czwartek, 14 sierpnia 2014

Kurt Vonnegut: "Kocia kołyska"

Polecam książkę postmodernisty Vonneguta z 1963 roku. Ale polecam czytanie krytyczne. Kocia kołyska jest powieścią science fiction posiadającą także cechy satyry politycznej. Narrator utworu, John (lub Jonah), zamierza napisać książkę o Feliksie Hoenikerze, twórcy bomby atomowej, która wybuchła nad Hiroszimą. Zbiera do niej materiały wśród dawnych współpracowników konstruktora. Przepytuje także jego dzieci i trafia na ślad tajemniczej substancji, nad którą rzekomo pracowali Amerykanie, a znanej pod kryptonimem lód-9.

Poszukiwania prowadzą go na karaibską wyspę San Lorenzo rządzoną przez Papę Monzano. Monzano sprawuje dyktatorską władzę i próbuje na wyspie zbudować utopię. Jego jedynymi przeciwnikami są wyznawcy bokononizmu, niezwykle oryginalnej religii stworzonej przez samozwańczego proroka Bokonona. Po śmierci Monzano lód-9 (który zamarza w temperaturze pokojowej) wymknie się spod kontroli i spowoduje światową katastrofę.

Jej założycielem miał być Bokonon - wędrowny prorok z wyspy San Lorenzo ukrywający się przed prześladowaniami lokalnego dyktatora, "Papy" Monzano. Swe poglądy zawarł w "Księdze Bokonona". Bokononizm przeciwstawia się powadze i upartemu drążeniu rzeczywistości ("Kierujcie się w życiu taką fomą (nieszkodliwym łgarstwem), która da wam odwagę, dobroć, zdrowie i szczęście" - ""Live by the foma that make you brave and kind and healthy and happy"", Księga Bokonona 1,5). Mówi, że religia, chcąc osiągnąć swe cele, może, a nawet powinna posługiwać się kłamstwem, przy czym trudno jednoznacznie stwierdzić, co jest prawdą, a co nią nie jest. W tej książce nie ma ani słowa prawdy - to zdanie z książki, którego prawdziwości właściwie nikt nie ma prawa i nie może stwierdzić.

Powieść skrzy się humorem, np:

– Aha. Tak więc podczas jednej z takich bezsennych nocy zostałem z ojcem. Staraliśmy się znaleźć jakiegoś żywego pacjenta, którego można by leczyć, ale w łóżku, za łóżkiem znajdowaliśmy same trupy. I wtedy ojciec zaczął się śmiać! Nie mógł przestać. Wyszedł na dwór z ręczną latarką. Chichotał bez przerwy, a promień światła z jego latarki tańczył po trupach ułożonych w stosy. Położył dłoń na mojej głowie i wie pan, co mi wtedy powiedział ten wspaniały człowiek?

– Nie.

– Synu – powiedział do mnie ojciec – pewnego dnia wszystko to będzie twoje.

Mam jednak jedno poważne zatrzeżenie. Vonnegut prezentuje naukę jako nieubłagalną, nieczułą siłę, która niszczy wszytsko na swej drodze, zaś pewną fikcyjna wersję buddyzmo-hinduizmu (bo abrahamową dogmatyką bokononizm raczej nie jest) jako coś bezpiecznego. Być może w czasie zimnej wojny nauka kojarzyła się z siłą niszczącą, i fajnie, że pisarz przypomniał, że prócz nauki istnieje też kultura "duchowa", ale przecież wojna zimna pozostała zimną, bo sobie naukowcy na chłodno wyliczyli, że nie opłacałaby się. O wiele gorzej byłoby mieć do czynienia z ludźmi negujacymi rzeczywistość, np. z pakistańskimi generałami, którzy wierzą w 72 dziewice w raju, i chcą wykorzystać dżiny czyli pustynne duchy jako żródło energii...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz