czwartek, 20 listopada 2014

Martin Schulz: "Skrępowany olbrzym. Ostatnia szansa Europy"



Podczas, gdy my zastanawiamy się czy Tusk da radę w UE ze swą słabą angielszczyzną (choć z Schulzem szefem PE i Junckerem z KE może przecież gadać po niemiecku), szef PE pisze książkę, w której apeluje by Europejczycy nie odwracali się od projektu UE. Schulz przypomina, że o postęp i pokój trzeba walczyć każdego dnia (s. 14), stąd, choć sam krytyczny jest wobec Unii, daje wyraz swemu strachowi przed spisywaniem jej przez wielu na straty. Przypomina głosy podziwu z USA (Jeremy Rifkin: european dream) i innych rejonów świata, które naśladują UE (ASEAN, MERCOSUR itd.). Schulz wspomina swą młodość, w miasteczku przy granicy z Belgią i Holandią, oraz kilka portmonetek jakie trzeba było kiedyś nosić (s. 18), o tym, że niemiecka socjaldemokracja SDP już w 1925 roku chciała stworzyć Stany Zjednoczone Europy (s. 21), o słowach Timoty Gartona Asha, który uważał, że brukselski palawer jest ceną pokoju, i o szansie jakie adenauerowskim Niemcom dali aliancki po 1945 roku. Pisze szef PE także o tym, że dziś trudno zaimponować wakacjami w Hiszpanii, więc nie doceniamy już zniesienia granic (s. 26), teraz by zrobić wrażenie trzeba jechać do Brazylii czy Azji. Unia uchodzi za organizację oderwaną od rzeczywistości i zbyt wielką, choć jej 40.000 urzędników to niewiele więcej niż liczba administratorów miasta Monachium (30.000), nie jest też tak oderwana od życia jak się myśli, co przyznał po 2012 dawny krytyk UE Edmund Stoiber (s. 36). Słynna ustawa krzywizno ogórkowa z 1988 powstała na wniosek organizacji handlu, a nie KE, i została uchylona w 2009 roku. W PE ustawa mająca 20 stron, może wskutek dopasowania do prawa np. RFN uzyskać dodatkowe 40, stąd bajki o brukselskim bizantynizmie administracyjnym (s. 39). UE zdaniem Schulza cierpi na deficyt demokracji i zbytnio podlega naciskom rynku (big society Davida Camerona de facto ma obywać się bez państwa – s. 66), zbytnio spiesząc się z decyzjami i zanadto polegając na głowach państw, zamiast skupić się na tworzeniu prawa i transnarodowych głosowaniach, tak by PE stał się parlamentem pełną gębą. Swego czasu (2011) trybunał konstytucyjny RFN uznał, że PE nie jest parlamentem, bo nie wybiera składu rządu (czyli kongres USA tez nie byłby wg tego trybunału parlamentem kwituje Schulz). RE nie nadaje się do szybkich decyzji bo wymaga jednomyślności (s. 89). Dużo w niej pozornych działań liderów państw obliczonych na lokalne wybory. Partykularyzmy lokalnych administracji nie drażnią, tak bardzo jak głosowe rozwiązania UE, czemu tak jest zapytuje autor? (s. 48-53). UE była zyskiem i dla Niemiec i dla Polski, choć wiele osób uważa politykę za grę o sumie zerowej i nie może w to uwierzyć (s. 60). Alternatywą wobec UE mogłaby być krwawa granica a la granica USA-Meksyk.

Neoliberalizm oznaczał ruinę UK, a socjalliberalizm i III droga rozkwit RFN, zauważa nie bez racji Schulz odnośnie kryzysu (s. 69). Prywatyzowanie zysków, uspołecznienie strat – oto pełna hipokryzji taktyka zwolenników dogmatu wolnorynkowego twierdzi autor (s. 70). Hiszpania do 2007 roku miała nadwyżkę budżetową, i uległa kryzysowi dopiero wobec kryzysu nieruchomościowo-kredytowego w USA (s. 75). MFW i BŚ wymuszają konsensus neoliberalny na innych krajach, a amerykańskie ratingowe firmy oceniają stan gospodarki według niejasnych kryteriów (s. 77). Dopiero w maju 2012 roku dzięki Montiemu i Hollande’owi oparto się naciskom neoliberalnym i uchwalono impuls pro wzrostowy, by spadek popytu nie zdławił gospodarki UE (s. 78). Tak krytykowane euro oznacza mniejszy dług publiczny, i większe zainteresowani Chin i USA, we wspieraniu kursu waluty w Europie, niż by to było w przypadku utrzymania się walut narodowych (s. 84). Wiedzą to Szwajcarzy, dlatego podłączają – w środku kryzysu – swą walutę do kursu euro. Ciągle nie ma euroobligacji, walki ze spekulacją (która postuluje ex-spekulant George Soros), a w Niemczech FDP uważają impulsy pobudzania popytu i socjal za objaw dekadencji „Rolf z Florydy), tymczasem oszczędnościowa polityka Włoch i Grecji postulowana przez MFW i Merkel, pogorszyła położenie ekonomii tych krajów (s. 101). Krugman, cytowany przez Schulza, uważa, że uelastycznianie rynku pracy to ładne określenie na obniżkę płac (s. 102), która zmniejsza popyt i rozmiary kluczowej dla gospodarki klasy średniej. Liczy Schulz na europejski nadzór bankowy uchwalony w 2012 roku (wejdzie w życie w 2016 r. – s. 156), przypominające nieco instytucje kontrolne niemieckiej społecznej gospodarki rynkowej (DIN i TUV – s. 230).

Narzeka szef PE także na politykę UE wobec arabskiej wiosny, na brak jednolitego frontu wobec tych wydarzeń, i zbyt małe dostrzeżenie proeuropejskich elementów protestów na placu Tahrir (s. 112), czyli na roztrwonienie europejskiej soft power. Narzeka też autor na nieproporcjonalny do zagrożeń strach przed imigrantami, podsycany przez prawicę, a także na ultralewicowe postrzeganie UE jako kapitalistycznego egoistycznego klubu (s. 147). Tylko jako UE Europa może wytargować dobre warunki handlu z Chinami czy USA. Autor postuluje przekształcenie Rady Unii Europejskiej (resortowi ministrowie krajów członkowskich) w II izbę PE (s. 161) i wybory rządu UE przez PE. Postuluje większy nacisk na programy europejskich partii, tak by głosowano partiami a nie wg przynależności narodowej (s. 167), cieszą go takie inicjatywy jak Europejki rok ochotniczy i europejska inicjatywa obywatelska (2012), a także londyńska radość ze zwycięstw sportowców olimpijskich jako medali dla sportowców z UE (s. 180). Popiera Schulz zarówno euro patriotyzm obywatelski (demokratyczno-liberalny) jak i narodowe referenda dotyczące UE, których UE zbytnio się boi. Schulz krytykuje Chiny za łamanie praw człowieka, i nie uważa, by ze względu na interesy należało tego zaprzestać. Widzi Afrykę jako surowcową alternatywę dla Rosji, a Amerykę Łacińską jako kontynent potencjalnie bardzo przychylny wobec UE (s. 192-194). Cechą odróżniającą UE od USA jest szacunek do ONZ i miękkiej siły (s. 203). Za Oskarem Negtem broni Schulz europejskiego państwa socjalnego nie tylko jako aktu humanitaryzmu, ale przede wszystkim jako źródła nieznanej wcześniej stabilności europejskich demokracji (s. 212). Domaga się także europejskich agencji ratingowych, które przełamałyby monopol kryteria amerykańskich z ich niejasnymi i upolitycznionymi reaganowsko kryteriami.

Na korzyść wniosków szefa PE przemawiają obecne wydarzenia. Kraje o gospodarce neoliberalnej (UK, Nowa Zelandia, USA, Meksyk), znoszą kryzys gorzej niż kraje bliższe społecznej gospodarce rynkowej (Niemcy, Australia, kraje skandynawskie), gdzie to rynek dostosowuje się do prawa, a nie odwrotnie. O tym samym pisał też ex-thatcherysta John Gray w „Fałszywym świcie”. Schulz uważa, że biznesmeni cenią niskie podatki, ale także stabilność ryku i prawa, stąd obawa, że wobec zachowania wysokich podatków w UE, bogacze czmychną jak jeden mąż do rajów podatkowych, jest nieuzasadniona. UE zbyt często jest uważana za problem (obwiniając UE politycy narodowi wybielają siebie), a nie element rozwiązania, by mogła faktycznie powalczyć ze skutkami kryzysu i innymi problemami. Dlatego, choć nie ze wszystkim co przeczytałem u Schultza mogę się zgodzić, polecam lekturę jego książki, zarówno zwolennikom UE jak eurosceptykom. To czy UE jest neoliberalna czy społeczno-kapitalistyczna pozostaje kwestią otwartą, więc warto o tym pamiętać, krytykując czy chwaląc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz