czwartek, 7 listopada 2013

Bernard-Henri Lévy - Francuz o USA



B.H. Lévy, American Vertigo, przeł. Anna Garycka-Balmitgère, Wydawnictwo Sic! Warszawa 2007.

Książka Bernarda-Henri’ego Lévy „American Vertigo” jest już kolejną książką Francuza o USA jaką czytałem – po dziełach Tocqueville’a, którego śladem Lévy podróżował po tym kraju, oraz książki Guy Sormana: „Made in USA”, którą raz nawet Lévy cytuje. Postanowiłem nieco przybliżyć książkę Lévy’ego, tak samo jak to robiłem z książką Sormana, podkreślając też różnice między nimi.

Lévy zaczyna od wyznania, że z dziełami Tocqueville’a zetknął się dość późno, bowiem francuski świat intelektualny w czasach jego młodości zajmował się głównie progresywizmem Comte’a i Marxa, zaś Tocqueville długo był uważany z autora drugorzędnego (s. 8), zwłaszcza, ze słowo „liberalizm” jakie ten autor reprezentował zyskało we Francji niezasłużenie złą sławę. Zmierzył się w końcu jednak z tym pisarzem i jego chłostaniem amerykańskiej tyranii egalitarnej opinii publicznej, zwł. w kontekście niemal odwiecznego francuskiego i europejskiego anty-amerykanizmu (już w XVIII wieku Buffon łączył zepsucie Amerykanów z wilgotnym klimatem Ameryki, 200 lat później Heidegger uznał powstanie USA za potworność), i równoległego amerykańskiego anty-europeizmu (szafowanie słowami Hegla o „starej Europie”, która nudzi – s. 13-15).

Lévy pisze o swej misji sprawdzenia jak się ma zdradzająca obawy zmęczenia amerykańska demokracja. Podobnie jak Sorman, pisze Lévy o niezrozumiałej obsesji flagi w Ameryce (s. 26). Zaś podobnie jak Tocqueville zaczyna zwiedzanie od więzienia – a ściślej od więzienia Rikers Island (s. 27-29), które zaskakuje go dzikością więźniów i stopniem oddzielenia od świata zewnętrznego, mimo iż jest to tylko jail , a nie prawdziwe więzienie, tj. areszt dla oczekujących na wyrok i dla tych skazanych maksymalnie na rok pozbawienia wolności. Dalej Lévy jedzie do Cooperstown na samym południu stanu NY, gdzie pokazują mu pseudostare budynki (s. 30), i ogląda pseudomuzeum baseballu w tym mieście, które rości sobie pretensje do miana kolebki tego sportu, chociaż w roku 1839 roku, gdzie gen. Abner Doubleday miał wymyślić tam zasady owej gry, był w West Point, a baseball znany już jest na stronicy książki Jane Austen z 1815 roku, a także na kratach pism znalezionych na strychu w Anglii pochodzących z roku… 1748. Amerykanie uwielbiają brnąć w mity i traktować pseudomuzea jako rodzaj kościołów – stwierdza Lévy (s. 32), a także wolą artefakty od zabytków, np. sprzęt farmerski z 2000 roku udający taki z XVII niż autentyk z XVII wieku. Kolejna różnica z Europą wychwycona przez Lévy’ego – pogodna akceptacja dla śmierci dzielnic i całych miast takich jak Buffalo, Lackawanna, Cleveland czy Detroit z powodów ekonomiczno-migracyjnych (s. 33-37). Dalej w Dearborne (Michigan) spotyka Lévy amerykańskich Arabów, którzy czują się przede wszystkim Amerykanami, i tak są traktowani przez sąsiadów, zamiast się oburzać na wykluczenie społeczne starają się budować obywatelskie lobby podobne do żydowskiego (s. 40-41). Następnie mowa o egalitarnej prędkości na autostradach i zakazie sikania na ich poboczu w ramach kultury: keep moving. Z opresji policyjnej ratuje Lévy’ego nazwisko Tocqueville’a, którego znają i szanują nawet gliniarze. Burmistrz Chicago Richard Daley, stara się przed Lévy’m reklamować miasto jako centrum nie gangsterki, a myśli architektonicznej (s. 44). Delej nieco spostrzeżeń o religii, o bezwyznaniowych i wielowyznaniowych kościołach-centrach dyfuzji positive thinking i propagandy sukcesu Lee Strobela gdzie wszytko kręci się wokół potrzeb codziennych wiernych, a nie wokół Jezusa czy apostołów (s. 49). Potem Lévy spotyka się z Obamą na konwencji, na której powtarzał, że Ameryka jest „krajem religijnym”, ale i dystansował się wobec „czarnej historii USA” i poczucia winy za rasizm, na jakim jeżdżą zwykle czarni politycy jak Al. Sharpton – Lévy przepowiada mu wielką przyszłość (s. 53-54) i jak już dziś wiemy - słusznie. Dalej mowa o USA jako kraju obrazów i kultu miejsc takich jak np. gabinet owalny, podczas gdy np. Francja to kraj słowa, gdzie ludzie ważniejsi są od miejsc traktowanych niemal wyłącznie utylitarnie (s. 57) – chyba jednak trochę tu Lévy przesadza.

Potem Lévy rozważa status 200.000 Amiszów, którzy uważają USA za abstrakcję (mówią o Amerykanach – „Anglicy” – s. 60) i podziwia głównie tolerancję wobec nich. Następnie Lévy odwiedza gigantyczny Mall of America w Minneapolis, w którym można by w zasadzie spędzić całe życie, bo wszystko tam jest. Na świecie większe jest tylko centrum handlowe w Edmonton. Amerykanie kochają utopie jak stwierdza Lévy. Dalej Lévy wprawia w zakłopotanie pracownicę kliniki Mayo, w którym leczył się Hemingway, i które według jednej z żon pisarza wykończono go z powodu jego komunistycznych sympatii (s. 64). Jednocześnie jak pisze Lévy, samofinansująca się i prowadząca własne badania klinika to nadzieja dla USA. Jeszcze dalej Lévy porównuje rozczarowanie Tocqueville’a nędzną posturą i niskim morale Indian z Buffalo, z własnym doświadczeniem w tym względzie – widokiem Indian dających się urabiać tanimi sztuczkami senatora Toma Daschle’a (s. 68), rozmową z Russelem Meansem, Indianinem-antysemitą wkurzonym na Żydów za zdominowanie dyskursu ofiary (s. 72-73), co Lévy’ego jako Żyda-sympatyka Indian dotyka niczym zimny prysznic. Kilka stron dalej pisze Lévy o konwencji GOP na Brooklynie i podlizywaniu się Norma Colemana i Ricka Santoruma miejscowym bogatym Żydom perorowaniem o sile wiary chrześcijan i Żydów (s. 78). Następnie Lévy poświęca parę stron polityce amerykańskiej znajdującej się w okowach nie kalkulacji i interesów jak w UE, lecz – gorących ideologii, często nie pokrywających się z programem partii, jaką ideologowie reprezentują (s. 82).

Ulubionym miastem Lévy’ego w USA jest Seattle, a zwłaszcza tamtejsze; dynamizm i atmosfera wolności, luz hippisowski połączony z fantastyczną fachowością pracowników Boeinga, pomysłowość informatyków i spokój bulwarów (s. 82-85). W Berkeley Lévy rozmawia z adwokatką Joan Blades, jednej z przywódczyń ruchu Move On – wymierzonego przeciw konserwatystom atakującym prezydenta Clintona z powodów politycznych, ale na gruncie życia prywatnego. Lévy przyklaskuje tej opcji, ale dziwi się, że nawet ta skrajna jak na amerykańskie warunki lewica również atakuje Clintona z pozycji konserwatywnych – wniosek libertynów w USA brak, choć kiedyś w polityce byli widoczni zwł. w Kalifornii (s. 90). Dalej Lévy dziwi się tonowi w jakim rozmawia się w USA o Alcatraz i innych więzieniach; Amerykanów nie interesuje resocjalizacja, czy współmierność kary z czynem, lecz radykalizm izolacji więźniów i ich quasi-biblijne potępienie (s. 93). O większe mdłości Lévy’ego przyprawia jednak zamek Hearsta – który uważał Europejczyków za podludzi i zamierzał wykupić z Europy wszystkie dzieła sztuki (s. 96). LA uważa Lévy za miasto bez granic, bez kolebki, bez centrum i bez historii – miasto posthistoryczne (s. 99) i wróży mu kiedyś status miasta opuszczonego, choć w USA opuszczone może być także miasto mające te atuty, których LA nie ma. Lévy podobnie przewiduje falę prześladowań grubasów, ponieważ ruch zdrowego żywienia posiada już wpływy porównywane z biznesem junk food. Ale wcale się z tego nie cieszy; uważa, że amerykańskie władze zbyt łatwo wchodzą w rolę wszystkowiedzącego-lekarza (s. 102). Z Sharon Stone rozmawia Lévy o GW Bushu, którego gwiazda uważa za gatunek dzieciaka bez talentu zmuszonego do wejścia w ślady ojca i całej politycznej rodziny (s. 104).

Lévy, jak to „złośliwy” Francuz, bada wszystkie amerykańskie tabu po kolej, więc w końcu dochodzi do kwestii granicy na linii Tijuana-San Diego, po czym dochodzi do wniosku, że USA wcale nie chce rozwiązać problemu szczelności granicy, bo odpowiada im gra w kotka i myszkę z uciekinierami z Meksyku. Dawanie ryzykownej szansy – jakie to amerykańskie (s. 107). Dalej mowa o innym tabu – seksualnym, o komedii purytańskiej w Vegas jakim jest słynny leap dance – bezdotykowa ekscytacja wyginającymi się paniami, i o tym, że żeby znaleźć normalny brothel, trzeba wyjechać poza LA i Clark County (s. 111-117). Dalej poruszany jest problem prywatyzacji więzień; w prywatnych króluje nonszalancja, co daje więźniom pewną wolność i możność trzymania w celach różnych przynoszonych z zewnątrz przedmiotów, lecz z drugiej strony króluje szprycowanie lekami i porzuca się wszelkie marzenia resocjalizacyjne (s. 119). Następnie Lévy rozprawia się z przeświadczeniem, że w USA nie ma ubezpieczenia społecznego; jest, ale niejasne i chaotyczne; czasem emerytura od pracodawcy wynosi 60% a czasem 75% ostatniej pensji, nawet w tym samym zawodzie, i nikt nie wie dlaczego, niektórych ubezpieczają kościoły, poza tym są jeszcze medyczne i żywnościowe programy federalne (Madicaid, Medicaire, food stamps itd. – s. 126-127). Ta nieufność do polegania wyłącznie na tym co rządowe jest znamienna. Dalej czytamy o Sun City – mieście dla starców, zbudowanym przez Del Webba, który doświadczenie zebrał budując obozy internowania dla Japończyków (s. 136). Następnie Lévy wraca do polityki, podkreślając, ze kandydat taki jak Bush w USA nie musi wypaść gorzej od Kerry’ego, ponieważ debaty nie mają w zasadzie sensu, liczą się targi z większościami i mniejszościami interesu w poszczególnych stanach, podczas debat kandydaci starają się raczej ukazać swoją przyjazną naturę i oddane rodziny (s. 138), może chodzi o ukazanie swej elastyczności potrzebnej do targów. Kerry, którego oskarżano o bycie zbyt „francuskim” (jak pisał Piotr Kraśko, nieopatrznie wyznał, ze rozmawia w języku francuskim z żoną przy kolacji, co w opinii Teksańczyków uchodzi co najwyżej gejowskim projektantom mody z NY), nie chciał spotkać się z Francuzem na 8 dni przed wyborami, ale w końcu dał się przekonać (spławiali Lévy’ego, gadką o tym, że Kerry jest zmęczony, więc zagroził, ze rozpowie, iż kandydat Demokratów większość czasu śpi – s. 141). Lévy dotarł w końcu do Kerry’ego, uznał go za racjonalistycznego człowieka oświecenia, być może zbyt racjonalnego na to targowisko emocji jakim są wybory prezydenckie w USA (s. 143). Nieco uwagi poświęca Lévy rodowi Kennedych i ich mitowi, uznaje co ciekawe, że nie są oni amerykańskim odpowiednikiem rodziny królewskiej, lecz tragicznymi bohaterami mitologii amerykańskiej, na podobieństwo Edypa czy Tezeusza (s. 151).

Nowy Orlean jawi się Lévy’emu niczym upragniona oaza libertynizmu na purytańskiej pustyni, a także miejsce gdzie mieszanie się ras jest dużo częstsze niż w reszcie USA (tłumy metysów i mulatów – s. 154). Jako Europejczykowi podoba mu się zdecydowana obecność historii na ulicach NO. W Memphis (Tennesee) uderza go żarliwość czarnych chodzących do kościołów we frakach, kontrastująca z handlowym podejściem i zacięciem megachurches Północy (s. 171). Floryda wywołuje u Lévy’ego refleksję o tym, że Amerykanie w porównaniu z Europejczykami, nie starają się całkowicie panować nad przyrodą, ani od niej zupełnie się oddzielać, co jego zdaniem wnika z pionierskiej kultury ryzyka (s. 183), jednak czytając ten fragment zastanawiałem się ile wynika po prostu z geografii, naszego euro-tłoku, i pustej przestrzeni w USA, tej połowie wielkiego kontynentu. Savannah zachwyca Lévy’go, który cieszy się, że w 1864 roku mieszkańcy woleli poddać się jankesom niż doprowadzić je do zniszczenia (s. 185), wyczuwa tu iście europejską dbałość o miasto tak kontrastującą z nonszalancją mieszkańców Buffalo. W Karolinie Płd. – wszystko wraca do „normy”; w Asheville nie pamięta o dandysie imieniem Scott Fitzgerald. Lévy zwiedzał Norfolk (Wirginia), a ściślej tamtejsza bazę floty, największą pod tej w San Diego, i zastanawia się nad bardzo demokratycznym łatwym dostępem turystycznym do owych baz; tak jakby USA uwielbiały paradować ze sowimi zabawkami (atomowymi łodziami podwodnymi) przed sojusznikami (s. 195).

Potem następują opisy trzech wywiadów z neokonserwatywnymi jastrzębiami, których według Amerykanów, przecenia się w Europie (we Francji pisze się o „książętach ciemności” lub po prostu neo-cons – przy czym po francusku con znaczy dureń) co do siły oddziaływania na rząd. Pierwszy to Richard Perle, z którym Lévy czasem się zgadza, ale uważa np. że ma on zbyt frywolne podejście do prawdy o BMR w Iraku, czy zbyt łatwo żartuje z Kerry’ego i jego żony (s. 197). Billa Kristola uważa Lévy za urodzonego doradcę książąt, dla którego inwazja na Irak jest tak ważna, że sojusz z moralnymi religijnymi oszołomami wydaje mu się znośny (s. 200). U Fukuyamy, dziwi go demokratyczny mesjanizm, tego odwiecznego wroga inżynierii społecznej (s. 203). W Heinz Hall w NY widzi jak Hitchens pokrzykuje na Kissingera (który półgębkiem chwali pomysł wojny w Iraku, a w następnym zdaniu powołuje się na rozprawę Kanta o wiecznym pokoju) za Wietnam, a potem już w innym przybytku sam popiera wojnę w Iraku, ale to dlatego, że tyrania Saddama jest dlań dużo większa, zarzuca on bowiem rządowi i jego doradcom (takim jak Kissinger) niedocenianie skali zagrożenia ze strony fundamentalizmu religijnego (s. 207). Według Lévy’ego Hitchens widzi USA jako broń demokracji, a Kissinger akceptuje dyktatury łajdackich tyranów współpracujących z Waszyngtonem, więc jest to kłótnia wilsonisty z jacksonistą, gołębi w tym sporze nie ma.

W siedzibie AFL-CIO rozmawiał Lévy z Demokratami, których znalazł, podobnie jak Guy Sorman, w słabszym wigorze. Odnotował, że np. Michael Moore nie może się przebić do ogólnego ich nurtu z wezwaniem, by amerykańska „lewica” nie ulegała naciskowi rewolucji konserwatywnej, i nie tłumaczyła się przed konserwatystami przypominając np., że to w stanach rządzonych przez DP („niebieskich”) jest mniej rozwodów i dzieci ze związków pozamałżeńskich, lecz prosu szali się we własnej perspektywie. Lévy, inaczej niż Sorman, sprzyja demokratom więc martwi go to, że John Podesta zamiast bronić prywatności Clintona, czerwieni się jak chłopczyk i przyznaje, że Clinton zrobił głupstwo, jak również to, że jedyną ideą silną wśród DP jest „trzecia droga”, ale w wersji niezmienionej od 20 lat, oraz, że Demokraci w swej masie umieją dogadać się tylko w sprawach finansowych, choć chcieliby pokonać GOP doktrynalnie, że w partii za dużo mają do powiedzenia związkowcy nie pierwszej już młodości itp. (s. 207-209). Warren Beatty, zdaniem Lévy’ego, wie o purytanizmie i nie chce zostać demokratycznym Schwarzeneggerem, bo wtedy brukowce zbrukają jego życie prywatne (s. 215). Potem rozmawia Lévy z Davidem Brockiem, który wymyślał kłamstwa, by oczernić Clintona, a potem przyszedł skruszony do Demokratów, którzy przyjęli go zamiast zniszczyć (s. 220). Stanowi to dowód na kryzys dziennikarstwa w USA, i z Woodym Allenem, który wyjawia mu, że nie angażuje się w politykę, bo uważa, ze sam uosabia wszystko co ten kraj nienawidzi, więc raczej zaszkodziłby tym, których by poparł (s. 228). Lévy, choć lubi Allena, bierze to za pychę, ale w sumie faktycznie; racjonalizm, ateizm, żydowskość, intelektualizm, czyż Sorman nie pisał, że to wszystko podoba się raczej w Europie niż w USA…

W Bostonie rozmawia z Huntingtonem, pełen krytycyzmu wobec jego teorii, że dwujęzyczni a przy tym leniwi Latynosi odbierają Ameryce jej esencję. Z kolej wniosek Lévy’ego, że USA, Francja i Izrael powstały w oparciu nie o etniczność, ale o credo, napotyka krytykę Huntingtona (s. 237). Nie lubię Huntingtona i uważam jego teorię o nieprzekraczalnych barierach cywilizacji za szkodliwy rak intelektualnego multikulturalizmu i skretyniałego konserwatyzmu, lecz w tej materii ma on rację. Izrael to etniczność w najczystszym wydaniu, znacznie lepszym przykładem byłaby choćby Kanada, Brazylia, Singapur, albo Argentyna. Lévy uważa jednak USA za wyjątkowe (i tu można się tylko zgodzić), ponieważ tam nigdy państwo i naród nie przekładały się na siebie, stąd USA tak dobrze asymilują imigrantów (s. 251), stąd uważa obawy Huntintona za równie nieuzasadnione jak obawy z początku XX wieku przed „słowiano-latynosami” i „Żydami orientalnymi”. Lévy uważa Amerykę głównie za uniwersalną ideę emancypacyjną o nieprzemijającym uroku.

Lévy broni przed atakami europejskich anty-amerykanistów, amerykańskiej political corectness, uważając, że francuscy intelektualiści mający język za „faszystowski”, nie doceniają Amerykanów, którzy nie poprzestają na gadaniu, ale starają się coś z tym zrobić (s. 255). Przypomina to trochę zarzuty Sormana, o to, że Francuzi uważają Amerykanów za rasistów, ponieważ nie są oni ślepi na rasy i wdrożyli akcję afirmacyjną, właśnie dlatego, by podstawa rasizmu – wykluczenie i różnice majątkowe nieco zmniejszyć. Lévy zauważa pewną pułapkę myślową u Huntngtona i Fukuyamy, ale też u Roberta Nozicka i Michalea Walzera, że w pewnych okolicznościach cywilizowani przywódcy walcząc z terroryzmem, będą mogli i powinni móc sięgnąć po tortury. Lévy pisze, ze rozumie ten intelektualny zwrot po 11.09.2011, ale uważa, że grozi on popadnięciem w kazuistykę, która osłabia humanistyczne przesłanie liberalnej demokracji (s. 279-280). Lévy kończy swą książkę podkreślając kilka różnic w jej historycznym rozwojem z Europą np. tą, że wolność i religia nie były tam skierowane przeciw sobie (tu można by zastrzec – „politycznie”, bo społecznie religia zawsze tłamsi życie osobiste wyznawców), na co zwracał uwagę też Sorman. W amerykańskich warunkach, jak uważa Lévy, żarliwa religijność nie jest objawem politycznej skrajności, jak byłoby w Europie (s. 284). W ten sposób Lévy zapewne chce uspokoić nieco Europę przed amerykańską nieobliczalnością. W tą stronę też zmierzają jego zapewnienia, że laickość w USA ma się dobrze.

Neokonserwatystów podejrzewa o bycie skrytymi tradycyjnymi konserwatystami, tj. miłośnikami Realpolitik, chcącymi po prostu dokopać wrogom USA, ale z musu ubierającym to w piękne filozofie (s. 291), jak radzili zwolennicy Hamiltona w XVIII wieku (wojna w obronie handlu), czy Jacksona (wojna w obronie strategicznych interesów USA), wbrew izolacjonistom typu jeffersonowskiego (dziś np. Pat Buchanan, oskarżający Busha o wilsonowskie zboczenie i zdradę ideałów starej GOP – niedawno Buchanan ostrzegał USA, że nie mogą być jedynym policjantem świata). Neokonserwatysci są to więc, zdaniem Lévy’ego hamiltończycy (są dziś prawdziwi hamiltończycy; Condoleezza Rice czy Colin Powell) lub jacksończycy (dziś są takimi Rumsfeld i Cheney) udający wilsonowskich misjonarzy wolności i demokracji. Lévy uważa, że pod kątem tych czterech grup powinno się pojmować politykę zagraniczną USA, a niestety rzadko się to w Europie robi (s. 294). Ze swej strony mogę dodać, ze pamiętam ustęp działa Fukuyamy, gdzie dzielił wszystkich strategów właśnie na te 4 grupy. Powinniśmy chyba używać podziałów uznanych lokalnie, wszak europejskie reguły nie aplikują się do USA, dlatego np. Angela Merkel skarży się na amerykańską nieprzewidywalność. Błędem Europy jest zdaniem Lévy’ego, branie tego wszystkiego za „prawicowość” (s. 296), zwłaszcza tej skłonności do grania roli policjanta świata, co wynika nie tylko z idei, a z historii i wyjątkowej pozycji USA w świecie. Lévy podpisuje się pod stwierdzeniem Raymonda Arona, które ten zapożyczył od Paula Moranda o USA jako „imperium mimowolnym”, i uważa, że właśnie z powodu tej mimowolności USA są czasem tak niezgrabne, że np. utworzywszy ONZ same łamią jego zasady (s. 300-301), nie sądzi jednak by ta tendencja była trwała. Nie podzielam tego optymizmu, bardziej mnie przekonują słowa Obamy z „Odwagi nadziei”, o fundamentalistach religijnych, którzy nie szanują nawet konstytucji USA, nie mówiąc już o ONZ. Cenne sa jednak uwagi Lévy’ego o innej dynamice sporów politycznych w USA (nie na „ekonomicznej” linii prawica-lewica jak w UE, lecz na linii anarchia Jeffersona- centralizm Hamiltona), i o tym, ze religia w USA przetrwała, bo nie stawała okoniem wolności w tym stopniu co w Europie czy Ameryce Południowej. Może faktycznie religia jest silna siłą uwielbienia wolności, jaką pożycza od narodu indywidualistów, ale czy Amerykanie są narodem indywidualistów? Tocqueville i Sorman uważają, że raczej nie, zważywszy na daleko posunięty egalitaryzm, który pewnie mógłby zbliżać USA bardziej do Australii niż elitarnej Europy.

Opisują USA Sorman więcej niż Lévy uwagi poświęcił temu amerykańskiemu egalitaryzmowi, i opisał niechęć, jaką arystokratyczne elity partyjne w UE budzą w USA. Może wynika to stąd, że Sorman, choć nie nawiązuje bezpośrednio do arystokratycznego liberalizmu Tocqueville’a, jes mu intelektualnie bliższy niż Lévy. Lévy wspiera w USA racjonalizm, Demokratów i to co zostało z opieki społecznej, Sorman zaś – liberatariańskie projekty M. Friedmanna i nowe teorie racjonalności, każące w USA zupełnie porzucić korelację między winą przestępcy, a niedociągnięciami społeczeństwa. Ciekawe, że Lévy nie porusza tego tematu, choć jako sojalliberałowi powinien mu być bliższy nawet niż Sormanowi. Sorman liczy, że USA wpłyną na Europę, Lévy raczej tłumaczy Europie, że USA nie są tak szalone jak się wydaje, ale nie ma u niego – poza sferą asymilacji imigrantów – chęci uczenia się od USA. Sorman uważa USA za kulturę orficką, a Lévy za typowo purytańską, obaj jednak zgadzają się, że religie w USA profitują ze swej demokratycznej bliskości do problemów zwykłych ludzi.

Polecam obie książki wszystkim amerykanofilom i – fobom.

Angela Merkel według Stefana Korneliusa



Kornelius S., Pani kanclerz. Angela Merkel, przeł. Ewelina Twardoch, Wydawnictwo Filia Poznań 2013.

Postanowiłem dowiedzieć się czegoś o najpotężniejszej kobiecie świata (nie trzeba wielokrotnie cytowanego Forbesa, by stwierdzić fakt, że nawet gdyby Merkel była dużo słabszym politykiem niż jest to jako szefowa rządu RFN jest skazana na bycie kobietą nr. 1) i odkryłem, że dopiero co wydano w Polsce, a konkretnie w Poznaniu wydano tłumaczenie jej biografii autorstwa Stefana Korneliusa (ur. 1965), niemieckiego dziennikarza kształconego w Bonn i Londynie, pracownik redakcji „Sterna” i jej korespondenta w Waszyngtonie (1996-1999), autora kilku książek , m.in. wydanej w 2007 roku biografii Ala Gore’a.

W Niemczech wydano w 2013 roku co najmniej 6 biografii Merkel, więcej niż kiedykolwiek przedtem. Prawdopodobnie dlatego, że kryzys większości gospodarek Europy, i relatywnie lepsza na tym tle sytuacja Niemiec, dały pani kanclerz większą jeszcze władzę niż dotychczas. To, że Niemcy Merkel przepisują dziś kurację odchudzające innym gospodarkom nie podoba się np. we Francji, gdzie zwł. prawicowa „Le Figaro” pisze o presji pangermanów tj. Niemców i ich sojuszników, którzy dają Francji wybór, albo Francja się do nich przyłączy, albo zostanie częścią pogardzanego południa, w Anglii z kolej lewicowy „New Statesman” uważał Merkel za zagrożenie dla ładu międzynarodowego podobne do tego jakie stanowią Ahmadinedżad czy Kim Dzong Un, i porównuje ja do Nerona rzępolącego na lutni gdy płonie Rzym. „The Economist” uznaje Merkel za hamulcową gospodarki UE. Javier Cercas martwi się, skala niechęci do Merkel w Madrycie i Europie południowej, podobnie Soros. Niemcy dzięki gospodarce opartej na eksporcie także do Rosji i Azji radzą sobie lepiej niż kraje południa UE, które mają zbyt wielkie koszty produkcyjne. Wielu jednak podziwia i dopinguje Merkel w jej polityce antykryzysowej (s. 12-14).

Merkel w młodości podziwiała rosyjską kulturę, ale marzyła o USA, po upadku muru, została działaczem małej partii DA, mniej egalitarnej niż SPD, do której sympatii nigdy nie czuła. DA związała się potem z DSU i CDU – wielkim graczem z Zachodu (s. 36). Wschodnie pochodzenie Merkel, doprowadza czasem do nieporozumień i awantur, jak na przykład kiedy okazało się, że rozumie rok 1968 zupełnie inaczej niż np. Wessi – Joschka Fischer, którego uważa – choć nie mówi tego wprost, bo na to jest zbyt ostrożna – za warchoła (s. 43-44). Merkel, przynajmniej według Korneliusa, nie znosi demagogii i warcholstwa, jako naukowiec a ściślej fizyk, preferuje spokojną rzeczową dyskusję najlepiej w kameralnym gronie. Nawiasem mówiąc może to właśnie tak irytuje ludy południa lubiące toczyć pianę o byle co, w końcu rozmowa Włochów o sporcie, dla Anglika może wydawać się kłótnią. Podobnie Merkel, jak wielu niemieckich polityków bardzo wysoko ceni ONZ i międzynarodowe starania o poprawę warunków ekologicznych, tym bardziej, że jako minister środowiska była gospodynią konferencji ekologicznej w Berlinie (s. 55-56). Konferencja ta zorganizowana w 1995 roku zmusiła nawet wierzgające USA do podporządkowania się decyzjom o zmniejszeniu emisji zanieczyszczeń. Merkel została z kolej skonfrontowana z arogancją i szyderstwami delegacji chińskiej, która nie omieszkał wobec niej dać wyraźnie do zrozumienia, że wszystkie decyzje ma w głębokim poważaniu (s. 58), stąd m.in. jej daleko posunięta nieufność wobec Chin. Co do Francji, Merkel jest ostrożniejsza od frankofilskiej ekipy Kohla (von Kleaeden, Polenz, Laschet), nie bije pokłonów przed trójkolorową flagą jak zwykł to roić Kohl (s. 98).W 2004 roku UE usłyszała o Merkel, kiedy przeforsowała Barroso na szefa KE (s. 64), bo w przeciw. Do liberalnego Guya Verhofstadta był konserwatystą, ale nie aż takim jak proponowany przez brytyjskich Conservatives – Chris Patten.

Jeśli wierzyć Korneliusowi inspiracją dla Merkel są opery Wagnera, zwł. zawarty w wielu z nich element nieuchronności pewnych nieprzyjemnych zdarzeń (s. 68), na które trzeba być gotowym. Merkel nie lubi szumu i maczyzmu, preferuje spokój i pokorę (s. 75), nie lubi bogatych pozerów (stąd niechęć do Berlusco i Sarko). Wolność, cnota na jaką pani kanclerz najczęściej się powołuje, uważa Merkel za bycie wiernym sobie, fundament odpowiedzialności, radości z sukcesów czy różnorodności, oraz warunek rozwoju indywidualizmu i społeczeństwa. Choć jest szefową partii chadeckiej, a więc konserwatywno-podobnej i jest ewangeliczką (córką pastora), nie waha się powoływać np. na oświecenie, czy na słowa o wolności wygłaszane przez Willego Brandta (s. 82). Z powodu powoływania się na wolność polubiono ją w USA, szczególnie, że odnosi ona wolność do własnych doświadczeń życia w NRD, a nie tylko do pięknych haseł. W Chinach już drażnią, jej przepowiednie, że Chińczycy zaczną obok dobrobytu domagać się więcej wolności. Chiny jednak fascynują ją jako kraj, gdzie 8 ludzi decyduje o wszystkim (s. 89). Merkel uznaje negatywną i pozytywną wolność za komplementarne. Podczas awantury o karykatury Mahometa stanęła po stronie liberałów, wielokrotnie podkreśla, że żadne różnice kulturowe nie mogą być uzasadnieniem, dla braku poszanowania dla wolności (s. 90). Wiele sympatii zyskała u mnie ogłaszając publicznie, że multikulturalizm to projekt nieudany. Merkel broni wolności i Zachodu, przypominając losy cywilizacji, które zniknęły z powierzchni ziemi. W 2011 roku katastrofa elektrowni jądrowej Fukushima I, spowodowała, że Merkel (fizyk) przestała uważać energię atomową za bezpieczną (s. 112), nie był to jednak populistyczny zabieg (w Niemczech energia atomowa jest dość mało popularna), lecz zmiana zdania.

Zdaniem Korneliusa Merkel woli zajmować się polityką zagraniczną niż wewnętrzną, ale jej poparcie dla USA wynikało głównie dlatego, że to Bush potrzebował przyjaciół, podobnie jak Chirac i Blair, a nie ona. Najlepszy dowód, ze nie kopiuje się w RFN amerykańskich rozwiązań. Merkel, ani nie naśladuje amerykańskich metod prezydenckich, ani nie wprowadziła w Niemczech zasad bezpieczeństwa narodowego, choć rozważał to jej doradca Christoph Heusgen (s. 96). Rosję traktuje ostro, zwłaszcza w porównaniu ze Schroederem, kazała się Putinowi tłumaczyć po śmierci Politkowskiej (s. 98). Merkel nie mówi, że jest dumna (stolz) z bycia Niemką, lecz używa słowa zadowolona (zufrieden), nie uważa Niemców, ani za złych, ani cudownych, ale zadowolona jest z demokratycznych i liberalnych przemian w kraju. Konserwatywne skrzydło w CDU nie lubi jej za wiele rzeczy, w tym i tego typu rozważania (s. 100). Lubi przypominać o wkładzie cudzoziemców, np. hugenotów w historię jej rodzinnych Prus i całych Niemiec. Jeśli chodzi o USA, to Merkel kocha wartości na jakich ten kraj jest zbudowany, lecz martwi ją, że Amerykanie sami zapominają o nich. Biuro kanclerskie Merkel działa według wzorców brytyjskich, dzięki łaskawej zgodzie Blaira, Thomas de Maiziere obserwował przez kilkanaście dni jak robią to pracownicy londyńskiej kancelarii premiera na bardzo podstawowym poziomie, kto z kim rozmawia, jak wydawane są polecenia, i kto ma dostęp do premiera (s. 104). Inaczej niż np. Frank Steinmeier (SPD), Merkel woli przyjąć Dalejlamę niż uspokajać Chińczyków (s. 108). Od 2009 roku CDU współrządziło już nie z SPD, a z liberałami z FDP (sojusz czarno-żółty), i pomysłowość Guido Westerwellego, miała więcej sprawiać kłopotów Merkel, niż ostrożne vota separata Steinmeiera. Oboje co prawda byli przeciw poparciu inwazji na Libię w 2011 roku (s. 112), co zresztą w Londynie, Paryżu i Waszyngtonie wywołało stare lęki przed niemiecką Sonderweg (koncepcją rozwoju Niemiec jako odrębnej drogi od drogi liberalnego Zachodu), ale już pomysły szefa liberałów by wycofać arsenał nuklearny USA z Niemiec, czy jego poparcie dla greckich „utracjuszy”, za jakich się ich uważa w Niemczech podzieliły ich. Za czasem jednak sojusz stał się coraz ściślejszy. Następny szef liberałów Philipp Roesler też potrafił zaskoczyć np. propozycją powołania Joachima Gaucka na prezydenta po dymisji Wulffa, bez konsultacji z Merkel (s. 116). Pani kanclerz nie kontroluje więc wszystkiego i nie ma takiego zamiaru.

Merkel ceni USA, i lubi rozmawiać w Berlinie z Amerykanami (s. 129) ale nie bezkrytycznie, uważa, że kraj ten ma problemy z samoświadomością i świadomością swej roli w świecie (s. 127). Ceni Hilary Clinton i dopingowała ją przeciw Obamie, który jest dla niej zagadką, ceni też Condoleezzę Rice, zwłaszcza jako naukowca. USA są dla Merkel zbyt konserwatywne, „przesunięte na prawo”, stąd unika ona zwodniczych analogii z Europą, nie lubi Tea Party, którzy dla niej są jedynie burzycielami, i stanowią jeden z tych zupełnie „nieeuropejskich elementów” Ameryki, bezwzględnych i radykalnych. Ceni tradycję Reagana, ale wybiórczo, ma mu za złe to, że w 1986 roku w Reykjaviku odrzucił pomysł Gorbaczowa , by drastycznie ograniczyć nuklearne arsenały (s. 132), zupełnie jakby chciał, by zimna wojna trwała wiecznie, wtedy miała zwątpić na chwile, czy USA faktycznie dobrze reprezentują zachodnie ideały. Jednak uznała za równie głupie zachowanie Schroedera w 5 sierpnia 2002 roku, gdy na placu operowym w Hanowerze, krytykował nieodpowiedzialną amerykańską „przygodę” iracką (s. 135). Zdaniem Merkel, a także Edmunda Stroibera (szefa CSU), było niepotrzebne dzielenie Europy na wrogie obozy, i niepotrzebną demonstrację słabości Zachodu wobec Iraku (Merkel uważa, że wie jak myślą dyktatorzy). W lutym 2003 roku Washington Post opublikował jej wypowiedź, w której skrytykowała Schoredera i francuskie pohukiwania na Polskę. Miało to wielkie znaczenie, ponieważ od wyborów 2000 roku w USA, Ameryka stała się neokonserwatywną dziuplą niepojmowalną dla większości Niemców (s. 141). Krytykowała jednocześnie USA za Guantanamo i to uspokoiło UE, że Merkeln nie stała się neokonserwatystką. W 2008 roku wbrew Bushowi odmówiła poparcia dla stowarzyszenia Gruzji i Ukrainy z NATO (Bushowi wystarczało, że są prorosyjskie, Merkel zwróciła uwagę, że są zbyt niestabilne politycznie); Bush był w szoku, a Putin zaskoczony i wdzięczny (s. 145). Merkel lubiła dość Busha, ale jego familiarność i wiejskość zbijała ją nieco z tropu, unikała jednak wszystkich sytuacji, które cuchnęły zimną wojną. Obama z kolej wzbudzał u niej nieufność, z powodu talentu oratorskiego. Kornelius przypuszcza zazdrość; Merkel bowiem nie jest wielką mówczynią (s. 148). Dodatkowo można wspomnieć, że w RFN to typowe, że politycy mówią poniżej swych możliwości oratorskich, bo pełna pasji oracja kojarzy się z Hitlerem… Szkoda, że Kornelius tego tematu nie porusza. Analityczność i introwertyzm zbliża ich do siebie, choć z drugiej strony nie lubi jak ktoś generalizuje, że Bush to samo zło, a Obama wszystko co najlepsze. W każdym razie introwertyzm Obamy, i jego niebycie w polityce zagranicznej, nie stanowiły dla niej aż takiego szoku jak dla szefów innych państw UE, którzy brali z początku jego rezerwę za wyraz niechęci politycznej (s. 149). W 2011 roku jednak Obama nadał Merkel Medal Wolności USA. W 2007 roku Niemcy zastosowały pewien trick, kiedy NATO domagało się większej niemieckiej obecności w Afganistanie, wysłały samoloty Panavia Tornado, które wymagały obsługi naziemnej (zamiast piechoty – s. 162), w Niemczech dość dużym problemem była wojna bez wypowiedzenia wojny, stąd ta rezerwa. Inne też były jej zapatrywania na „arabską wiosnę”, niż mieli Amerykanie, Francuzi (uważała, ze Sarkozy szuka po prostu poklasku wewnątrz kraju), czy jej koalicjant FDP (Westerwelle porównywał „wiosnę” z jesienią narodów 1989 roku, dla niej podobieństwa były minimalne – s. 171). Co ciekawe, Merkel dość długo wierzyła, że USA również nie poprą ataku na Libię (s. 173), nie była zachwycona, że w tej sprawie Niemcy skończyły w jednym obozie z Rosja i Chinami, mimo iż znalazły się tam także demokratyczne Indie i Brazylia.

Merkel miewa kłopoty z ultrakonserwatystami w łonie własnej partii, jak wówczas, gdy w październiku 2003 roku poseł z Fuldy Martin Hohmann relatywizował holocaust, a zwłaszcza niemiecką odpowiedzialność za niego, zrzucając winę na „bezbożną ideologię”, i „ciemną stronę Żydów” widoczną wśród bolszewickiej elity żydowskiej (s. 187). Broniła też Żydów i ich pamięci przed biskupem Williamsonem i pośrednio również Benedyktem XIV, który tuszował negacjonizm Williamsona, katolicy w łonie CD i nie tylko ruszyli wówczas z rykiem na protestantkę ze Wschodu – nie pierwszy raz (s. 188). Merkel, m.in. dzięki przyjaźni z prem. Olmertem, była pierwszą szefową rządu przemawiającą w Knesecie (po niemiecku rzecz jasna – s. 191). Koniec 2012 roku, Netanjahu i jego nowe osiedla nad Jordanem, to już zupełnie inna sprawa, Merkel, dotychczasowa stronniczka Izraela, poparła większość państw UE przeciw Izraelowi. Putin i Merkel nie lubią się. W końcu podczas jednego ze spotkań Putin celowo rozmawiał w towarzystwie wielkich psów, a pani kanclerz się ich boi (najprawdopodobniej z premedytacją – s. 202). W jego technikach negocjacji, Merkel rozpoznawała techniki Stasi. Według Korneliusa, Putin, typowy macho, dopiero w 2008 roku, gdy Merkel sprzeciwiła się stanowisku USA w sprawie Gruzji (uważała, że Saakaszwili – agent USA, chce wykorzystać NATO w swych utarczkach z Rosją, które sam eskalował) i Ukrainy, pojął, że nie ma do czynienia ze słabą dziewczynką (s. 202). Merkel miała pewne nadzieje odnaleźć demokratę w Miedwiediewie, ale jej nadzieja się zmniejszyła z czasem. Nie uznaje teorii popularnych w Niemczech o pokrewieństwie dusz z Rosjanami (wielu rusofilów jest w CDU – s. 207 -jakżeby inaczej w końcu konserwatyzm zawsze ma jakieś autorytarne oblicze). Merkel żałuje podeszłej demokratycznej Rosji Gorbaczowa i Jelcyna.

Chiny to dla Merkel głównie konkurent ideologiczno-systemowy Zachodu, więc popiera twardszą politykę Obamy w Azji (s. 217), mimo iż Wen Jiabao jest jej przyjacielem (s. 209). Kornelius dowcipnie opisuje chińskie starania by tworzyć jak największy dystans wobec dyplomatycznych partnerów, stąd Merkel próbuje ich przechytrzyć, na przykład niespodziewanie wyruszyć na miasto, by zobaczyć co ludzie myślą; jednak gdy tak uczyniła partyjniacy zdążyli już zastąpić agentami partii wszystkich klientów marketu, jedynie sprzedawcy nie zdążyli podmienić (s. 210), innym razem pyta podchwytliwie, np. o to co jej chińscy partyjni rozmówcy myślą przed snem – taka odrobina spontaniczności jest możliwa tylko w przypadku tłumaczenia symultanicznego. Biuro kanclerskie, mimo wściekłości władz chińskich za przyjecie w Berlinie dalajlamy (IX 2007) nadal utrzymuje stosunki z jego ludźmi. W 2012 roku Wen zrozumiał, że kraj zachodni nie może nie krytykować łamania praw człowieka, i zgodził się na odnowienie nadszarpniętych stosunków, choć wiedział, że niemiecka delegacja przybędzie z tym wolnościowym rytuałem. Chiny w końcu wiele zawdzięczają niemieckim inżynierom.

Merkel jest politykiem elastycznym, w Brugii, w Kolegium Europejskim w listopadzie 2010 roku, mówiła studentom, o konieczności akceptowania faktów, które burzą naszą dotychczasową wizję świata (s. 221), w 2007 roku to głównie jej zasługą UE odzyskała zdolność działania utraconą po referendach konstytucyjnych w Holandii i Francji. Choć większość Niemców uważa swój kraj za skarbnika UE, Merkel nie lubi tego określenia, i przypomina jak wiele gospodarka RFN zawdzięcza Unii (s. 231). W kwietniu 2010 Merkel, nie zabiegając o to zyskała wielkie wpływy w UE, bowiem wtedy Grecja poprosiła UE i MFW o wsparcie finansowe, a państwa europejskie skoczyły sobie do gardeł. Sarkozy, choć nie lubi Merkel, nie miał pomysłu jak sobie poradzić z tym bałaganem, więc poparł jej pomysły, zaś Berlusconi i Zapatero, którzy byli niechętni jej planom, stracili zaufanie we własnych krajach i przegrali wybory na korzyść Montiego i Rajoy’a (s. 249). Merkel chętnie pożycza państwom w potrzebie, tylko jeśli naprawiają swoje systemy finansowe, sprzeciwia się wspólnotowości długu i pomysłowi euroobligacji (ulubiony projekt Rumpuya, mimo braku euro-rządu, który by je firmował), ale bez wsparcia Sarkowy’ego, który przegrał wybory z Hollandem może być w przyszłości ciężko utrzymać niemiecki pakiet oszczędnościowy, ale choć Kornelius jest jego zwolennikiem, może byłoby lepiej gdyby z niego zrezygnowano – gospodarka UE wychodzi z kryzysu wolniej, niż aplikujące keynesistowskie pomysły stymulacyjne USA czy Japonia, jak podkreśla choćby polsko-amerykański ekonomista Andrzej Lubowski. Oszczędzanie wydaje się dobrą strategią Niemcom, którzy kładą słusznie nacisk na stabilność mechanizmów finansowych, ale być może kryje się za tym szaleńczy strach przed inflacją – typowy dla tej nacji od lat 20. i 30. XX wieku. Gospodarka się krztusi, ale jak w UE zorganizować pakiet stymulacyjny?

Książka Korneliusa jest miejscami bardzo pochlebna wobec Merkel, ja ograniczyłem się do wypunktowania tych fragmentów, gdzie pochwały mają jakieś głębsze urzutowanie w faktach. Niewątpliwie jednak Merkel to polityk sprawny i inteligentny, dający sobie radę z presją lepiej niż wielu innych przywódców, czy jednak nie polegnie wraz z własna polityką europejską? Czy keynesizm i ściślejsza integracja nie byłyby lepsze? Mimo to jako liberał i sekularysta czuję sporą sympatię do Angeli Merkel za jej odrzucenie mutacji konserwatywnej jaką jest multikulturalizm, oraz za roztropne postępowanie z USA i Rosją, tak kontrastujące z czasami Schroedera. W cieniu takich Niemiec jesteśmy bezpieczni przynajmniej politycznie, a co z gospodarką – zobaczymy. Na razie niemiecka względna koniunktura i nas nieco ożywia.