poniedziałek, 14 października 2013

Dwa rzekome ateistyczne totalitaryzmy

Na chrześcijańskiej prawicy modne jest mówić - by odwrócić uwagę od wojen religijnych i zbrodni inkwizycji - o 2 zbrodniczych "ateistycznych i materialistycznych" systemach XX wieku. Ale czy one takie były?

Hitleryzm nie był bynajmniej ani ateistyczny ani materialistyczny. Był idealistyczny, i wynikał z wielu chrześcijańskich i innych religijnych inspiracji. Hitlerowcy potępiali liberalny materializm USA i UK, Hitler wahał się między byciem dobrym katolikiem a heretykiem prawiąc o bożej opatrzności, Eihmann wierzył w reinkarnację, motywy hinduistyczno-buddyjskie są b. silne w tym ruchu (por. swastyka), Kościół poparł nazizm ze strachu przed komunizmem, na paskach żołnierzy niemieckich widniał napis: "Gott mit uns", sceptycy np. masoni trafiali do obozów, a masoneria została zdelegalizowana.

Stalinizm praktykował tzw. ateizm państwowy, choć nie był to żaden sceptyczny ateizm, lecz przymus urzędowy udawania bycia nie-chrześcijanami. Podobne to do XVII-wiecznego przymusu udawania bycia chrześcijanami z obawy przed sankcjami. Dla stalinizmu religia był nie tyle wrogiem co konkurentką; bolszewizm też miał swoich proroków i proroctwa. Według wielu badaczy, w tym konserwatysty Kuehnelta-Leddina socjalizm najlepiej rozwinął się tam, gdzie było dużo klasztorów (Neapol, Rosja, Hiszpania, Portugalia)

Poza tym nie brakowało kato-faszyzmów jak w Hiszpanii Franco, Portugalii Salazara, Austrii Dolfussa i Słowacji KSIĘDZA Tiso...

Czy religia jest potrzebna dla rozwoju cywilizacji?

Podobnie jak wiele innych moich tekstów, ten tekst powstał z „negatywnej" inspiracji. Tym razem zdenerwowała mnie lektura: „Cywilizacji" Nialla Fergusona. Ferguson, konserwatywny brytyjski historyk, prywatnie ateista, publicznie wspiera tezę o przydatności religii dla trwania cywilizacji. Już David Hume udowodnił, że moralność jest produktem historii, a nie religii, zaś historia to nic innego jak jeden wielki eksperyment naukowy przeprowadzany na sobie samej przez daną cywilizację, czy kulturę. Tak więc nie da się poważnie i naukowo twierdzić, że religia jest podstawą cywilizacji, i podstawą moralność, ale ponieważ religia zawiera „jakiś" przekaz moralny ma obrońców wśród niektórych etyków i intelektualistów świeckich jak właśnie Niall Ferguson.

Ferguson jest, jak samo nazwisko wskazuje, Szkotem, wychowanym po ateistycznemu, ale — jak sam twierdzi — w protestanckiej etyce pracy. Thatcherysta i radykalny wolnorynkowiec (znana debata z keynsistą Paulem Krugmanem), związany jest z Oxfordem, Uniwersytetem Stanforda, sztabem wyborczym McCaina w wyborach w USA, zwolennikami Romneya, oraz „Newsweekiem". Jest bardzo cenionym intelektualistą, autorem ciekawej książki o Imperium Brytyjskim, więc tym bardziej denerwują bzdury jakie opowiada o religii. Powiela multum stereotypów też w wielu innych dziedzinach, jak np. przekonanie, że „XX stulecie okazało się być najbardziej ponurym i dzikim w dziejach ludzkości", choć nie było, wręcz przeciwnie nazizm i faszyzm oraz stalinizm dały nam wreszcie do myślenia w drugiej jego połowie. W analizie historycznej opublikowanej w 2009 roku w „The Guardian" (w związku z siedemdziesięcioleciem wybuchu II Wojny Światowej) pozwolił sobie na kontrowersyjne zestawienie sytuacji polityczno-społecznej w Polsce i w hitlerowskich Niemczech twierdząc, że „z punktu widzenia politycznych wolności i praw obywatelskich Polska była niewiele lepsza od Niemiec z 1939 roku". Wywołał tą opinią powszechną krytykę. Ferguson krytykował też Keynesa, za to, że „jako homoseksualista nie miał dzieci i nie myślał o przyszłości (gdyby prawacy i chrześcijanie nie uważali bycia gejem za przestępstwo to może by adoptował...), co wywołało pewne oburzenie. Generalnie jednak jak na kogoś kto ma za żonę Ayaan Hirsi Ali , Ferguson jest bardzo przewidywalny i nudny. Po prostu zawsze można liczyć na to, że powieli jakiś stereotyp i płytko przedstawi sprawy. Choć np. Fareed Zakaria pięknie wytłumaczył, że straszenie Eurarabią to nieporozumienie i prawicowe ujadanie, Ferguson toczy pianę o islamskim zagrożeniu, i postuluje — jakżeby inaczej — powrót do chrześcijaństwa. Nie wiem co mam myśleć o tym człowieku bo z jednej strony wydaje się bliski Hitchensowi i jego obronie wolności przed terroryzmem z drugiej powiela najbardziej paskudne stereotypy o gejach, religii, ateizmie itd. Ateistyczni konserwatyści są wyjątkowo denerwujący ponieważ jak pisał Daniel Dennett "wierzą w wiarę", czyli zalecają religię, tym którzy mogą ja wyznawać. (Roger Scruton przynajmniej jest chrześcjaninem). Ferguson jak na wpływowego analityka i cenionego intelektualistę jest niesamowicie płytkim myślicielem i często też nieuczciwym intelektualnie. Co ma bycie gejem do myślenia o przyszłości? Ferguson powiela mit protestanckiego etosu pracy i wpływu na powstanie kapitalizmu, choć już dawno w protestanckim holenderskim Groningen obalono te weberowskie brednie. Nawet mit protestanckiej innowacyjności gospodarczej XIX wieku trzeszczy w zderzeniu z faktami; Niemcy (pół narodu to katolicy) innowacyjny byli, Brytyjczycy dali się wyprzedzić, bo nie powiązali przemysłu dostatecznie z nauką, i nie zrobili koncentracji banków. Krótko mówiąc pietyzm może był stymulujący, ale anglikanizm już mniej. Szanujący się naukowiec powinien zwrócić uwagę na te rzeczy. Pisze Ferguson o korelacji religijności z pracowitości, i podaje przykład buddyjskiej Korei Płd., ale nie eksponuje już równie dobrego przykładu Japonii, czy Chin — społeczeństw ateistycznych (przynajmniej nie robi z Chińczyków bogobojnych jak jeszcze gorszy konserwatywny przeinaczacz — Samuel Huntington).

Argumenty Fergusona na rzecz rzekomej zależności między religijnością a pracowitością, i myśleniem o następnych pokoleniach są kiepskie, i myślę, że dostatecznie rozbijam je w moich dalszych rozważaniach dostępnych w postaci filmu:

Prawo do bycia homoseksualistą

Sam Harris mówił, że tylko przez Kościoły i wiernych dyskutujemy jeszcze nad gejowskimi ślubami, zamiast po prostu je uznać, i móc zająć się trudniejszymi problemami. W głowie mi się nie mieści jakie wiadra pomyj mogą zwykle motywowani religijnie autorzy i dziennikarze wylewać na homoseksualistów, wykrzykując jeszcze przy tym oskarżenia, że to oni są atakowani przez legendarny „homintern", na wzór socjalistycznego Kominternu, i wypisując kłamstwa np. o rzekomej korelacji między byciem gejem a skłonnością do pedofilii. Często można spotkać informacje o tym, iż rzekomo 30-35 % pedofilów to geje. Na szczęście w Internecie nie wszyscy śpią, i ktoś dodał jedną informację do drugiej, i doszedł do wniosku, że:

„...Wziąwszy pod uwagę, że dziewczęta w stosunku do chłopców są wykorzystywane seksualnie częściej od 50 do 70%, to omawianą tu większość pedofilów musieliby stanowić heteroseksualni homoseksualiści-pedofile [ 1 ]…".

Tak, tak, ci „Heteroseksualni homoseksualiści-pedofile" to muszą być bardzo SZCZWANE BESTIE bo decydują się na ohydny i obrzydliwy akt seksualny z nieletnimi dziewczętami, żeby tylko gejom pogorszyć statystyki... Jak zwykle kłamstwo, nawet katolickie czy protestanckie ma krótkie nogi. Niestety tłumy wiernych, z których wielu zatrzymało się — jeśli o logikę chodzi (czyż wg Luthera rozum nie jest kurwą, której należy wybić oczy?) — na poziomie dziecka kupi i kupuje takie brednie i głosuje na PiS czy inną Solidarną Wszechpolskę. Nie pomagają gejom i lesbijkom stereotypy rozpowszechniane nawet przez niby otwarte i przychylne im media i osoby. Lecz znacznie gorsze jest to, że różne grupy, które wiedzą czym są prawa człowieka nie działają razem, lecz osobno.

Wiele innych osób z kolej wierzy, że problem gejowskich ślubów i małżeństw ich nie dotyczy; otóż dotyczy — bo mamy tu do czynienia ze starciem moralności chrześcijańskiej, czyli dogmatycznej listy tego co należy/nie należy robić, z etyką liberalną, która na pierwszym miejscu stawia dojrzałość człowieka do decydowania o swym losie — jej rdzeniem jest zasada Ulpiana Domitiusa, głosząca, że:„chcącemu nie dzieje się krzywda". Tym właśnie brakiem krzywdy różni się orientacja homoseksualna od molestowania dzieci czy zwierząt; tak samo jak różni się od nich również heteroseksualny akt miłosny dwojga chętnych igraszkom. Zastanawiam się czy prawa gejów muszą poczekać na zupełny odpływ religii (przynajmniej z Europy)? Bo jak dotąd chrześcijanie-fundamentaliści nie zmienili zdania, a jedynie metody; zamiast tylko huczeć z ambon, stosują różne pseudonaukowe chwyty. Nie do wiary, że są do tego zdolni ludzie, którym podobno liczone są grzechy; szkoda, że nie ma przykazania: „nie kłam", może wtedy zamiast mistycznego boskiego dobra i pozaosobowego zła wierzący dostrzegli by także prawdę? Póki co trzeba bronić gejów przed tymi kłamstwami; i trzeba robić to gromadą. Pamiętajcie liberałowie, że każda grupa może stać się obiektem ataku tych, którzy uważają się za lepszych i za osobistą tragedię poczytują sobie fakt, że ktoś myśli inaczej.

Dalsze moje rozważania na ten temat dostępne są w formie filmowej:

Wszyscy jesteśmy Rzymianami

Konserwatyści lubią mówić, że nasz obecny świat jest pogrążony w kryzysie. Piszą o pogrążonej w kryzysie cywilizacji łacińskiej. Zapytani o to kiedy było lepiej unikają odpowiedzi, a przyparci do ściany wymieniają średniowiecze, które było od naszych czasów nie tyle lepsze co pobożniejsze. Zabawne, że powołują się na cywilizację łacińską, podczas gdy prawdziwą cywilizację łacińską — antyczny hellenistyczny Rzym — chrześcijaństwo doprowadziło do upadku. Zabawny jest też pomysł, że na jednej idei czy ideologii jak chrystianizm można oprzeć całą cywilizację.

Cywilizacja bowiem to zespół idei; jedne pozwalają budować domy, inne zorganizować transport, jeszcze inne zapewnić żywotność elit, poprzez dopływ tak zwanej świeżej krwi (tzw. idea społeczeństwa otwartego), czy zapewnić względny lub odpowiadający chociaż większości porządek prawny, tak by było to społeczeństwo przewidywalne i stabilne, a jednocześnie w miarę możliwości wolne i twórcze. Jedna idea, nawet tak wywarzona i praktyczna jak np. konfucjanizm tego nie zapewni. Konfucjusz nauczył wielu urzędników pracowitości i prawości, ale nie nauczył ich być kreatywnymi.

Mandaryni często pochodzili z ludu, była więc możliwość awansu, ale nie nagradzano pomysłowości, ani nie zachęcano do niekonwencjonalnego, naprawdę kreatywnego myślenia. Robiono to natomiast w antycznym Rzymie, gdzie było sporo przesądów i tabu, ale przynajmniej w obrębie elit było wielu sceptyków.

Rzymianie widzieli świat mniej więcej takim jaki on jest i cenili państwo i jego instytucje, głosowali, kłócili się; było to społeczeństwo obarczone problemami (brak cenienia pracy fizycznej i niewolnictwo to najpoważniejsze i wzajemnie zależne wady antycznego Rzymu), ale jednak filozoficzne, refleksyjne i kreatywne, a nie fanatyczno-maniakalne jak chrześcijańskie średniowiecze.

Rzym wynalazł wiele maszyn i udogodnień równocześnie z Chinami, w średniowieczu Europa cierpiała już na młodszość i wtórność cywilizacyjną, zdecydowana większość „wynalazków" X czy XII wieku to importy z Chin i Arabii; fajne, że potrafili pożyczyć wynalazki, ale co by było gdyby nie mieli skąd ich pożyczyć? Nasza obecna cywilizacja; kontynuacja rzymskiej ma się dobrze, by zaś zobaczyć prawdziwy kryzys cywilizacji, warto spojrzeć na dzisiejszy świat arabski rozdarty między prawdą a religijną propagandą. Celsus — jeden z elokwentnych przeciwników intelektualnych chrześcijaństwa obok m.in. Lukiana i Pelagiusza, uważał, że chrześcijanie niczego nie szanują poza własnymi rojeniami; ani państwa ani prawa ani honoru ani prawdy. To samo niedawno pisał w książce Barack Obama — obaj są obrońcami cywilizacji rzymskiej przeciw chrześcijaństwu.

Dalsze moje rozważania na ten temat dostępne są w formie filmowej:

http://www.youtube.com/watch?v=ke29IpN5ETo

Patriotyzm etniczny i ideowy

Patriotyzm pochodzi od słowa łacińskiego „Patria", czyli ojczyzna. I ma swój wyraz już w rzymskim przysłowiu: „słodko i zaszczytnie jest umrzeć za ojczyznę" — dulce et decorum est pro Patria mori. Stąd wiemy, że Rzymianie okresu Republiki wiedzieli dokładnie czym jest patriotyzm, mimo iż pierwsi politycy określający się mianem „patriotów" pojawili się w XVIII wieku.

Patriotyzm od początku był czymś z gruntu republikańskim. Montesquieu miłość ojczyzny zaliczał do cnót obywatelskich, które w Republice pełnią tą samą rolę, jak honor i posłuszeństwo w monarchii. Dlatego nic dziwnego, że patriotyzm pojawia się jako hasło polityczne podczas rewolucji amerykańskiej, niderlandzkiej i francuskiej, i jest skierowane przeciw książętom.

Rewolucyjne i wojenne pochodzenie słowa patriotyzm powoduje, że wartość ta kojarzy nam się z walką i służbą w armii, ale przecież możemy też zwrócić uwagę na składnik obywatelki, republikański, który może być narodowy, ale przede wszystkim jest ideowy. Dlatego myślę, że zaproponowany przez Habermasa „patriotyzm konstytucyjny" jako skierowany wobec Unii Europejskiej, nie konkurencyjny a komplementarny wobec etnicznego, ma szansę urzeczywistnienia. Osobiście wyżej cenię sobie taki patriotyzm ideowy od tradycyjnego, ponieważ historia i tradycja noszą znamiona przypadku, natomiast idea jest bardziej namacalna i zrozumiała, a przede wszystkim uniwersalna. Jeśli kiedyś mówiono, że robotnicy czy intelektualiści nie mają ojczyzny, to znaczyło, że kierują nimi bardziej kosmopolityczne wartości ogólnoludzkie niż etniczne. My Europejczycy lubimy mówić, że nie istnieje naród amerykański, lecz wiele narodów żyje w USA, to jest tylko o tyle prawdą, o ile nie uznajemy patriotyzmu ideowego, a jedynie narodowy czyli etniczno-historyczny. USA wypracowały patriotyzm ideowy, i konstytucyjny według którego dobrym obywatelem jest nie ten, kto reprezentuje jakąś pamięć historyczną, lecz ten, który wierzy w podstawowy przekaz ideowy, na jakim opiera się ustrój USA. Dlatego na przykład, jak mówiła Ayaan Hirsi Ali w rozmowie z Billem Maherem, postępowanie imigrantów i wobec imigrantów jest np. w Holandii znacznie bardziej zagmatwane niż w USA, gdzie reguły gry są dużo klarowniejsze. W Holandii, UK i wielu innych krajach króluje fetysz tradycji i kultury w nowej postmodernistycznej odmianie, która powoduje, że muzułmanin czy hinduista ma problem z byciem „dobrym" Holendrem czy Brytyjczykiem. Melanie Philips w swej książce: „Londonistan" narzekała na brak American Creed w wersji brytyjskiej. Chyba tylko Francuzi dają imigrantom jasny republikański przekaz — stąd np. decyzja w sprawie chust na uniwersytetach. Myślę, że w zglobalizowanym świecie etniczno-historyczny patriotyzm jest przeżytkiem, mimo krzyków rozmaitych opętanych narodowców i innych faszystów.

Dalsze rozważania na ten temat są dostępne w postaci filmu:

http://www.youtube.com/watch?v=Spcin5Gi8W4

Kiedy „Najwyższy Czas” mija się z prawdą

Polska jest krajem w którym oponenci polityczno-ideowi w ogóle ze sobą nie rozmawiają, lecz poprzestają na obelgach. Niestety dotyczy to często też „mojej” strony sporu, to znaczy strony zwykłego społecznego i ekonomicznego liberalizmu, której sprzyjam, a której przedstawiciele zamiast zbijać argumenty wolnorynkowych konserwatystów i nacjonalistów np. z „Najwyższego Czasu”, poprzestają na mało oryginalnych stwierdzeniach, że to pismo „faszystowskie” itp. Takie słowa jednak mają równe niewiele wspólnego z polemiką polityczną jak oskarżenia projektu UE przez Korwin-Mikkego o bolszewizm. Dlatego postanowiłem pokazać w jakich dokładnie sprawach ”NCz” się myli, lub chce się mylić. Przy czym, czy mamy tu do czynienia z świadomą propagandą, czy po prostu pomyłką jest obojętne, liczy się przecież tylko prawda.

1. „NCz” źle definiuje własny profil ideologiczny. Nie jest to „pismo konserwatywno-liberalne”, lecz konserwatywno-nacjonalistyczne. Wolny rynek i państwo-minimum to postulaty ekonomiczne nie przesądzające o tym czy ktoś jest liberałem czy nie. Poparcie dla wolnego rynku jest oczywiste po upadku ZSRR niemal dla każdego. Nieustanne rozróżnianie na łamach pisma między złym liberalizmem francuskim jako etatystycznym i dobrym brytyjskim – minimalistycznym jest nieporozumieniem pochodzącym najprawdopodobniej od amerykańskich neokonserwatystów, którzy pielęgnują to uproszczenie. Tymczasem np. państwo socjalne wprowadzili na pocz. XX wieku właśnie brytyjscy liberałowie, podczas gdy francuscy byli do końca przeciw niemu. Liberalizm nie musi oznaczać państwa-minimum. Wielu liberałów było i jest za silnym i dużym państwem, które może chronić obywateli i ich indywidualnej wolności przed zakusami: większości, tradycji, religii, plemienności itd. Powtarzanie na łamach „NCz”, że np. liberalizm w USA to tylko inna nazwa na socjaldemokrację, jest błędem wynikającym z uznawania za liberalizm tylko nurt państwa minimum. Tak samo jest z oskarżeniami np. Szwecji o socjalizm. To prawda, że państwo w tym kraju jest mocno obecne, a socjał rozwinięty, ale prawdą jest też to, że kraj ten ma bardzo przejrzysty system ekonomiczny ułatwiający działalność wolnemu rynkowi i przedsiębiorcom. W zachwytach nad Szwecją jednoczą się z tego powodu brytyjscy wolnorynkowi konserwatyści i francuscy socjaldemokraci. Typowy dla „NCz” konserwatyzm w sprawach obyczajowych całkowicie wyklucza możliwość nazwania p. Mikkego i jego kolegów liberałami. Już pierwsi teoretycy liberalizmu jak Locke czy Adam Smith nigdy nie rozdzielali liberalizmu obyczajowego czyli postulatu istnienia sfery prywatnej i ekonomicznego leseferyzmu. Na łamach „NCz” pisuje wielu narodowców, z wyraźną tendencją wzrostową, a ich artykuły nie mają nic wspólnego ani z liberalizmem, ani nawet z konserwatyzmem, chyba, że wyrażają wole współpracy z tym drugim.

2. Socjał, wbrew temu co pisze „NCz”, nie musi oznaczać triumfu lewicy. Socjał w wielu krajach nie był wprowadzany przez lewicę, lecz właśnie przeciw niej. Konserwatyści Bismarcka zrobili to w Niemczech końca XIX wieku, a liberałowie w UK i USA w latach 20. XX wieku, właśnie w odpowiedzi na socjalistyczne zagrożenie.

3. „NCz” nie ma racji gdy przedstawia projekt UE jako socjalistyczny czy wręcz neo-radziecki. UE wymyślili politycy prawicowi a ściślej chadeccy w latach 50. Jako przeciwwagę ekonomiczno-polityczną dla USA i ZSRR. Ideologia UE to mieszanka liberalnych haseł ONZ, Wilsona, Roosevelta i idei praw człowieka, socjału, którego zwolennikami najsilniejszymi byli chadecy (o chrześcijańsko-demokratycznej prawicy pisze się w „NCz” tylko to, że są to nieudani konserwatyści, podczas gdy oni po prostu zajęli miejsce konserwatystów, po tym jak partie konserwatywne w Europie splamiły się sojuszami z Hitlerem (partia von Papena) i Mussolinim i nadal reprezentują w całej rozciągłości konserwatyzm obyczajowy)

4. Nie ma racji „NCz” sprowadzając każda lewicę do wzorców radzieckich. W wielu krajach socjalizm ma tradycje dużo starsze niż leninizm, a nawet niż marksizm, np. nadreński socjalizm Lessepsa, albo francuski konserwatywny obyczajowo socjalizm Proudhona. Są różne lewice europejskie, które zupełnie nie pasują do tego co reprezentował ZSRR. Świadczą o tym wzajemne niechęci rozmaitych lewic do siebie wzajem, np. niemożność współpracy Blaira („trzecia droga” - socjalliberalizm) z francuskim tradycyjnie socjaldemokratycznym obozem Royal i Hollande’a. Ideologia ZSRR od lat 50. Już nie wpływała na lewice europejskie intelektualnie poza komunistycznymi skansenami, a maoizm – ten zlepek agraryzmu i socjalizmu (Mao wojował z komunistami w Chinach!) – podobał się tylko grupce bezkompromisowych intelektualistów typu Sartre’a. Nie jest bolszewikiem liberalny obyczajowo Zapatero. Uwielbiana przez redakcję „NCz” Thatcher była znana z rozróżnień między dobrymi a złymi socjalistami. Ceniła np. Mitteranda za patriotyzm, gdy brytyjskich socjalistów z Labour Party uważała za bezkrytycznych pachołków Moskwy. Jednak Blair późniejszej „trzecio-drogowej” Labour Party to już po części jej uczeń, co sama chętnie przyznawała. Nie jest bolszewikiem Barroso, który przewodniczy portugalskim konserwatystom – mimo swej fascynacji maoizmem w latach szczenięcych. Nie jest nim zwolennik ”trzeciej drogi” tj. wolnego rynku z hojnym socjałem dla tych którym się nie powiodło - Blair czy Clinton. Po upadku ZSRR świat przesunął się na prawo i nawet socjaldemokraci niemal wyginęli nie mówiąc już o komunistach. Liberałowie i socjaliberałowie popierają jak jeden mąż wolny rynek, a socjał traktują jako prewencję przed buntem głodnych i sfrustrowanych, których zawsze trochę będzie. Czy nie lepsze to niż dickensowskie Whitechapel? Nie lepiej się podzielić niż zostać obrabowanym? Socjał jest „kradzieżą” tylko dla egoisty, który nie chce nic dać społeczeństwu, chociaż w nim żyje i korzysta z tego co publiczne (policja, autobusy, poczta itd.). Oczywiście jest pewna granica, kiedy socjał potrafi być zbyt hojny i zniechęcać do pracy, ale to piętnuje nie tylko „NCz”…

5. „NCz” myli się świadomie lub nie, gdy pisze o Kościele Katolickim jako obrońcy wolnego rynku. Historia KK jest długa i kilku jezuitów z XV i XVI wieku popierających wolny rynek, których tak chętnie cytują katoliccy wolnorynkowy jak ulubieniec „NCz” Thomas Woods musiało się zdarzyć, tak samo jak było sproro przedstawicieli tzw. „katolickiego oświecenia” w XVIII w.. Ale trzeba też pamiętać o socjalistycznych koncepcjach Franciszka z Asyżu, Campanelli, kwietystów, rozmaitych eremitów i morza mnichów no i całej historii kościoła walczącego o utrzymanie feudalizmu ramię w ramię z wieloma monarchami. Ta suma jest mało liberalna. Tak samo jak suma poglądów protestanckich; obok kapitalistycznych ale bardzo nieliberalnych społecznie kalwinistów, mamy np. tolerancjonistycznych ale protosocjalistycznych jeśli chodzi o ekonomię anabaptystów, luteran trzymających zwykle z feudałami, ekumenistów o lewicowych lub feudalnych a więc nieliberalnych poglądach ekonomicznych itd.

6. Myli się „NCz” w sprawie Chin. Radosław Pyffel – główny autor pism na ten temat. Wprawdzie Pyffel jest autorem wielu cennych informacji o tym państwie, lecz np. nie ma racji gdy przedstawia zachodnią krytykę kulejącej ekologii w tym kraju jako przejaw upadku i ignorancji Zachodu, który zamiast budować fabryki przejmuje się ptaszkami i kwiatkami. Chiny zaniedbały swą przyrodę do tego stopnia, że często brakuje tam wody pitnej, a w miastach panuje smog. I to chodzi krytykom tego państwa. Chiny zaczynają ratować swoją ekologię obecnie we własnym dobrze pojętym interesie. Nienawiść do UE redaktorów „NCz” jest tak wielka, że zupełnie tracą oni głowę niemal dla każdego autokratyzmu, z wyjątkiem Rosji – na to nie pozwalają redakcyjni narodowcy…

7. „NCz” kultywuje uprzedzenia wobec gejów, i traktuje ich ruch jako wymierzony w tradycje rodzinne i państwowe. Powtarza nieprawdziwe informacje o wysokiej korelacji homoseksualizmu z pedofilią. Faktycznie taka korelacja istnieje jest jednak b. niewielka. Niektórzy interpretują ją tak, że geje żyjąc w środowisku, które często nie akceptuje ich orientacji mogą być np. o 1/6 częściej psychicznie skrzywieni z poczucia frustracji. Tego oczywiście jednak w „NCz” nie przeczytamy – zepsułoby to obraz „złego” geja.

8. „NCz” myli się też kiedy przedstawia Izrael jako państwo, w którym panuje jakiś wyjątkowy nieład (artykuły Katawa Zara – Żyda uratowanego w czasie wojny przez Kościół, stąd jego katolickie i polskie sympatie). Tymczasem jest to zwykła rozkrzyczana demokracja z wszystkimi tego konsekwencjami. Prawdopodobnie jest to obliczone na zniechęcenie do utożsamiania tzw. „Ziemi świętej” (żadna ziemie nie powinna być uważana za taką bo to wręcz perwersyjny pomysł) z Izraelem.

9. „NCz” myli się gdy przedstawia liberum veto i szlacheckie rządy jako jakikolwiek liberalizm, zapominając o niewolnictwie chłopów, jak również, gdy krytykuje etatyzm Józefa II, który w odniesieniu do Galicji był jedynie krokiem do przodu, bo gorzej już być w Polsce południowej nie mogło.

To są te najczęściej pojawiające się tematy. Nie ma jednak gazety czy księgi, która pisze wyłącznie brednie, bo to niemożliwe. W „NCz” zdarzają się informacje prawdziwe i ciekawe interpretacje; np. odnośnie polskiego nieuleczalnego romantyzmu czy bezmyślności kultu powstań, braku polskiej Realpolitik na scenie międzynarodowej, dostrzegania powrotu Japonii do światowej gry (tym bardziej, że rządzi nią obecnie konserwatysta Abe Shinzo), podkreślania zalet wolnego rynku itd. Niestety trzeźwe zdania sąsiadują tam często z bardzo tandetnym zaciemniającym obraz konserwatywnym sentymentalizmem z typowym dlań idealizowaniem ponad miarę kościoła, szlachty itd.