanów japońskiego pochodzenia przez rząd Roosevelta, hitleryzm, czy losy Sołżenicyna i Mandeli (s. 33). Najpoważniejszymi problemami polityki USA w 2006 roku, były obok bezkompromisowości, zdaniem Obamy, kryzys systemu edukacji i manichejska wizja polityki zagranicznej (ciągłe interwencje lub izolacjonizm). Problematyczne są też nierealne obietnice polityków. Np. Republikanie obiecując narodowi wojnę bez ofiar i obniżenie podatków bez cięć w sferze usług, sami uniemożliwili sobie sprawne rządzenie (s. 35), oraz teorie spiskowe radykalnych konserwatystów i wywrotowych liberałów. Niektórzy politycy starszego pokolenia potrafili i potrafią się przyjaźnić mimo odmiennej przynależności partyjnej (np. republikanin John Warner i demokrata z Zach. Wirginii, Robert Byrd (1917-2010), lub przyjaźniący się Alaskańczyk Ted Stevens (RP), który poniósł śmierć w katastrofie lotniczej na Alasce 9 sierpnia 2010 roku. i Hawajczyk Daniel Inouye (DP), który zmarł w 2012 r.), co wynikało z ich wspólnych drugo wojennych, żołnierskich wspomnień, a potem ze wspólnego poczucia zagrożenia przez ZSRR (s. 37-38). Być może jednak wynikało to także z innych przyczyn, w końcu senator z Wirginii, John Warner (ur. 1927) nie jest jakimś radykalnym baptystycznym członkiem GOP, lecz powszechnie szanowanym przez wzgląd na swoje kompetencje i umiarkowane stanowisko, oraz pewien liberalizm (jest m.in. zwolennikiem ograniczonego prawa do przerywania ciąży, ograniczeń w dostępie do broni palnej. Jako jeden z nielicznych republikanów w Senacie głosował w roku 1999 za uniewinnieniem prezydenta Billa Clintona z pierwszego z dwóch zarzutów w procesie o impeachment. Ostatnio zwrócił na siebie uwagę, krytykując iracką politykę prezydenta George'a W. Busha). Również Byrd, jednocześnie baptysta i mason zwany „chodzącą encyklopedią” był znany z niezależności poglądów. Być może dziś po prostu idealiści wierni samym sobie są na wymarciu. Obama zauważa, że DP tworzyli w latach 50. I 60. Rozmaici ludzie, jak liberał z Północy Hubert Humphrey czy konserwatysta z Południa James Eastland, których łączyła wiara w słuszność socjalnych zdobyczy New Deal, oraz filozofia: „żyj i pozwól żyć innym”, która w praktyce prowadziła także do przymykania oka na kłopoty czarnych na Południu. Podobnie było w GOP, gdzie było miejsce i dla radykalnych konserwatystów z Zachodu jak Barry Goldwater, liberalnych RINOs ze Wschodu jak Nelson Rockefeller, czy zwolenników Lincolna i Burke’a (s. 38-39). Całość GOP spajały: silniejszy niż w DP antykomunizm (choć Kennedy im dorównał), oraz poglądy wolnorynkowe. Zdaniem Obamy ta epoka skończyła się wraz z ruchem o prawa obywatelskie dla czarnych, kiedy to sam Lyndon Johnson w 1964 roku wiedział, że podpisując ustawę o prawach, oddaje Południe Republikanom na dającą się przewidzieć przyszłość (s. 40). Potem podziały zaogniła jeszcze wojna w Wietnamie, uświadamiając masom, że rząd nie zawsze działa słusznie. Nixon próbował podważyć anty-segregacyjne prawa na Południu, a Carter połączyć pro-mniejszosciowe elementy programu DP z tradycyjnymi. Podejście do kultury i kontrkultury stało się mimo to wyznacznikiem przynależności do obozu liberalnego lub konserwatywnego, a polityka przestała być sprawą czysto techniczną i stała się kwestią moralną (s. 41). Obama pisze, że jego mama wychowała go na liberała. Starała się ona zrozumieć motywy radykalnych działaczy kontrkultury, lecz pozostała liberalna wg kanonu sprzed 67 roku. Barack dorastał politycznie w czasach tuż przed epoką Reagana i wsiąkł w kontrkulturę (nie ufał np. nikomu powyżej 30 roku życia). Choć nie lubił kowbojskiej pozy i wyniosłości Reagana wobec biednych, z czasem docenił jednak zręczność z jaką Reagan trafił ze swym przesłaniem ładu i porządku do klasy średniej w czasie stagnacji ekonomicznej, oraz przerysował DP jako partię niebieskich ptaków oddalonych od prostego ludu (s. 44). Baby boom utrwalił ten obraz dopominając się od polityków prostoty stylu, stąd członek GOP który popiera aborcje, nie utrzyma się długo w partii, podobnie jak Demokrata należący do NRA nie utrzyma się długo w DP. Według Obamy, zasługą Clintona była próba zerwania z tym manichejskim obrazem, Clinton wiedział, że wolny rynek może przynieść sprawiedliwość społeczną, a dobrze ukierunkowany i ograniczony interwencjonizm może wzmocnić rynek. Pokazywał więc, że może istnieć „trzecia droga” (s. 47). Postępowy, ale nie dogmatyczny rząd Clintona osiągnął wiele w dziedzinie ekonomii, co doceniono, ale nie przekuło się to w trwałe poparcie dla DP, tym bardziej, że największy przyrost demograficzny miał miejsce na południu, a w senacie dwóch republikańskich posłów z małego Wyoming (niespełna 0,5 mln mieszkańców), liczy się tak jak dwóch demokratów z wielkiej Kaliforni prawie 34 miliony mieszkańców). Gingrich, Rove i Norquist próbowali zbudować trwały kadłub konserwatywny, i atakowali Clintona właśnie dlatego, że ten był zbyt nieszablonowy jak na demokratę, stąd bezprecedensowa doza pomyj, jaka spadła na tego prezydenta (s. 48). Clinton obronił się, ale DP nie wyszła z tych utarczek równie skonsolidowana jak radykalni konserwatyści, którzy w kampanii 2000 zupełnie zagłuszyli swych umiarkowanych kolegów (przy okazji Obama dziwi się, ze tak się stało, bo uważa, że umiar i wstrzemięźliwość to typowo konserwatywne cnoty…). Ideologią rządu Busha, według Obamy nie był konserwatyzm, lecz absolutyzm – absolutne przekonanie, że rząd ma tylko prowadzić wojny i strzec własności (s. 51), choć Bush osobiście powoływał się na „współczujący konserwatyzm”. Obama zauważa, że nowi fundamentaliści chrześcijańscy z GOP nie szanują sądów, kompetencji, prasy, konwencji genewskiej, regulaminu senatu, a właściwie „niczego, co mogłoby spowolnić marsz ku nowej Jerozolimie”, uważa, że w DP też nie brakuje tak skrajnych poglądów, ale ich wyznawcy nie mieli nigdy władzy Rove’a czy DeLaya. Obama pisze, że zna bardzo niewiele osób pasujących do karykaturalnego stereotypu liberała, skoro nawet John Kerry jest zwolennikiem utrzymania militarnej przewagi USA w świecie, większość posłów DP wyznaje kult Jezusa, a Hilary Clinton podkreśla zalety wolnego rynku. Obama żałuje, ze DP daje się wciągać w manichejskie spory i np. „w odpowiedzi na integryzm religijny”, zrównuje tolerancję z sekularyzmem” (?) zamiast podjąć dyskusję religijną (s. 54), która by wyrwała religię z łap GOP. Obama postuluje by dostrzegać złożoność losów Amerykanów; rasistów z Południa, który zaprzyjaźniają się z czarnymi współpracownikami, feministek, które opłakują dawną aborcję, chrześcijankę, która opłaciła aborcję swej nastoletniej córki, i byłego członka Czarnych Panter, który zajął się rynkie nieruchomości. Busha Obama określa jako sympatycznego człowieka, zdyscyplinowanego, lecz otwartego (s. 59), choć uważa, że czasem podczas przemówień, staje się dogmatykiem nie znoszącym sprzeciwu. Obama boleje nad tym, tak samo jak nad tym, że TV pokazuje Amerykanów jako bardziej skrajnych w poglądach niż są w rzeczywistości. Uważa, że jego objazd po miasteczkach południowego Illinois dowodzi, iż w rzeczywistości pastorzy są bardzie tolerancyjni, ubodzy łaskawsi wobec bogatych i krytyczniejsi wobec siebie, a ludzie świeccy bardziej uduchowieni, niż pokazuje TV (s. 66). Rzadko też można wg Obamy przyporządkować konkretną osobą pod etykietkę liberała czy konserwatysty. Uważa, że Demokraci popełniają błąd unikając rozmów o wartościach moralnych, a GOP – robiąc z nich młot na DP. Obama szuka więc wartości wspólnych ponad podziałami, i uważa, że taką podstawową amerykańską wartością jest wolność, nie tylko ta negatywna wynikająca z potrzeby prywatności i godności, ale też ta pozytywna wolność rozumiana jak w „Poor Richard’s Almanach” Benjamina Franklina, jako swobodę korzystania z różnych okazji (s. 70). Obama uważa Amerykanów za indywidualistów, odrzucających przeszłość i plemienność, ceniących patriotyzm i to co lokalne. USA uważa za szczęśliwe ponieważ nie doznały spazmów rewolucji jak Europa, lecz nawet i w USA patriotyzm, wiara czy dobroczynność, przeradzały się czasem w ksenofobię, fanatyzm i krępujący paternalizm (s. 71). Powiem tak, dobrze, że ktoś to zauważa, i że Obamę stać na krytykę swojego kraju. Problem polega na tym, że konserwatyści i liberałowie widzą tylko niektóre naruszenia wolności (podsłuch i nadzór nad seksualnością tak, ale interwencjonizm i kontrola broni – nie – to o konserwatystach, zaś liberałowie oburzą się na wolność prasy, ale już nie na ciężkie koszty regulacji prawnych dla drobnych przedsiębiorców). Byłoby dobrze, gdyby obie strony uznały, że każdy człowiek jest depozytariuszem jakichś godnych szacunku wartości, i nie dawali się zaślepić ideologią, jak pewien polityk GOP z senatu stanu Illinois, który potępił w czambuł fundowanie przedszkolakom śniadań, ponieważ ‘zniszczyłoby to ich poczucie samodzielności” (s. 75). Obama zwraca uwagę na to, że choć ceni wolność mediów nie lubi, jak podczas oglądania TV z dziećmi na ekranie widzi reklamy leków na zaburzenie erekcji, zwraca też uwagę na dziwne usprawiedliwienia ideowe częste w polityce, jak np. gigantyczne pensje dla menedżerów, tłumaczone np. na łamach Wall Street Journal, tym, że niby trzeba czymś przyciągnąć tych najlepszych, choć nie chciałby ich ograniczać ustawowo. Uważa, ze należy dawać pieniądze na szkoły, ale też namawiać rodziców, by stymulowali rozwój pociech. Krótko mówiąc Obama chce prymatu zdrowego rozsądku nad ideologią. Ubolewa nad cyniczną standaryzacją przebiegu kampanii wyborczej np. „obowiązkowy postój kandydata przed kościołem czarnej ludności” (s. 80). Chwali demokratę Paula Simona, swego poprzednika z senatu Illinois, za zdolność zdobywania głosów ludzi o przeciwnych niż on poglądach, ponieważ wyczuwali oni jego szczerość i wierność wartościom (s. 82). Ubolewa też Obama nad częstym stasowaniem obstrukcji w senacie i nad preferowaniem przez kolejnych prezydentów dogmatyków zamiast umiarkowanych ludzi zdolnych do konsensusu na stanowiska sędziowskie (s. 99). Obama jest wielbicielem konstytucji USA opracowanej przez Madisona i przekonania Hamiltona, iż ścieranie się partii umożliwi bardziej roztropną politykę (s. 105), która to opinia pochodziła zapewne od Montesquieu, którego pisma ojcowie założyciele znali. Za sędzia Baeyerem, Obama uważa konstytucję USA za dokument plastyczny, zmieniający się w ciągu dziejów, którego autorzy nie mogli przecież wiedzieć co wolność słowa będzie oznaczała w kontekście Internetu (nie do końca rozumiem, co miałaby oznaczać poza tym co zwykle, że każdy może powiedzieć wszystko, ale może tez być oskarżony o kłamstwo…). Obama zwraca uwagę, że ojcowie założyciele, od razu po wydaniu konstytucji zaczęli się spierać o rolę prezydenta w kształtowaniu polityki zagranicznej, o funkcje Sądu Najwyższego w procesie tworzenia prawa itd. A koncepcja Adamsa polityki bez partii i politykierstwa okazała się przestarzała, jak tylko dobiegła końca 2. Kadencja prezydencka Washingtona (s. 109-112). Konstytucja USA wg Obamy to sprzeciw wobec wszelkiego absolutyzmu, pochwała zaś rozmowy, umiaru i kompromisu. Madison chciał by „nikt nie był zmuszany do trzymania się swoich poglądów, jeśli nie był przekonany o ich słuszności i prawdziwości; wówczas gotów był przyjąć argumenty innych” (s. 113). Lincoln rozumiał refleksyjny wymiar demokracji i zawierał pewne kompromisy z Południem, by ocalić Unię (s. 116). Przestrzegał przed działaniem tak, jakbyśmy mieli pewność, ze bóg jest po naszej stronie, bo takiej pewności, nikt mieć nie może. Następnie Obama zauważa niekonsekwencję u wyborców, która często gromi polityków, jako całą grupę społeczną, choć rzadko głosuje tak by zmienić skład ciał ustawodawczych. Obama uważa polityków za w większości ludzi szczerych i porządnych, natomiast ich zły image przypisuje strachowi przed upokorzeniem i porażką (s. 127), co pcha ich ku lobbystom i oddala od problemów zwykłych ludzi (s. 136). Tak samo odpiera Obama zarzuty wobec dziennikarzy, podkreślając, że bardziej obiektywny rodzaj dziennikarstwa pojawił się w USA dopiero po II wojnie światowej (s. 143), choć daje przykład jak jego słowa pochwały dla Lincolna – ubogiego samouka wypowiedziane w wywiadzie dla „Time”, zostały przekręcone przez „Wall Street Journal” tak, by sugerować iż Obama uważa się za drugiego Lincolna (s. 147). Ostatecznie Obama daje znać, że odczuwa brak obiektywnych dziennikarzy typu Waltera Cronkite czy Edwarda R. Murrowa i narzeka, ze dziennikarze nie zacytują cię jeśli powiesz: „rozumiem punkt widzenia mojego adwersarza”, ale „jeśli ruszysz do ataku nie opędzisz się od kamer” (s. 148). Dalej pisze Obama o ustawach tak pisanych przez ekipę Busha, by zawsze znajdował się w nich szczegół drogi sercu Demokratów, tak by przepchnąć je z większym sukcesem (s. 153) i utrudnić krytykę poczynań rządu. To wszytko nie sprzyja uczciwemu wyrażaniu swojego zdania. Obama dużo uwagi i miejsca poświęca gospodarczej innowacyjności. Pisze na przykład o programistach Google i o tym dlaczego nie ma wśród nich Latynosów i czarnych, za to jest pełno Azjatów i mieszkańców Europy Wschodniej (s. 164), pisze o odstraszających dla młodych programistów utrudnieniach wizowych po 11 września. Obama ciekawie streszcza podejście RP i DP do problemów związanych z globalizacją i outsourcingiem. Clinton i jego skrzydło DP proponowało wolny handel, szkolenia, dyscyplinę fiskalną i inwestowanie w edukację, co nie satysfakcjonowało „robotniczej” mniejszości w partii. W GOP też zdania są podzielone, anty-imigranckie skrzydło pod ideowa wodzą Pata Buchanana (ten konserwatywny komentator i tak napsuł już krwi ekipie Busha (np. krytykuje dominującą wśród Republikanów linię neokonserwatyzmu i wpływy lobby proizraelskiego w USA. Oświadczył sarkastycznie, że „Waszyngton to terytorium znajdujące się pod okupacją Izraela”) przeszkadza Bushowi w obronie wolnego rynku tzw. „Ownership Society” – prywatyzacja, ulgi dla przedsiębiorców itd. (s. 170). Według Obamy bezczynność rządu na dłuższą metę doprowadzi do zubożenie narodu i do dalszej polaryzacji politycznej. Zdaje sobie sprawę z niechęci Amerykanów do interwencjonizmu, i z ich biznesowego, a nie roszczeniowego nastawienia, lecz przypomina, iż już kiedyś Alexander Hamilton dostrzegł potencjał we współpracy rządu i przedsiębiorców i podjął kluczowe działania umożliwiające amerykańskiemu rynkowi finansowemu start, co kolidowało z agrarnymi wizjami Jeffersona, a jednak przydało się tworząc atmosferę społecznej mobilności, która do dziś wyzwala energię narodu amerykańskiego (s. 175). Obama mógłby równie dobrze cytować samego Adama Smitha, który wcale nie był przeciwny interwencjonizmowi rządowemu, ale przykład Hamiltona czy Lincolna też jest dobry. Lincoln, jak przypomina Obama, budował kolej transkontynentalną, przyjął ustawę o osadnictwie (1862) i założył Akademię Nauk. Te działania, tak samo jak ustawy antytrustowe Th. Roosevelta, czy Rezerwa Federalna Wilsona pobudziły ekonomię (s. 177). Obama jest zdania, że działania F.D. Roosevelta zapobiegły dalszemu kurczeniu się rynku w czasie Wielkiego Kryzysu (s. 179). Ustawy opiekuńcze z 1935 roku Roosevelta odzwierciedlały jego zdanie, że ludzie głodni i pozbawieni pracy to najlepszy zaczyn dla dyktatury. Tak samo myśleli Johnson i Nixon, i warto o tym pamiętać dziś kiedy New Deal bezsensownie kojarzy się z jakimś fatalnym socjalizmem. Obama słusznie krytykuje Reagana, który straszył rozdęciem biurokracji w USA, w okresie, w którym socjalne wydatki USA, a nawet sam budżet federalny był zaledwie cząstką tego co oferowały obywatelom państwa Zachodniej Europy (s. 181). Jednak pewna chęć uporządkowania gospodarki przez państwo doprowadziła do wyboru Clintona. Obama odpiera argumenty GOP, iż nakłady na edukację nie prowadzą do sukcesu pracowniczego jednostek (s. 189), choć nie uważa, że pieniądze załatwią wszystko. Obama jest wielkim zwolennikiem lepszego kształcenia nauczycieli, i innej rzeczy niechętnie widzianej przez GOP – inwestycji w alternatywne paliwa (s. 195), co może w końcu pozbawić terrorystów narzędzi energetycznego szantażu. Przypomina mi to uwagę Billa Mahera by nie kupować diamentów, ponieważ zyski z ich sprzedaży często finansują terroryzm. Podziwia Obama brazylijskie eksperymenty z biopaliwami, i postuluje pewne uprzywilejowanie pracowników produkujących auta hybrydowe. Eksponuje negatywny przykład Ukrainy – przykład zależności energetycznej. W 1993 roku Clinton bezskutecznie próbował stworzyć w USA powszechny system opieki zdrowotnej w oparciu o wzorce europejskie i kanadyjskie, zamiast tego nastała era Busha z charakterystycznym podniesieniem budżetu wojskowego o 74% i obniżeniem podatków spadkowych oraz w ogóle podatków dla najbogatszych, co zdaniem przytaczanego przez Obamę, Warrena Buffeta ma demoralizujący a nie stymulujący wpływa na takich jak on bogaczy (s. 221). Buffet godzi jakoby dyskurs lewicy i liberałów, gdy mówi, ze zniesienie podatku spadkowego przekazuje pieniądze do rąk często nieudolnych biznesowo dziedziców. W rozdziale VI, poświęconym relacjom wiara-polityka, Obama daje wyraz swemu zakłopotaniu, gdy chrześcijańscy fundamentaliści atakują jego wysiłki mające na celu godzić chrystianizm z pluralizmem i liberalizmem. Obama ma dość wyważony stosunek do religii, przypisując jej role podłoża zarówno postępowego abolicjonizmu, jak i destrukcyjnych populizmów (np. Williama Jenningsa Bryana). Pisze Obama o duchu lat 50. i 60. Kiedy uważano, ze religia wymrze, i o Carterze, który na fali sporów społecznych lat 60 i upolitycznienia religii (do sporów o prawa obywatelskie większość duchownych w USA stała twardo na stanowisku by oddać cesarzowi co cesarskie), jako pierwszy wprowadził język ewangelicyzmu do współczesnej polityki, choć szybko rolę ta podjęli politycy GOP (s. 232). I odtąd nastała era gdy prawicowość ocenia się na podstawie frekwencji w kościele, a lewicowość wg natężenia świeckości, a obie na podstawie podejścia do sprawy Terri Schiavo. Opisując własne religijne doświadczenia, Obama pisze wprost, że jego liberalna i ateistyczna matka nauczyła go patrzeć na religię oczami antropologa, ale jego potrzeba zakotwiczenia (w końcu dorastał w różnych miejscach m.in. w Indonezji), w końcu skłoniła go do zostania chrześcijaninem (s. 241), uznając, ze religia ta nie wymaga (sic!) od niego zaprzestania krytycznego myślenia. Można odnieść wrażenie, że Obama chciałby być żarliwszy religijnie, i nieco wstydzi się swojego sekularyzmu, lecz jednocześnie uważa, że strach sekularnego rdzenia DP przed dyskusjami o religii i moralności, działa na korzyść GOP i do nikąd nie prowadzi. Ciekawie pisze o tym, jak wyprowadzał go z równowagi fanatyzm jego rywala w wyborach Alana Keysa, który uważał się za prawdziwszego chrześcijanina od Obamy (s. 245). Obama uznał więc za stosowne, ze kiedy Jefferson i Madison wbrew Patrickowi Henry’emu i Johnowi Adamsowi (s. 252) przeforsowali w konstytucji, wzorowany na Wirginii rozdział kościołów i państwa, np. baptyści potrafili docenić tą zasadę i dostrzec w niej wiele zalet. A więc w domyśle mogliby uczynić to znów. Jeśli chodzi o kwestie rasowe, Obama, podobnie jak choćby Morgan Freeman, nie wyróżnia czarnej historii od historii Ameryki (s. 267). Ta część książki Obamy jest szczególnie interesująca, ale mnogość szczegółów czyni ją trudną do streszczenia. Pisze np. o tym, że czasem przed restauracją kierowcy rzucają mu kluczyki, o „liberałach w białych rękawiczkach” – czyli jeżdżących Volvo i pijących białe wino i cafe latte, programowych antyrasistach, gotowych, jak mawiają ci z GOP: „poprzeć każdą przegraną sprawę” (s. 270-271), o akcji afirmatywnej jako złu koniecznym, i o zaniku tendencji do zakładania rodzin wśród młodych czarnych mężczyzn, co wynika po części z tego, że duży ich procent pracuje w fabrykach, którym zagrażają outsourcingi (s. 283-285), o tym, że los czarnej biedoty już nie wywołuje współczucia białych, którzy nie czują już poczucia winy za niewolnictwo, i o czarnych, którzy w większości przestają narzekać na skutki niewolnictwa, ale czasem jeszcze z nawyku każdą niepopularną decyzję nazywają rasistowską (s. 294). Pisze też o Latynosach, którzy nie stanowią już wspólnego frontu z czarnymi, bo ci zaczynają się bać ich konkurencji równie bardzo jak biali. Wielki przypływ Latynosów postrzega jednak Obama jako szansę dla USA (s. 302), które wejdą pod względem demograficznym i produkcyjnym w XXI wieku na warunkach korzystniejszych niż kraje UE czy Japonia. W kolejnym rozdziale poświęconym polityce zagranicznej USA, Obama ciekawie pisze o Indonezji, jej komunistycznym wybiciu się na niepodległość, potem o sojuszu Suharto z USA, i o krachu 1997 roku, który wzmocniony pogłoskami o spekulacjach finansistów Zachodu przeciw Indonezji (s. 319-320), wywołał epidemię skrajnego islamizmu, w tym dość umiarkowanym dotąd kraju. Następnie Obama rozpisuje się o tradycji polityki zagranicznej USA, izolacjonizmu Johna Q. Adamsa, oraz podejściu Trumana, który uważał, ze sama siła USA wszystkich problemów świata nie rozwiąże (s. 328). Za wiarę, iż rozwiąże, i ze liczy się tylko twarda siła, a nie perswazja, Obama krytykuje Reagana, choć chwali jego zaangażowanie dla próby niesienia wolności Europie Wschodniej (jak pisze wielokrotnie kłócił się o to z kolegami Demokratami, uważając, że ofiary ZSRR są tak samo godne współczucia i pomocy, jak ofiary Pinocheta). Pisze o sympatii Francuzów dla USA po zamachu 2001 roku (s. 337) i o pułapce jaką okazał się Irak, gdzie pomysłowi Amerykanie współdziałają z rozmaitymi marionetkowymi szyickimi politykami, by uczynić życie mieszkańców Bagdadu i okolic znośniejszym (s. 344). Obama radzi naśladować Trumana, rozwijać miękką siłę i nauczyć się doceniać ONZ, ponieważ na rozsądnej działalności w ramach ciał międzynarodowych, nikt nie ma tyle do zyskania co USA. Bardzo ciekawy jest rozdział IX dotyczący rodziny. Obama pisze, iż obecnie przeciętna rodzina, w której pracuje jedynie mąż-ojciec ma pułap dochodów (jak uwzględnić inflację i wzrost kosztów edukacji), równy 3/5 lub 4/5 dochodów sprzed 2-3 dekad. A więc matki nie tyle chcą, co muszą pracować, i to temu oraz coraz bardziej specjalistycznemu charakterowi pracy (długie szkolenie do zawodu), a nie ruchom gejów czy antyrodzinnej „propagandzie” z Hollywood – przypisuje Obama spadek popularności zakładania rodzin (s. 382). Odkryciem była dla mnie informacja, że konserwatywnie nastawieni czarni mężczyźni bardzo często nie zakładają rodzin, ponieważ wiedzą, że ich dochody nie pozwolą im na bycie superzaradnym ojcem na wzór lat 50, tak bardzo czują iż odstają od tego standardu (s. 399), że wolą nie czuć rozczarowań. Słusznie pisze Obama o zaporowych cenach opiekunek do dzieci i o pozostającymi daleko w tyle za Europą, amerykańskim systemem przedszkoli (chwali brytyjską „Kampanię na rzecz zrównoważenia pracy i życia – s. 395). Dobrze, że Amerykanie mają za prezydenta kogoś, kto w prostych słowach tłumaczy im takie sprawy. Sam dziwię się czemu tak łatwo oddaje się pola konserwatystom rzucającym gromy na permisywizm i gejów, skoro spadek dzietności to rezultat specjalizacji, komputeryzacji, globalizacji i urbanizacji… Wygląda na to, że USA jest w dobrych rękach. Obama nie jest nawiedzonym socjalistą, lecz rozumiejącym globalną gospodarkę człowiekiem świadomym czekających go zadań. Myślę, że jego znajomość Kenii i Indonezji to nie wada lecz atut. Nic dziwnego, że wybrali go po raz drugi, mimo milionów włożonych w kampanię Romneya.

Rewolucja Francuska to cała epoka

Rewolucja Francuska to cała epoka Zazwyczaj prawica patrzy na Rewolucję jak na kilka lat strachu, choć rewolucja jest w sumie epoką reform przetykaną niepokojami i walkami stronnictw. Klerykałowie widzą w rewolucji siłę antychrześcijańską, choć nie brakowało rewolucyjnych polityków-katolików (żyrondyści, od pewnego momentu dantoniści), siłę ateistyczną (choć np. Robespierre w imię wymyslonego kultu zwalczał ateizm na równi z przesądami). Lewica socjalistyczna postrzega z kolej rewolucję jako wydarzenie czysto ekonomiczne, choć raczej opóźnia ono wejście Francji w epokę wielkoprzemysłową... zobacz:

Postmodernizm to bzdura. Nadal żyjemy w modernizmie.

Postmodernizm to bzdura; to przerobiony konserwatyzm, który wszystko uważa nie za efekt dobrego pomysłu lecz za emanację kultury; a więc jest jednym wielkim zwątpieniem , pozwalającym może poczuć się lepiej w błogim sentymentalizmie, ale intelektualnie zupełnie nieprzydatnym do niczego. Postmodernizm można traktować jako nową odsłonę romantyzmu lub konserwatyzmu, w każdym razie jest to najmniej interesujący intelektualnie kierunek w dziejach. Czy postmodernizm jest nowym konserwatyzmem? Tak, bo absolutyzuje kulturę i wmawia nam bzdury typu: „Chińczycy to konfucjaniści, więc lubią naturalnie zamordyzm i autokrację”, choć istnieją przecież liberalne chińskie Tajwan i Hongkong. Postmoderniści tak jak konserwatyści wątpią w możliwość stworzenia dobrego ustroju dla wszystkich ludów. Są więc anty-oświeceniowi. Tutaj więcej o konserwatyzmie postmodernistów: https://www.youtube.com/watch?v=NgJZc43_v2M Czy postmodernizm jest nowym romantyzmem? Oba nurty wykazują niespotykane podobieństwo. Postmodernizm kładzie nacisk na jednostkowe „przeżywanie” świata i wykazuje niechęć do systematycznego myślenia i planowania. Zarówno postmoderniści jak i romantycy mieli tendencję do kreowania własnego skomplikowanego autorskiego słownictwa, które dla czytelników bywa zupełnie niezrozumiałe; kiedy czytam postmodernistów mam wrażenie, że matnia słów jaką mam przed oczami przypomina jako żywo „Giaura” Byrona. Zarówno postmodernizm jak i romantyzm nastąpiły w czasach przesytu i znudzenia. Dopóki ludzkość walczyła z poważnymi problemami oświeceni i liberalni czytelnicy nie chcieli czytać dziwacznych dzieł Keatsa, który opisywał np „jak czuje rzeka”. Teraz postmoderniści zajmują się kwestia cierpienia np. pojedynczych ludzi, którzy byli w obozie koncentracyjnym, tak jakby miało nam to powiedzieć coś więcej, niż tylko to, że powinno się unikać cierpienia i, że jest ono straszne. Nakład sił i środków wyrazu postmodernistów i romantyków jest nieproporcjonalnie duży w stosunku do wyników badań. To, że postmodernizm jest nurtem nauki, a romantyzm literatury nie powinno nas zwieść. Postmoderniści przez swój skrajny subiektywizm upodabniają naukę do literatury i do literackiej fikcji. Pierre Nora pisze własne impresje o pamięci ubierając je w pseudonaukowy język, czytamy o różnych „mikro-historiach”, z których nic nie wynika, o historii mówionej, która zrównuje prawdę subiektywną opowiadającego z prawdą historyczną, lub czytamy filozofów postmodernizmu, którzy głoszą, że w ogóle nie ma prawdy (co jak zauważył ostatnio Stanisław Michalkiewicz, oznacza, że zdanie: „nie ma prawdy” również jest nieprawdziwe). Romantycy lubowali się w egzotyce, anty-okcydentalizmie, szaleństwie pseudobohaterów (np. Carlyle czy Byron), pseudo-mistyce (Towiański, Mickiewicz), agresywnym nacjonalizmie, lub wręcz odwrotnie szaleńczym internacjonalizmie. Volkizm i nazim są dziećmi niemieckiego romantyzmu. Nihilizm i anarchizm – rosyjskiego. Postmoderniści bliżsi są nihilizmowi, są anarchistami i nihilistami intelektualnymi, ale tylko dlatego, że Hitler to tabu. Nacjonalistów spoza Europy; typu Ghandiego (mimo iż uwielbiał Hitlera), czy Mandeli – kochają. Romantycy zachwycali się Napoleonem, Aleksandrem Wielkim – postaciami mówiąc najogólniej szkodliwymi dla normalności życia codziennego. Postmoderniści i romantycy mieli i mają tego samego wroga; klasycyzm. Klasycyzm to wszystko co wartościowe w naszej kulturze; grecka nauka, rzymskie prawo, renesansowy polot, barokowa administracja, akademie naukowe Richelieugo i Karola II Angielskiego, oświeceniowa nauka i zdrowy rozsądek – brońmy tego przed neoromantykami-pozytywistami; teraz to my liberałowie bronimy cywilizacji.
"Family values" - to okrzyk bojowy konserwatystów całego globu. Niby oczywista wartość sama w sobie, ale czy rzeczywiście? Państwo wspiera rodziny, by mieś przyszłych podatników, kościoły by mieć dawaczy na tacę, ale poza tym czemu kogokolwiek zachęcać do żeniaczki czy zamążpójścia? Dziś w wielu rejonach większość dzieci rodzi się poza małżeństwami, np w Ameryce Południowej, gdzie dominuje kult macho (tj. mężczyzna może zdradzać na prawo i lewo, a kobieta absolutnie nie, i gdzie przesiadywanie na mszach to kobieca sprawa, a przy kartach lub u kochanki - męska), takich dzieci jest ok. 75%. We Francji ok. 52% to dzieci singli, lub ludzi będących w związkach nieformalnych. Czy państwo i kościoły nadal mają powód by wspierać małżeństwa? Być może chodzi o to, by ludzi byli bardziej potulni wobec władz i konserwatywnych autorytetów, bardziej kompromisowi. Małzeństwo to w końcu trening kompromisu. Czasem jednak ten kompromis bywa zbyt zgniły, wtedy nie warto ratować małżeństwa za WSZELKĄ cenę. Małżeństwo nie jest żadną wartością, to wzorzec życia społecznego, sprawdzony i dający wielu satysfakcję, tylko tyle i aż tyle. Nie daje ono nikomu prawa do krytykowania singli czy par konkubinackich. Przy okazji zaznaczę, że piszę to jako człowiek żonaty i szczęśliwy w małżeństwie, zniesmaczony jedynie kulturowym idealizowaniem rodziny. https://www.youtube.com/watch?v=eOsYqA3Bsd8 "Świętość" małżeństwa jest zabawna, gdy zdamy sobie sprawę, że sam Jezus pochodził z rodziny patchworkowej, a np. ojciec Mahometa nie odgrywa żadnej roli w Koranie... Jeśli zdamy sobie sprawę jak wiele rodzin jest nieszczęśliwych, patologicznych czy dysfunkcyjnych, i jak wielu ludzi jest przez nie okaleczonych psychicznie, jakoś przestaje dziwić, że urok rodziny mija. Bill Clinton zawarł małżeństwo z przyczyn politycznych, Obama z romantycznych, widzimy więc, że pary małżeńskie są rozmaite. Więzi społeczne konserwatysty to rodzina (także mafia); dla liberała to głównie przyjaciele. Konserwatyści nie rozumieją naszych więzi społecznych. Przyjaciół możesz sobie wybrać, a wolność wyboru to podstawa dla liberała. Kultowym filmem liberałów są "Przyjaciele" (Friends) i "Seinfeld", konserwatystów - Bill Cosby Show. Niech więc, konserwatyści przestaną ględzić o upadku więzi międzyludzkich; po prostu przymusowe są zastępowane przez dobrowolne, a to chyba dobrze, nie?

Furita – japońscy liberałowie

Młodzi japończycy, którzy wiedzą przecież dobrze, choćby z filmów, jak żyją ich rówieśnicy na Zachodzie, nie chcą już zostawac trybikami w feudalno-konfucjańskich firmach, i wybierają firmy zagraniczne (zachodnie), freelancerstwo, albo zycie na garnuszku rodziców, stąd słowo „furita” (freeter) ma kilka znaczeń: wolny duch, bezrobotny, free-lancer, leń (odpowiednik amerykańskich slackerów) itd. Niezależnie od podtypu; widzimy znaczącą liberalizację japońskiego społeczeństwa, które wreszcie zrywa z powojennym pędem do pracy i tylko pracy kosztem zdrowia, przyjaźni itd. Japonia westernizuje się tym razem na serio. Jako liberał, tj. zwolennik praw jednostki ponad kulturowymi ograniczeniami i przesądami, kibicuję im z całego serca. Mam nadzieję, że nie skończy się na subkulturze jak w przypadku głupkowatych cogalsów i innych mangowych dziwaków, lecz na zmianie życia firmowego; są pewne szanse ocenia się, ze furita to już 10% społeczeństwa Japonii. Niektórzy biznesmeni wprowadzają język angielski, jako język wolności – nie obciążony japońską „kulturą pracowniczą” tj. hierarchicznym balastem. Zdrowe lenistwo Azjatów to też szansa dla Europy i wolnego czasu jako wartości ludzkiej. Zobaczymy co będzie dalej. https://www.youtube.com/watch?v=XgxFQ-tTW6w