sobota, 22 lutego 2014

Po co są studia humanistyczne?



Właśnie; po co? Przecież humaniści nie produkują bomb, samochodów, ani nawet perfum, ani nie uczą jak je wytwarzać. Zazwyczaj odpowiada się na to pytanie w taki sposób, że podkreśla się kulturotwórczą rolę humanistów z naciskiem na kształtowanie wspólnoty myśli, np. patriotyzmu. Moim zdaniem wartość humanistyki polega na tym, że w rzeczywistości wcale tego nie robi; relatywizuje bowiem przez sam chaos informacji, jakie przyswajają uczniowie i studenci wpływ tego co szkodliwe; ideologii w postaci najbardziej zacietrzewionej sączącej się zwłaszcza z prasy (komercyjny charakter TV czyni z niej raczej tępą ideologicznie broń poza może takimi tworami jak TV Trwam; zazwyczaj w dosłowności TV upatruje się jej siły – ja raczej widzę w tym zbawienną ideologiczną słabość).

Zauważmy, że im więcej ludzie mają wiedzy o innych cywilizacjach, narodach, kulturach, tym zwykle mniej są podatni na plemienne czy polityczne waśnie (jaki jest w końcu sens mowy, w której Słowak dowodzi wyższości Słowaków nad np. Czechami – żaden), i na niszczycielską siłę nacjonalizmu. Człowiek ograniczony szuka sensu życia, i znajduje go w nacjonalizmie czy religii, humanistyka zalewa go chaosem niespójnych informacji, zmuszając go do dostrzeżenia, że życie nie ma sensu, bo nie ma. Wszechświat jest obojętny, jak mówi Woody Allen, to my dopiero napełniamy go naszymi pragnieniami – czyli znajdujemy własne względne sensy.

Antyklerykalizm czy antyreligijność?



Antyklerykalizm jest stary jak władza, czyli jak świat człowieka, od pierwszych magów i ideologów, oraz zwykłych cwaniaków, którzy chcieli zdobywać władzę sztuczkami i mowami, zamiast miecza (chyba, ze akurat posiadali miecz). Jezus był też antyklerykałem, bo sam kleru nie stworzył, więc prowadził wojny religijnej, lecz wojował z zastanymi wpływami Sanhedrynu, gdzie dominowali faryzeusze. Mahomet już nieco mniej był antyklerykałem; bo jego walka była walką imamów z kapłanami np. Babilonii. Starożytny Rzym był tolerancyjny religijnie, ale kapłani mieli swoje wpływy, trudno więc jednoznacznie powiedzieć czy chrześcijanie rzymscy byli antyklerykałami czy klerykałami. Widać już, że sprawa nie jest prosta. Reformator kościoła jest zwykle klerykałem, bo przecież nie dąży zwykle do osłabienia wpływów politycznych tego co reformuje, ten kto chce zniszczyć kościoły i zastąpić je czymś innym może być klerykałem jeśli ma w zanadrzu własny kler i apatyty na władzę bez rozgraniczania na duchową i zwykłą polityczną.

Jeśli ktoś jest świeckim humanista i postrzega nadmierne wpływy ideologii religijnej jako zagrożenia dla społeczeństwa, to antyklerykalizm niestety nie wystarcza. Nie da się zaatakować wpływów władzy, która opiera się przecież na ideologii, nie atakując samej ideologii. Nie trzeba oczywiście mówić, że np. Chrystus był durniem, czy złoczyńcą, ale nie obejdzie się bez podważenia obietnicy religijnej. Antyklerykał, który skupi się tylko na walce z przejawami poza-religijnej - co to w sumie oznacza? (każda ideologia prowadzi, choćby przypadkiem, do wpływów politycznych; świat jest monolitem) polityki kleru, czy jej nadmiernej obecności społecznej, nie osiągnie niczego. Należy przypominać, że na wszystkie postulaty ideowe kleru nie ma żadnych dowodów, więc jej przydatność jest tylko tak wielka jak efekty społeczne; nie ma więc społecznie różnicy między księdzem a politykiem. Oczywiście kler się broni tropiąc antyreligijność w antyklerykalizmie, bo skuteczny antyklerykalizm jest tylko taki podlany sprzeciwem wobec religii w ogóle. Czy jest różnica między księdzem a nauczycielem? Tak, nauczyciel zwykle przekazuje niespójny ideologicznie (tj. nie mający pretensji do spójności) obraz świata, więc sygnał wysyłany przez szkoły jest społecznie zbyt wieloznaczny by niepokoić kogokolwiek, a już najmniej antyklerykałów; chyba że religia jest obecna w szkole…

Co reprezentuje sobą Unia Europejska ?



UE powstała, a właściwie EWG powstała jako gospodarczo-polityczny sojusz Europy Zachodniej, zachęcanej nieco przez USA, oraz przez kosmopolityczne państwa takie jak Belgia, czy Holandia, a także republikańska Francja, wymierzony przeciw hegemonii ZSRR. Z czasem EWG/UE stała się coraz bardziej polityczna, nie przestając być gospodarcza, co wielu przeraża. Wbrew temu co ludzie myślą osławiona Bruksela czy Sztrasburg nie mają wielkiej siły własnej, lecz jedynie skromną administrację (Robert Menasse wykazał, ze mniejszą nawet niż miasto Wiedeń), dlatego stanowi dobry cel do bicia i nie może się bronić, ponieważ cała jej siła bierze się z dobrej woli Hollande’a, Merkel, Camerona, i jeszcze 2-3 polityków, którzy niechętnie cedują choćby cząstkę swej mocy pochodzącej z potencjału ich państwa na instytucję unijną.

Jak polityk wypali się w kraju, jedzie do Brukseli, stąd najlepsi często pozostają we własnych krajach, kiedy coś mu się nie uda w Hiszpanii, czy innej Grecji, zwalić może winę na UE, której prawdziwa mizerna siła własna nie jest znana obywatelom. UE jest silna wtedy, gdy narody mówią mniej więcej jednym głosem, np. kiedy Merkel i cała UE nakazała Putinowi cofnąć zakazy na wwóz polskiego mięsa; car Władymir podkulił wtedy ogon, niestety zgoda jest rzadka, i musi tak być, bo ludzie nie są doskonali, ale pomysł jest doskonały; UE zastąpiła wojny – kłótnią, a mordownię – draką – tylko tyle i AŻ TYLE. Jako liberał, czyli człowiek, dla którego kultura i narody są historycznym przypadkiem, jestem całym sercem za tym projektem – wzbudzającym podziw nawet w krajach będących potencjalnymi przeciwnikami Unii - mimo iż wśród jego twórców, prócz liberałów znajdują się też inni internacjonaliści (chadecy i socjaliści). Nie dajmy się narodowcom, konserwatystom i innym absolutystom kulturowym, którzy zwykle są po prostu za głupi lub zbyt sfrustrowani by docenić elementarne zasługi UE, i którzy zyskują poparcie przez wyolbrzymiania obecnego kryzysiku (1929 to to nie jest, prawda?) finansowego.

Liberalizm a wolny rynek i państwo socjalne



Liberalizm to doktryna społeczna nastawiona na reformizm, modernizację i działanie, oraz skoncentrowana na jednostce i jej pragnieniach przeciwstawionych kulturze i jej przymusom/nakazom. Nie ma nic wspólnego z subiektywnym poczuciem wolności, ponieważ wolnym może czuć się człowiek w największej niewoli konwenansów i nakazów, którego sposób życia jest całkowicie przypisany do zaleceń kultury (najczęściej dzieje się tak w kulturach opartych na przykazaniach religijnych), liberalizm postuluje pewien kształt społeczeństwa, w którym kultura jest relatywna i mniej ważna od woli większości, autorytetów, nakazów kultury. Wolnorynkowa ekonomia jest częścią składową liberalizmu społecznego, i odwołuje się do tej samej etyki co liberalizm (chcącemu nie dzieje się krzywda, ważniejsze dobro jednostki nad dobrym samopoczuciem ogółu), ale tylko jej częścią, choć lubi być wynoszona na piedestał przez wolnorynkowych konserwatystów, odkąd w XIX zatracili swój pierwotny ekonomiczny protekcjonizm. W XX wieku, po rozpadzie ZSRR, na wolny rynek w pewnym stopniu „nawrócili się” też socjaliści. Jeśli ktoś za przykładem Smitha, Marxa czy Hayeka sprowadza sprawy społeczne do tylko ekonomicznych, lub głównie ekonomicznych (np. Fukuyama) – pomyśli, że dziś skończyły się ideologie, i że słowa prawica (konserwatyści), centrum (liberałowie), i lewica (socjaliści) nic już nie znaczą. Nic bardziej mylnego w sferze obyczajowości walka liberalizmu – doktryny indywidualistycznej, przeciw dwóm kolektywistycznym (hierarchicznej – konserwatyzmowi, i egalitarnej – socjalizmowi) trwa nadal w najlepsze. Nie mylmy więc liberalizmu z wolnym rynkiem, tj. nie sprowadzajmy pierwszego do drugiego. Liberałowie dzielą się na dwa obozy, które istniały od zawsze: tych co dadzą trochę więcej prerogatyw państwu, by chroniła słabsze jednostki (socjalni liberałowie) i tych bardziej darwinistycznych, flirtujących czasem z konserwatystami (choć między Sormanem – darwinistycznym liberałem, a np. Reaganem – wolnorynkowym ultrakonserwatystą społecznym mogą być jedynie czasami pewne wspólne cele).

Liberalizm jest ideologią siły i aktywności, i nie należy być mylona ani z pacyfizmem, ani z permisywizmem. Liberałowie oczekują, że państwa, które dręczą swoich obywateli powinny zniknąć, stąd działania ONZ, USA czy Francji w Mali są jak najbardziej pochodnymi liberalizmu. Permisywizm również kłóci się z liberalizmem, który szanuje jednostkę, i pozwala ludziom mieć swoje poglądy, ale społeczeństwo musi być liberalne w całości, bez enklaw średniowiecznej opresji np. islamskiej. Liberałowie prowadzą, co najmniej od czasów Wilsona, a po części już wcześniej, wojny w imię swej ideologii, o której wierzą, że jest najlepsza. Jako liberał powiem, że lepsza wojna o wolności i swobody jednostki, niż o próżnostki władców, forsę czy inne takie. Państwo socjalne to pomysł nie tyle anty-liberalny, lecz antysocjalistyczny, opracowany teoretycznie już w XVIII wieku (Wohlfahrtstaat), a wprowadzany w życie przez prawicę (Niemcy Bismarcka), umiarkowaną lewicę (Australia pocz XX w.), czy liberałów (Brytania Lloyd-George’a), by nie dopuścić do rozkręcenia się walki klas, która na przełomie XIX i XX wieku na siłę starali się wywoływać socjaliści. Jedno jednak socjalistom trzeba przyznać; ten ich ośmiogodzinny dzień pracy jest świetny, aż szkoda, że liberałowie na to nie wpadli…

Państwo socjalne, musi być tak skrojone, by społeczeństwo było na nie stać, ale samo w sobie jest czymś fantastycznym, jest to fachowa, stała i usystematyzowana filantropia z elementami kształcenia. Przeciw istnieniu państwa socjalnego jest tylko skrajny egoista wrzeszczący: to moje pieniądze. Ja cieszę się, że część moich jakże ciężko zarobionych pieniędzy nie idzie tylko na moje potrzeby i zachcianki, ale też na tych mniej szczęśliwych, a także na urzędników którzy starają się wykonywać swe obowiązki przy obsłudze tego całego cudu cywilizacyjnego, i to nie tylko dlatego, że sam mogę być kiedyś w potrzebie, ale dlatego, że sam byłbym zapewne bardzo niezręcznym filantropem, mając przecież inne sprawy na głowie.

piątek, 21 lutego 2014

Czag Kaj-Szek - "Przeznaczenie Chin"

Chiang Kai-Shek, China’s Destiny & Chinese economic Theories. With Notes and Commentary by Philip Jaffe, Roy Publishers New York 1947.





Czag Kaj-Szek napisał „Przeznaczenie Chin” w połowie II wojny światowej, kiedy USA należały już do obozu alianckiego, a chiński wódz cieszył się z przyszłego zwycięstwa i roli Chin, jaką kraj ten będzie grał kiedy Japonia zostanie już pokonana, a państwa kolonialne, zgodnie ze swymi obietnicami wycofają się z koncesji w Chinach. Jonathan Fenby na stronie 436 swej monumentalnej książki o Chinach uważa książkę Czanga za dzieło propagandowe, zwalające winę za wszystko co złe w Chinach na Zachów. Fenby zwrócił uwagę, że póki wojna trwała, Czang jej nie publikował, by nie urazić USA (która utrzymywała stały kontakt zwł. z Republikanami), uważa też książkę za niezwykle konserwatywną w duchu, i podejrzewa wpływ żony. Kontrastuje to nieco z komentarzem Philipa Jaffe’go, który zaczyna od przytoczenia słów Johna Hay – amerykańskiego szefa dyplomacji, który w końcu XIX wieku uznał Chiny za potencjalnie najważniejsze państwo w polityce światowej (s. 11). Potem pisze o konfucjańskiej reakcji w Chinach, która blokuje reformy (s. 13) i wspomaga resztki feudalizmu powołując się na „starożytne cnoty”. Powołuje się na Suna i jego żonę, którzy uważali, że konfucjanizm nie stanowi odpowiedzi na dzisiejsze problemy (s. 16).

Mimo, iż to co pisze Fenby jest prawdą, książka generalissimusa Czanga jest jednak bardzo ciekawa, ponieważ dostrzeżemy w niej nie tylko oczywistą propagandę, ale też specyficznie chińskie podejście do wielu spraw Zachodu i Chin oraz kontaktów między nimi. Czang zaczyna od historii narodu chińskiego i pisze o skłonności i zdolności chińskiej do poświęcania się dla dobra ogółu (s. 41), chwali intelektualistów takich jak Wang Yang-ming, którzy zwalczali sztywne konfucjańskie rozważania, i gani dynastię mandżurską za nie traktowanie etnosów Chin po równi (s. 46). Gani też dynastię Qing za ich wyniosłość wobec Zachodu i powierzchowne reformy (nauka angielskiego czy francuskiego nie czyni jeszcze ekspertem w dyplomacji – s. 53). Potem Czang wymienia wszystkie nierównoprawne traktaty zawarte między Chinami a krajami Zachodu, włącznie z tymi mniej znanymi np.: z Szwecją i Norwegią (1847), Portugalią (1862), Belgią (1865) czy Peru (1874). Czang uważa, że traktaty te i koncesje na rzecz Zachodu zaszkodziły sprawie chrześcijaństwa w Chinach i związanej z nim czasem modernizacji (s. 96). Intelektualistów końca XIX i XX wieku, uważa Czang za niewolniczo przywiązanych do tej czy innej zachodniej teorii społecznej czy ekonomicznej, co stanowi reakcję na upadek cesarstwa (1911), a wraz z nim wiary w wyjątkowość wiedzy chińskiej. Uważa, że socjaliści i liberałowie chińscy roku 1911 czy 1919 nie wiedzieli jak liberalizm czy socjalizm wdrażać, a ich spory były jedynie jałowym odbiciem politycznych napięć między Anglosasami i Sowietami (s. 101). Zapomnienie o osobliwościach chińskich i płaszczenie się przed zachodnimi ideami, uważa Czang za źródło upadku Chin. Wiele pisze o tym, że Chińczycy muszą odzyskać szacunek do samych siebie. Socjaliści chińscy eksperymentowali na wsi, a kapitał uciekał do koncesji zachodnich ośmielając zadania cudzoziemskich sił (s. 127), z drugiej strony neofeudałowie swoje pretensje sprzedawali pod demokratycznym szyldem (s. 130).

II wojna światowa jest przestawiona sinocentrycznie; Chiny przez swój opór wobec agresji japońskiej, uniemożliwiły – wbrew nadziejom Rzymu i Berlina – większe zaangażowanie Japonii przeciw USA (s. 147), czym walnie przyczyniły się do zwycięstwa obozu Narodów Zjednoczonych (nazwa była w użyciu jeszcze przed końcem wojny i utworzeniem ONZ/UN). Centralne miejsce w wywodach Czanga zajmuje angloamerykańska deklaracja z 10 października 1942 roku o rezygnacji z pretensji ekonomicznych i terytorialnych wobec Chin (s. 151). Potem Cznag prezentuje plan industrializacji Sun Yat-Sena (s. 174-175), o którym Fenby pisał, że był dziełem fantasty. Suna cytuje Czang na równi z Konfucjuszem i Mencjuszem, gdy wyjaśnia przeznaczenie Chin. Wszystko sprowadza się, w myśli Czanga, do połączenia wiedzy modernizacyjnej zachodniej z naturą narodu chińskiego (s. 189). Czang za wartościową wiedzę uważa, tylko tą, która została sprawdzona w praktyce, przez tego, któremu ma służyć. Naród do dla Czanga zbiorem klanów, te zaś zbiorem rodzin, rządzonych za pomocą mniej więcej tych samych reguł (s. 203), nieco nowocześniej pisze o rządach prawa i ich powiązaniu z moralnością i opinia publiczną, która jest panem dla rządu (s. 207). Idealny rząd to taki, który łączy elementy: emocji (nacjonalizm), prawa (demokracja) i rozumu (dostatku dla ludu). Jest to dość typowe chińskie „harmonijne” podejście.

Społeczne postulaty zachodnie, np. te podchodzące od Rousseau, uważa Czang za pozbawione historycznej bazy, i zawdzięczające swą popularność głównie naciskiem jaki Rousseau kładł na wolność w czasach europejskich monarchii absolutnych. Wpływ Rousseau na chińskich myślicieli uważa jednak Czang za szkodliwy, bo sprawił iż chińska myśli społeczna ucierpiała i uległa wypaczeniu (s. 209). Cznag powołuje się na Suna, twierdząc, że myśl Rousseau nie nadawała się dla Chin, ponieważ rewolucja 1789 roku była skierowana przeciw tyranii, a chińska z 1911 przeciw anarchii (s. 210) i „cygańskiej wolności”. Chińska sprawę i interesy uważa Czang za tożsame z interesami KMT (s. 222). Nieco dalej nie omieszka wytknąć Europejczykom, że w czasach, gdy Chiny były najpotężniejszym państwem na ziemi (IX-XV w.), nie było imperializmu, ani kolonializmu (s. 231), zapomniał chyba o podbojach i podróżach lennych Zheng He… Czeng uważa, że zachodni kapitaliści podporządkowali ludzkie życie technice i zyskowi. Uważa, że człowiek powinien zostać uwolnionym od techniki uprawianej sama dla siebie, że Chiny reprezentują pokój, a LN przegrała bo była zbyt rasistowska (s. 234). Częściowo ma rację, a częściowo jest to typowa projekcja umysłowa socjalisty-romantyka.

Czang opowiada się wyraźnie za równością rozwoju gospodarczego, i z tej pozycji krytykuje nie tylko kolonializm, ale też „azjatycką strefę dobrobytu” konstruowaną przez Japonię na zasadzie: japońska industria- azjatyckie rolnictwo (s. 235). Opowiada się przeciw rasizmowi w kolonialnym, nazistowskim i pan-japońskim wydaniu, postuluje ekonomię zgodną z naturą człowieka, po czym tłumaczy dlaczego jego zdaniem zachodnia ekonomia nie jest z nią zwykle zgodna; ponieważ Adam Smith, Friedrich List, David Ricardo, czy Karl Marx wszyscy koncentrowali się na ludzkich pragnieniach, i nimi tłumaczyli swe teorie społeczno-ekonomiczne, oraz na produkcji i cenach (s. 259-261). Co ciekawe Czang popiera typowe dla swoich czasów tendencje do konstruowaniu państwa dobrobytu i nauki ekonomicznej odpowiadającej ludzkiej naturze (Thorstein Veblen który krytykował indywidualizm i marksizm za niezgodne z ludzką naturą założenia ekonomiczne, Hobson), i filozofii chińskiej zwł. Mencjusza (Mang Ke). Uważa, że państwo chińskie mimo swych wad historycznie ograniczało ludzkie rządzę bogactwa, przez zrównywanie ekonomiczne (s. 270-271) przyczyniając się do ogólnej harmonii społecznej i bezpieczeństwa. Niezależnie od tego czy ma rację, warto podkreślić związek intelektualny Czanga z epoką New Dealu, ONZ, EWG, konwergencji, redystrybucji i welfare state, a także z dzisiejszą UE i dzisiejszym chińskim racjonalizmem gospodarczym polegającym na ograniczaniu konsumpcji by nieco oszczędzić surowce. Jak widać po szaleństwach maoistów, Chiny wróciły na drogę zalecana przez szefa KMT. Fenby chyba przesadził pisząc o konserwatyzmie Czanga, choć faktycznie chwilami widzimy tu typowe także dla współczensych nam Chin łączenie starego autorytaryzmu z nowymi zachodnimi teoriami społecznymi. Książka generalissimusa Czanga jest dość nużąca w lekturze, i chwilami pełna „oczywistych oczywistości”, jest też napisana bez talentu literackiego, lecz mimo to niezwykle ciekawa i godna polecenia, także tym którzy chcą zrozumieć współczesne Chiny.