piątek, 31 października 2014

Waldemar Łysiak - syndrom oblężonej twierdzy



Z niepokojem obserwuję tendencję otwartych liberalnych i humanistycznych umysłów w Polsce do unikania polemiki z modnymi prałackimi pisarzami, którzy sprawują w Polsce istny rząd dusz. Wielu zapewne po takim napomnieniu stwierdzi, ze nie warto nawet z nimi polemizować, ja jednak uważam, ze trzeba dokładnie wskazywać miejsca w których prawica watykańska mija się z prawdą lub świadomie łże. Na warsztat postanowiłem wziąć bestseller roku 2000 – „Stulecie kłamców” czołowego polskiego bonapartysty Waldemara Łysiaka, dla którego to co poza papieżami, Napoleonem i Piłsudskim (jakże mało przystają do siebie te autorytety – łączy je chyba tylko autory(te)taryzm…) wszystko jest jedynie zgnilizną i moralną zapaścią. Używając wielu przymiotników, Łysiak postanowił na 300 stronach udowodnić, że świat stacza się w przepaść, mimo iż w innych swych dziełkach często uznawał się za zwolennika choćby napoleońskiego postępu. Edytorzy książki (Wydawnictwo Andrzej Frukacz) chwalą bezkompromisowość Łysiaka, np. jego otwartą rusofobię, a jego dzieło jako „męską obronę prawdy przeciw światu”. Łysiak uznał dość dowolnie wiek XX za wiek kłamstwa, choć na przykład ignorancja średniowieczna czy barokowa podtrzymywana przez kler spokojnie może iść w zawody z totalitarnymi propagandami XX stulecia.

Dziełko swe Łysiak zaczyna banalnie od wytropienia wszechobecnego kultu postępu, trwającego od amerykańskiej progressive era (pierwsze dwie dekady XX wieku) do dziś, i od jeszcze banalniejszej uwagi, iż ta sama technika która umożliwia ratowanie życia pozwala szybciej zabijać. Łysiak uważa nawet, że obecna bezradność medycyny wobec AIDS czy raka, każe myśleć, głównie o stratach jakie daje postęp techniczny, niż o nadziejach jakie niesie z sobą (s. 13). Ludobójstwo oczywiście jest stare jak świat, co Łysiak przyznaje, lecz gorszości nowoczesnego ludobójstwa, upatruje on w propagandzie jaka mu towarzyszy. Jego łatwo i płytko przesuwający się po powierzchni problemu mózg nie rozumie, iż propaganda ma sens jedynie w sytuacji, gdy ludzkość ma szansę zyskania jakiej takiej wiedzy. W społeczności totalnych ignorantów (np. w folwarku XVI-wiecznym) wystarczała bardzo prymitywna i podstawowa propaganda, by urobić umysł człowieka, który wie lub przeczuwa, że cudów nie ma, propaganda też musi się rozwijać; stąd to wrażenie „stulecia kłamstwa”. Goebbels musiał zadać sobie wiele trudu, by osiągnąć takie poparcie, jakie dość łatwo zapewnił sobie Savonarola. Łysiak cytuje Montesquieu i Delacroix kontestujących zepsucie obyczajów już w poprzednich stuleciach (s. 15), podczas gdy wystarczy przeczytać te cytaty uważnie by zobaczyć, że chodziło im głównie o erozję stosunków międzyludzkich, zwł. rodzinnych. Chrześcijańskie pozostałości myślowe kazały tym otwartym skądinąd umysłom postrzegać sceptyczny wobec rodziny indywidualizm jako zagrożenie. Internet widzi Łysiak jako zamiennik prawdziwych relacji (a nie jako środek komunikacji), mówienie sobie na „ty” w quizach w TV, postrzega jako barbaryzację i przymusową (sic !) fraternizację (a nie np. za podkreślenie upodmiotowienia jednostek). Autorytarny mózg Łysiaka poszukuje wodza, który nada światu moralne wzorce. Atakując postęp atakuje on także ewolucję, także biologiczną teorię ewolucji, ciesząc się, że od lat 70. Przybywa autorów atakujących pierwszeństwo darwinizmu nad innymi teoriami, podkreślających „przypadkowość” doboru naturalnego, który jak wie każdy czytelnik Dawkinsa wcale nie jest przypadkowy, nie zauważa też Łysiak, że teoria naukowa jest wtedy dobra jeśli wyjaśnia cokolwiek, a ten warunek spełnia tylko darwinizm. Dość arbitralnie przechodzi Łysiak od ewolucjonizmu do teorii ulepszania się rodzaju ludzkiego w czasach pisma. Podkreśla, że wady ludzkie takie jak egoizm i chciwość wcale nie ustępują mimo wysiłków „klechów i belfrów”, jak nazywał ulepszaczy moralnych Nietzsche (s. 23-25), a biologiczne zdobycze (np. większa długość życia), powodują też szkody społeczne (wydatki na coraz większe rzesze emerytów uważa ona za „rak” toczący kraje rozwinięte, zapominając np., że zdrowie dzisiejszego 65-latka stoi kilka poziomów wyżej niż jego dziadka, co pozwala podwyższać wiek emerytalny). Cytuje dalej Sloterdijka, który przewiduje, że aby sprostać rzekomej degradacji etycznej wskutek nawały konsumpcjonizmu i popkultury, będzie trzeba sięgnąć po manipulacje genetyczne. Oczywiście nieuprzedzony obserwator znający nieco historię wie, że po pierwsze konsumpcjonizm i popkultura są tak denerwujące jedynie dlatego, że po raz pierwszy także chamy mogą sobie pozwolić na luksus i własną opinię, a manipulacja genetyczna może stanowić gigantyczną szansę dla ludzkości. Łysiak gromi też biologiczną degradację, następującą wskutek braku naturalnej selekcji jednostek słabych zdrowotnie (nowoczesna medycyna) – bez komentarza.

Wracając do propagandy, Łysiak zauważa, że pierwszymi ideologiami nawołującymi do wojen były religie (s. 28), lecz zaraz potem podkreśla głównie Kontrast między humanitarnym przeświadczeniem o końcu epoki wojen a wybuchem I wojny światowej, która zniszczyła wspólnotę narodów, na którego tle papiestwo stanowi idylliczny ośrodek wpierania pokoju (1899 - Leon XIII, sto lat potem - Jan Paweł II). Oczywiście nie ma tu ani słowa np. o potępieniu przez Watykan liberalizmu i kilku innych ideologii (1864), które uniemożliwiło dogadanie się całych narodów w polityce wewnętrznej i zewnętrznej, ani o dogmacie z 1870 roku, który katolików skazał na bycie niewolnikami „nieomylnego” starca w białych szmatkach. Wyszydza Łysiak nawoływanie narodów do wojny w imię rządowych interesów, oraz pracę N. Angella The great Illusion z 1910 roku, w której ten przewidywał, iż wspólne interesy wielkich mocarstw współrządzących światem będą oznaczać koniec wojen (s. 33). Czy jednak owe interesy nie wpłynęły aby nieco na peryferyzację wojen w drugiej połowie XX wieku? Co dzisiaj zyskają USA i Chiny walcząc zbrojnie? Wszak o atomowym straszaku antywojennym pisano wiele. Choć sam Łysiak uważa, iż wojna, prócz obronnej, nigdy nie jest sprawiedliwa, pacyfizmu nie cierpi, uważając, że albo rozzuchwala on przeciwnika (przykład Chamberlaina i Hitlera), albo, że stanowi przykład pożytecznego idiotyzmu (przykłady komunisty Picassa porównującego w 1951 roku żołnierzy amerykańskich do nazistów i agentów KGB i GRU infiltrujących Światową Radę Pokoju).

Całkowicie odkrywa się Łysiak jako ultra katolik, cytując wypowiedź biskupa Fuldy z 1995 roku, który podkreślał niezgodność demokracji z Kościołem, gdyż ta pierwsza kieruje się większością, a ta druga … prawdą (s. 43). Dalej mowa o Chrystusie i Sokratesie skazanych demokratycznie (co tak dziwnego, że dwóch wichrzycieli politycznych zostało skazanych ?) i Hitlerze wybranym przez tą brzydką demokrację (kolejna moja uwaga: Hitler by rządzić zawsze potrzebował koalicjanta i znalazł go w bogobojnych konserwatystach von Papena…). Dalej przytacza Łysiak Hamiltona, który twierdził, iż trudno o system „bardziej fałszywy niż warunkowanie kalkulacji politycznych regułami kalkulacji arytmetycznej” i Johna Adamsa, który uważał, że lud jest najgorszym strażnikiem swych praw (s. 44-45). Kapryśność i zmienność tłumu jest zdaniem Łysiaka jednocześnie i wadą i zaletą demokracji, ponieważ kolejna zmiana humorów ludu umożliwia czasem skorygowanie wad uprzednich decyzji władz. Główną wadę demokracji widzi Łysiak w tym, że odwołuje się ona do ludzkich naiwnych nadziei, a nie do wdzięczności, a więc zachęca decydentów do populizmu i pustosłowia. Jak wielu podobnych mu pisarzy Łysiak atakuje demokrację przykładem UE zwalczającej wybór Heidera (s. 48-49), zupełnie jakby demokracja nie mogła prewencyjnie bronić sama siebie… No i wieszczy upadek demokracji wskutek rozwoju globalizacji (lud zastąpią międzynarodowe lobbies). Nie widzi natomiast zupełnie jakie pozytywy dla demokracji ma rozpowszechnienie krótkoterminowych informacji poprzez Internet. Więcej mówi nam to o samym autorze niż o omawianym problemie. Łysiak cierpi na typowy dla konserwatystów syndrom oblężonej twierdzy, pozwalający dostrzegać jedynie zmiany niosące zagrożenia.

Kolejny przeciwnik jakiego znalazł sobie Łysiak jest łatwy – komunizm. Dość inteligentnie autor znajduje paralelę między antysemityzmem Marxa i jego antykapitalizmem (w oparciu o żydowską smykałkę do handlu), oraz między jego wiarą w dobroć człowieka i wiarą w wyższość wspólnej własności dóbr (s. 55). Jednocześnie nie przeczy, że wczesny kapitalizm był bezwzględny, jednak pojawienie się socjalizmu wzmogło czujność kapitalistów, którzy starali się działać na rzecz humanitaryzmu w gospodarce. Kogoś nieuprzedzonego przywiodło by to do wniosku, że jednak na coś się socjaliści przydali, Łysiak jednak pisząc „socjalizm” zawsze myśli „łagry”. Dalej krytykuje szwedzki fiskalizm (słynny przypadek Astrid Lindgren i 102 % podatku od jej nagrody literackiej), nie zastanawiając się jednak ani przez moment, dlaczego mimo „rabunku”, Szwedzi jednak nie uciekają ze swego kraju… Obawy Łysiaka o marnowanie pieniędzy przez UE i o brak pokrycia dla wirtualnej waluty, dziś mogą mu zjednać opinię proroka, od razu więc piszę, że marnotrawstwo dowodzi m.in. obfitości, a za wspomniany brak odpowiedniego pokrycia niestety odpowiada głównie chciwość głównie prywatnych kredytodawców… Kolejny taki problem z przypisaniem winy, ma Łysiak omawiając dekolonizację, i starając się wykazać, iż więcej przysporzyła ona ludzkości problemów niż powodów do zadowolenia (s. 59). Pisze, że kraje zachodnie nie doceniły plemiennego kształtu społeczeństw np. afrykańskich wycofując się z Afryki, skazując wiele krajów postkolonialnych na chaos i wojny, zapominając, że wycofały się one z Afryki pod naciskiem samych Afrykanów, oraz o tym, że w o pomyślność Afryki odpowiadają od tego momentu wyłącznie sami Afrykańczycy. Jeśli mimo szkoły urzędniczej pod okiem kolonizatorów nie nauczyli się oni dbać o własne społeczeństwa to trudno. Łysiak opisuje RPA czasów apartheidu jako ostatnią ostoję ładu w ogarniętej chaosem zdekolonizowanej Afryce (s. 61). Oczywiście skupia się tu na niesłusznej jego zdaniem niechęci elit Zachodu w uznaniu tej roli RPA, lecz skupiając się na tym może co najwyżej dojść do wniosku, że lepszy jakikolwiek ład niż żaden. Pozytywne aspekty kolonializmu podkreślało, wielu pisarzy z Dineshem D’Souzą i Niallem Fergusonem, oraz wymienionym przez Łysiaka Paulem Johnsonem, na czele, co przeczy opinii o jakimś całkowitym dyktacie political corectness w tej kwestii. Wracając do komunizmu, Łysiak stwierdza, że ludzie nie zauważają potęgi ideologicznych pozostałości po nim skupiając się zbytnio na bardzo nielicznych niedobitkach neonazizmu (s. 73), tymczasem dość zajrzeć do ostatniego „Newsweeka”, by dowiedzieć się, że niemiecka policja dała się zaskoczyć intensyfikacji działań neonazistów, gdyż zbyt była skupiona na islamistach i lewakach. Dalej książka staje się już zupełnie niepoważna; deista, walczący z ateizmem (np. Diderotem i Holbachem) Voltaire staje się ateista, każdy pacyfizm jest określany jako pochodna sowietolubstwa z czasów zimnej wojny itd. Łysiak uważa polskościokatolickość za główną siłę uwznioślająca człowieka, zagrożoną przez wszystko inne. Niedawno dyskutowano czy Halloween jest zgodny z doktryną KrK, okazało się że nie i wymyślono Holy-wins. Co nie katolickie, to złe. Ot mentalność łysiakowa. Szkoda, bo to niby człowiek bystry…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz