środa, 20 marca 2013

Janusz Korwin-Mikke to żaden liberał. Korwinowy chaos informacyjny.



Z JKM nikt nie polemizuje, a już najmniej liberałowie, wielu zbywa go słowem” „wariat”, niektórzy go popierają - nawet Leszek Balcerowicz nawrócił się ostatnio częściowo na korwinizm, a przecież korwinizm nie jest liberalizmem! To trochę jak z polskim KrK – nikt z nim poważnie nie polemizuje, więc rośnie w siłę. Sam byłem kiedyś korwinistą, kiedy uważałem się za konserwatystę, a przestałem nim być, kiedy uznałem się za liberała… Pisma JKM są niczym pisma Voltaire’a ciekawym przykładem „chaosu jasnych myśli”, z tym, ze w odróżnieniu od myśli Voltaire’a są ze sobą często sprzeczne i przetkane pobożnymi zaklęciami i fobiami, potrzeba mi było nieco czasu by to zauważyć. Dziwi mnie, ze musiałem do tego dojść sam, że nikt nie polemizował z JKM… Dobrym przykładem jest Tomasz Sekielski, który powiedział w wywiadzie z nim, ze sytuacja gospodarcza Niemiec, jest dobra, a JKM na to odpowiedział, że przecież PKB Niemiec wrasta tylko o 1-1.5 % na rok, a takich Chin – 8%, a Sekielski nawet nie ruszył głową, by odpowiedzieć to co oczywiste; Chiny mają taki wzrost PKB, bo nadrabiają zaległości z feudalizmu przechodzą w kapitalizm. Trudno, żeby człowiek, który nie ma nic, nie miał o 40 % większego majątku jak kupi rower, czy wyprodukuje wiadro (celowo podkoloryzowałem), ale w USA i UE przy nasyconych rynkach i gotowej infrastrukturze to już inna sprawa. Infrastruktury dostarcza państwo, i jest tak też w Chinach, a więc państwo to nie tylko pirat, ale i – odpowiednio użyte (jak zaznaczają i Obama i Hu Jintao!) – motor postępu kapitalistycznego. Ostatnio dość ciekawy artykuł o JKM pojawił się w internetowej „Polityce” . Wpisuje się on doskonale w dyskurs korwinowców z socjaldemokratami wzajemnie wyzywających się od faszystów:

„…Janusz Korwin-Mikke to prawdziwy fenomen. Mimo swojego ekscentryzmu i radykalnych przekonań, wywarł silne piętno na polskiej polityce… Pod względem oczytania i sprawności językowej Korwin-Mikke bije na głowę większość współczesnych polityków. Co łączy europosła PO Sławomira Nitrasa z posłem PiS Arturem Górskim (tym od odkrycia, że zwycięstwo Obamy to koniec cywilizacji białego człowieka)? Polityka PiS Przemysława Wiplera, konserwatywnego posła PO Jacka Żalka i burmistrza Śródmieścia Wojciecha Bartelskiego z PO? Wszystkich uwiódł kiedyś intelektualnie Janusz Korwin-Mikke. Epizody w UPR zaliczyli Julia Pitera i wicemarszałek Sejmu Cezary Grabarczyk, oboje w PO. W Internecie można znaleźć filmik, gdzie o JKM ciepło wypowiadają się ludzie z różnych parafii. Muzyk i felietonista Krzysztof Skiba chwali go za ubarwianie sceny politycznej. Naszym Kmicicem obwołuje go showman Szymon Majewski, twierdząc przy tym, że na tle Bronisława Komorowskiego, Jarosława Kaczyńskiego i Grzegorza Napieralskiego prezentuje się najrozsądniej. I wcale nie wygląda na to, żeby Majewski wówczas żartował. Na Facebooku stronę JKM lubi ponad 90 tys. osób. Więcej niż analogiczne strony Platformy, PiS, SLD i PSL razem wzięte. Zbliżoną, choć nieco mniejszą liczbę fanów ma tylko Ruch Palikota. Dlaczego akurat ten radykał – wyzywający przeciwników od faszystów, antydemokrata odnoszący się z pogardą do niepełnosprawnych, niedawny sojusznik wszechpolaków i Obozu Narodowo-Radykalnego – tak przyciąga ludzi? … W ciemno można założyć, że jak Korwin-Mikke z kimś współpracuje, to zaraz się z nim pokłóci. Latem narodowcy z Młodzieży Wszechpolskiej i ONR wyrzucili go z komitetu honorowego Marszu Niepodległości. Mieli powody – nazwał maszerujących „narodowymi socjalistami”… Korwinizm opiera się na dwóch fundamentach. Jeden to radykalny liberalizm w sferze gospodarczej. Państwa ma być jak najmniej. A jak mało państwa, to i minimalne podatki i zredukowana administracja. Jak najmniej zakazów – jak ktoś nie lubi zapinać pasów, to władzy nic do tego. Jak ktoś nie chce być w systemie ubezpieczeń – droga wolna, bo żadnych przymusowych ubezpieczeń być nie powinno. Ale coś za coś. Państwo Korwin-Mikkego niewiele by od obywateli żądało, ale bardzo mało też by dawało. Niewiele poza bezpieczeństwem wewnętrznym (gwarantowałaby je m.in. kara śmierci) i zewnętrznym (silna armia zawodowa). W takim państwie najlepiej czuliby się ludzie zdrowi i zaradni; może dlatego wśród fanów JKM jest tylu młodych ludzi, którym imponuje kult siły, tężyzny i niezależności. Drugi fundament korwinizmu to konserwatyzm. Najlepiej, żeby kobiety siedziały w domu i zajmowały się dziećmi. Związki homoseksualne – w żadnym razie, aborcja zakazana. Poglądy te też nie są specjalnie oryginalne, choć mało kto prezentuje je tak konsekwentnie i tak barwnym językiem… Skrajność w dążeniu do prawdy nie jest grzechem” – przekonywał w rozmowie z wp.pl, już po publikacji POLITYKI, która zaliczyła go do pocztu polskich oszołomów. Jak JKM wyrażał swój liberalizm i konserwatyzm? Okrągły Stół to zdrada, a obecnie rządzący są marionetkami tych, co w Magdalence zdecydowali o przyszłości Polski (Czesław Kiszczak, Adam Michnik, Lech Kaczyński). Unia Europejska to strefa eurosocjalizmu, w której 90 proc. ustawodawstwa „zostało żywcem wzięte z programu NSDAP, partii Adolfa Hitlera”. PO, PiS, SLD i PSL to „banda czworga”, partie nieznacznie się między sobą różniące, wszystkie szkodzące Polsce… Korwin-Mikke nie jest przekonany, że kobiety nie są głupsze od mężczyzn … „o posyłaniu kobiet na mammografię nie powinna decydować ustawa, nie powinna decydować kobieta – lecz Pan Małżonek!” – pisał na blogu. Geje, oznajmił Korwin-Mikke, to „banda chamów importowanych z zagranicy”… „Kiedy kobieta ma pryszcz na twarzy – stara się nie wychodzić z mieszkania. Podobnie z inwalidami”. Ten kult siły wielu ludziom skojarzył się z faszyzmem – publicznie powiedziała to np. Monika Olejnik – za co JKM straszył procesami… Jego fani na Facebooku to głównie ludzie młodzi (i, co nie zaskakuje, raczej mężczyźni niż kobiety)…”.

A więc dziennikarz „Polityki” niedwuznacznie sugeruje pewne podobieństwa korwinizmu z faszyzmem. Być może takie porównanie idzie za daleko, wszak korwinowskie uwielbienie siły i sprawności, a także bogactwa pochodzi raczej od Herberta Spencera niż Giovanniego Gentile, ale na pewno NIE MOŻNA NAZWAĆ JKM LIBERAŁEM, nazywając się liberałem JKM popełnia nadużycie. Korwin-Mikke jest konserwatystą wolnorynkowym, takim samym jak Reagan i Thatcher, samo sformułowanie „konserwatywny liberał” oznacza tak naprawdę konserwatystę przeciwnego interwencjonizmowi gospodarczemu i tyle. Jak typowy konserwatysta JKM wierzy w hierarchię, autorytet, suwerenność państwową, religię jako siłę dyscyplinującą społeczeństwo (tak myślał konserwatysta religiant Burke, ale też i deista i liberał Voltaire, który bał się ateizmu). Mówi, że nikt nie powinien się cieszyć przywilejami, ale tak naprawdę nie jest za wolnością społeczną niedwuznacznie sugeruje gejów pozamykać w sypialniach, a kobiety zapędzić do domowego ogniska. Jeśli chodzi o jego podejście do kobiet, to jego niechęć pochodzi, od ich mniejszej skłonności do podejmowania ryzyka ekonomicznego, co jest naturalne, ponieważ to kobiety są zwykle obarczone faktyczną opieką nad domem i dziećmi. Mikke nie pojmuje, że liberalizm to coś więcej niż państwo minimum, które nota bene jest mitem i utopią, bo już Montesquieu wykazała, że tylko silna władza, aczkolwiek podzielona na partie lub legislatywę i egzekutywę, może zapewnić wolność. Państwo libertariańskie obaliłaby pierwsza lepsza banda. Zresztą JKM libertarianinem też nie jest, bo libertarianizm to maksymalna społeczna tolerancja wobec wszelkich odmienności, a tego JKM nie przejawia – wręcz przeciwnie. Nie pojmuje JKM, że LIBERALIZM TO PRZEDE WSZYTSKIM WOLNOŚĆ OBYCZAJOWA a nie ekonomiczna, bo ta ostatnia istniała nawet na pewnym etapie istnienia państwa Mussoliniego, wilhelmińskich Prusach, czy w absolutystycznej Francji w latach 1715-1723, tak samo jak nie pojmuje, że nie ma wolności bez ustawowej równości, co implikuje równe prawa dla gejów itd. Mikke wprawdzie często mówi, że np. każdy morderca ma być ukarany niezależnie od motywu, ale nie rozumie, że liberalizm polega na pluralizmie ideologicznym. Jeśli chce by państwo wspierało religię, to już od tego pluralizmu się oddala. Liberał prawdziwy powiedziałby np. tak; jeśli ten KrK ma ludziom coś do zaproponowania, to niech staje do wyścigu obok innych religii i sekt, oraz świeckiego humanizmu – na równych warunkach. Nie ma wolności bez podstawowej równości. Niestety JKM równość kojarzy się tylko z socjalistyczną utopią równości majątkowej. Choć JKM za von Misesem widzi naturalną mentalność antykapitalistyczną, nie widzi naturalnej opresyjności szerokich kręgów społecznych, i nie uważa by państwo mogło kiedykolwiek zrobić coś dobrego, np. chroniąc dziecko przed nadmierną religijną indoktrynacją czy przed bestialskim biciem, a to były główne batalie liberałów XIX wieku, jeśli JKM chce zostawić wszystko tak jak jest i nie korygować szarogęszenia się tradycji i patriarchatu, to nie jest liberałem, jest anarchokapitalistą i konserwatystą.

Chce Mikke wzmacniać rodzinę, zapobiegając wtrącaniu się państwa w jej sprawy, lecz nie rozumie, że rodzina potrzebuje pewności i bezpieczeństwa, a nie ryzyka. Mikke przypisuje spadek dzietności i kryzys rodziny socjałowi, choć spadek ten wynika głównie z urbanizacji, specjalizacji w pracy (dłuższej nauki do zawodu), komputeryzacji (komputery odbierają pracę ludziom) i spadkowi płac w stosunku do wydatków, co każe kobietom pracować również, nawet jeśli nie chcą. Pomija JKM zupełnie to, że obecnie dzietność w Europie jakoś wygląda tylko w państwach z dobrze rozwiniętym „socjałem” – Francji i Szwecji, natomiast zupełnie kuleje w państwach o symbolicznym socjale – np. w Polsce. Przy okazji jego argument o dziecioróbczej roli religii, też kuleje…

Co do etykietki „faszysty”, to nie od dziś wiadomo, że te złowrogi termin służy do zamykania ust przeciwnikom. „Faszysta” może oznaczać właściwie każdego człowieka o „osobowości autorytarnej” jakby powiedział Horkheimer czy Adorno. JKM nawiązuje do autorytaryzmu i kojarzy go z dobrym menagementem i „liberalną”, a de facto po prostu biznesową skłonnością do konkurowania na rynku. Często to słowo jest faktycznie nadużywane i czynią to i JKM i jego krytycy. Stronnicy JKM to konserwatyści i skrajni elitaryści, a nie faszyści, choć pewne cechy wspólne (jak społeczny anty-liberalizm) się między tymi ideologiami znajdą, natomiast socjaldemokraci, chadecy i demo-liberałowie z UE, to też nie faszyści, bo nie nawiązują do faszystowskiej ideologii. Faszyzm to oparta na nacjonalizmie antymieszczańska ideologia, zakładająca narodowy wysiłek w celu ekspansji, wyższość tego narodu, częściową nacjonalizację gospodarki (kartele) itd, UE natomiast jest mieszczańska, internacjonalna, liberalna, choć nieco etatystyczna. UE nie jest też socjalistyczna, bo unijny dyskurs to nie równość majątkowa, lecz co najwyżej korekta nierówności, nie gospodarka planowa, lecz sporadyczny interwencjonizm, i nie dyktatura proletariatu, a prawa jednostki. UE jest więc projektem demokratyczno-liberalnym, a nie lewicowym, zresztą wystarczy choć trochę znać historię, by wiedzieć, że WE założono przeciw ZSRR, i wbrew sprzeciwom krajowych lewic.

Mam przed sobą sześć książek JKM z różnych lat. Zacznę od „Ekonomikki” wydanej w Rzeszowie w 2001 roku. Zaczyna się ta książka od narzekań na rzekomą tyranię kultu słabości. Możemy na przykład przeczytać o tym, że mężczyźni pod wpływem poprawności politycznej wybierają na żonę intelektualistkę w okularach, a nie taką żonę, która naprawdę im się podoba (s. 5). Ciekawe byłoby jakieś studium na ten temat, podobne do np. tego cytowanego przez Obamę, w niedawno recenzowanej przeze mnie książce prezydenta USA, gdzie Obama pisze, iż murzyni w USA coraz rzadziej zakładają rodziny, bo wiedzą, że ze swymi dochodami nie dorównają białym tatusiom z lat 50. JKM nie zawraca sobie głowy dowodami, lecz jedzie dalej pisząc o coraz większej popularności porno i gwałtów jako reakcji na kult braku agresji (s. 6). Być może, brak ujścia dla agresji to problem, natomiast możliwe jest także to, że to pełna agresji popkultura pcha ludzi do rzeczywistej agresji. Natomiast co do pornografii, to wielu jak np. zmarły Zygmunt Kałuzyński („Pamietnik orchidei”) uważał, że pornografia właśnie łagodzi popędy mogące eskalować w aktach przemocy, a także np. przyczynia się do zwalczania rasizmu. JKM krytykuje chrześcijańskie: RES SACRA MISER i przywołuje jak Nietzsche etykę bogactwa antycznych Greków: „w państwie źle rządzonym to nie wstyd być ubogim” (s. 7). Dalej następuje tyrada o głupich Polakach którzy chcieliby zjeść ciastko i mieć ciasto i nie mają pojęcia o ekonomii, mają za to socjalistyczną solidarność zawodową, która każe im kryć błędy kolegów (np.. pielęgniarki nie donoszą na źle zrobiony przez koleżankę zastrzyk), a która jest jeszcze pozostałością po okupacji ze strony ZSRR (s. 10-11). Swoją drogą czytałem kiedyś artykuł, który mówił o takiej lojalności Niemców i Japończyków wobec swych firm, że dziennikarze rzadko dostaną do rąk jakieś brudy do opisania w gazetach. To z kolej to taka prusko-samurajska dyscyplina plemienna, czy to dużo lepsze od zawodowej solidarności polskich pielęgniarek? JKM by się na pewno bardziej spodobało, bo tak lojalność jest hierarchiczna.

Dalej czytamy, rozwinięta znaną myśl JKM, iż pracownik powinien być w pracy wyzyskiwany, a interes pracowników – opozycyjny wobec interesu szefostwa – nie istnieje tak samo jak jakikolwiek inny grupowy interes i o tym, że służba zdrowia powinna być sprywatyzowana, i dzięki konkurencji i wyzyskiwaniu pracowników – zdolna obniżyć ceny usług i podwyższyć ich jakość. Pracownicy natomiast mają być dobrze płatni, by wytrzymać wyzysk i nie pójść sobie do innego szefa (s. 12). Jak na razie jest to utopia. Szpital może śrubować poziom wyszkolenia personelu, ale szpital ma jednocześnie tani i dobrze płacący pracownikom? JKM wierzy, jak von Mises, że wolny rynek ma taką moc podnoszenia poziomu gospodarowania, że ogólny wzrost jakości obejmie wszystkie dziedziny życia, co jednak zrobić z tymi, którzy już teraz chcą mieć podstawową opiekę medyczna na jakimś poziomie, i tymi, których jednorazowe leczenie z własnej kiesy może zupełnie wyrzucić poza obręb wyścigu szczurów i stoczyć w otchłań nędzy? Ja uważam tak; prywatne kliniki owszem, ale podstawowa opieka medyczna dla wszystkich. To odciąży nieco budżet, nie dostarczając żebraków. Proste, ale sprzeczne z kultem siły u JKM. Dalej JKM cytuje Churchilla, który stwierdził w 1947, że lewica „wyjęła z zegarka sprężynę i dziwi się, ze nie działa”, odnosząc się do państwa socjalnego. JKM wie, że każdy pragnie pewności i bezpieczeństwa, ale władza nie może tego zapewnić bo rozleniwi swych obywateli. Uważa, że cały postęp bierze się z ryzyka (s. 14-15). Czy faktycznie? Nie brakowało mecenasów, którzy wręcz dla zabawki sponsorowali wynalazki. Poza tym jest pewien pułap niepewności jutra, który przekłada się tylko na nędzę i marazm a nie na twórczą krzątaninę. JKM uważa, że cywilizacja europejska polega na jednostkowej przedsiębiorczości i solidarności, azjatycka zaś (np. żydowska) na plemiennej. Zwraca uwagę, że Polacy choć inaczej niż Żydzi podkładają sobie nogi w USA, zajmują dobre miejsce co do zamożności (s. 16) – nie wiem, skąd te dane, jakoś nigdy o polskich milionerach z USA nie słyszałem poza jednym, który kandydował u nas na prezydenta. Pisze JKM, iż protestanci są od czasów Maxa Webera uważani za pracowitszych, a mimo to Polacy w USA dali sobie radę. Nie słyszał zapewne, że naukowcy z Groningen przypominali niedawno, że kapitalizm w i XV XVI wieku rozwijał się w Italii równie dobrze jak w Holandii, i wspólnym mianownikiem bynajmniej nie byłą tu religia, lecz dobre położenie morskie i brak surowców naturalnych. Dalej następuje dziwna tyrada, o tym, że HaKaTa mobilizowała ziemian w Polsce do konkurencji, oraz, że dość liczna bitna i niezależna europejska szlachta przyczyniała się do postępu gospodarczego, sprzeciwiając się nepotyzmowi (????? – przecież gromadzenie wielu stanowisk w jednym ręku i nepotyzm były chorobami śmiertelnymi w Polsce i Hiszpanii), a nieliczna arystokracja w Azji, zwykle popierała walec fiskalny dworów (s. 17). A przecież kapitalizm pod absolutnymi rządami Ludwika XIV, który wziął szlachtę za pysk nie przygasł, lecz ruszył z kopyta! JKM wpisuje się tu w jakby wzięte z Normana Daviesa banialuki o energii szlachty i marazmie absolutyzmu, a przecież to absolutyzm pogrążył szlachtę, dając szansę naprawdę obeznanej w biznesie klasie – mieszczaństwu. Zaś w „republikach” takich jak Holandia i W. Brytania mieszczaństwo samo sobie wywalczyło miejsce wśród elity. JKM często niestety manipuluje historią w sposób zupełnie niedopuszczalny. Oczywiście bywali szlachcice uczciwi i znający się na biznesie, ale generalnie feudalizm polegał na czymś podobnym jak socjalizm – na rozdawnictwie niezasłużonych dóbr, czyżby JKM nie doczytał do końca Herberta Spencera?

Skoro o klasach społecznych mowa, JKM pisze następnie o tzw. „nowej klasie” aroganckich wykształciuchów (swoją drogą ten amerykańsko-włoski antyintelektualizm u JKM jest zastanawiający u człowieka po niby 3 fakultetach…) , ożywionej interwencjonizmem Keynesa i Galbraitha, która chce zagarnąć całą władzę nad polityką i gospodarką, przy czy wspomagani są przez literatów, którzy wolą mieć mecenasów niż kapryśną publikę, i część kapitalistów, którzy wolą zablokować konkurencję państwowymi regulacjami, niż uciekając się do indywidualnej inicjatywy czy przemocy. Nie chcą być już kapitalistami, lecz chcą być bogaci dzięki pomocy państwa (s. 19-22). No cóż taka pokusa bratania się części biznesu z państwem przeciw reszcie świata biznesu nie jest chyba niczym nowym. Wystarczy znać nieco historii XIX wieku by kojarzyć francuskich protekcjonistów monarchii orleańskiej i III republiki, czy niemiecki sojusz żyta i żelaza. Głównym sojusznikiem państwa są chyba ubodzy, którzy chcą regulacji i socjału, ale może się mylę. W każdym razie, choć rozumiem zafrasowanie JKM o przyszłość wolnego rynku, nie pojmują czemu uważa on, że teraz jest gorzej, w końcu np. ZSRR upadł, a socjaliści porzucili marzenia o rewolucji, protekcjonizm się zbłaźnił, skąd ten pesymizm i skąd to wołanie o pomoc?

Owej nowej klasie zarzuca JKM inspirowanie się pismami Owena, który radził wyperswadowywać ludziom chęć bycia kapitalistami. Za typową antykapitalistyczną książkę nowej klasy uważa JKM „Nowy wspaniały świat” Huxleya. A za typowe działanie kapitalistyczne, przymus należenia do jakichś Izbach Gospodarczych i innych Związkach Pracodawców, w ten sposób jak pisze JKM odzwyczaja się kapitalistów bycia kapitalistami, tj. ryzykantami i hoduje pseudo-kapitalistów skoligaconych z rządami (s. 25). No cóż typowy kapitalizm tego typu obowiązywał w Japonii, Francji i Niemczech w 2 połowie XIX wieku (tzw. „patriotyczny kapitalizm”), taki ryzykancki kapitalizm to w zasadzie Domana krajów anglosaskich, a i to nie zawsze. Dalej narzeka JKM, że dziś nie powstają nowe miasta, a on marzyłby o założeniu nowego Zamościa czy Tarnowa, i o tym, że dziś tylko państwo ma moc założenia miasta, ale tego nie robi, a w USA powstają przecież prywatne miasta (s. 29). Podobne kwestie prezentuje Walter Lacqueur w jego „Ostatnich dniach Europy”. No dobrze, tylko czego to dowodzi? Miasta powstawały w Europie kiedy chłopi zostawali masowo robotnikami, tych z kolei rynek usług tylu nie potrzebuje, zaś USA to teren ciągle kolonialny, z wielkimi pustymi przestrzeniami. Takie porównywania dowodzą jedynie, że JKM kocha USA, jego prawo…

Nieco prowokacyjnie pisze JKM staropolskim „kupczeniu starostwami”, uważając, ze lepszy starosta czy król na swoim, niż namiestnik na cudzym (s. 29). Uważa to za optymalną decentralizację władzy. Tak może myśleć tylko człowiek, który wszelką przemoc utożsamia z państwem, a dla którego oczywistym jest, ze kapitalista-starosta jej nie zastosuje. Jednak mówiąc o starostwach, JKM nie wchodzi w sprawy moralne, a jedynie administracyjne. Interesujące, że JKM ma ludzi za głupich w sprawach władzy, ale mądrych z biznesie, na zasadzie „bliższa ciału koszula”. Dalej mamy ulubione sprawy interesujące JKM czyli podatki. Pisze o Filipie II i jego 1% podatku od nieruchomości, który spowodował odpadnięcie Niderlandów od państwa Habsburgów (s. 31), ani słowem nie zająknąwszy się, że podstawowa przyczyną powstania była agresywna katolicyzacja Holendrów przez namiestnika ks. Albę. Pisze o podymnym, jakiego unikano na polskich wsiach przez nie budowanie kominów, i za Gierka, gdy powierzchnia mieszkalna miała mieć wysokość do 195 cm. No cóż władza czasem faktycznie przegina, a obywatele się dostosowują, ale w demokracji mają właśnie szanse odwołać tych ministrów-geodetów, a w ulubionej przez JKM monarchii musieliby czekać na nowego króla, albo dać w łapę ministrowi. Uważa JKM, że „czerwoni” uprawiają politykę divide et impera pytając lud na kogo nałożyć podatki (np. na młynarzy czy piekarzy) zamiast pytać CZY je nałożyć. Pytanie jakby JKM chciał ta możliwość państwu odebrać? W kapitalistycznej Holandii XVII wieku, która była pełna uwielbienia ryzyka i energii, władza regulowała wysokość domów i szerokość fasad, pobierała podatki od okien i kominów, a mimo to Republika kwitła… A przy okazji budował wspaniałe schroniska dla ubogich itd. Można być bogatym i hojnym jednocześnie. Zresztą czy państwo to walcząc z innymi o rynki, i budując infrastrukturę (obecnie rozwój Indii hamuje korupcja i niezdolność państwa do odbudowy dróg itd.) często zbrojnie nie wpierało groszorobów? Owszem, ale dla JKM każda interwencja państwa=złodziejstwo.

Dalej pisze JKM o badaniach Kurta Hausera prezentowanych w 1993 roku na łamach „Wall Street Journal” o ostatnich 44 latach podatkowej historii USA, kiedy to wpływy podatkowe wynosiły średnio 19,5% PNB. Największe, jak szczerze przyznaje JKM były w 1981 roku, za Reagana (21, 1 %), a najniższe za „czerwonego” (wg. JKM) Johnsona w 1964 i 1965 (s. 35). Wg Hausera PNB rośnie wkrótce po podniesieniu podatków, ale jest to pseudo-dochód, bo silnie opodatkowana gospodarka kurczy się. Trudno się nie zgodzić, natomiast, nie można się zgodzić, że jedynym priorytetem powinien być wielki PNB a nie np. godne życie nieco większej ilości obywateli tu i teraz, zanim „rynek wszystko załatwi”. JKM za Spencerem twierdzi, że biedni będą bogatsi, kiedy rząd zlikwiduje hamulce podatkowe dla bogatych. Taka była też filozofia rządu Busha juniora i nie sprawdziła się. Nie mogą więc już korwiniści sądzić, że czerwoni nie dają im porządzić gospodarką. Wycofanie się państwa z niektórych sektorów, które zawsze będą nieopłacalne w krótkotrwałym sensie (np. transport w niektórych rejonach), może spowodować straty w infrastrukturze, a w przyszłości straty w PNB, tak samo jest z edukacją. Tego JKM nie pojmuje, tak samo jak socjaliści nie pojmują tego, że podatki powinny być faktycznie niezbyt duże, by nie odstraszać od podejmowania ryzyka na rynku. I JKM i socjaliści mierzą jednak prosperity w ilości powstających nowych budynków i miasta, co w warunkach epoki postindustrialnej jest dość durne (co innego w Chinach, gdzie wznosi się kolejne miasta dla wiejskiej siły roboczej z Zachodu) …

Na kolejnych stronach JKM gani materializm dialektyczny, a chwali idealizm przypisując temu pierwszemu promowanie egoizmu i marazmu, oraz wygody, a drugiemu – kreowanie energii twórczej (s. 39), swoją drogą ta interpretacja jest błędna, ponieważ idealizm zakład, ze to co widzimy jest odbiciem idei, tj. jakiejś ogólnej zasady, a więc z samym idealizmem w potocznym rozumieniu nic wspólnego nie ma. Materializm dialektyczny, czy liberalizm to też idee, a więc można być ideowym materialistą dialektycznym, który idealistycznie walczy z ideą chrześcijaństwa, bo idealistycznie wierzy, że to dla dobra ludzkości. Manipulowanie słowami to niestety częsta wada JKM. Poza tym nie każdy idealizm jest konstruktywny, o czym JKM doskonale wie, krytykując np. romantyczne powstania narodowe. Co ciekawe mimo tych nieco teologicznej ekspiacji, JKM mocno ruga KrK za to, że hierarchowie gardzą kapitalizmem, zalecając zamiast tego kultywowanie ducha, i radzi klechom, by albo zajmowali się wyłącznie duchem (tj. nie gadali o gospodarce), albo uznali, że kapitalizm można lubić z pobudek idealistycznych. No cóż ludziom myli się materializm jako filozofia z materializmem jako rządza pieniądza racja, a to z kapitalizmem, i razem z JKM protestuje przeciw faryzejskim słowom hierarchów, ale trzeba zauważyć, że KrK odmówił materialistom odmówił zaszczytu, być ideowymi materialistami… JKM bardzo zależy, jak czytamy dalej, by nie wydać się chrześcijanom odpychającym, lecz cóż jego antyczno-makiawelistyczno-spencerowo-nietzscheański kult siły nijak się ma do MISER RES SACRA… Podobnej ekwilibrystyki dokonuje Thomas Woods, libertarianin-ultrakatolik, który fakt, iż kilku jezuitów z XVI wieku wiedziało jak się robi forsę, interpretuje jako prokapitalistyczną chrześcijańską bazę intelektualną, tak samo jak zresztą fakt, że KrK nie rozwalił do końca antycznej nauki, lecz ją sobie podporządkował, jako rzekoma pro naukowość KrK…

Dalej pisze JKM, że w 1994 roku podniesiono o 9 razy ceny żywności na Ukrainie, co dziennikarze TVP uznali za zapowiedź spadku poziomu życia, natomiast zdaniem JKM takie wahania to potencjalna stymulacja rozwoju handlu (s. 43). To prawda na różnicach cenowych można zarobić, pojawiło by się tam mnóstwo żywności, a sprytniejsi zaczęliby sprzedawać nadwyżkę towarów taniej pod ladą… To dobry przykład, jak JKM uznaje wszystkich ludzi za potencjalnych kapitalistów. Wiadomo, że życie da sobie radę, ale czy faktycznie nie spadł by od tego poziom życia niektórych? Dalej zachwala JKM prywatne fundusze emerytalne powiązane z firmami i prywatnymi przedsiębiorcami, woląc ich decyzje o emeryturach niż decyzje demokratycznego ludu czy monarchy (s. 47). Z tym się zgadzam, natomiast gorzej z wywodami JKM o niebezpiecznych ubezpieczeniach, które czynią człowieka mniej ostrożnym. Na milę czuć teoriami spiskowymi jak głosi, że ubezpieczyciele popierają eutanazję, bo wtedy mniej zapłacą ubezpieczonym (s. 52). JKM tęskni do czasów, kiedy KrK i protestanckie zbory potępiały ubezpieczenia jako skrajnie groźną formę hazardu, no i też podważanie wiary w opatrzność… Cóż ludzi wydorośleli, a przekaz informacji uwidacznia nam każdego dnia, że los nie nagradza ufnych, lecz ubezpieczonych, zaś renowacja spalonego domu, czy przewlekła choroba, dla wielu nieubezpieczonych, byłaby równoznaczna z nędzą. Nie bez kozery Lloyd’s powstał po wielkim pożarze Londynu 1666 roku, o który oczywiście oskarżono francuzów-katolików, choć spowodował go angielski pomocnik piekarza…

Dalej mamy kolejne teorie spiskowe o skomunizowanych elitach Zachodu propagujących wspólnotę żon (ani słowa nie pisze JKM o wspólnocie mężów) w postaci seksu pozamałżeńskiego i nieślubnych dzieci (s. 54) Cóż to jednak za wspólnota żon, skoro w każdej chwili ta kobieta może wyłączyć kochanka z listy współwłaścicieli jej ciała??? Przecież to jest liberalne kupczenie swym ciałem zgodne z własną wolą – a więc liberalizm, a nie komunizm. Dla JKM kobieta to chyba po prostu własność męża i tyle, tak więc rozważania o dysponowaniu swoimi wdziękami prze obie płcie przekraczają jego horyzont myślowy. Być może Mrx nie był taki głupi jak mówił, ze dla burżuja żona to element własności, widać przynajmniej dla jednego jest tak w istocie… Dalej pisze JKM że socjalizm jest kosztowniejszy niż wojna. Cóż zależy jaka! Wojna państwa morskiego, kontrolującego oceany, jak np. W. Brytanii w czasie wojny siedmioletniej (1756-1763) może być nawet zyskowna! Wojna wojnie nierówna. JKM dalej daje wyraz swemu typowo konserwatywnemu przekonaniu, że prawo powinno być zmieniane jak najrzadziej i w odpowiednim czasie, oraz, ze ograniczenie wpływu państwa na gospodarkę powoduje ograniczenie liczny afer korupcyjnych i innych. Jest jednak takie powiedzenie, że „nie jest nielegalne, co postanawia zrobić setka biznesmenów”, a więc afery będą zawsze i niekoniecznie będą związane z łapówkami wręczanymi rozdętej biurokracji, czy mała biurokracja musi być mniej przekupna? Rozumiem, że państwo ryzykuje cudzymi pieniędzmi, a kapitalista cudzymi, ale afera to afera, w rozregulowanym rynku też byśmy je oglądali – w postaci prywatnych wojen miedzy grupami kapitalistów…

Bardzo zabawne są takie zdania u JKM jak: „nasza moralność, kształtowana przez wielki, nie myli się. Dawanie łapówek jest i powinno być naganne” (s. 61) – co za bzdura i mitomania, tradycja słowiańska nakazuje za wszytko dać podarek, a więc łapówę. Od wieków sprawy załatwisz tu dopiero po kolacji jaką zaserwujesz kontrahentom. Kto wie czy obca biurokracja zwłaszcza pruska nie miał tu zbawiennego działania. Z drugiej strony JKM wcale nie uważa, ze łapówka jest czymś bardzo złym – w końcu trafia do PRYWATNEJ kieszeni, człowieka, który potem wyda i da zarobić, hmm ale czy urzędnik tez nie wyda i nie da zarobić ze swej :ukradzionej” z pieniędzy podatnika pensji??? Double standards… JKM nie zaleca członkowstwa w federacjach konsumenckich, ponieważ uważa, ze tylko wolny rynek chroni konsumenta, a takie federacje dbają nie o cenę ale o estetykę i bezpieczeństwo produktów (s. 69) – so what? Dalej preferowanie wielkich gospodarstw ze strony EWG i CAP i ograniczanie produkcji rolnej, uważa JKM za zakamuflowaną walkę oświeconych „euro-socjalistów” z religianckim , zacofanym chłopstwem (s. 71). Oczywiście JKM łączy to z opowieścią Jeffersona o wolnym kmieciu jako ostoi wolności, mimo iż Jefferson był także oświeconym wielko-majątkowcem. Hmm o tej walce cóż - możliwe, ale możliwe jest także to, że w ramach CAP łatwiej jest modernizować 50 nowoczesnych farm niż 5000 małych… Na 77 stronie JKM robi to co lubi najbardziej czyli wróży z fusów upadek UE i jej wojnę z USA (obie wróżby są sprzeczne, jak upadające państwo stać by na wojnę z mocarstwem, ale do diabła z logiką!). UE krytykuje za to, że uważa, ze problemy Pcimia lepiej rozwiąże Pcim, a nie Bruksela, hmm jak to się ma do jego znanej propozycji by sprawy z jednego miasta załatwiał nie znający tam nikogo przyjezdny sędzia z innej części kraju? Ciekawie porównuje w tym samym rozdziale JKM socjalistę, który przez usypuje sztuczną wyspę z użyciem piaskarek i pogłębiarek, którą po 30 latach rozmywa morze, z konserwatystą (JKM de facto sam przyznaje, ze jest konserwatystą przede wszystkim, bo zawsze to konserwę przeciwstawia czerwonemu), który bada grunt, a potem wbija kilka pali, a prądy same nanoszą piasek tam gdzie trzeba (s. 77-78), cóż niejedna władza konserwatywna postępowała w przeszłości po socjalistycznemu, i odwrotnie… Propozycję Portugalii zgłoszonej w Feira, nt, interwencji UE w przypadku łamania zasad demokracji w jednym z jej krajów JKM porównuje z doktryną Breżniewa, hmm przynajmniej jest konsekwentny – interwencje USA też potępia, chociaż, jakbym był jakimś zniewolonym Irakijczykiem, modliłbym się o interwencje takiej UE czy USA, a jeśli nie to raczej na skutek prania mózgu, a nie zdrowego rozsądku… To godzenie się konserwatystów, by nadal w połowie świata było do kitu zdumiewa mnie.

JKM wprost uważa kobiety za zbyt niezdecydowane do robienia polityki i uważa, ze Thatcher była dobra, bo działała po męsku (s. 79), w sumie zgadza się w tej sprawie z Simeone de Beauvoir (pewnie by się przeraził!), że od kobiet przez wielki nie oczekiwano logiki, i stąd mają z nią problem, UE nie podoba się JKM bo jest po kobiecemu niezdecydowana, państwa niektóre nie zgadzają się przestrzegać jakichś dyrektyw, inne się dłuuuuugo wahają itd. (s. 80) Ten przykład doskonale ilustruje niezrozumienie JKM tego czym jest UE, iż jest to skromny biurokratyczny organizm, który musi niczym średniowieczny król negocjować decyzje z partnerami, przekonywać i perswadować, który jest silny siłą tych swoich wasali, a nie własną, natomiast dla JKM UE to jakaś ZSRR rządzona przez pijane kobiety, albo geje którzy plotkują w najlepsze przez telefon… Sugerowałbym mu przeczytanie wrażeń Roberta Menasse, który miał unię za nowy ZSRR, a znalazł przyjemną dla oka małą fachową biurokracyjkę… Uważa JKM, że stawiający sprawy na ostrzu noża faceci są naturalnymi liberałami, a powoli działające kobiety – naturalnymi konserwatystkami – no to może dobrze – zapytam przekornie, że te unijne decyzje są tak niespieszne? Nie rozumie też JKM kwestii zatrudniania kobiet, ponieważ przypisuje to etatyzmowi, tymczasem wynika to ze wzrostu kosztów życia par. Jest JKM zwolennikiem hayekowskiego prywatnego pieniądza, a przeciwnikiem monopolu państwa na emisję. Dalej pisze JKM o ploretariatach; robotniczym, klerykalnym (kiedy socjaliści nie mogli już nabrać robotników wzięli się za teologię wyzwolenia), i ekologicznym (s. 88) – dziś zapewne dodałby gejów… Celem ma być zniszczenie kapitalizmu wynikające z zazdrości o cudze bogactwa, cóż to samo pisał Mises w „Mentalności antykapitalistycznej”, tylko czy ci hodowcy kolejnych ploretariatów coś tu zmieniają? Przecież kler, arystokracja i biedota i tak już kapitalizmu nie lubią. Dalej JKM jak to konserwatysta biadoli o podupadającej kulturze w epoce przeciętnego widza – ciekawe, ze zajmuje tu stanowisko przeciwne do Misesa (s. 92). Potem z kolej JKM narzeka na komercjalizacje wojny mając na myśli wielki armie poborowe czasów I wojny światowej – no cóż racja. Ciekawe, że łączy to z upowszechnieniem broni palnej, co postawiło niby umiejętności żołnierskie pod znakiem zapytania (s. 94), hmm a jednak niektórzy strzelają po snajpersku i komandosowemu, prawda? Wg JKM wojnę zastąpiły łapówki; USA kupiły sobie „Solidarność”, Rosjanie – SdRP, Niemcy – KLD, Francja część UD, Watykan dostał ZChN za darmo (JKM dość zdroworozsądkowo patrzy na KrK jako na państwo!), chociaż „za dramo to dostaje się tandetę”. I również dość rozsądnie pisze, że być może Patrie carska, pruska i austriacka, oraz rozbiory uchroniły nas przed wojną z Bonapartem i losu Hiszpanii roku 1809 ! (s. 95-96). To jedna z tych fragmentów, które mogę pochwalić w pełni. JKM może jest opętany wieloma mitami, ale nie jest opętany mitem romantycznego plemiennego „patriotyzmu”.

Jako antydemokracie podoba się Mikkemu „tyrania” Singapuru a także Malezja, gdzie parlament mianuje król (s. 96), co jego zdaniem przyhamowuje tendencje demokratyczne na tyle, by zachować wolny rynek, chociaż spekulacje (premier Mahatrir Mohamad oskarżał Sorosa o chęć zniszczenia gospodarki kraju), przejęcie Hong-Kongu przez Chiny i wykształcenie się kompleksu wojskowo-biznesowego ponoć popsuło tego „tygrysa”. Przy okazji JKM uważa, że Malezja mogłaby się obronić przed atakiem spekulacyjnym, likwidując krajową walutę i pozwalając różnym bankom produkować kilka różnych walut. A tak, pisze JKM, Malezja bezskutecznie broniła wysokiego kursu i straciła wiele w tym i prestiż tak w Azji ważny (s. 98). Hmmm ok., ale czy państwo bez waluty krajowej, i tak nie byłoby odmieńcem bez prestiżu, choćby z powodu przesądów, że każde państwo musi ja mieć ?

Dalej cytuje JKM Adama Budzyńskiego z :Trybuny”, który chce by w XXI wieku polityka odzyskała prymat nad gospodarką, i mocno go krytykuje za te socjalistyczne dążenia (s. 98), ale przecież to samo pisał konserwatysta Roger Scruton, który uważał, że podejście do gospodarki bezprawnie zaczęło determinować podziały polityczne, np. topiąc konserwatystów w szeregach liberałów. Dalej pisze JKM o truście mózgów zorganizowanym przez Gorbaczowa, który orzekł, że w XXI wieku wystarczy praca 20% populacji świata, pisał o tym także Walter Lacqueur, który stwierdzał, że taki model gospodarki, gdzie 20% ludzi pracuje a reszta ogląda TV go nie przekonuje, zaś JKM chyba słusznie twierdzi, że te 80% będzie się przecież wzajemnie zatrudniać, bo ludzkie zachcianki są nieograniczone (s. 100). JKM jest znanym przeciwnikiem becikowych i podobnych rozwiązań uważając, że taka pomoc to zachęta do płodzenia dzieci tylko dla meneli, i faktycznie, tak SKROMNA pomoc, ma takie działanie, na o wiele większa pomoc we Francji i Szwecji łaszczą się i drobnomieszczanie, jednocześnie nie ma JKM kontrpropozycji by zwiększyć płodność, jak tylko zagonić kobiety znów do garów (s. 102-103). Cóż konserwatyści już tak mają, jak było na początku teraz i zawsze… Bardzo dziwaczne podejście jest JKM do komputera, uważa, że 90 % pożytku z nich idzie w niebyt jako gry i zabawy, 9% służy rządowi do kontroli obywateli, a z tego 1 % pożyteczności z PC, załatwiać można i bez PC – ręce opadają! A Internet? Przecież człowiek z Mogadiszu ma szansę zobaczyć, że gdzie indziej żyje się lepiej i zrobi rewoltę! Ano tak zapomniałem p. JKM nie lubi rewolt… Dla JKM najważniejszymi wynalazkami są te bez (znanego) autora; pieniądz, rynek, język i etyka. Etykę mierzy skutecznością. Uważa, że XIX-wieczna etyka kapitalizmu jest cool, bo pozwoliła podbić to i owo (s. 105), zgodnie z tą logiką etyka komunistyczna ZSRR tez byłaby cool, jeśliby mieli szybsze palce na przyciskach atomowych, niż jankesi… JKM uważa, ze ludzie psują pieniądz (banknoty, pieniądz wirtualny), język (nowomowa, esperanto) itd. i zastępują wynalazki bez autora tymi z autorem. To typowo konserwatywne magiczne podejście do przeszłości – etyka i pieniądz też miały autorów; byli nimi np. Sumerowie, Konfucjusz i Voltaire, ta niewiara w wynalazki niedawne o znanych autorach, przy jednoczesnym podniecaniu się tymi dawnymi, ma w sobie coś z magicznego podejścia do świata, co jest obce liberalizmowi, za to bliskie opisanej przez Feuerbacha skłonności religiantów do wyrzekania się własnych cnót i obdarowywania nimi wymyślonych bóstw. JKM uważa, ze ministerstwo nie wdroży żadnego postępu, bo zbyt jest przywiązane do obecnej nauki, co spowoduje że człowiek z perpetuum mobile zostanie wyrzucony na zbity pysk za drwiny z nauk Newtona (s. 108 - sic!)…. to oczywiście bzdura – jakkolwiek Laplace nie potrzebował Napoleona, to jednak forsa się przydała na dalsze badania, a nic mi nie wiadomo, by Napoleon ganił to co u Lapolece’a rewolucyjnie niezgodne z obowiązującą nauką! To raczej domena ulubionych przez JKM ideowców, takich jak kapłani KrK by hamować nauki takiego Gallilei jeśli im nie pasowały dogmatycznie. Dla JKM ministerstwo nauki i kongregacja ds. wiary to jak widać to samo…

Dalej JKM atakuje NASA za państwowy monopol na badania kosmiczne (uważa, że tylko na początku była skuteczna), chociaż sprawa nie jest taka prosta, wszak państwowy centralistyczny projekt Manhattan był lepszy w wyścigu o bombę A niż prywatne warsztaciki w III Rzeszy, czyż nie? Jakkolwiek kibicuje Bransonowi i jego Virgin Airlines, tak zastanawiam się, czy to wypali, czy jakikolwiek zysk kapitalisty jest do pogodzenia z czymś tak ściśle naukowym i tak kosztownym. Dalej JKM próbuje być jeszcze bardziej odważny pisząc, że chłopi nie domagali się zniesienia pańszczyzny ani nawet przejścia na oczynszowanie, lecz zmniejszenia wymiaru godzin obróbki gruntu pana, a to księża i postępowi inteligenci wywróżyli sobie, że mają pańszczyznę znieść (s. 114). Jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy, tylko należy się zastanowić, czy feudalizm byłby na dłuższą metę do pogodzenia z kapitalizmem, wszak zgadza się, że marksiści pomylili się uważają oba systemy za antagonistyczne, bowiem feudalizm to bardziej system prawny niż gospodarczy, ale czy w warunkach feudalizmu z ludzką twarzą, liberalizm społeczny mógłby się wytworzyć? Raczej nie, lub tylko w ograniczonym stopniu. Przez swe przywiązanie do obrazu folwarków, JKM całkowicie się już odkrywa jako konserwatysta. Być może jestem oddalonym od życia inteligenciakiem, i nie pochwalam żywota chłopa u sprawiedliwego pana pilnowanego przez sprawiedliwego króla, ale jednak cieszę się z naszego indywidualistycznego wyścigu szczurów (myślałem, że JKM też się cieszy – podważanie marksistowskich mitów to jedno, ale chęć by świat folwarków wrócił to już coś innego). Książkę „Ekonomikka” zamykają rozważania o tym czy Jaruzelski mógłby być polskim Pinochetem – tj. twórcą wolnego rynku. JKM uważa, że wtedy miałby wszystkich (i postkomunistów, i kler i solidaruchów) przeciw sobie. No cóż, nie każdy docenia zalety kapitalizmu, zwłaszcza nie doceni go homo sovieticus, ale taka wersja kapitalizmu jaki prezentuje JKM nie pomaga …

wtorek, 19 marca 2013

USA według Baracka Obamy



Dziwię się, że tak niewielkim zainteresowaniem w Polsce cieszą się dzieła liderów politycznych z zagranicy. Dlatego zainteresowała mnie przetłumaczona na polski książka Obamy (The Audacity of Hope. Thoughts on Reclaiming the American Dream z 2006 roku, przetłumaczona i wydana przez warszawskie Wyd. Albatros w 2008 jako: „Odwaga nadziei. Moja droga życiowa, wartości i ideały polityczne”, koszty stałem z II wydania z 2009 r.), wówczas senatora Partii Demokratycznej, której tytuł stanowi nawiązanie do jego mowy programowej wygłoszonej na konwencji wyborczej Partii Demokratycznej w czerwcu 2004 roku. Książka zrobiła na mnie na tyle dobre wrażenie, a jej autor zaskoczył mnie na tyle pozytywnie swym trzeźwym realizmem, niezbyt ostatni często spotykanym wśród sentymentalnych polityków USA, że postanowiłem napisać tą recenzję. Jako liberał szczególnie ciekaw byłem jak dalece liberałem jest Obama, i byłem pozytywnie zaskoczony. Okazuje się, że wbrew korwinowym i libertariańskim zawodzeniom, rdzeń amerykańskich Demokratów można, bez problemu nazwać liberałami pod niemal każdym względem. Opinie, jakie Obama wygłasza w książce na niemal każdy temat, są bardzo bliskie liberalnemu credo, no chyba, że ktoś pomyli liberalizm z anarchokapitalizmem, nierealnym ideałem państwa-minimum, lub wolnorynkowym konserwatyzmem, co niestety zdarza się często. Obama, choć prawnik, rozumie i szanuje reguły świata biznesu, ceni innowacyjność i energetyczną samowystarczalność (alternatywne źródła energii itd.), której to potrzeby nie pojmuje szefostwo GOP (np. Romney zależny od nafciarzy z Teksasu). Obama rozumie potrzeby pracodawców i specjalistów z klasy średniej, i nie ma w sobie nic z roszczeniowej i populistycznej postawy europejskiego socjaldemokratycznego związkowca typu Harolda Wilsona. Jednym słowem liberał, i jak prawdziwy amerykański liberał odwołuje się do tych samych wartości, które przypisywał liberałom Kennedy; odwagi wprowadzania zmień, wiary w postęp, w wolność indywidualizm i odpowiedzialności jednostkowej. Obama przyznaje się, że wiele pomogła mu jego redaktorka Rachel Klayman, i już to budzi sympatię.

Zacznijmy jednak od początku. Główną troską Obamy jest to, by zwolennicy różnych opcji politycznych w USA mogli się porozumieć, używając tych samych słów i podobnie rozumiejąc ich znaczenie (s. 17), czyli przewrócenie jakiegoś podstawowego konsensusu lat 1776-1800 gdzieś między liberalizmem obyczajowym, i decentralizmem Jeffersona i centralistycznym konserwatyzmem Hamiltona. Obama mówi w sentymentalnym tonie o Danielu Websterze i dawnych krasomówcach senatu, w czasach kiedy, senatorzy przychodzą do Sali Senatu USA właściwie tylko by głosować, nie słuchając przemówień swych kolegów, lecz spiesząc na spotkania z wyborcami, sponsorami itd., co nie sprzyja porozumieniu, o jakim marzy Obama (s. 26). Obama pisze o współczesnym senacie, jako o miejscu gdzie partia mająca choćby tylko niewielką przewagę jak po trupach przepycha swe ustawy nie zważając na bezsilny opór mniejszości. Pisze o starszych senatorach, którzy z rozrzewnieniem wspominali czasy, gdy razem z przeciwnikami palili cygara i ustalali kompromis (s. 27), i konfrontuje to z kłamliwymi atakami wykorzystywanymi zwł. przez Republikanów np. wobec Maxa Clelanda, senatora DP z Georgii, weterana wojennego, którego oskarżyli o… sprzyjanie Al.-Kaidzie (s. 30). Obama pisze, o pojawiających się przestrogach by DP i RP porzuciły wzajemne animozje i razem pracowały dla kraju, lecz minimalna przewaga jednej partii nad drugą temu nie sprzyja. Według Obamy polaryzacja pogłębia się, daje przykład demokraty z Georgii Zella Millera, członka NRA, który jak wielu polityków Południa, zraził się do DP i poparł Busha (s. 32). Obama pisze ciekawie o skrajnie prawicowych autorach typu Ann Coulter czy Seana Hannity’ego, iż nie traktuje ich tyrad poważnie, lecz jako chwyty mając poprawić sprzedawalność ich książek, jednak denerwuje go nieustanne wylewani pomyj na obecne USA, jako rzekomego siedliska faszyzmu itd., i jak sam pisze, odpowiada wtedy wspominając mutiny act i allien act prezydenta Johna Adamsa, internowanie Amerykanów japońskiego pochodzenia przez rząd Roosevelta, hitleryzm, czy losy Sołżenicyna i Mandeli (s. 33). Najpoważniejszymi problemami polityki USA w 2006 roku, były obok bezkompromisowości, zdaniem Obamy, kryzys systemu edukacji i manichejska wizja polityki zagranicznej (ciągłe interwencje lub izolacjonizm). Problematyczne są też nierealne obietnice polityków. Np. Republikanie obiecując narodowi wojnę bez ofiar i obniżenie podatków bez cięć w sferze usług, sami uniemożliwili sobie sprawne rządzenie (s. 35), oraz teorie spiskowe radykalnych konserwatystów i wywrotowych liberałów. Niektórzy politycy starszego pokolenia potrafili i potrafią się przyjaźnić mimo odmiennej przynależności partyjnej (np. republikanin John Warner i demokrata z Zach. Wirginii, Robert Byrd (1917-2010), lub przyjaźniący się Alaskańczyk Ted Stevens (RP), który poniósł śmierć w katastrofie lotniczej na Alasce 9 sierpnia 2010 roku. i Hawajczyk Daniel Inouye (DP), który zmarł w 2012 r.), co wynikało z ich wspólnych drugo wojennych, żołnierskich wspomnień, a potem ze wspólnego poczucia zagrożenia przez ZSRR (s. 37-38). Być może jednak wynikało to także z innych przyczyn, w końcu senator z Wirginii, John Warner (ur. 1927) nie jest jakimś radykalnym baptystycznym członkiem GOP, lecz powszechnie szanowanym przez wzgląd na swoje kompetencje i umiarkowane stanowisko, oraz pewien liberalizm (jest m.in. zwolennikiem ograniczonego prawa do przerywania ciąży, ograniczeń w dostępie do broni palnej. Jako jeden z nielicznych republikanów w Senacie głosował w roku 1999 za uniewinnieniem prezydenta Billa Clintona z pierwszego z dwóch zarzutów w procesie o impeachment. Ostatnio zwrócił na siebie uwagę, krytykując iracką politykę prezydenta George'a W. Busha). Również Byrd, jednocześnie baptysta i mason zwany „chodzącą encyklopedią” był znany z niezależności poglądów. Być może dziś po prostu idealiści wierni samym sobie są na wymarciu. Obama zauważa, że DP tworzyli w latach 50. I 60. Rozmaici ludzie, jak liberał z Północy Hubert Humphrey czy konserwatysta z Południa James Eastland, których łączyła wiara w słuszność socjalnych zdobyczy New Deal, oraz filozofia: „żyj i pozwól żyć innym”, która w praktyce prowadziła także do przymykania oka na kłopoty czarnych na Południu. Podobnie było w GOP, gdzie było miejsce i dla radykalnych konserwatystów z Zachodu jak Barry Goldwater, liberalnych RINOs ze Wschodu jak Nelson Rockefeller, czy zwolenników Lincolna i Burke’a (s. 38-39). Całość GOP spajały: silniejszy niż w DP antykomunizm (choć Kennedy im dorównał), oraz poglądy wolnorynkowe. Zdaniem Obamy ta epoka skończyła się wraz z ruchem o prawa obywatelskie dla czarnych, kiedy to sam Lyndon Johnson w 1964 roku wiedział, że podpisując ustawę o prawach, oddaje Południe Republikanom na dającą się przewidzieć przyszłość (s. 40). Potem podziały zaogniła jeszcze wojna w Wietnamie, uświadamiając masom, że rząd nie zawsze działa słusznie. Nixon próbował podważyć anty-segregacyjne prawa na Południu, a Carter połączyć pro-mniejszosciowe elementy programu DP z tradycyjnymi. Podejście do kultury i kontrkultury stało się mimo to wyznacznikiem przynależności do obozu liberalnego lub konserwatywnego, a polityka przestała być sprawą czysto techniczną i stała się kwestią moralną (s. 41).

Obama pisze, że jego mama wychowała go na liberała. Starała się ona zrozumieć motywy radykalnych działaczy kontrkultury, lecz pozostała liberalna wg kanonu sprzed 67 roku. Barack dorastał politycznie w czasach tuż przed epoką Reagana i wsiąkł w kontrkulturę (nie ufał np. nikomu powyżej 30 roku życia). Choć nie lubił kowbojskiej pozy i wyniosłości Reagana wobec biednych, z czasem docenił jednak zręczność z jaką Reagan trafił ze swym przesłaniem ładu i porządku do klasy średniej w czasie stagnacji ekonomicznej, oraz przerysował DP jako partię niebieskich ptaków oddalonych od prostego ludu (s. 44). Baby boom utrwalił ten obraz dopominając się od polityków prostoty stylu, stąd członek GOP który popiera aborcje, nie utrzyma się długo w partii, podobnie jak Demokrata należący do NRA nie utrzyma się długo w DP. Według Obamy, zasługą Clintona była próba zerwania z tym manichejskim obrazem, Clinton wiedział, że wolny rynek może przynieść sprawiedliwość społeczną, a dobrze ukierunkowany i ograniczony interwencjonizm może wzmocnić rynek. Pokazywał więc, że może istnieć „trzecia droga” (s. 47). Postępowy, ale nie dogmatyczny rząd Clintona osiągnął wiele w dziedzinie ekonomii, co doceniono, ale nie przekuło się to w trwałe poparcie dla DP, tym bardziej, że największy przyrost demograficzny miał miejsce na południu, a w senacie dwóch republikańskich posłów z małego Wyoming (niespełna 0,5 mln mieszkańców), liczy się tak jak dwóch demokratów z wielkiej Kaliforni prawie 34 miliony mieszkańców). Gingrich, Rove i Norquist próbowali zbudować trwały kadłub konserwatywny, i atakowali Clintona właśnie dlatego, że ten był zbyt nieszablonowy jak na demokratę, stąd bezprecedensowa doza pomyj, jaka spadła na tego prezydenta (s. 48). Clinton obronił się, ale DP nie wyszła z tych utarczek równie skonsolidowana jak radykalni konserwatyści, którzy w kampanii 2000 zupełnie zagłuszyli swych umiarkowanych kolegów (przy okazji Obama dziwi się, ze tak się stało, bo uważa, że umiar i wstrzemięźliwość to typowo konserwatywne cnoty…). Ideologią rządu Busha, według Obamy nie był konserwatyzm, lecz absolutyzm – absolutne przekonanie, że rząd ma tylko prowadzić wojny i strzec własności (s. 51), choć Bush osobiście powoływał się na „współczujący konserwatyzm”. Obama zauważa, że nowi fundamentaliści chrześcijańscy z GOP nie szanują sądów, kompetencji, prasy, konwencji genewskiej, regulaminu senatu, a właściwie „niczego, co mogłoby spowolnić marsz ku nowej Jerozolimie”, uważa, że w DP też nie brakuje tak skrajnych poglądów, ale ich wyznawcy nie mieli nigdy władzy Rove’a czy DeLaya. Obama pisze, że zna bardzo niewiele osób pasujących do karykaturalnego stereotypu liberała, skoro nawet John Kerry jest zwolennikiem utrzymania militarnej przewagi USA w świecie, większość posłów DP wyznaje kult Jezusa, a Hilary Clinton podkreśla zalety wolnego rynku. Obama żałuje, ze DP daje się wciągać w manichejskie spory i np. „w odpowiedzi na integryzm religijny”, zrównuje tolerancję z sekularyzmem” (?) zamiast podjąć dyskusję religijną (s. 54), która by wyrwała religię z łap GOP. Obama postuluje by dostrzegać złożoność losów Amerykanów; rasistów z Południa, który zaprzyjaźniają się z czarnymi współpracownikami, feministek, które opłakują dawną aborcję, chrześcijankę, która opłaciła aborcję swej nastoletniej córki, i byłego członka Czarnych Panter, który zajął się rynkie nieruchomości.

Busha Obama określa jako sympatycznego człowieka, zdyscyplinowanego, lecz otwartego (s. 59), choć uważa, że czasem podczas przemówień, staje się dogmatykiem nie znoszącym sprzeciwu. Obama boleje nad tym, tak samo jak nad tym, że TV pokazuje Amerykanów jako bardziej skrajnych w poglądach niż są w rzeczywistości. Uważa, że jego objazd po miasteczkach południowego Illinois dowodzi, iż w rzeczywistości pastorzy są bardzie tolerancyjni, ubodzy łaskawsi wobec bogatych i krytyczniejsi wobec siebie, a ludzie świeccy bardziej uduchowieni, niż pokazuje TV (s. 66). Rzadko też można wg Obamy przyporządkować konkretną osobą pod etykietkę liberała czy konserwatysty. Uważa, że Demokraci popełniają błąd unikając rozmów o wartościach moralnych, a GOP – robiąc z nich młot na DP. Obama szuka więc wartości wspólnych ponad podziałami, i uważa, że taką podstawową amerykańską wartością jest wolność, nie tylko ta negatywna wynikająca z potrzeby prywatności i godności, ale też ta pozytywna wolność rozumiana jak w „Poor Richard’s Almanach” Benjamina Franklina, jako swobodę korzystania z różnych okazji (s. 70). Obama uważa Amerykanów za indywidualistów, odrzucających przeszłość i plemienność, ceniących patriotyzm i to co lokalne. USA uważa za szczęśliwe ponieważ nie doznały spazmów rewolucji jak Europa, lecz nawet i w USA patriotyzm, wiara czy dobroczynność, przeradzały się czasem w ksenofobię, fanatyzm i krępujący paternalizm (s. 71). Powiem tak, dobrze, że ktoś to zauważa, i że Obamę stać na krytykę swojego kraju. Problem polega na tym, że konserwatyści i liberałowie widzą tylko niektóre naruszenia wolności (podsłuch i nadzór nad seksualnością tak, ale interwencjonizm i kontrola broni – nie – to o konserwatystach, zaś liberałowie oburzą się na wolność prasy, ale już nie na ciężkie koszty regulacji prawnych dla drobnych przedsiębiorców). Byłoby dobrze, gdyby obie strony uznały, że każdy człowiek jest depozytariuszem jakichś godnych szacunku wartości, i nie dawali się zaślepić ideologią, jak pewien polityk GOP z senatu stanu Illinois, który potępił w czambuł fundowanie przedszkolakom śniadań, ponieważ ‘zniszczyłoby to ich poczucie samodzielności” (s. 75). Obama zwraca uwagę na to, że choć ceni wolność mediów nie lubi, jak podczas oglądania TV z dziećmi na ekranie widzi reklamy leków na zaburzenie erekcji, zwraca też uwagę na dziwne usprawiedliwienia ideowe częste w polityce, jak np. gigantyczne pensje dla menedżerów, tłumaczone np. na łamach Wall Street Journal, tym, że niby trzeba czymś przyciągnąć tych najlepszych, choć nie chciałby ich ograniczać ustawowo. Uważa, ze należy dawać pieniądze na szkoły, ale też namawiać rodziców, by stymulowali rozwój pociech. Krótko mówiąc Obama chce prymatu zdrowego rozsądku nad ideologią. Ubolewa nad cyniczną standaryzacją przebiegu kampanii wyborczej np. „obowiązkowy postój kandydata przed kościołem czarnej ludności” (s. 80). Chwali demokratę Paula Simona, swego poprzednika z senatu Illinois, za zdolność zdobywania głosów ludzi o przeciwnych niż on poglądach, ponieważ wyczuwali oni jego szczerość i wierność wartościom (s. 82). Ubolewa też Obama nad częstym stasowaniem obstrukcji w senacie i nad preferowaniem przez kolejnych prezydentów dogmatyków zamiast umiarkowanych ludzi zdolnych do konsensusu na stanowiska sędziowskie (s. 99). Obama jest wielbicielem konstytucji USA opracowanej przez Madisona i przekonania Hamiltona, iż ścieranie się partii umożliwi bardziej roztropną politykę (s. 105), która to opinia pochodziła zapewne od Montesquieu, którego pisma ojcowie założyciele znali. Za sędzia Baeyerem, Obama uważa konstytucję USA za dokument plastyczny, zmieniający się w ciągu dziejów, którego autorzy nie mogli przecież wiedzieć co wolność słowa będzie oznaczała w kontekście Internetu (nie do końca rozumiem, co miałaby oznaczać poza tym co zwykle, że każdy może powiedzieć wszystko, ale może tez być oskarżony o kłamstwo…). Obama zwraca uwagę, że ojcowie założyciele, od razu po wydaniu konstytucji zaczęli się spierać o rolę prezydenta w kształtowaniu polityki zagranicznej, o funkcje Sądu Najwyższego w procesie tworzenia prawa itd. A koncepcja Adamsa polityki bez partii i politykierstwa okazała się przestarzała, jak tylko dobiegła końca 2. Kadencja prezydencka Washingtona (s. 109-112). Konstytucja USA wg Obamy to sprzeciw wobec wszelkiego absolutyzmu, pochwała zaś rozmowy, umiaru i kompromisu. Madison chciał by „nikt nie był zmuszany do trzymania się swoich poglądów, jeśli nie był przekonany o ich słuszności i prawdziwości; wówczas gotów był przyjąć argumenty innych” (s. 113). Lincoln rozumiał refleksyjny wymiar demokracji i zawierał pewne kompromisy z Południem, by ocalić Unię (s. 116). Przestrzegał przed działaniem tak, jakbyśmy mieli pewność, ze bóg jest po naszej stronie, bo takiej pewności, nikt mieć nie może.

Następnie Obama zauważa niekonsekwencję u wyborców, która często gromi polityków, jako całą grupę społeczną, choć rzadko głosuje tak by zmienić skład ciał ustawodawczych. Obama uważa polityków za w większości ludzi szczerych i porządnych, natomiast ich zły image przypisuje strachowi przed upokorzeniem i porażką (s. 127), co pcha ich ku lobbystom i oddala od problemów zwykłych ludzi (s. 136). Tak samo odpiera Obama zarzuty wobec dziennikarzy, podkreślając, że bardziej obiektywny rodzaj dziennikarstwa pojawił się w USA dopiero po II wojnie światowej (s. 143), choć daje przykład jak jego słowa pochwały dla Lincolna – ubogiego samouka wypowiedziane w wywiadzie dla „Time”, zostały przekręcone przez „Wall Street Journal” tak, by sugerować iż Obama uważa się za drugiego Lincolna (s. 147). Ostatecznie Obama daje znać, że odczuwa brak obiektywnych dziennikarzy typu Waltera Cronkite czy Edwarda R. Murrowa i narzeka, ze dziennikarze nie zacytują cię jeśli powiesz: „rozumiem punkt widzenia mojego adwersarza”, ale „jeśli ruszysz do ataku nie opędzisz się od kamer” (s. 148). Dalej pisze Obama o ustawach tak pisanych przez ekipę Busha, by zawsze znajdował się w nich szczegół drogi sercu Demokratów, tak by przepchnąć je z większym sukcesem (s. 153) i utrudnić krytykę poczynań rządu. To wszytko nie sprzyja uczciwemu wyrażaniu swojego zdania.

Obama dużo uwagi i miejsca poświęca gospodarczej innowacyjności. Pisze na przykład o programistach Google i o tym dlaczego nie ma wśród nich Latynosów i czarnych, za to jest pełno Azjatów i mieszkańców Europy Wschodniej (s. 164), pisze o odstraszających dla młodych programistów utrudnieniach wizowych po 11 września. Obama ciekawie streszcza podejście RP i DP do problemów związanych z globalizacją i outsourcingiem. Clinton i jego skrzydło DP proponowało wolny handel, szkolenia, dyscyplinę fiskalną i inwestowanie w edukację, co nie satysfakcjonowało „robotniczej” mniejszości w partii. W GOP też zdania są podzielone, anty-imigranckie skrzydło pod ideowa wodzą Pata Buchanana (ten konserwatywny komentator i tak napsuł już krwi ekipie Busha (np. krytykuje dominującą wśród Republikanów linię neokonserwatyzmu i wpływy lobby proizraelskiego w USA. Oświadczył sarkastycznie, że „Waszyngton to terytorium znajdujące się pod okupacją Izraela”) przeszkadza Bushowi w obronie wolnego rynku tzw. „Ownership Society” – prywatyzacja, ulgi dla przedsiębiorców itd. (s. 170). Według Obamy bezczynność rządu na dłuższą metę doprowadzi do zubożenie narodu i do dalszej polaryzacji politycznej. Zdaje sobie sprawę z niechęci Amerykanów do interwencjonizmu, i z ich biznesowego, a nie roszczeniowego nastawienia, lecz przypomina, iż już kiedyś Alexander Hamilton dostrzegł potencjał we współpracy rządu i przedsiębiorców i podjął kluczowe działania umożliwiające amerykańskiemu rynkowi finansowemu start, co kolidowało z agrarnymi wizjami Jeffersona, a jednak przydało się tworząc atmosferę społecznej mobilności, która do dziś wyzwala energię narodu amerykańskiego (s. 175). Obama mógłby równie dobrze cytować samego Adama Smitha, który wcale nie był przeciwny interwencjonizmowi rządowemu, ale przykład Hamiltona czy Lincolna też jest dobry. Lincoln, jak przypomina Obama, budował kolej transkontynentalną, przyjął ustawę o osadnictwie (1862) i założył Akademię Nauk. Te działania, tak samo jak ustawy antytrustowe Th. Roosevelta, czy Rezerwa Federalna Wilsona pobudziły ekonomię (s. 177). Obama jest zdania, że działania F.D. Roosevelta zapobiegły dalszemu kurczeniu się rynku w czasie Wielkiego Kryzysu (s. 179). Ustawy opiekuńcze z 1935 roku Roosevelta odzwierciedlały jego zdanie, że ludzie głodni i pozbawieni pracy to najlepszy zaczyn dla dyktatury. Tak samo myśleli Johnson i Nixon, i warto o tym pamiętać dziś kiedy New Deal bezsensownie kojarzy się z jakimś fatalnym socjalizmem. Obama słusznie krytykuje Reagana, który straszył rozdęciem biurokracji w USA, w okresie, w którym socjalne wydatki USA, a nawet sam budżet federalny był zaledwie cząstką tego co oferowały obywatelom państwa Zachodniej Europy (s. 181). Jednak pewna chęć uporządkowania gospodarki przez państwo doprowadziła do wyboru Clintona. Obama odpiera argumenty GOP, iż nakłady na edukację nie prowadzą do sukcesu pracowniczego jednostek (s. 189), choć nie uważa, że pieniądze załatwią wszystko. Obama jest wielkim zwolennikiem lepszego kształcenia nauczycieli, i innej rzeczy niechętnie widzianej przez GOP – inwestycji w alternatywne paliwa (s. 195), co może w końcu pozbawić terrorystów narzędzi energetycznego szantażu. Przypomina mi to uwagę Billa Mahera by nie kupować diamentów, ponieważ zyski z ich sprzedaży często finansują terroryzm. Podziwia Obama brazylijskie eksperymenty z biopaliwami, i postuluje pewne uprzywilejowanie pracowników produkujących auta hybrydowe. Eksponuje negatywny przykład Ukrainy – przykład zależności energetycznej. W 1993 roku Clinton bezskutecznie próbował stworzyć w USA powszechny system opieki zdrowotnej w oparciu o wzorce europejskie i kanadyjskie, zamiast tego nastała era Busha z charakterystycznym podniesieniem budżetu wojskowego o 74% i obniżeniem podatków spadkowych oraz w ogóle podatków dla najbogatszych, co zdaniem przytaczanego przez Obamę, Warrena Buffeta ma demoralizujący a nie stymulujący wpływa na takich jak on bogaczy (s. 221). Buffet godzi jakoby dyskurs lewicy i liberałów, gdy mówi, ze zniesienie podatku spadkowego przekazuje pieniądze do rąk często nieudolnych biznesowo dziedziców.

W rozdziale VI, poświęconym relacjom wiara-polityka, Obama daje wyraz swemu zakłopotaniu, gdy chrześcijańscy fundamentaliści atakują jego wysiłki mające na celu godzić chrystianizm z pluralizmem i liberalizmem. Obama ma dość wyważony stosunek do religii, przypisując jej role podłoża zarówno postępowego abolicjonizmu, jak i destrukcyjnych populizmów (np. Williama Jenningsa Bryana). Pisze Obama o duchu lat 50. i 60. Kiedy uważano, ze religia wymrze, i o Carterze, który na fali sporów społecznych lat 60 i upolitycznienia religii (do sporów o prawa obywatelskie większość duchownych w USA stała twardo na stanowisku by oddać cesarzowi co cesarskie), jako pierwszy wprowadził język ewangelicyzmu do współczesnej polityki, choć szybko rolę ta podjęli politycy GOP (s. 232). I odtąd nastała era gdy prawicowość ocenia się na podstawie frekwencji w kościele, a lewicowość wg natężenia świeckości, a obie na podstawie podejścia do sprawy Terri Schiavo. Opisując własne religijne doświadczenia, Obama pisze wprost, że jego liberalna i ateistyczna matka nauczyła go patrzeć na religię oczami antropologa, ale jego potrzeba zakotwiczenia (w końcu dorastał w różnych miejscach m.in. w Indonezji), w końcu skłoniła go do zostania chrześcijaninem (s. 241), uznając, ze religia ta nie wymaga (sic!) od niego zaprzestania krytycznego myślenia. Można odnieść wrażenie, że Obama chciałby być żarliwszy religijnie, i nieco wstydzi się swojego sekularyzmu, lecz jednocześnie uważa, że strach sekularnego rdzenia DP przed dyskusjami o religii i moralności, działa na korzyść GOP i do nikąd nie prowadzi. Ciekawie pisze o tym, jak wyprowadzał go z równowagi fanatyzm jego rywala w wyborach Alana Keysa, który uważał się za prawdziwszego chrześcijanina od Obamy (s. 245). Obama uznał więc za stosowne, ze kiedy Jefferson i Madison wbrew Patrickowi Henry’emu i Johnowi Adamsowi (s. 252) przeforsowali w konstytucji, wzorowany na Wirginii rozdział kościołów i państwa, np. baptyści potrafili docenić tą zasadę i dostrzec w niej wiele zalet. A więc w domyśle mogliby uczynić to znów.

Jeśli chodzi o kwestie rasowe, Obama, podobnie jak choćby Morgan Freeman, nie wyróżnia czarnej historii od historii Ameryki (s. 267). Ta część książki Obamy jest szczególnie interesująca, ale mnogość szczegółów czyni ją trudną do streszczenia. Pisze np. o tym, że czasem przed restauracją kierowcy rzucają mu kluczyki, o „liberałach w białych rękawiczkach” – czyli jeżdżących Volvo i pijących białe wino i cafe latte, programowych antyrasistach, gotowych, jak mawiają ci z GOP: „poprzeć każdą przegraną sprawę” (s. 270-271), o akcji afirmatywnej jako złu koniecznym, i o zaniku tendencji do zakładania rodzin wśród młodych czarnych mężczyzn, co wynika po części z tego, że duży ich procent pracuje w fabrykach, którym zagrażają outsourcingi (s. 283-285), o tym, że los czarnej biedoty już nie wywołuje współczucia białych, którzy nie czują już poczucia winy za niewolnictwo, i o czarnych, którzy w większości przestają narzekać na skutki niewolnictwa, ale czasem jeszcze z nawyku każdą niepopularną decyzję nazywają rasistowską (s. 294). Pisze też o Latynosach, którzy nie stanowią już wspólnego frontu z czarnymi, bo ci zaczynają się bać ich konkurencji równie bardzo jak biali. Wielki przypływ Latynosów postrzega jednak Obama jako szansę dla USA (s. 302), które wejdą pod względem demograficznym i produkcyjnym w XXI wieku na warunkach korzystniejszych niż kraje UE czy Japonia.

W kolejnym rozdziale poświęconym polityce zagranicznej USA, Obama ciekawie pisze o Indonezji, jej komunistycznym wybiciu się na niepodległość, potem o sojuszu Suharto z USA, i o krachu 1997 roku, który wzmocniony pogłoskami o spekulacjach finansistów Zachodu przeciw Indonezji (s. 319-320), wywołał epidemię skrajnego islamizmu, w tym dość umiarkowanym dotąd kraju. Następnie Obama rozpisuje się o tradycji polityki zagranicznej USA, izolacjonizmu Johna Q. Adamsa, oraz podejściu Trumana, który uważał, ze sama siła USA wszystkich problemów świata nie rozwiąże (s. 328). Za wiarę, iż rozwiąże, i ze liczy się tylko twarda siła, a nie perswazja, Obama krytykuje Reagana, choć chwali jego zaangażowanie dla próby niesienia wolności Europie Wschodniej (jak pisze wielokrotnie kłócił się o to z kolegami Demokratami, uważając, że ofiary ZSRR są tak samo godne współczucia i pomocy, jak ofiary Pinocheta). Pisze o sympatii Francuzów dla USA po zamachu 2001 roku (s. 337) i o pułapce jaką okazał się Irak, gdzie pomysłowi Amerykanie współdziałają z rozmaitymi marionetkowymi szyickimi politykami, by uczynić życie mieszkańców Bagdadu i okolic znośniejszym (s. 344). Obama radzi naśladować Trumana, rozwijać miękką siłę i nauczyć się doceniać ONZ, ponieważ na rozsądnej działalności w ramach ciał międzynarodowych, nikt nie ma tyle do zyskania co USA.

Bardzo ciekawy jest rozdział IX dotyczący rodziny. Obama pisze, iż obecnie przeciętna rodzina, w której pracuje jedynie mąż-ojciec ma pułap dochodów (jak uwzględnić inflację i wzrost kosztów edukacji), równy 3/5 lub 4/5 dochodów sprzed 2-3 dekad. A więc matki nie tyle chcą, co muszą pracować, i to temu oraz coraz bardziej specjalistycznemu charakterowi pracy (długie szkolenie do zawodu), a nie ruchom gejów czy antyrodzinnej „propagandzie” z Hollywood – przypisuje Obama spadek popularności zakładania rodzin (s. 382). Odkryciem była dla mnie informacja, że konserwatywnie nastawieni czarni mężczyźni bardzo często nie zakładają rodzin, ponieważ wiedzą, że ich dochody nie pozwolą im na bycie superzaradnym ojcem na wzór lat 50, tak bardzo czują iż odstają od tego standardu (s. 399), że wolą nie czuć rozczarowań. Słusznie pisze Obama o zaporowych cenach opiekunek do dzieci i o pozostającymi daleko w tyle za Europą, amerykańskim systemem przedszkoli (chwali brytyjską „Kampanię na rzecz zrównoważenia pracy i życia – s. 395). Dobrze, że Amerykanie mają za prezydenta kogoś, kto w prostych słowach tłumaczy im takie sprawy. Sam dziwię się czemu tak łatwo oddaje się pola konserwatystom rzucającym gromy na permisywizm i gejów, skoro spadek dzietności to rezultat specjalizacji, komputeryzacji, globalizacji i urbanizacji…

Wygląda na to, że USA jest w dobrych rękach. Obama nie jest nawiedzonym socjalistą, lecz rozumiejącym globalną gospodarkę człowiekiem świadomym czekających go zadań. Myślę, że jego znajomość Kenii i Indonezji to nie wada lecz atut. Nic dziwnego, że wybrali go po raz drugi, mimo milionów włożonych w kampanię Romneya.

piątek, 8 marca 2013

Ludwig von Mises: „Mentalność antykapitalistyczna”



Warszawskie wydawnictwo Pafere postanowiło w zeszłym roku wydać po polsku książkę Ludwiga von Misesa z 1956 roku, austriackiego arystokraty i ekonomisty, który w 1931 roku wyemigrował do Londynu, a następnie Genewy i USA (1940). Bardzo cenię Ludwiga von Misesa za uczciwość w traktowaniu tematu wolności. Był to jeden z tych autorów, którzy w sposób najuczciwszy intelektualnie omawiali temat wolności gospodarczej i społecznej, i choć nie ze wszystkim mogę się zgodzić, choćby dlatego, że jego postulaty są na mój gust trochę za blisko nierealnego „państwa-minumum”, to jednak doceniam, iż zauważył wspólnego antyliberalnego zęba religii i socjalizmu, oto cytaty z 29 rozdziału IV części książki Ludwiga Misesa „Socjalizm: analiza ekonomiczna i socjologiczna” (Socialism: An Economic and Sociological Analysis 1922, 1932, 1951) :

„…Oczekiwanie na wprowadzenie nowego porządku przez Boga, kiedy nadejdzie właściwy czas oraz ukierunkowanie wszystkich działań i myśli na przyszłe Królestwo Boże nadaje nauczaniu Jezusa całkowicie negatywny charakter. Odrzuca On wszystko, co istnieje, nie oferując nic w zamian. Dochodzi On aż do punktu unieważnienia wszystkich więzi społecznych… Jego gorliwość w niszczeniu więzi społecznych nie ma granic. Siłą stojącą za czystością i mocą tej całkowitej negacji jest ekstatyczna inspiracja i nadzieja na przyjście nowego świata. Stąd pełen pasji atak na wszystko, co istnieje… Byłoby głupotą utrzymywać, że Oświecenie osłabiające wpływ religii na masy społeczne przygotowało grunt pod socjalizm. Wprost przeciwnie, to opór, jaki Kościół stawiał wobec rozprzestrzeniania się idei liberalnych umożliwił nadejście niszczycielskiej pogardzie współczesnej myśli socjalistycznej. Kościół nie tylko nie zrobił nic, by ugasić ten pożar, ale wręcz pomógł mu rosnąć… Doktryna chrześcijańska oddzielona od kontekstu, w jakim głosił ją Chrystus – oczekiwania na rychłe przyjście Królestwa Bożego – może być niezwykle destrukcyjna. Nigdy i nigdzie nie da się stworzyć systemu etyki społecznej wspierającego współpracę w ramach społeczeństwa, jeśli będzie on oparty na doktrynie, która zabrania troski o środki do życia i pracę jednocześnie wyrażając wściekłą pogardę wobec bogaczy, głosząc nienawiść do rodziny i popierając dobrowolną kastrację… Kościół jest potęgą tak wielką, że jego wrogość wobec sił, które tworzyły społeczeństwo wystarczy do rozbicia na kawałki całej naszej kultury. W ostatnich dziesięcioleciach obserwowaliśmy z przerażeniem przekształcanie się Kościoła we wroga społeczeństwa. Kościół Katolicki, jak również wspólnoty protestanckie są jednymi z ważniejszych czynników odpowiedzialnych za powszechne występowanie idei destrukcyjnych w dzisiejszym świecie… Liberalizm jest kwiatem wyrosłym z racjonalistycznego Oświecenia, które zadało śmiertelny cios rządom starego Kościoła i zarazem źródłem współczesnego krytycyzmu historycznego. To liberalizm osłabił władzę klas, które przez stulecia były blisko związane z Kościołem. Zmienił on świat w stopniu większym, niż kiedykolwiek uczyniło to chrześcijaństwo. Przywrócił ludzkość do świata i do życia. Obudził on siły, które wstrząsnęły fundamentami bezwładnego tradycjonalizmu, na którym opierała się nauka Kościoła. Nowe spojrzenie sprawiło Kościołowi wiele kłopotów, do tego stopnia, że nie przystosował się on jeszcze nawet do zewnętrznych wyrazów nowej epoki…”.

Każdemu liberalnemu sekularyście słowa te przypadną do gustu, zwłaszcza, ze nadal roi się od nawiedzonych jezuitów jak Thomas Woods próbujących wciskać nam, że KrK był zawsze ostoją wolności, zwłaszcza gospodarczej. Ciekawej, że korwinowskie z ducha wydawnictwo „Pafere” akurat tej książki nie wydało, lecz musiało to zrobić wydawnictwo: „Arcana” . Zamierzam dotrzeć do tej pozycji, lecz na razie zająłem się „Mentalnością antykapitalistyczną”. Przesłaniem tej książki jest: „Wszyscy, którzy ze względów etycznych odrzucają kapitalizm jako system niesprawiedliwy, oszukują samych siebie”. Zobaczmy co pisze von Mises.

Jan Michał Małek w przedmowie do wydania daje znać swemu katolicyzmowi, pisząc o naszym przekonaniu, pochodzącym z serialu „Dynastia”, że bogacze to „klasa niemoralnych nierobów” (s. 7), nierobów tak, ale przecież moralnych że hoho! Zawsze zanim do łóżeczka zawierali kościelne związki małżeńskie. Taki żarcik, dalej już poważniej, jako że przechodzimy do samego Misesa.

Mises uważa, że rząd USA później niż rządy innych państw przyjął politykę interwencji w prywatną przedsiębiorczość, lecz niestety wielu tamtejszych intelektualistów chciałoby powrotu do czasów sprzed rewolucji przemysłowej (s. 9). Takim mędrcom kapitalizm kojarzy się z pornografią, zgnilizną i zyskiem, który gardzi szaraczkiem, chociaż jak przekonuje Mises kapitalizm, nobilituje przeciętnego człowieka bardziej niż jakikolwiek inny system, staje się on bowiem ‘wszechwładnym konsumentem”. Gmin od wieków poniżany na każdym kroku, po rewolucji przemysłowej staje się „kupującą publicznością”, klientem, który ma zawsze rację (s. 10-12). Mises wychodzi z założenia, ze masy nie są głupie i ignoranckie na tyle, by potrzebowały opiekuna , który myśli za nie. Uważa też, że ludzie maja naturalną dążność do pomnażania swego dobrobytu (s. 14). Nie cierpi Mises, gdy porównuje się kapitalistów z feudałami, którzy mieli dobra pochodzące z podboju, nie zaopatrywali gminu w żadne artykuły i nie interesował ich jego los (s. 16). W feudalnym systemie człowiek jest członkiem warstwy, a nie obywatelem, mówi często nawet w innym języku niż feudał; w XVII i XVIII-wiecznych Niemczech; arystokraci mówili po francusku, szlachta średnia – w Hochdeutsch, a gmin – w swych gwarach i dialektach. Feudała promował zmysł polityczny, np. dobry wybór obozu w wojnie domowej, a nie talent przedsiębiorczy. Drażnią Misesa bajki o rzekomej prawości arystokratów, jako warstwy (s. 18). Bajki te rozpowszechnia część dzisiejszej inteligencji, ponieważ kapitalizm nie podpada pod akademickie rozważania o prawdziwej wartości człowieka (s. 19.), po za tym na wolnym rynku za fiasko możesz winić jedynie siebie, stąd morze urażonych ambicji – jest to jak mówi Mises postawa włóczęgi wobec człowieka ze stałą pracą (s. 22).

Za pierwszego z niemieckojęzycznych wrogów kapitalizmu uważa Mises Justusa Mösera (1720-1794), konserwatystę z Osnabrück, który był np. przeciwny awansowi oficerów na podstawie zasług, nie zaś urodzenia. Möser uważał, ze życie w społeczeństwie, w którym status zależy od osobistych zdolności będzie nie do zniesienia, ludzie będą ustawicznie z siebie niezadowoleni (s. 23-24). Mises urywa ten temat, chociaż jest on ciekawy, np. o demokracji jako ustroju opartym na zazdrości pisał pięknie Tocqueville, jednak czyż nie warto tej ceny zapłacić za równe prawa. Zdaniem Misesa takie opinie jak Mösera, powstają na skutek braku styczności większości ludzi z przedsiębiorcami, ten brak kontaktów powoduje, że wielu uważa, ze to nie talent, lecz niepojęta magia giełdy dała biznesmenom bogactwa (s. 26). Tak ocenia w USA wielu akademików, swych dawnych kolegów, którzy zostali biznesmenami. Bardzo ciekawe porównanie snuje Mises między wyższymi warstwami w Europie, pluralistycznymi i otwartymi na pisarzy i artystów, które czytają te same książki i dyskutują na podobne tematy, żyją również podobnie, jeśliby pominąć status majątkowy. W USA nie ma LE MONDE Est SOCIETY, bogacze trzymający się z dala od intelektualistów i artystów i pasjonują sportem (s. 28-29). Stąd akademik w USA łatwiej uzna bogacza za bogatego barbarzyńcę, a profesor łatwiej będzie pogardzał studentami-sportowcami, fizycy łatwiej chorują na komunistyczne sympatie, bogacze sami się niemal podkładają. Urzędnik natomiast i w USA i w Europie nie pojmuje zwykle czym jego praca różni się od pracy biznesmena, albo jego dyrektora-przedsiębiorcy. Lenin, którego Mises uważa za typowego urzędnika, rozróżniał między pracą przedsiębiorcy i pracą specjalisty np. inżyniera, ale nie pojmował że przedsiębiorca musi opierać się w swych kalkulacjach na przewidywaniach przyszłości i rozmaitych trendów (s. 33). Lenin czerpał wiedze o kapitale z opowiadań kolegów-urzędników, co potwierdza zdanie Lenina, iż: „księgowość i kontrola” są podstawą życia społecznego. Tak samo jest z urażonymi kuzynami w rodzinie patrycjuszowskiej, w której pojedyncza głowa rodu gra na rynku, a kuzyni kształcą się w szkołach o anty-groszorowbowej mentalności, następnie zaś pogrążają w hazardzie i hulankach, a o wszystkie niepowodzenia winią jedynego bread-winnera w rodzie. „Kuzyni”, jak Marx są przekonani, ze kapitał przynosi zyski automatycznie, więc nie cenią pracy głowy rodu (s. 38). Antykapitalizm Hollywood z kolej polega na tym, że reżyser ma do czynienia z nieprzewidywalnymi kaprysami odbiorców, natomiast kapitalista bazuje na konkretnych zaletach produktu (s. 39-40). Ten akurat argument mnie nie do końca przekonuję, są bowiem tematy nośne w nieskończoność; jak odważny gość ze spluwą przeciw światu, co wydaje się czymś niemal tak pewnym jak to, ze ludzie zawsze będą potrzebować dobrego chleba, wina, kołyski i urny.

Naukowcy-pozytywiści, zdaniem Misesa nie pojmują ekonomii, bo wierzą, ze postęp społeczny może pojawić się, a nawet musi pojawić się w każdym systemie gospodarczym, nie tylko w kapitalizmie (s. 44). To kolejna grupa o mentalności antykapitalistycznej. Marx uważał, że materialne siły produkcji są niezależne od woli człowieka i bronią się przed społecznym usidleniem. Marx uważał, że niezgłębione prawa historii skazały feudalizm na klęskę i ostrzegał przed próbami zawracania biegu historii. Ten samoistny postęp, w jaki wierzy lewica, powoduje, ze lewicowcy nie cenią groszorobów, związkowiec zaś nie myśli, ze jakiś indywidualny pracodawca ma prawo wpływać na standard życia (s. 46.). Tymczasem Mises dowodzi, że większą produktywność zawdzięczamy nie historii, a lepszym maszynom, więc postęp ekonomiczny nie jest mitycznym tworem, lecz suma konkretnych działań ludzkich. Oszczędzanie kapitału odpowiada dawnemu gromadzeniu żywności, zaś w kapitalizmie przyczyną biedy nigdy nie jest bogactwo kogoś innego (s. 51).

Oświecenie podcięło skrzydła kościołom, arystokracji i monarchom, ale zachowało ich przecież przy życiu i w dobrym zdrowiu, co dało im szansę by w swych urazach zwrócić się ku socjalizmowi (s. 52). Romanowowie zwalczali burżuazję i jej głosy wołające o konstytucjonalizm, wykorzystując związki zawodowe. W KAŻDYM europejskim kraju arystokraci popierają zdaniem Misesa socjalizm, teologowie tacy jak Szwajcarzy; Barth i Brumer, Amerykanie Niebuhr i Tillich, arcybiskup Canterbury William Temple jakwie potępiali kapitalizm oskarżając go za czyny bolszewików (sic!). Sir William Harcourt wołał: „wszyscy jesteśmy socjalistami”. Mises uważa, że wśród wrogów kapitalizmu są i fanatycy religijni i ateiści, i pisarze i całe partie, łączy ich tylko zazdrość i gniew wobec kapitalistów. Jest to często zawiść ignoranta, który też by chciał, ale nie wie jak. Kapitalizm popiera ludzi z pomysłami, a konsument ogranicza nieskrępowaną wolność na rynku (s. 56). Mimo iż przed kapitalizmem pisarze nie mogli się utrzymać z samego pisania (faktycznie pierwszym o ile mi wiadomo był w latach 60. XVIII wieku Tobias Smollett, autor powieści pisarskich, ale nawet w XIX wieku James i John S. Millowie zarabiali na życie pracą w EIC), i starzy liberałowie XVIII i XIX cieszyli się z rozwoju rynku księgarskiego, to duma pisarzy – ich nonkonformizm, każe im gryźć rękę jaka ich karmi, tak traktowali dawniej swych mecenasów, a teraz kapitalistów (s. 59.). Stąd tak częste są kryminały jak te Edgara Wallace’a, w których burżuj szanowany powszechnie okazuje się zbójem, a także podobne wątki u Ibsena (od razu przyszedł mi do głowy por. Columbo w swym starym prochowcu). Milton w 1644 roku i Mill w 1859 roku dowodzili, ze tylko tam, gdzie środki produkcji są prywatne jest wolność prasy i wydawnictw. W konserwatywnym porządku mamy zwykle cenzurę, a socjaliści tam gdzie rządza stosują bojkot dzieł wybranych autorów (s. 62). Pisarze obwiniają kapitalizm, za jego niezdolność do kształtowania dobrego smaku, ale to nigdy nie było jego zadaniem.

Z drugiej strony jednak w naszych czasach pisarze coraz mniej odważnie atakują władzę. Mises miał na myśli potulnych autorów lat 50, i porównywał ich z Gilbertem i Sullivanem, Offenbachem (np. „Wielka księżna de Gérolstein”) czy Mozartem („Wesele Figara”), którzy jawnie drwili z władzy (s. 64). Dowcipy o związkowcach czy biurokratach w USA lat 50., rzadko były tolerowane, natomiast mainstreamem był dogmatyczny socjalizm będący mieszanką marksizmu, fabianizmu i technokratyzmu. Nie drwiono z interwencjonizmu, który zdaniem Misesa rozbudowuje kredyty, wywołuje kryzysy, w następstwie czego prowadzi do inflacji, wzrostu cen, windowania płac i bezrobocia, lecz chwalono mitycznych „ludzi pracy”. Może teraz jest trochę lepiej, w końcu jesteśmy w epoce Dave’a Allena i Monty Pythona…

Koncepcję „trzeciej drogi” uważa Mises nie za dyskusję o dystrybucji, lecz o to czy wdrażać kapitalizm czy socjalizm. To moim zdaniem stawia sprawy zbyt ostro, bliżej mi do tzw. rewizjonistycznych liberałów utylitarystów lat 30 i 40, lecz musze przyznać mu rację, gdy postuluje byśmy skończyli z głupim podziałam na komunizm i socjalizm, w końcu Marx był socjalistą i autorem „Manifestu komunistycznego”, dlatego, wg Misesa, błądzą ci, co myślą, ze socjalizm i planowanie są odtrutką na komunizm. Ja tak bym tego nie ujął, ale faktem jest przecież, że wprowadzane przez konserwatystów (Bismarck) i rewizjonistycznych liberałów (Lloyd George) państwo socjalne stanowiło przecież zaporę dla rewolucyjnego komunizmu! Mise przytacza uwagi Marxa i Engelsa, którzy uważali, że interwencjonizm to pierwszy krok w stronę pełnego komunizmu (s. 72). Tu właśnie Mises staje się trochę dogmatykiem, w końcu z ataki krok uważali M. i E. także demokrację, czy w związku z tym, demokracja też jest skażona komunizmem??? Rozumiem, ze zdaniem Misesa interwencjonizm nigdy nie pomaga (nie zgadzam się państwowa pomoc pomogła bardzo kapitalizmowi XIX- i XX-wiecznych Niemiec i Japonii), ale koncepcja „pierwszego kroku do piekła”, cuchnie mi chrystianizmem, co dziwi u człowieka impregnowanego skądinąd na chrześcijańską propagandę.

Zgadzam się natomiast z Misesem, że bogacze jak np. Zola piszą o nędzy po socjalistycznemu, bo nie znają biednych (s. 74). Ci z awansu społecznego nie robią wiele, by tą optykę odwrócić, wolą uprawiać soc-kaznodziejstwo. Zarzuty, że z technologii nie korzystają wszyscy to absurd, medycyna? A żywność, transport? Ruskina, Carlyle’a i Shawa uznał Mises za grabarzy brytyjskiej wolności, cywilizacji i dobrobytu (s. 82). Ruskin zwalczał nauczanie ekonomii politycznej, wychwalał wojny i urojony honor, skazano go jednak za obrazę Whistlera. Romantycy i esteci uważają kapitalizm za tandetę, w końcu kapitaliści nie budują Wersalów i Sansouci.

Choć wróg pozytywizmu, Mises nie pochwala też doktryny praw naturalnych, gdyż uważa, że natura nie jest hojna lecz skąpa (s. 86), ludzki geniusz musi wyrywać swój dostatek od niej. Stąd niezrozumienie między kapitalistami a kościołami zaangażowanymi w pomoc dla Trzeciego Świata (w 1948 roku światowa rada kościołów – protestancka ekumenia, uznała , że sprawiedliwość wymaga, by Azja i Afryka miały więcej maszyn). Tymczasem kapitał nie jest jakimś darem od boga, lecz wynikiem oszczędzania jak mówi Mises (s. 89). Azja po prostu nie zna liberalizmu, ani idei niezależności jednostki od państwa, lecz wdraża ideał despocji Platona. Azjaci często myślą, że bogactwo bogatych równa się biedzie biednych, nie widzą pierwiastka samodzielności w podejmowaniu własnych decyzji, które są już a Antygonie Sofoklesa i IX Symfonii Beethovena (s. 105). Bismarck i Metternich również po platońsku zwalczali wolność. Jednak Fryderyk Wilhelm III walczył o usunięcie studiów klasycznych w szkołach, bo obok platonizmu, dostarczały one liberalnych koncepcji w republikańskim wydaniu (s. 97). Chyba trochę Mises przesadza, choć faktycznie np. liberał Humboldt ubolewał nad takimi próbami.

Wielu jak np. Harold Laski uważało, że komunista w ZSRR cieszy się pełnią wolności, niczym obywatel na Zachodzie, a może i większą, co kontrastowało niby z obrazem życia w państwie Mussoliniego czy Hitlera. Jednocześnie wielu sympatyków lewicy fałszuje obraz życia i poglądów Marxa, zapominając, ze np. Prusy odmówiły mu prawa pobytu nie jako socjaliście, lecz cudzoziemcowi ! (s. 100). Mocno dostaje się także konserwatystom (s. 107):

„…Konserwatyzm jest sprzeczny z ideą ludzkiej aktywności i służył jako program tym, którym nie chciało się podjąć wysiłku narzucanemu im przez aktywną mniejszość, mimo iż miał on na celu poprawę ich własnych warunków życia…”. To równe rozdawanie ciosów na prawo i lewo stanowi o wielkiej wartości myśli Misesa. Wrogami kapitalizmu byli i są prawicowcy i ich tradycyjne cechy i gildie, ale i luddyści, syndykaliści Georgesa Sorela, naziści, komuniści, „antykomunistyczni liberałowie” z USA rozróżniający między socjalizmem i komunizmem (Mises woła: kapitalizm, albo barbarzyństwo!), zwolennikami zaś: William Jevons, Leon Walras, Knut Wicksell, czy Carl Menger - założyciel szkoły austriackiej, problem polegał na tym, że wszystko co napisane w języku niemieckim, po I wojnie światowej, było wyklęte w UK i USA!

Czytając Misesa dochodzi się do wniosku, że kapitalizm łatwo robi sobie wrogów, wśród ludzi urażonych, próżnych, biernych, przeciętnie uzdolnionych i leniwych. To chyba świadczy o wartości kapitalizmu.

czwartek, 7 marca 2013

Roger Scruton – czyli konserwatywny obraz świata i moja liberalna odpowiedź



Dostrzegam w naszym kraju pewną tendencję do zamierania dyskusji i polemiki między reprezentantami równych ideologii politycznych. Jako liberał i eks-konserwatysta jestem tym faktem dość zaniepokojony, ponieważ nie od dziś widać, ze konserwatywny pesymizm i odwoływanie się do emocji, do tego co rzekomo wzniosłe i „naturalne” często wychodzi społeczeństwom bokiem, a sacrosanctum konserwatywnej prawicy – tj. tradycja, jeśli ja traktować poważnie, powoduje rozbicie społeczeństwa na kompletnie nierozumiejące się wzajem jednostki. Liberał atakuje tradycję, by umożliwić dialog. Dlatego niezbędne jest niezostawianie konserwatywnych bajań i twierdzeń bez odpowiedzi ze strony żółtego centrum, czyli liberałów właśnie. Stąd wpadłem na pomysł zapoczątkowania serii artykułów-recenzji, punktujących twierdzenia zawarte w książkach najbłyskotliwszych konserwatystów, oraz by zacząć ową serię, od najsłynniejszego brytyjskiego autora konserwatywnego Rogera Scrutona, myśliciela niestety wpływowego w naszym kraju.

Roger Scruton (ur. 1944), angielski filozof rodem z Manchesteru, zajmuje się głównie filozofią estetyki i doktryną konserwatywną. Był jednym z tych intelektualistów brytyjskich, jacy byli zaangażowani w podziemne antykomunistyczne nauczanie w Europie Wschodniej w czasach zimnej wojny. Zdecydowanym konserwatystą stał się pod wpływem paryskich wydarzeń z 1968 roku, kiedy to zaskoczył go marksistowski bełkot „rewolucjonistów” z klasy średniej. W książce: The Meaning of Conservatism (1980), przetłumaczonej na polski w 2002 roku (tłumaczenie oparte na jednym z kolejnych wydań z 2001 roku) pt.: „Co znaczy konserwatyzm”, stanął po stronie heglowsko-torysowskiej myśli prawicowej. Za Burke’m uznał, ze spoiwem społeczeństwa są rządy prawa rozumiane jako autorytet i posłuszeństwo. Wolność „prawdziwą: uznał za drugą stronę posłuszeństwa, które rzekomo wcale się nie kłóci z wolnością w ogóle. Uznał, ze antyrewolucyjne argumenty Burke’a świetnie odnoszą się do socjalizmu XX wieku. Przesądy np. dotyczące ról społecznych płci uznał za porządkujące i stabilizujące społeczeństwo, czyniąc je przewidywalnym. W innej pracy: Arguments for Conservatism (2006) apelował, by nie wynosić abstrakcyjnego narodu nad namacalny lud, by nie wywoływać wojen, i jest to jeden z niewielu postulatów tego autora z jakim się zgadzam, podobnie jak z jego potępieniem postmodernizmu jako próby rezygnacji z postulatu dążenia do obiektywnej prawdy. Scruton nawołuje często, by nie używać prawodawstwa jako broni. Religię uważa, obok własności i prawa za źródło kreowania autorytetów, a totalitaryzm – za Alainem Besançonem uważa za transcendentalną negację, która niszczy owe źródła. Nie dostrzega – rzecz jasna – wspólnego mianownika między totalitaryzmem a religią zorganizowaną – jak czynili to sławni liberałowie (Ludwig von Mises, Ayn Rand etc.), albo kreowany na konserwatystę liberał-ateista David Hume. Dla Scrutona religia to co najwyżej konkurentka/ofiara totalitaryzmu. Jak to zazwyczaj u konserwatystów bywa, dla Scutona autorytety są dobre - bo „działają”. Nie zastanawia się wiele nad ich mandatem do bycia takowymi.

„Co znaczy konserwatyzm” jest próbą zdefiniowania postaw konserwatystów, którzy, jak pisze sam Scruton, zwykle instynktownie bronią tego co swojskie przed tym co „nowe, nieznane i niesprawdzone”. Scruton, choć nie jest nacjonalistą (konsekwentny konserwatyzm jest niełatwy do pogodzenia z nacjonalizmem, będącym często bardzo konstruktywistycznym nurtem), wierzy, że: „gdzieś pod wzburzoną powierzchnią opinii leży niewypowiedziana jedność” . Jak to konserwatysta, Scruton uważa społeczeństwo za organizm, który można hodować, odurzyć i zabić, w odróżnieniu od liberałów, którzy uważają, że społeczeństwo i państwo (granica między państwem i społeczeństwem u konserwatystów jest często niewidoczna) to mechanizmy. Scruton ideę polityki jako środka do osiągania celów wiąże z myślą liberalną i socjalistyczną, a więc z doktrynami, na których kształt w dużej mierze miało wpływ oświecenie. Te idee „abstrakcyjne” są, zdaniem Scrutona zbyt mało zgrane ze społeczeństwem, dlatego często mu szkodzą. Polityka, powinna być, zdaniem Scrutona celem samym w sobie. Nie zastanawia się nad tym, że bez ideologii trudno mówić o polityce w szerszym kontekście… Scrutonowi nie podoba się też współczesny model nauczania, w którym decyduje potrzeba przyszłego pracodawcy. Pisze Scruton: „metody nauczycieli nie sytuują w centrum ucznia, ale naukę, skupiają się na temacie – nie na rozważaniach o przydatności jakiejś partii wiedzy. Właściwie wykształcona osoba to bowiem taka, od której określoną partię wiedzy wyegzekwowano” . Stąd krytyka tego autora rozmaitych przedmiotów interdyscyplinarnych: gender studies czy Communications Studies, które są ponoć wymagane przez zmieniającą się gospodarkę. Choć sam jako historyk cierpię z powodu rozrostu takich studiów (musiałem przemienić się w politologa i wykładowcę z dziedziny bezp. narodowego) nie za bardzo rozumiem, jak Scruton wyobraża sobie naukę „skoncentrowaną na uczniu”… Scruton oczywiście krytykuje też UE jako twór sztuczny, oderwany od organizmów narodowych i narodowych interesów, itd… To ostatnie jest nawet logiczne, skoro państwa to organizmy, a Unia jest nad-państwem, co nie znaczy, że można się z tym zgodzić. Scruton wierzy w coś ponad zwykłą polityką, ale jest to niestety bóg, a nie lepsza zorientowana na przyszłość polityka. Trudno mieć doń pretensje, już wielki liberał Friedrich von Hayek zauważył, że konserwatyści są w istocie bezideowi, ponieważ nie wierzą, że człowiek jest zdolny w ogóle wyprodukować jakąś ideę, stąd oportunizm i zmienność konserwatystów:

„…To konserwatyści regularnie zawierali kompromisy z socjalizmem, a także koncentrowali na sobie uwagę należącą się działaniom socjalistów. Jako orędownicy Drogi Pośredniej bez własnych celów, konserwatyści kierowali się przekonaniem, że prawda musi znajdować się gdzieś między skrajnościami. W rezultacie zmieniali swoje położenie za każdym razem, kiedy na którymkolwiek ze skrzydeł pojawiał się ruch o bardziej radykalnym charakterze. Dlatego stanowisko, które w dowolnym momencie jest właściwie określone jako konserwatywne zależy od aktualnych tendencji. Ponieważ ostatnich kilka dekad to przewaga dążności socjalistycznych, mogłoby się wydawać, że zarówno konserwatyści, jak liberałowie mają na celu ich hamowanie. Rzecz jednak w tym, że liberalizm chce dokądś zmierzać, a nie pozostawać w bezruchu …”.

Czasami wydaje mi się, że konserwatyzm to strach przed ludźmi podniesiony do rangi ideologii. Do dziś pukam się w czoło, na myśl, że kiedyś uważałem się za konserwatystę. Przejdźmy jednak konkretnie do pierwszej z dwóch książek Scrutona, jaką chce tu omówić. W: „Co znaczy konserwatyzm” przede wszystkim interesowały mnie przykłady typowego dla konserwatystów bardzo niestarannego i wybiórczego sposobu myślenia. We wstępie Scruton pisze, iż pisał ta książkę, gdy Conservative Party wygrywała wybory pod hasłem wolności, więc postanowił przypomnieć, że w konserwatyzmie chodzi nie o wolność, lecz o autorytet. A głoszenie, przez CP wolności, uważa za efekt zbyt silnego sojuszu z liberałami przeciw ZSRR i komunistom. Następnie mamy zrzędzenie, że na konserwatystów w latach 80 zawsze zrzucano ciężar dowodu (nikt tego nie lubi), i o tym, że nieco przychylniejsza dla konserwatyzmu atmosfera wyłoniła się wraz ze zwycięstwem „Solidarności” i wojsk UK na Falklandach/Malwinach. O „S” rozpisuje się autor, iż stanowiła rewolucje przeciw gospodarce planowej, ateizmowi i socjalizmowi . Zapewne nie zdaje sobie sprawy, że postulaty Solidaruchów były jeszcze bardziej socjalistyczne niż linia PZPR, ani z tego, ze przynajmniej 60% składu PZPR byli to katolicy, a członkowie „S” chcieli nie tylko przywrócić religię społeczeństwu, lecz zęby religii, co widzimy dziś wyraźnie, skoro w agresywności religijnej w Europie bije nast. Tylko państwo-klasztor – Malta. Natomiast rozważania Scrutona o renesansie patriotyzmu w czasie wojny falklandzkiej wydają mi się zupełnie nie na temat.

Dalej czytamy o tym, że Scruton był jako konserwatysta izolowany w Birbeck College przez lewicowców i liberałów, a jedyna siostrzaną duszę miał we Włoszce, niejakiej Nunzii, która oblepiała swoją gablotę facjatami Wojtyły, robiąc na złość reszcie kadry. Widać wyraźnie, że religijność dla Scrutona jest bardzo ważna, motywów religijnych – na opak – dopatruje się w owej reszcie kadry, która ponoć cichcem sympatyzowała z ZSRR, mimo manifestowania swego przywiązania do idei praw człowieka (s. 10). Dalej pisze Scruton o tym, ze naturalne prawa człowieka, wynikają z codziennego obcowania ludzi, a nie idei liberalnych – możliwe – w końcu Hume uważał to samo, ale zapomina, że to liberałowie jako pierwsi się nimi poważnie zajęli rozwijając konstytucjonalizm. Scruton przekręca znaczenie praw naturalnych, heglowsko atakując je na gruncie prawa stanowionego wg tradycji lokalnej, co liberał Popper skwitowałby zapewne swym anty-heglowskim zdaniem, iż pozytywizm prawny to doktryna, która uznaje, że siła jest prawem. Przesadza Scruton co do różnic w postrzeganiu praw naturalnych przez liberałów takich jak Nozick (libertariański „heretyk” przecież), czy Rawls, oraz biadoli nad sprzecznościami zaleceń Europejskiego Trybunału Praw Człowieka – zupełnie jakby lokalne systemy prawne, były klarowniejsze…

Dalej cytuje Scruton Hookera (ten XVII-wieczny konserwatysta narzekał, że zawsze znajdzie słuchaczy, ten co powie ludziom, ze mogliby być lepiej rządzeni) i Disraeliego, który uważał, że nie powinny w ogóle istnieć żadne plany i projekty przebudowy państwa … Scruton stara się udowodnić, że (uniwersalna) myśl konserwatywna istnieje, choć tradycje w każdym rejonie są inne, i konserwatyzm nie posiada uniwersalnego celu. Tutaj dodam, że faktycznie, może jego jedynym celem jest utrzymanie się starych pryków u władzy… - według Scrutona tym celem jest „dobrze rządzenie” bieżące (manifest szefa CP Peela z 1834 roku głosił, że CP odwołuje się do wielkiej części ludu, której nie interesują partyjne przepychanki, lecz to właśnie „dobrze rządzenie”.

Autor wyraźnie kreuje konserwatystów na zwolenników tego co jest nad projektami które są społeczeństwu narzucane, ale jak dobrze zauważyli Beniamin Constant w XIX wieku i Hayek w XX wieku, konserwatyści postrzegają rzeczywistość mitycznie, czego przykładem mogłaby być choćby obrona tradycyjnej rodziny jako dziecioróbczej siły w USA, gdzie 1/3 dzieci wychowywana jest przez samotnego rodzica bez większych problemów, o czym świetnie opowiada Penn Gervaise w swoim programie o Family Values. Scruton uważa liberała-reformatora za gorszego wroga niż socjalista, który po prostu wszystko rozwala, stąd sojusz zimnowojenny CP i innych partii zachowawczych z liberałami, jest jego zdaniem skazany na porażkę. Czyżby? Ostatnia obrona gejów przez premiera Camorona świadczyłaby o trwałym zliberalizowaniu części CP… i dobrze! Scruton mnoży przykłady konfliktów interesów między liberałami i konserwatystami (np. absolutna obrona wolności słowa vs obrona wolności słowa, o ile nie szkodzi społeczeństwu) . Wolność to dla konserwatystów zdaniem Scrutona, to wolność czynienia „wszystkiego czego nie zakazuje prawo”. Mam nadzieje, że wie, że Montesquieu, autor tego zdania, był liberałem… Taj potwierdza się spostrzeżenie Hayeka, iż konserwatysta, by móc wygłosić jakąś ideę pozytywną, musi skorzystać z dorobku umiarkowanych liberałów, sam konserwatyzm jest bowiem zbytnio nastawiony na obronę. Błędnie uważa Scruton, że społeczeństwo angielskie z tradycji wie co to wolność polityczna, zapominając, że za Henryka VIII common law nic nie dawało... Scruton próbuje argumentować, ze wolność brytyjska to głównie wolność osobista, a amerykańska – wolność przedsiębiorczości (Voltaire z jego zdaniem: „być wolnym to działać” zapewne byłby tu Amerykaninem:), co ma oznaczać, ze reaganowski konserwatywny liberalizm Thatcher jest niedobry dla CP . Dalej twierdzi Scruton, że nie ma wolności bez instytucji, zgadzam się, lecz tam gdzie ja wymieniłbym Royal Society, instytucje naukowe i loże masońskie, on wymienia niezawisłe sądy i House of Lords. Scruton kompletnie nie rozumie, że bez odpowiedniego stężenia liberalnych przesłanek umysłowych, sądy i HL mogą być aparatem tyranii. To liberałowie w XVII i XVIII wieku (Locke, Hume, Defer, Fielding, Paine) przekonali władze, że tyrania jest obciachowa i nie nadaje się dla pluralistycznego świata. Nawet kiedy pisze, że wolność jest efektem dobrego rządzenia, zapomina, że dobrze rządzenie to np. liberalny monsteksiuszowski anty-tyrański na wskroś liberalny system podziału władz, tak by pomiędzy konkurującymi legislatywą i egzekutywą było nieco przestrzeni dla życia. Czy Scruton wie, że martwiąc się malejąca rolą HL i wzrastającą premiera UK, broni credo liberalizmu? Oczywiście wiadomo skąd może pochodzić jego przekonanie, że broni tradycji przed liberałami. Istnieją różne odmiany liberalizmu; według jednej zadaniem prawa jest poszerzanie sfery wolności (Locke, Voltaire, Paine), druga zaś widzi role prawa w jej ograniczaniu – tj. wytyczaniu jej granic (Montesquieu, Bentham). Choć Scruton chce wyrzucić liberalizm z programu CP, tak naprawdę sam bierze udział w wewnątrz-liberalnej dyspucie! Czy autorytet rzeczywiście powinien występować oddzielony od wolności by spełnił swe zadanie? Scruton uważa, że tak, i że sam uporzadkoway ład prawny da nam wolność, jest to czysta myśl Montesquieu. Co prawda Burke chwalił Montesquieu, ale to nadal jest myśl liberalna, a nie konserwatywna. Scruton przytacza też punkt widzenia marksizmu, który uważa autorytet za mistyczną zasłonę prawdziwej władzy . Może dlatego, Hayek mógł napisać o sojuszach konserwatystów i socjalistów; skoro i jedni i drudzy piszą o władzy, a nie o wolności?

Następnie Scruton przechodzi do kwestii niechęci konserwatystów, poza nielicznymi wyjątkami (Arystoteles, Hume – ciekawe, że Scruton zupełnie pomija jego antyreligijność, Eliot), do tworzenia doktryn. Niemniej jednak widzi potrzebę stworzenia konserwatywnej doktryny, bo „intelektualiści lubią mieć swoje przekonania przed oczyma”... Ciekawa dychotomię między konserwatystami a …intelektualistami stworzył demo-liberalny dziennikarz Paul Johnson, który uznał, że można albo zawierzać uczuciom jak Kipling, albo rozumowi jak Hemingway . Czy wobec tego konserwatyści tylko czują, a nie myślą? Czy stąd to kołtuństwo i ksenofobia?

Wracając do Scrutona warto zauważyć, że atakuje on i tych konserwatystów, którzy uważają, że wszystko stracone, i należy dać chorej na liberalizm-socjalizm cywilizacji upaść (Spengler), jak i tym, którzy chcą działać rewolucyjnie (Pinochet, Franco), i zaleca po prostu bronić rzeczywistości i w jakiś sposób lubić ją, hołubić (ciekawe jak się to ma do de Maistre’a i jego koncepcji życia w nierzeczywistości od 1789 roku, albo z typowym dla konserwatystów syndromu oblężonej twierdzy?), a więc iść za Burke’m drogą konserwatyzmu ewolucyjnego sprzeciwiając się reformistycznej nadaktywności (za Kennethem Minogue) . Scruton diagnozuje, ze cały świat ogarnia obecnie gorączka często niepotrzebnych reform, która ogarnęła „nawet” (sic !) KrK. Zapewne Scruton jako protestant (?) zapomniał, że KrK zwykł od początku istnienia zmieniać swój ustrój i doktrynę co sobór. W końcu konserwatysta austriacki Erik von Kuehnelt-Leddin biadolił nad mało konserwatywnym charakterem KrK… Zapewne nadaktywność reformistyczna wynika stąd, że liberałowie i socjaliści dążą do swych ideałów, o ileż piękniej byłoby, gdyby na świecie byli tylko konserwatyści… A czemu nie tylko liberałowie? Wtedy też było by mniej do roboty w prawodawstwie!

Powołuje się Scruton na Kanta, postulując by traktować ludzi jako cle, a nie środek w polityce, i znów staje po stronie liberała (Kanta) przeciw innym liberałom (tym od umowy społecznej: Locke, Rawls itd.). Kant istotnie mówił, że już samo poczucie ludzkiej podmiotowości, które jednostki czują wystarczy do uzasadnienia konstytucyjnych praw jednostki, nie trzeba powoływać się na jakieś umowy społeczne. Anglosasi lubią kontrakty, a więc de facto Scruton atakuje liberalizm Locke’a ze strony liberalizmu kontynentalnego (niemieckiego), choć zraz potem pisze, że UK posiada „najdojrzalszą z kultur narodowych” – w czym UK jest dojrzalsze od np. Francji i Holandii ? – chyba miał rację Wilde, że „patriotyzm jest cnotą, tych co nienawidzą”. Nic dziwnego, że kiedy potem mowa o tym, że „konserwatyści toczą wojnę ze schorowanymi i niszczycielskimi odłamami” społeczeństwa , od razu pomyślałem o Auschwitz… Dalej następują frazesy o posłuszeństwie i patriotyzmie, które czytając staje mi przed oczami I wojna światowa. Przyznaje jednak Scruton, że tacy ludzie jak Pinochet zdyskredytowali konserwatywną ideę autorytetu, ale nie w UK – hurra! (chociaż Pinochet zmarł w Londynie i osądzili go Brytyjczycy).

Scruton podchodzi do kwestii państwa i społeczeństwa jak do dwóch stron tego samego medalu (liberałowie uważają, o wiele rozsądniej moim zdaniem, że administracja czyli państwo to coś zupełnie innego niż lud – społeczeństwo czyli zbiór jednostek podległych administratorom). U Scrutona p. i s. dopiero razem składają się na rząd. Jest to o tyle ciekawe, że konserwatyści często pomstują (częściowo słusznie) na demokrację, za ich zdaniem szkodliwe zacieranie różnicy między rządzącymi i rządzonymi, co osłabia pierwiastek odpowiedzialności za polityczne działania. Od razu widać, że konserwatyzm Scrutona jest ahistoryczny i stara się być nowoczesny. Według Brytyjczyka wiara w legalność władzy jest bardzo ważna, na przekór marksistom, którzy niemal zawodowo ściągają z wszelkiej władzy (tylko nie komunistycznej) wszelkie maski fałszywych autorytetów. Postawiwszy się marksistom, próbuje zaatakować liberalizm w wersji kantowskiej. Immanuel Kant uważał, że ludzie jako istoty wolne i autonomiczne zawierają umowę z władcami, którzy mają szanować prawa ludu, kładł więc nacisk na dobrowolność sprawiedliwej władzy. Scruton uważa, że dobrowolny kontrakt można zawszeć dopiero jak społeczeństwo już istnieje i jest na to wystarczająco wyrafinowane . A więc władza ma także inne podstawy niż umowa społeczna, co przyznali, jak pisze Scruton, teoretycy amerykańskiego New Deal lat 30. XX wieku. Atak na dobrowolność jako legalność, Scruton kontynuuje na polu rodziny. Rodzina nie jest umową dobrowolną, bo człowiek nie wybiera w jakiej się rodzinie rodzi, i dokonuje analogii z państwem. Więzy rodzinne i państwowe czyli de facto wychowanie determinuje kim człowiek jest; dlatego 40-letni Anglik nie zostanie nigdy tubylcem np. w Tajlandii. Wywody autora maja pewien sens, ale – jak to wywody konserwatywne – zupełnie tracą z oczu kwestię dojrzewania. Każdy liberał powie, że mimo niepodważalnych nacisków kulturowych, 18-letni, lub 22-letni człowiek powinien przejść do sfery dowolności i wolnego wyboru, przestając być dzieckiem! O tym właśnie pisał w 1784 roku liberał Kant, by ludzie wyrwali się spod kurateli samozwańczych autorytetów i myśleli sami (sapere aude), i o to walczyło oświecenie. Scruton sam nie zauważa, że chce mówiąc językiem Gombrowicza „upupić” człowieka na amen w nadmiarze zależności, tylko dlatego, że człowiek rodzi się w przypadkowym miejscu.

Konserwatyści tacy jak Edmund Burke czy Joseph de Maistre krytykowali pisane konstytucje preferując, niczym konfucjaniści – prawa żywe – niepisane, ale pamiętane. Scruton znajduje się jednak pod wpływem amerykańskich konstytucjonalistów konserwatywno-liberalnych, którzy bronią konstytucji pisanej z całej duszy – konserwatyzm jak widać ewoluuje. Zabawne, że pisząc o instytucjach zapewniających wolność, Scruton nie wspomina, że historycznie konstytucjonalistami byli tylko liberałowie (Locke, Voltaire, Paine, Kant), gdy konserwatyści popierali policystów-absolutystów oraz państwowy eudajmonizm, i nie oddaje im nawet malutkiego hołdu. Nieładnie… Jak słusznie pisze Scruton, konserwatyści sprzeciwiają się liberalnym postulatom wysuwanym na bazie wolności jednostki, jeśli uważają, iż te postulaty kolidują z duchem wspólnotowości . Jak zauważa Scruton; Fielding i Burke próbowali szkicować społeczeństwa, w których ten konflikt jest jak najmniejszy, lecz obecnie przeważa pogląd, że państwo i wspólnota ma zawsze ustępować przed dążeniami jednostki, co zdaniem autora prowadzi do atomizacji społeczeństwa i rozpadu ładu. Cóż mogę to powiedzieć; dla mnie zatomizowane społeczeństwo jest tym właściwym… Natomiast Scruton zbliża się niebezpiecznie do Rousseau, którego nawiasem mówiąc nie znosi – jako protosocjalisty, że liczy się jedynie wolność w rozumieniu lojalności wobec wspólnoty – dech mi zaparło. Po raz kolejny widzimy, że Hayek miał rację; konserwatyści i komuniści chcą tego samego – podporządkować jednostkę grupie, jedyna różnica polega na tym, ze konserwatyści są elitarystyczni i łudzą się, że władza nie ma w sobie nic z walki, lecz przypomina rodzinną sielankę. Osobiście myślę, że ludzie cenią władzę dla bezpieczeństwa, a nie dla wolności, a więc konserwatyści mieszają tu inne potrzeby i impulsy, ponieważ cierpią na przerost plemiennego patriotyzmu.

A propos patriotyzmu. Scruton oczywiście broni go, odpierając zarzuty, że patriotyzm prowadzi do wojen. Oczywiście tego zarzutu odeprzeć się nie da, więc zauważa, że patriotyzm chroni ludzi przed wojnami domowymi, i internacjonalistycznymi rewolucjami… - absurd - przed wojnami chroni ludzi pacyfizm, łagodność, zaspokojenie potrzeb, ale na pewno nie patriotyzm – w Irlandii Północnej patriotyzmu nie brakuje… Scruton wyraźnie rozgranicza między patriotyzmem a nacjonalizmem, jako między miłością do kraju, a ideologią nawołująca do chwycenia za broń w imię tej ideologii. Patriotyzm polega, zdaniem Scrutona, na przekonaniu, że w jedności nasz ratunek. Cóż, są dwa rodzaje patriotyzmu; patriotyzm stylu życia (szczególnie widoczny w USA) i patriotyzm plemienny. Coś wart jest tylko ten pierwszy (w sumie miedzy okupacją Polski przez Belgów i przez Pakistańczyków byłaby spora różnica, nieprawdaż?). Wydaje się, że Scruton jest temu rodzajowi właśnie, ja jednak uważam, że patriotyzm wymaga solidaryzowania się z ideami, a nie z językiem czy rejonem geograficznym, np. czuję silne emocjonalne powiązanie z Francją, Holandią czy Szwecją, dlatego, że w tych krajach szanuje się prawa człowieka, natomiast swojskości, jako swojskości nie warto moim zdaniem bronić. Nie jestem pryncypialnym pacyfistą, ale w wojnie klerykalnej przecież Polski, z np. Francją udziału nie wezmę. W podejściu Scrutona nie podoba mi się domaganie się od ludzi lojalności na bazie geografii.

Dalej Scruton znów skacze po tematach, żadnego solidnie nie omawiając… I oto mamy rząd. Oczywiście rząd Scrutona też jest plemienny. Cytuje on Solona, który na pytanie o idealny rząd zapytać miał: „dla kogo i kiedy?”. Scruton uważa, że to naturalne, iż konserwatyści w jednym kraju mogą nawet brzydzić się tym co robią ich odpowiednich w innym kraju. Zapewne nie przeszkadzają mu np. motywowane religią okaleczenia, zresztą czytając Scrutona ma się wrażenie, że generalnie niewiele go obchodzi los ludzi poza UK. Warto tu przypomnieć, że Montesquieu wspomniał, iż rządy zależą od klimatu i temperamentu ludności, za co krytykowała go większość oświeceniowców z Voltaire’m na czele, zalecający angielski rząd dla każdego. Zresztą nawet sam Montesquieu, co zauważył m.in. Ernst Cassirer przyznał, że najlepszy rząd, to ten który nie ogląda się na klimat, lecz wykonuje swoją pracę mimo jego działania. Jeśli posłuchamy Montesquieu – uznamy, że dobrze, iż Amerykanie zdemilitaryzowali Niemcy i de facto stworzyli liberalne państwo RFN, według Scrutona zapewne należałoby powrócić do niezawodnego i „sprawdzonego” (ulubione słowo wszystkich konserwatystów) modelu podobnego do II Cesarstwa. Zresztą sławne są rady niektórych mędrków z USA z lat 40., którzy uważali, że Niemcy muszą być rządzeni autorytarnie, bo tacy już są. Od razu widać, że tezy Scrutona, jak każdego zresztą plemiennego konserwatysty zalecają stosowanie niemoralnej polityki – jeśli tylko trwała jakiś dłuższy czas. Zresztą jakim prawem uznaje on jakiś ustrój za typowo angielski czy niemiecki? (to ja tyle piszę o Niemczech, autora oczywiście niewiele one obchodzą …). Czyż nie jest tak, że niemal każde państwo zaliczyło każdą formę ustroju w swej historii? Czy ten ukochany brytyjski parlamentaryzm z niezawisłym sądownictwem powstałby z samej angielskości Anglików? Może jednak nadal trwałaby tam nietolerancyjna religijnie monarchia Henryka VIII, gdyby nie działania liberałów? Oczywiście Scruton jest zbyt ograniczony (naprawdę niezbyt bystry jest ten człowiek) i nastawiony doktrynersko, by podjąć takie tematy.

Scruton uważa, że ideały polityczne są niemożliwe do zrealizowania w praktyce, poza środowiskiem, w którym powstały . Naprawdę? Czy parlamentaryzm typu zachodniego nie zdał egzaminu w Japonii i Indiach? Z Turcją, która się obecnie re-islamizuje zapewne wygląda to gorzej. Huntington, o czym pisałem w recenzji jego głównej książki, uważał, ze w Indiach i Japonii były lepsze fundamenty dla parlamentaryzmu; bo ja wiem – w sumie Indiami rządzili do XVIII wieku wielcy mogołowie – islamscy tyrani, sprawa jest skomplikowana. Na pewno pomaga odrzucenie przesądów religijnych i podróże, czy to jest już wyjście ze środowiska? Scruton oczywiście nie zastanawia się nad tym wszystkim i pędzi dalej, znów stwierdzając autorytatywnie, że dla liberała lojalność wobec społeczeństwa jest środkiem do zapewnienia sobie wolności, a dla konserwatysty celem, no i że oczywiście liberał się myli, nie rozumie polityki itd.. Nie wiem czemu, ale od razu pomyślałem o cytacie z Karla Mosera, który opisując niemieckie bezrybie intelektualne i ideowe połowy XVIII wieku, napisał: „każdy naród ma jakąś siłę napędową, a Niemcy mają posłuszeństwo” – och jakże żałosny ten konserwatyzm, Scruton wcale nie wstydzi się chwalić konserwatyzm za brak konkretnych celów politycznych, którym polityka byłaby podporządkowana (jak wolność i równość u liberałów i lewicy) , co pozwala konserwatystom na większą elastyczność. Faktycznie zadziwiali etatystycznością „biały rewolucjonista” Bismarck i reformator parlamentarny Disraeli, ale czy to jest faktycznie atut? I czy przypadkiem konserwatyzm nie a celu jakim jest zachowanie status quo choćby nie wiem co, bezczynność i żałosne samozadowolenie ?

Choć jest konserwatystą demokratycznym, Scruton ceni monarchię ze względu na osobę monarchy, która, niezależnie od przymiotów władcy pobudza lojalność i patriotyzm . Oczywiste jest, że te przymioty, stan oświecenia i sprawiedliwość władcy są tu kluczowe (niektórych władców np. Fryderyka II czy Józefa II - nawet liberałowie i socjaliści cenią do dziś!), a Scruton jak większość konserwatystów, żyje w świecie bajek o królach i rycerzach bez skazy – tworzy bogów i symbole, bo nie ufa zwykłym ludziom. Zaraz jednak dalej Scruton pisze, że prezydent USA zamiast bycia symbolem, oferuje swój „styl” – dla którego jest wybierany, i że ten styl jest dla konserwatystów - równie cenny jak bycie rzekomo bezosobowym symbolem ciągłości u królów. A czymże ten styl, jeśli nie przymiotem? Dlaczego od Roosevelta oczekiwać należytego stylu, a od Fryderyka II – nie? Znów Mr. Scruton jest z logiką na bakier.

Dalej Scruton pisze o tradycji zauważając przynajmniej, że liberałowie jak Eric Hobsbawn (autor: „The invention of Tradition”), dezawuują tradycję widząc w niej pewien konstrukt myślowy, który można zastąpić innym . Dawniej konserwatysta bredziłby o woli boga, w XX wieku to już nie wypada, więc Scruton pisze, iż tradycja jest tworem myśli wielu pokoleń i trzeba ten wkład szanować (pisał o tym Burke, oraz Bolingbroke, którego Scruton nie wspomina, pewnie dlatego, że był libertynem…), stąd ceni sobie nasz autor gospodarkę nie-planową, i oparte na precedensach „żywe” prawo anglosaskie, oraz o sztuce, mającej sens tylko gdy oparta jest na klasycznych wzorcach . Sztuka, ekonomia, i prawo w pewien sposób żyją u Scrutona i innych konserwatystów własnym życiem i podlegają ewolucji. Jest to typowy sposób konserwatywnego myślenia, i dlatego konserwatyści właśnie kładą nacisk na unikanie „rewolucyjności” w tych dziedzinach. Sztuki rewolucyjnej, zupełnie nowatorskiej właściwie Scruton nie dopuszcza, tak samo jak faktu, że prawo skodyfikowane, też jest żywe w tym sensie, że podlega interpretacji sędziowskiej (o czym poinformował mnie mój przyjaciel prawnik). Co zaś się tyczy ekonomii; wystarczy zwrócić uwagę na cała naukę Friedricha von Hayeka, który będąc wolnorynkowcem i anty-interwencjonistą dopuszczał przecież możliwość sterowania gospodarką w oparciu o przyszły popyt i podaż oraz oszczędności. Jak zwykle konserwatywny sposób widzenia świata dostaje po uszach od rzeczywistości, i jest mało płodny intelektualnie. Najzabawniejszy był da mnie moment, kiedy Scruton chwali Schönberga i jego atonalną muzykę, za jej mocne oparcie na tradycji muzyki niemieckiej , choć w książce o lewicy, jaką omówię zaraz, uważał go za jednego z burzycieli dobrego smaku i zaprzańców-rewolucjonistów. W sztuce stymulujący od wieków był bunt indywidualności artysty przeciw światu, smutne, że Scruton tego zupełnie nie dostrzega.

Konserwatyści, i tu Scruton nie jest wyjątkiem, uważają że historia i tradycja są ich własnością, choć prawie zawsze stawali po stronie tego co jest obecnie, czyli np. prawa stanowionego w danym państwie przeciw abstrakcjom. Zresztą nieoficjalnie też tworzyli pseud-historyczne abstrakcje.. Jak jednak możliwe są jakiekolwiek wyższe ideały, jeśli podzielimy to co słuszne według kryteriów geograficznych? Scruton bezczelnie kradnie od liberałów ich ideę społeczeństwa obywatelskiego, i twierdzi, że jest to twór konserwatywny . Tak samo bezczelnie zaleca de facto polityczną bezczynność, choć społeczeństwo obywateli ma to do siebie, że wiecznie domaga się reform i zmian! Przypomnę w tym miejscu, że zająłem się tą płaską intelektualnie książką, by zdyskredytować konserwatyzm w osobie jego prominentnego przedstawiciela. Nie rozbiłbym tego jednak, gdybym nie uważał, że filozofia jaką prezentuje jest pełna sprzeczności i marzycielstwa. Scruton traktuje jako żonglerkę trafną uwagę Herberta Marcuse’a, o tym, że faszyzm prowadzi do pochłonięcia państwa przez społeczeństwo , a socjalizm odwrotnie i twierdzi, że społeczeństwo i państwo są dwiema stronami tego samego medalu. To, że lewica i liberalne centrum rozróżniają je, ma za kartezjański przeżytek w myśleniu! Ja rozumiem, że rzeczywistość jest jedna, ale przecież administracja i wyborcy to jednak nie to samo. Dualizm kartezjański zakładał natomiast oddzielenie ducha od ciała, dla Scrutona społeczeństwo ma duszę (heglowski prawicowy mit „ducha narodu”), więc chce je znów połączyć, mimo, że de facto w polityce i społeczeństwo i państwo zachowują się materialnie; myśl polityczna i polityka również nie są tym samym; może wiec dualizm kartezjański to dobry nawyk myślowy panie Scruton?

Według Scrutona konserwatyści nie budują polityki na ideach jakichkolwiek „przyrodzonych” uprawnień . To oczywiście nieprawda, jak wszystko u tego autora. Spójrzmy na konserwatystów na świecie i np. ich prawa religijne (np. nie dawanie dzieciom leków i zastrzyków) czy rodzinne (uprzywilejowanie prawne rodzin), czy się to różni od liberalnych praw człowieka? Kierunkiem i sensem tak, ale przecież nie kategorią. Rozumiem jednak, że Scruton ma na myśli idealnych a nie rzeczywistych konserwatystów. Typowym konserwatystą jest Scruton, gdy krytykuje roszczeniowy język „uprawnień”. Dla niego państwo rozdaje nie prawa lecz przywileje . Cóż cieszę, się, że mam „przywilej” życia w tym kraju, i postaram się nie rozdrażnić pana Tuska, bo mi gotów cofnąć przywilej…

W realnym świecie państwo i tak musi zabiegać o popularność u obywateli, więc nawet gdyby cofnęło obywatelom wszystkie prawa, jakie oni uważają za im należne, to rozdawało, jak nie prawa, to przywileje. Czy ta różnica faktycznie dotyczy czegoś więcej niż estetyki? Państwo dla Scrutona i konserwatywnej prawicy to żywy organizm, który składa się z Szymskich obywateli i instytucji razem wziętych - zwłaszcza niemieccy konserwatyści w XIX wieku lubili wmawiać ludziom, że państwo to nie poczta i ministerstwo, lecz ucieleśniony duch narodu. Antropomorfizowanie państwa to post-religijna dziecinada, i stary numer, ileż to razy np. KrK wmawiał ludziom, że Kościół Polski, to nie 50 tys. zakonników i księży, ale 35 mln wiernych? Każda instytucja musi walczyć o poparcie, i nic nie da powiedzenie, że ucieleśnia ona wolę ludu czy coś w tym rodzaju. Państwo to dla konserwatystów dający bezpieczeństwo bóg, nie od dziś wiadomo, że prawicowcy mają zwykle słabszy system nerwowy…

Od sztywnych praw konstytucji ceni Scruton raczej nawyki i zwyczaje prawne. Skąd się takie pomysły biorą? Przecież angielski Bill of Rights z 1688 roku, jest sztywną spisana konstytucją Anglii, a mimo to ciągle znajdują się angielskie bęcwały uważające, że jest ona czymś więcej. Zresztą warto tu powołać się na innego konserwatystę – amerykańskiego – Thomasa Woodsa, którego wybitnie nie lubię za jego prokościelna propagandę, ale który trafnie zauważył, że Amerykanie w latach 70. i 80. XVIII wieku, nie chcieli zmiennej i nijakiej konstytucji tak jak ją rozumieli Brytyjczycy, lecz sztywną i zrozumiała dla wszystkich i jak najbardziej spisaną i widoczną najlepiej na ścianie ratusza . Te wszystkie bajania Burke’a i de Maistre’a o rzekomej wyższości niespisanej konstytucji to czysta fikcja. Przecież do licha historia pełna jest spisanych ordonansów, nakazów królewskich, bulli – co to jest jeśli nie spisane konstytucje? Rozumiem, że Scruton i konserwatyści chcieliby, by prawo było spójne filozoficznie, i tu być może prawo precedensowa ma pewną przewagę, ale mówienie o niepisanej konstytucji ma sens tylko wtedy, gdy prawo jest oczywiste dla każdego – a nigdy nie jest. Śmiem twierdzić, że prawo wystawione jest na większe niebezpieczeństwo roszczeń, gdy nie jest spisane. Choć może się mylę.

Demokracji nie lubi Scruton za to, że przyspiesza atomizację społeczną, i cytuje Tocqueville’a, który faktycznie o tym pisał . O czym już Scruton dlaej nie pisze, Tocqueville uważał też, że demokracja faworyzuje głupotę, bo każdy wyborca myśli o innych jak o równych sobie, także pod względem intelektualnym. Jednocześnie ta atomizacja u Tocqueville’a pociągała za sobą tyranię większości, i coś co Ortega y Gasset nazwałby buntem mas. Tocqueville i Ortega y Gasset, jako liberałowie-elitaryści, bali się, że demokracja zdusi jednostkę i wprowadzi społeczną urawniłowkę, Scruton zaś martwi się tylko o spoistość społeczną, a przecież Tocqueville uważał, że pod tym względem te egalitarystyczne USA są niezrównane! Wniosek: Scruton, albo nie rozumie Tocqueville’a, albo rozmyślnie fałszuje jego przekaz. Nieco słuszniej Scruton broni instytucji założonych w czasach niedemokratycznych, jak Izba Lordów, przed marginalizacją, pod pretekstem iż powstały w sposób niedemokratyczny (do tego zmierzała polityka Tony’ego Blaira) . Prawdopodobnie i Blair i Scruton mieli ukryte motywy; Blair zapewne po prostu nienawidzi, a Scruton kocha tych arcybiskupów zasiadających w HL. Zupełnie nie pojmuję z kolej, dlaczego konserwatyści, w tym i Scruton, uważają, ze kaprysy demosa i kadencyjnych gabinetów mogą zaszkodzić woli politycznej zmarłych i nienarodzonych, a kaprysy monarchy nie . Czy monarcha nie może być rewolucjonistą? A taki Piotr Wielki? A Fryderyk Wilhelm I ? A Reza Pahlawi ? Monarchów traktuje Scruton jak „głos historii” i ucieleśnienie ducha narodu, a przecież monarchowie łamali własne prawa (taki Ludwik XIV z trudem przepchnął sprawę bastardów, którzy wbrew prawom królestwa mieli dziedziczyć, choc i tak jego testament anulowano i wszystko wróciło do „normy”) wyrzynali się nawzajem, a Anglia miała chyba z 8 dynastii; która z nich była prawdziwym głosem narodu? Shakespeare oczerniał Yorków, by dowieść, że byli nimi Tudorowie… Lubi też Scruton arystokrację, i elitaryzm jaki ona reprezentuje, a czy nie lepszy jest elitaryzm self-made men? Boi się nadmiaru władzy jaką dysponuje gabinet, ale czy nie było tak samo za czasów Roberta Walpole’a (1721-1742), czy Waltera Bagehota, albo w XVII wieku, kiedy ministrowie byli po prostu dworakami? Boi się nasz autor nierównowagi między władzami, a jednocześnie trójpodział monteskiuszowskie wydaje mu się niepożądany . Zresztą zaraz dalej czytamy, że gabinet nie mógłby rządzić, gdyby miał odseparować od siebie swoje kompetencje legislacyjne i wykonawcze – a ja myślałem, że gabinet (tj. grupka najważniejszych ministrów) do po prostu egzekutywa która wydaje polecenia, a nie prawa. Jeśli nawet gabinet ma inicjatywę prawną to przecież nie jest od razu legislatywą. Tak samo uwaga Scrutona, że sądy nie są w stanie nikogo ukarać, a jedynie skazać, trafia w próżnię.

Nie byłby Scruton prawdziwym konserwatystą, gdyby nie biadolił choć trochę, o tym, że UE reprezentuje reformatorską wolę, a nie sprawiedliwość, i dlatego stanowi zagrożenie dla brytyjskiego common law. Dyrektywy unijne są przetwarzane przez sędziów brytyjskich i dopasowywane do prawa brytyjskiego i jego zasad. Scruton uważa, że nie są one do pogodzenia, bo UE kieruje się „sprawiedliwością społeczną”, a common law – spójnością. Przykładów tego konfliktu nie podał … Natomiast wyraźnie opowiada się za istnieniem Patrii konserwatywnych zgodnie z wolą Burke’a, a wbrew przedburkowskiemu toryzmowi, niechętnemu wszelkiemu partyjnictwu, który łudził się, że robi politykę dla wszystkich . Obawa niektórych konserwatystów (od Bolingbroke’a), że samym swoim istnieniem partie zagrażają jedności społecznej, podobne są obawom niektórych liberałów, którzy nie wiedzą, czy liberalizm powinien rządzić czy tylko przeszkadzać tyranom (Constant). Oba te spory są dość zabawne; by zmieniać trzeba rządzić. Niestety Scruton to wie…. (jako liberał wolałbym, by błądził:).

Scruton broni spoistości społecznej i ładu społecznego jako hamulców przeciw dążeniom separatystycznym. Np. uważa, że gdyby nie patriotyzm ogólno brytyjski, mieszkańcy Yarmouth bogate dzięki ropie naftowej, mogłoby któregoś dnia oddzielić się od UK . Pewnie tak, ale po pierwsze pluralizm opinii w tym mieście zapewne nigdy na to nie pozwoli, a gospodarcza globalizacja czyniłaby ten krok nieopłacalnym. Potem mamy znów krytykę UE – jako tworu rzekomo skoncentrowanego tylko na dobrobycie ekonomicznym . Scruton pewnie wolał przemilczeć pacyfistyczne cele powstania EWG, WE itd. Dalej mamy narzekania na liberałów, którzy doprowadzili do takiej sytuacji, kiedy każde preferowanie Brytyjczyków „rodowitych”, jest uważane za rasizm, a oskarżenie o rasizm równa się byciem rasistą. Cytuje też niejakiego Sidgwicka – XIX-wiecznego liberała i autora „Elements of Politics” (1891), który uważał, że rząd ma utrzymywać porządek na danym terytorium bez decydowania, o tym , kto ma na tym terytorium zamieszkiwać . Scruton uważa takie podejście za absurd i pisze o zasługach przodków. Znów pomyślmy o rzeczywistości; kto jest lepszym obywatelem; anglo-celt, którego przodkowie mieszkali w Anglii już w XII wieku, czy ten, który jest wartościowym obywatelem. Scruton myli postmodernistyczny anty-liberalny multikulturalizm – tj. doktrynę, wymuszająca dzielenie państw na strefy wpływów poszczególnych kultur, z liberalnym indywidualizmem, który preferuje zdolności od krwi. Oskarżając liberałów o chęć stworzenia w UK Multi-kulti na wzór USA – tyle, że USA NIE SĄ społeczeństwem Multi-kulti, ale równościowym liberalnym melting pot (tylko podejście do religii jest nieco multikulturowe, w sumie jest jeden mormoński stan – Utah), który zabija to co w kulturach kolczastego, dając dzięki temu nieco oddechu jednostkom. To ubóstwianie kultury, wraz z jej najbardziej opresyjnymi elementami, doprowadziło tych „konserwatystów na haju”, jak lubię nazywać postmodernistów, tych indyferentnych kulturowo kulturo-lubów (o konserwatyzm oskarżał postmodernistów np. Habermas – bardzo słusznie!) do inwazji multikulturalizmu na UK, o czym barwnie pisze Melanie Phillips. Scruton lubi tylko jedną kulturę – brytyjską, choć nigdy nie precyzuje jakie jej wartości - poza autorytetem (ta wartość jest ceniona i w innych kulturach, często bardziej niż w UK, choćby w takiej Japonii) ma na myśli. Jeśli liberał popiera multikulturalizm to albo myli go ze zdrowym kulturo-secptycznym indywidualizmem, albo nie jest liberałem… Jeśli większość „liberałów” w UK to czyni, to słusznie ich za to Scruton gani. Liberał prawdziwy nigdy nie będzie uważał np. takiej akcji afirmacyjnej (nie chodzi tylko o USA, ale np. tą stosowaną w UK wobec Hindusów i Pakistańczyków) za cokolwiek więcej niż zło konieczne.

Następnie Scruton zastanawia się nad granicami władzy prawa nad jednostką. Scruton zastanawia się dlaczego CP reklamowała się w latach 70. XX wieku jako Patria prawa i porządku, skoro właściwie każda Patria winna być taką z zasady. Następnie znów atakuje liberałów; za to, że np. dopuszczają pozbawienia wolności jednej osoby by chronić drugą. Ten zarzut to tak oczywista bzdura, że nawet tego nie skomentuję. Natomiast dalej atakuje on Immanuela Kanta, który twierdził, że tylko autonomiczna jednostka uwolniona od nacisku z zewnątrz (heteronomii woli) może być wolna i podejmować dobrowolne decyzje. Scruton zauważa, że wielki niemiecki liberalny filozof uważał, że tzw. prawa moralne, zrozumiałe dla każdego myślącego człowieka, można wywieźć właśnie z tej autonomiczności jednostki, jednocześnie zauważając, że nie typują one np. żadnego idealnego – dla tej autonomii – ustroju . Scrutona dziwi ta apolityczność, a przecież o to właśnie chodziło liberałom – o „strefę prywatną” (Locke) wolną od polityki i typowej dla niej nietolerancji. Pamiętam jak Janusz Korwin-Mikke słusznie i bardzo liberalnie zarazem pisał, że wszystko jedno kto nie wtrąca się w życie jednostki czy rodziny. Dla Scrutona może to być za trudne, albo może po prostu go to nie obchodzi, on musi mieć idealne państwo tu i teraz. Zresztą sam też tego idealnego państwa nie przedstawia, lecz dalej atakuje indywidualizm jako sprzeczny rzekomo z życiem i „rodzący mit liberalizmu”. Nie rozumie Scruton konceptu wieku dojrzałego do decyzji. Kiedy czytam, że „prawo jest wolą państwa” i współzależnego odeń społeczeństwa , włos jeży mi się na głowie. Dla mnie prawo to spisane zasady minimum moralnego jakie jest niezbędne by ludzie żyli w pokoju i szczęściu. Zarzuca Scruton liberałom, że widzą zło w efekcie czynu, a nie w samym czynie, co odnosi np. do problemu pornografii. Uważa bowiem, że podczas gdy liberałowie zajmują się kwestią decyzji i odpowiedzialności, i szkody, pornografia pozostaje i wypacza sens miłości fizycznej, zamieniając akt miłosny w jego karykaturę . Cóż, Jestem liberałem, i dla mnie właśnie istotna jest odpowiedzialność. Zasada Ulpianusa – „chcącemu nie dzieje się krzywda” – uznaje, że każdy człowiek po 18 roku życia, ogląda porno na własne ryzyko, choć z drugiej strony pornografia zawsze istniała i była poczytna i ceniona, warto też pamiętać o tym, że ma ona swoich obrońców; według wielu minimalizuje napięcie seksualne wielu osób, które sfutrowane byłyby groźne np. dla kobiet na ulicy. Niektórzy nawet, jak Zygmunt Kałużyński, twierdzili, że pornografia łagodzi obyczaje i zwalcza rasizm. Poza wszystkim, konserwatyści zawsze dążyli do likwidacji wyuzdanego erotyzmu, i w ogóle erotyzmu pozamałżeńskiego - ze względów dewocyjnych, głosząc wszem i wobec, że np. onanizm powoduje idiotyzm – gdyby tak było to na ziemi byliby niemal sami idioci. Scruton czepia się idei age of consent, sugerując, ze może być dziewczyna chętna, która wg prawa zgody nie wyraża – cóż jest to pewien problem, ale do licha, jeśli dziewczyna ukryje swój niedojrzały wiek, wtedy jest to okoliczność łagodząca, więc nie jest to problem duży, a jakaś granica być przecież musi. Nie obchodzi to jednak Scrutona, który ostatkiem sił próbuje znaleźć w liberalnym podejściu jakąś lukę…

Ten sam problem zgody i szkody przenosi Scruton na sferę prawa. Uważa za nieporozumienie sytuację, taką że konserwatysta musi udowadniać dlaczego jakaś zmiana w prawie, której się przeciwstawia może być szkodliwa. Zastanawia się Scruton, czy może być jakaś czynność, która może przynieść krzywdę tylko dlatego, że nie wyrażono na nią zgody . Zapewne faktycznie nie zawsze da się te kwestie rozgraniczyć, ale atakując zasadę Ulpianusa – „chcącemu nie dzieje się krzywda” – Scruton atakuje podstawę obecnego prawa, które całkiem słusznie faworyzuje zdrowy rozsądek nad głupotą kogoś, kto często naprawdę może mieć pretensję tylko do siebie. Scruton wyraźnie marzy o świecie, w którym pewne rzeczy są złe, bo są złe, co w pluralistycznym wielokulturowym świecie oznacza powrót do epoki wojen. Zasada Ulpiana przenosi kwestie prawa z subiektywnych tabu kulturowych, na pole chłodnych naukowych dociekań, i to jest kolejna jego zaleta, której autor nie dostrzega. Scruton uważa, np. że nie da się liberalnie (tj. bez nawiązania do tradycyjnej moralności) uzasadnić tego, ze np. hałasowanie w nocy jest niezgodne z prawem. Nie da się? Przecież sąsiedzi to jednostki ze swoimi aspiracjami! Otóż i liberalne uzasadnienie . „Liberalizm dąży do usunięcia z prawa konkretnego porządku społecznego” , co ma przekształcać prawo w sieć sformalizowanych przepisów jakie można obejść, pisze Scruton – częściowo to prawda, ale nie zdaje on sobie sprawy, że w wielokulturowym świecie, tylko tak prawo może działać nie deptując pewnych np. grup etnicznych, poza tym liberalizm zachodni sam jest pewną kulturą, która z powodzeniem zastąpiła patriarchalną kulturę np. brytyjską już w XVII wieku. Liberalizm stanowi spójny system, a nie luźną i wewnętrznie sprzeczną mieszaninę kulturowych czy religijnych tabu, sam zresztą przyznaje, ze „może istnieć spójny liberalny konsensus społeczny” . To w czym problem? Istota kary sądowej według konserwatystów, to zdaniem Scrutona – sprawiedliwy odwet, zaś liberałowie wolą model kary jako odseparowania jednostki od społeczeństwa w celu ochrony tego ostatniego, lub jako reformowanie/resocjalizacja jednostki. Kara przestaje być moralną koniecznością, a zaczyna być eksperymentem humanitarnym . Cóż Foucault nazywał to postępem od monarchicznej zemsty prawnej do naukowego liberalnego nadzoru nad złoczyńcą . Gandhi zaś odradzał metodę „oko za oko, ząb za ząb”, bo wtedy świat będzie „ślepy i bezzębny”. Być może też paradoksalnie, sceptyczni wobec religii, liberałowie, lepiej opanowali zasady chrześcijańskiego miłosierdzia, niż konserwatyści. Scruton, choć nakazuje ważyć karę do zbrodni (uważa, nie wiadomo właściwie czemu, że w podejściu liberalnym to niemożliwe, bo humanitaryzm przesłania wszystko, ale nie tłumaczy dlaczego tak uważa), nie zaleca karania złodziei samochodów strzałem w tył głowy (jak w ChRLD), ale i tak wydaje się jakoś „krwiożerczy”. Zaraz potem marudzi, że dożywotnie więzienie demoralizuje jeszcze bardziej i zniechęca do życia – zaraz zaraz, przecież to co robi się z ukaranym przestępcą miało nie mieć znaczenia? Aha – ma znaczenie, jeśli można dokopać liberałom. Liberałowie faktycznie zwykle przedkładają dożywocie i resocjalizację nad karę śmierci (np. d’Holbach był zwolennikiem resocjalizacji, ponieważ uważał, że za część winy skazanego odpowiada otoczenie i wychowanie) , ale bynajmniej nie wszyscy.

Scruton, na jedno chociaż pytanie liberałów stara się odpowiedzieć. Liberałowie krytykują konserwatyzm m.in. dlatego, ze oparcie prawa na konkretnych kontekście kulturowym i wynikających z jego na/za/kazów , uniemożliwia konstruktywną krytykę urządzeń społecznych. Scruton uważa jednak, że prawo nie jest despotyczne, dopóki ma autorytet i nie misi się odwoływać do zwykłej przemocy . Jest to jakaś odpowiedź, ale zdanie się na kulturę niestety spowodowałoby napięcia etniczne wewnętrzne i międzynarodowe, jest to też otwarta droga do tyranii większości. Te tak nienawidzone i nierozumiane przez konserwatystów prawa człowieka i inne liberalne standardy, mają tą zaletę, że tworzą płaszczyznę prawną PONAD kulturami. Według liberalizmu człowiek nadsekwański czy nadwiślański jest głównie człowiekiem. Konserwatysta De Maistre uważał z kolei wręcz, że nie ma ludzi, a są jedynie Niemcy, Włosi, Chińczycy itd. Niestety konserwatyzm nie rozumie zalet ponadnarodowych instytucji, które w jakieś formie (kościoły, arystokracja, masoneria) zawsze istniały i przecież często z pożytkiem, a nawet jeśli nie, to nie były szkodliwsze od ciasnego nacjonalizmu jaki proponuje autor. Warto tu wspomnieć, że niedawno Austriacki pisarz Robert Menasse postanowił odczarować mit o straszliwie rozdętej ślamazarnej i niekompetentnej biurokracji unijnej, stwierdzając po wizycie w instytucjach unijnych (początkowo miał zamiar napisać własną wersję kafkowskiej urzędowej traumy), że jest ona skromna, i fachowa, niczym najlepsi ministrowie najlepszych lat reform oświeconego cesarza Józefa II Habsburga (pan. 1780-1790). Menasse ostrzegał przed narodowymi i nacjonalistycznymi odruchami przykrawania UE, i czynienia z niej chłopca do bicia w imię załatwiania głosów wyborców narodowych. Całkiem słusznie Menasse, jak prawdziwy liberał stwierdził, że to naród niemiecki czy austriacki czy jakikolwiek inny jest sztuczny i abstrakcyjny w porównaniu z instytucjami realnie działającymi jak UE czy ONZ. I to raczej po nich, a nie po narodowych mitach o urojonej jedności oczekiwać można czegoś dobrego . Ludzie łączą się wokół uniwersalnych idei, a nie krwi i ziemi, nawet jeśli myślą o np. „polskości” to mają na myśli nie polskość, lecz jakieś wartości, które zawsze istnieją także poza Polską.

Socjalistom dostaje się od Scrutona za to, że zakładają, że można zmienić kontrakty między jednostkami, jeśli kłócą się one z tzw. „sprawiedliwością społeczną”, stąd Scruton potępia np. ustawę o czynszach z 1968, która nie pozwala eksmitować najemców, ale sprzedać domu razem z nimi. Faktycznie takie prawo może wpędzić właściciela w nędzę, i nie jest szczególnie utrafione i może stanowić dowód na pewną nieżyciowość konceptu „sprawiedliwości społecznej”, ale gdyby ruszyć głową to nawet na jej bazie można by sytuacje odwrócić na korzyść właścicieli. Jednak generalnie trzeba zaznaczyć, że Scruton akceptuje ustawodawstwo socjalne, choć ciekawe, czy doceniłby znaczenie pewnego wyrównywania zarobków dla spokoju w państwie (państwa mniej rozwarstwione zarobkowo jak Szwecja i Holandia mają dalece mniejszą stopę przestępczości niż państwa bardziej kontrastowe; jak W. Brytania, USA i Brazylia).

Scruton nie wierzy w prawo międzynarodowe i doktrynę prawa naturalnego, w Grocjusza, oświecenie i kodeks Napoleona, twierdząc, że „naturalna sprawiedliwość” jest ZAWSZE „niewolnikiem klasy rządzącej” , ale bez władzy sprawiedliwość nigdy nie jest możliwa (co przyznaje sam Scruton, i ja nie przeczę), natomiast więcej znajdziemy w historii przykładów, gdy doktryna prawa naturalnego pomogła łagodzić i uczłowieczyć kodeksy, pytając o sens niektórych co głupszych tabu i nawyków, niż sprowadzała tyranię. Potem Scruton mnoży peany dla rządów prawa, cóż posłuszeństwo „nie ludziom lecz prawom” to doktryna liberalna Locke’a i Kanta a nie konserwatywna. Nieładnie złodziejaszku… Scruton sprzeciwia się sprowadzaniu polityki do ekonomi (ja też – uważam, ze liberalizm społeczny jest co najmniej równie ważny, jeśli nie bardziej od wolnego rynku), i akumulacji i rozdawnictwa dóbr, słusznie zauważając, że konserwatyzm nie wymaga kapitalizmu (faktycznie - najlepiej miał się w autarchicznym feudalizmie). Nie uważa, że ubóstwo wyklucza godne i sprawne rządzenie, czy rozwój sztuk (daje przykład renesansowych Włoch, i obecnej rzekomej pustki artystycznej – chyba zapomniał np. o X muzie) . Scruton dziwi się, czemu wszyscy konserwatyści jak jeden mąż przestali wspierać holistyczne teorie polityczno-społeczno-gospodarcze jak teoria Keynesa, na rzecz wolnego rynku , argumentuje bowiem, że „lojalność wymaga ustalonych oczekiwań”, zapewne ma na myśli pomoc ze strony rządu. Ten postulat pozostawiam bez komentarza, bo sam nie jestem jakimś zaprzysięgłym wolnorynkowcem. Wielu liberałów też akceptuje pewien interwencjonizm, choćby Hobshawn czy Lloyd George. Nie wierzę, że to piszę, ale w jednej kwestii ma Scruton rację, iż nauki ekonomiczne z Marxem, Hayekiem, Galbraithem i Froedmannem zawłaszczyły nauki społeczne, i powstało złudne wrażenie, ze ekonomia tłumaczy wszystko . Na niedawnej konferencji w Słubicach, jeden z wykładowców pięknie wykazał, ze ekonomiści nie mogli przewidzieć obecnego kryzysu, bo ma on przyczyny nie tylko ekonomiczne, ale tych oni nie badają, choć wypowiadają się tak, jakby badali. „Ekonomia ma się do polityki … jak neurologia do uczuć” powiada Scruton . Autor nie akceptuje prostej dychotomii kapitalizm-socjalizm. Własność, Scruton rozumie jako nie tylko bazę konsumpcji, ale też kategorię estetyczną – o własne dbamy , Scruton dopuszcza regulowanie cen niektórych produktów i konfiskatę dóbr w imigracji stanu atakując po trosze Milla i jego koncepcji własności jako prawa wyłączności rozporządzania (przy okazji kpiąc z zaimków męskich i żeńskich jakie ten feminista stosował) .

Podatek dochodowy, jak pisze Sruton, był pomysłem konserwatywnego gabinetu Peela z 1842 roku i sprawdził się jako regulator fiskalnych stosunków; państwo-obywatel . Analizuje Scruton podejście Gibbona do „ciemiężycielskich” podatków, i Marxa – wg którego zysk pracodawcy, także państwa jest formą pracy przymusowej i zawłaszczenia. Progresywne opodatkowanie jakie zalecali Paine (wyrównanie społecznych dóbr – Rights of Men, cz. II, rozdz. 5) i Shaw (socjalizm jako ekon. aspekt demokracji) , nie podoba się jednak Scrutonowi – uważa on, że naraża on państwo na konflikt z bogaczami, więc lepiej jest legitymizować nierówność, niż wymuszać równość majątkową, gdyż i tak „ludzi nie razi bogactwo tych, z którymi nie mają zwyczaju się mierzyć”. Nie przypada mu też argument Keynesa o progresywnym podatku, jako próbie wtłoczenia bezczynnej nadwyżki w obieg rynku . Nierówność, jest fantomem, z którym nie warto walczyć. Tak samo akceptuje Scruton kapitalizm, bo nie zna systemu gosp., który dawałby dumę z pracy, a jednocześnie eliminował konkurencję . Jednocześnie uważa Scruton, ze nieskrępowane prawo rynku rodzi monopole (Thomas Woods by się tu nie zgodził) , co ciekawe za forme monopolu uważa on też przywileje dla związków zawodowych (nieuczciwość wobec niezrzeszonych). Stąd Scruton chwali XIX-wieczną CP, za ograniczanie wolnego rynku, a XX-wieczna za keynesizm, Thatcher i jej wolnorynkowców nie trawi. Krytykuje Scruton także dychotomię kapitalizm-feudalizm, trafnie zauważając, że przecież chłopi pańszczyźniani mogli czasem handlować , stąd marksistowskie dualistyczne koncepcje są mało życiowe (w książce o lewicy pisze równie trafnie, że feudalizm to bardziej system prawny niż gosp.)Przeciwny jest Scruton prawom do strajku, a zwolennikiem nacjonalizacji nierentownych gałęzi gosp. Dalej pisze autor, że więź państwo-obywatel nie ma charakteru kontraktualnego i jest jak rodzic – naturalnym autorytetem , i w tym miejscu znów się z nim nie zgadzam – dla mnie ludzie głosują nogami, i czasem przenoszą się do innego kraju, jeśli ten nie spełnia podstawowych potrzeb. Konserwatyści lubią feudalizm, bo podoba im się koncepcja dziedziczenia dóbr po przodkach , dążą oni bowiem do opodatkowania dochodów, a nie majątku; cóż stara śpiewka jak w XVIII wieku; landed interest przeciw moneyed interest (tu Scruton jest „godnym” następcą Bilingbroke’a).

Dalej mamy mowę, o tym co konserwatyści lubią najbardziej – czyli o poczuciu rzekomego, a przynajmniej rzekomo większego niż kiedyś poczucia niepewności, alienacji, rozdygotania i bezsensu pracy współczesnych ludzi. Krew mnie zalewa jak słyszę takie marudzenie. Według Scrutona liberalizm widzi ludzi jedynie w wymiarze ekonomicznym, więc posługuje się ona wariata… pardon niemieckimi romantykami, by przypomnieć sobie, że ludzie mają też „głębię”. Pisze Scruton, ze u Feuerbacha i Hegla człowiek ma pewien wymiar gatunkowy (byt gatunkowy), jakiego liberałowie nie widzą. Oparta ponoć jedynie na zaspokajaniu rynku, współczesna praca alienuje, bo wykonujący ją jest odłączony od wspólnoty. O tej alienacji pisał już ponoć Hegel , a Marx sądził, że jedynie zniesienie własności prywatnej tą alienację zakończy. Znowu widzimy, że konserwatyści, jak socjaliści dobrze się czują w dużej kupie… Wyalienowanym społeczeństwem, jak pisze autor, „nie daje się rządzić na sposób konserwatywny” – mam nadzieję.

To nieustanne konserwatywne smędzenie o alienacji i rodzinie, oraz rodzinnych wartościach, ma w sobie coś dziwnego. O wiele mniej piszą oni o przyjaźni i koleżeństwie, a przecież przyjaźń i koleżeństwo są dla liberała czymś równie drogim, jak dla konserwatysty ta tradycyjna tj. patriarchalna rodzinka. Zauważmy, że przyjaźnie od relacji rodzinnych różnią się tym czym liberalizm od konserwatyzmu – są dobrowolne i wynikają nie z przypadku, lecz z wyboru, nie z geografii – lecz np. ze wspólnych pasji i podobieństwa „duszy”, w końcu mówi się: amicus alter ego. Znakomicie współczesne liberalne społeczeństwo uchwycił serial, o tytule, nomen omen: „Przyjaciele” (Friends), tytułowi bohaterowie starają się mieć dobre stosunki z rodzicami, ale z przyjaciółmi mają dobre relacje bez starań. Myślę, że całe to konserwatywne biadolenie, wynika z niezrozumienia głębi alternatywnych wobec rodzinnych, a równie głębokich, a może nawet doskonalszych reakcji, na które jest czas w liberalnym społeczeństwie, bo zachłanna patriarchalna rodzina nie stoi z batem i przesądami nad uchem! Jest nawet takie powiedzenie, „całe szczęście, że przyjaciół możemy sobie wybierać, bo na rodzinę jesteśmy skazani” – i nie mówię tego, jako pokrzywdzony przez moją rodzinę, lecz po prostu przytaczam prawdziwe i słuszne stwierdzenie.

Wróćmy jednak do naszego marudy. Znów cytuje on Hegla, który odniósł się do postulatu Kanta, by traktować ludzi jako cele, a nie środki, oraz, że to ma sens tylko wtedy, gdy nie tylko nas samych, ale i innych traktujemy jako cele , myślałem, że ta zasada jest dopełniona przez liberalną zasadę Voltaire’a, iż nasza wolność kończy się tam gdzie zaczyna wolność innych, ale co ja tam wiem… I znów litania marudzenia o wyalienowanej, z kontekstu społecznego, pracy, która nie daje poczucia sensu. Ale tak chyba panie Scruton było zawsze, nielicznie mają pracę, która jest jednocześnie i hobby i pasją, na pewno nie mieli jej chłopi pańszczyźniani w konserwatywno-feudalnym porządku XVII wieku… Ano tak pan Scruton nie poczuwa się do baroku, natomiast pisze, o ostatnich 400 latach jako liberalnych… Scruton cytuje arcyciekawą myśl Feuerbacha o religii, głoszącą, iż religia szkodzi humanizmowi i humanitaryzmowi, gdyż wszystkie cnoty przelewa na bóstwo, tak, iż dla człowieka nic już nie zostaje. Oczywiście Scruton uważa myśl za „dziwaczną” , zapewne dlatego, że nie jest w stanie jej inaczej zagłuszyć, ani odeprzeć. Natomiast ciekawie odnosi ją do spostrzeżenia Fromma o fetyszyzacji własności. Choć Fromma i Feuerbacha, Scruton oczywiście nie lubi, to jednak zgadza się, z tym pierwszym, że w naszych czasach istnieje pewien fetyszyzm towarowy . Temu fetyszyzmowi przeciwstawia Scruton model angielskiego gentlemana, który o forsie nie gada, który to model jest ceniony w świecie . Bo ja wiem? Cenimy chyba angielski złośliwy i nieco bluźnierczy humor tych gentlemanów (np. to zdanie z „Rydwanów Ognia”: „za moich czasów pierwszy był król, a dopiero potem bóg”), ich akcent i maniery, ale raczej chyba nie to dziwaczne purytańsko-spartańskie upodobanie do niewygód (jak to zabawnie określiła Lady Grantham Cora Crawley, amerykańska żona lorda Grantham z serialu Downton Abbey) . W XIX wieku brytyjskie nie gadanie o forsie miało po prostu ukryć fakt, że cholerni cudzoziemcy z Detroit czy Berlina mają ich więcej.

Ulubiony argument konserwatystów pod tytułem: liberalny homo oeconomicus nie może być heroiczny, oczywiście się pojawia u Scrutona , i jest równie głupi jak zawsze. Bo z jednej strony faktycznie już Montesquieu pisał, że handel łagodzi obyczaje, ale z drugiej taki Defoe opisywał przecież heroiczne zmagania ludzkie o przetrwanie w dżungli tropikalnej (Robinson Crusoe) i wielkomiejskiej (Moll Flanders).

W swej bałaganiarskiej książce, Scruton nawraca raz po raz do już poruszonych problemów, często obiecując ich rozwinięcie gdzie indziej , czego nigdy nie robi. Nie jego wina, konserwatyzm bazuje na niekonsekwentnych strachach i maniach, i jest intelektualnie jałowy. Stąd pod koniec księgi znów mamy brednie o seksie zastępującym dziś miłość i ludzie stosunki. Może po prostu Scrutona martwi to, ze ludzie są mniej sentymentalnie fałszywi niż kiedyś? Bill Maher ciekawie rozszyfrował amerykańskich republikanów jako niepoprawnych sentymentalistów, być może wszyscy konserwatyści są spadkobiercami romantyzmu i nielogicznej czułostkowości (na zasadzie: „ach rodzina, ach płotek, ach czerwone dachówki, versus - ci cholerni Cudzoziemcy!”). Tradycyjne rodzina o jakiej Pisza konserwatyści to twór mityczny. Jaką mają na myśli? Mieszczańską rodzinę „koleżeńską”? małżeństwo kontraktowe? partnerskie? Patriarchalne? Ciekawie rozgryzł to Penn Garvaise, w poświęconym family values odcinku swego programu .

Miesza Scruton dalej wszystko ze wszystkim, pisząc o potrzebie wartościowania, jako podstawie ludzkiego zachowania, edukacji, sportu, kultury . Wszystko pięknie, tylko skąd u niego przypuszczenie, że np. liberałowie nie wartościują? Przecież muszą choćby liberalizm woleć od innych systemów prawda? Tym, o co mu naprawdę chodzi, jest hierarchia, i miesza on dziedziny, w której jest ona niezbędna jak np. edukacja, z tymi w których jest ona zdecydowanie mniej potrzebna, lub wręcz szkodliwa.

Nieco ciekawiej traktuje Scruton o establishmencie. Pisze on na przykład, że na skutek flirtu Conservative Party z liberalizmem w latach 80., konserwatyści patrzą na establishment z punktu widzenia jednostki , a nie jego samego. Scruton nie podziela fascynacji wielu zachowawczych autorów samorządami, ponieważ uważa, że brytyjskie władze lokalne są martwe (tj. nie „zrośnięte” z „duchem” mieszkańców – zabawne jest to organiczne konserwatywne podejście) . Wierzy jednak Scruton w religijne podstawy powinności obywatelskich, i cytuje Douglasa McGarela Hogga, 1. wicehrabiego Hailsham (1872-1950), który był przekonany o organicznym związku religii z duchem obywatelskości. Swoją drogą ciekawe, że tylko dlatego, że rzeczywistość jest całością, tak łatwo wielu z nas wierzy w organiczne związki, a przecież równie zasadne byłoby polaczenie obywatelskości z np. liberalizmem czy urbanizmem… Scruton wie, że religia jest dziś mocno „odczarowana” i oceniana głównie z zewnątrz – a więc antropologicznie, a nie od wewnątrz z perspektywy człowieka średniowiecza, mimo to zaleca hodowanie religii jako podstawy obywatelskiego ducha wspólnotowości, pokazując przykład T.S. Elliota, jakoby samoświadomego wiernego, ale nie obłudnego. Co ciekawe Scruton uważa, że pielęgnowanie religii jako podstawy ducha obywatelskiego, jest dobre i dla sceptyków, a jako przykład społeczeństwa, w którym mamy transcendentalne więzi bez transcendentalnych bytów, podaje Japonię , wszystko to wpasowuje się doskonale w tradycyjnie instrumentalne konserwatywne podejście do religii jako narzędzia dyscypliny społecznej, ale odwoływanie się do przykładu Japonii, pokazuje wyraźnie, że cały ten pomysł stymulowania religii, jest tak samo konstruktem społecznym jak liberalne wzmacnianie pierwiastka indywidualizmu, co wyklucza wszelkie konserwatywne pretensje do naturalności.

Scruton ceni KrK jako przykład „establishmentu, który nie odwołuje się do siły militarnej” , to prawda KrK z musu odwołuje się, jak inne kościoły, do propagandy. Kościoły jednak nie są przecież jedynymi takimi organizacjami, by po ich np. zniknięciu miała nastać pustka. Scruton ubolewa, że KrK i inne organizacje religijne chorują obecnie na „trzecioświatyzm” i zajmują się misjami charytatywnymi w Afryce, zamiast dbać o podtrzymanie doniosłości momentu śmierci. Scruton uważa, że „świecka ideologia”, za którą uważa poprawność polityczną (nie bacząc, że np. sekularny liberalizm nie uznaje poprawności politycznej, bowiem koliduje ona z wolnością słowa) powodując demistyfikację intelektualną religii, dokonuje jednocześnie mistyfikacji podstawowych rzeczy jak narodziny, pożycie czy śmierć . Z kontekstu wynika, że ma on tu na myśli ustawiczne zastanawianie się co jest słuszne na poziomie działań konkretnych jednostek, zamiast odwoływania się do tradycji. Nie dostrzega – jak to konserwatysta – zmienności, niepewności i opresyjności tradycji. „Świecki obraz kondycji ludzkiej jest niezadowalający” – powiada Scruton i dodaje, że „religia się odrodzi”. No cóż tego jeszcze wiedzieć nie możemy. Wiadomo, z instytucje religijne walczą jak mogą, by pozbawić ludzi wiary we własne siły, i znów przykleić do niebios. Z pewnością świecka kultura nie wystarcza Scrutonowi. Dawny Kościół, jak pisze Scruton, legitymizował egoizm bogatych i pocieszał biedaków, owszem ale czy naprawdę kastowość pomaga jako lek na zawiść wobec bogatszych?

Tak samo niezbędna jest według Scrutona hierarchia. Cutuje Shakespeare’a, by pokazać że elzbietański mieszczanin uważał istnienie szlachty i jej rządy za gwarancję iż nie będą wszyscy z wszystkimi walczyć o pozycję społeczną . Cóż może na to odpowiedzieć liberał? Na przykład to, że uwolniona energia konkurujących jednostek jest pożądana, np. demo-liberał Paul Johnson świetnie udowadniał to na przykładzie Cromwella.

Państwo opiekuńcze Bismarcka uważa Scruton za społeczną konieczność, bowiem możni i kościoły już nie opiekują się biednymi na masową skalę . Ciekawe czy pojmuje jak różną skale pomocy oferuje obecnie państwo opiekuńcze, w stosunku do dawnych możnych i kościołów. Zapewne tak, ale nie podkreśla tej różnicy, bo mógłby być zmuszony przyznać, że państwo opiekuńcze i tak musiałoby kiedyś nadejść by zapewnić naprawdę realną pomoc. Pamiętam, jak czytałem, że w XVIII-wiecznym Liverpoolu biedota mieszkała stłoczona w piwnicach, gdzie wówczas były szlachta i kościoły? Scruton polemizuje z konserwatystami z USA, takimi jak Iving Babbit Czu Paul Elmer, którzy byli zdecydowanie niechętni socjałowi . Podoba mu się jednak pomysł amerykańskiego work-fare, tj. tak soknstruowanego modelu socjalnego, by nie nagradzać biedy lecz aspiracje.

Potem znów Scruton wypisuje głupstwa o państwie narodowym, stwierdzając m.in., że wprawdzie, „żaden najemnik nie zaplanowałby bitwy nad Sommą… jednak nie ma szczęścia społeczeństwo które nie rości sobie pretensji do państwowości”. Uznaje zaraz potem, że państwo narodowe zapewnia ład, i krytykuje ojców UE za przekonanie, że narody wojny wywołują, a unie uśmierzają, choć przykład USA i CSA (1860-1865) pokazuje inaczej . Myli się we wszystkim; USA i CSA to była wojna dwóch państw - dwóch wielonarodowych unii, a nie jakiejś federacyjnej unii z poszczególnymi stanami (zresztą po części była to wojna narodowa – szkoto-holendro-niemco-anglicy z północy, przeciw angielskiej arystokracji z południa), poza tym dlaczego ciągle o państwie narodowym gardłuje człowiek mieszkający w Unii wielonarodowej, jakim jest UNITED Kingdom.

Następnie Scruton skręca w kierunku kolejnego bożka konserwatystów – silnej władzy, który to bożek kazał von Papenowi poprzeć Hitlera, o czym oczywiście nie ma ani słowa w omawianej książce; zresztą Scruton generalnie traktuje Niemców jako gorszy gatunek i mówi o nich zawsze źle. Uważa Scruton, że liberalno-demokratyczna władza, która ma tendencję do stałego reformowania się skazana jest na prowadzenie polityki niejasnej i kunktatorskiej , choć dałoby się podać przykłady królów np. wiecznie zmieniających sojusze (np. Henryk VIII czy Jan III Sobieski), a sam podaje przykład De Gaulle’a – polityka silnego i zdecydowanego, mimo iż rządzącego w państwie demokratycznym . Dość odważnie chwali Scruton wielkonosego generała wobec swych braci Brytyjczyków… za to, iż pamiętał, że ważniejsze są „codzienne konieczności polityki” od ideałów, takich jak „głupawy mit postępu” , który nakazuje każdą politykę uznawać za postępującą lub cofającą. De Gaulle był silny, bo zmienił ustrój RF, o czym już Scruton nie wspomina. Poza tym generał też miał swoje idees fixe i ideały. Wiem, ze Scrutonowi zapewne chodziło o niezłomną walkę generała o francuską rację stanu, ale czy jego upór, nie zaprzepaścił np. szansy by UZE zastąpiła NATO? A przecież to by było bardzo korzystne dla zwolenników niezależności Francji od USA i zobowiązań atlantyckich.

Na koniec Scruton próbuje znów dobrać się do liberalizmu, w celu obnażenie jego mitów. Stara się wykazać niespójność liberalnej wizji ludzkiego działania. Cytuje liberała Dworkina, który podobnie jak wielu innych liberałów np. Rawls, uważał, że „jednostka powinna wypracować własną koncepcję dobra, na własny użytek” . Liberalizm opiera się, jak słusznie zauważ Sacruton, na autonomii racjonalnej jednostki i zasadza na napięciu między dążeniem jednostki a utylitaryzmem społecznym . Nie podoba się Scrutonowi, to, że liberałowie wiecznie przerzucają ciężar dowodu na konserwatystów, a także to, że każde działanie oceniają oni z perspektywy 1 osoby. Liberał Immanuel Kant uznał, jak pisze Scruton, iż jesteśmy hamowani przez obiektywna zasadę równych uprawnień, ale miał problem by uzasadnić te uprawnienia z pierwszoosobowej perspektywy. Jendocześnie przypomina Scruton, iż David Hume stwierdzał, że rozum jest i powinien być kontrolowany prze uczucia, zapomina jednak dodać, że filozof ten atakując różne świętości liberałów takie jak racjonalizm i umowę społeczną, zachował całe przesłanie społeczne liberalizmu, o czym wspaniale pisał John Gray. Scruton uważa, że liberałowie ustawicznie sprowadzają wszystkie problemy do pytania: „dlaczego miałbym to zrobić ?”, oczekując, że konserwatysta za każdym razem im to wytłumaczy, podczas gdy „powinienem”, wynika wg Scrutona z uczuć i przywiązania (np. monarchia jest ceniona przez konserwatystów, bo przekształca lojalność w zwykłą sympatię do osoby), natomiast liberalizm, dąży do tego by zniszczyć wszelką dyscyplinę i przywiązanie, dążąc jakoby do radykalnego: „dlaczego mam zrobić cokolwiek” . Faktycznie, gdyby liberałowie zaczęli się bawić w anarchistów, byłby z tego niezły kwietyzm… Dobrze tu widzimy, jak działa konserwatywny umysł; konserwatysta uważa dobrowolną umowę za niewystarczającą podstawę działania społeczeństwa i żąda tu i ówdzie dyscypliny i bezwzględnego umotywowanego kulturowo posłuszeństwa. Scruton zapomina, że liberalizm zakłada, że człowiek jest z natury aktywny i ambitny, oraz, że fachowość i wiedza mogą wywołać racjonalny posłuch równie skutecznie, jak kulturowe przesądy. Książka Scrutona jest bałaganiarska, maniakalna i pełna powtórzeń. Autor bezwiednie znakomicie udowadnia tu, swoją tezę o intelektualnej przewadze „lewicy”, z liberalizmem włącznie. Scruton niestety nie jest uczciwy, podobnie jak thatcheryści, których tak krytykuje; połyka on i wypluwa elementy liberalnej doktryny, gdy mu to pasuje; przypisując konserwatystom idee, które zostały wypracowane przez liberalizm, i uważając je za odwieczne, choć są zdecydowanie historyczne i konstruktywistyczne. Widać u Scrutona typową prawicową tęsknotę do prostszego, mniej rozgadanego świata i prostszej polityki. Zapomina jednak o tym, że mecząca gadanina której symbolem jest UE i jej organy, stanowi pożądana alternatywę dla brutalnej gry narodowych państw. Czytając Scrutona raz po raz przypominało mi się zdanie cesarza Wilhelma II, który zwolniwszy Bismarcka w 1890 roku z fotela kanclerza Rzeszy, ogłosił, iż odtąd polityka będzie prosta i jasna, co doprowadziło do końca bismarckowskiej koncepcji równowagi sił (Bismarck dążył do tego, by Rzesza była uważana za przyjaciela i Austrii i jej wroga – Rosji), wdepnięcia w słabszy z dwóch europejskich sojuszów i klęski w 1918 roku…

Druga, omawiana przeze mnie książka Scrutona: „Intelektualiści nowej lewicy”, wywołuje u mniej, jako liberała mniejsze emocje i sprzeciw, jako że stanowi atak na myślicieli (neo)marksistowskich, którzy nie należą do moich idoli. Scruton zaczyna od narzekań na nieprzychylność recenzentów swej książki, co jego zdaniem ma dowodzić dominacji marksizmu wśród elit intelektualnych UK. Scruton podawał przykład Michaela Shortlanda, redaktora działu w „Radical Philosophy:, który nazwał „Intelektualistów…” marną i tandetną książką, i dziwił się, że wydawnictwo Longmans ją opublikowało . Uczeń wykpiwanego przez Scrutona Raymonda Williamsa, Stuart Hall w „Guardianie” oskarżał Scrutona o brak indywidualnej ciekawości, co Scuton uważa oczywiście za czepialskie, ja natomiast uważam, że Scruton faktycznie nie popisał się głębszą analizą, choć i tak „Intelektualiści…” są książką dużo staranniejszą, od jego dziełka o konserwatyzmie. Alan Ryan oskarżał Scrutona o brak troski o „przyzwoitość intelektualną”, a (niedawno zmarły) sławny amerykański filozof prawa Ronald Dworkin, uznał nie tylko prace Scrutona, ale wszelkie przedsięwzięcia współczesnego konserwatyzmu za intelektualnie bezwartościowe . Scruton uznał zapalczywość krytyków za dowód, że dla lewicowców i socjaliberałów Zachodu teoria społeczna jest magią, za pomocą której chcą oni zaprzeczać powiązaniom swych emancypacyjnych przekonań z komunizmem, a także tego, że długi okres trwania ZSRR, przekonał intelektualistów Zachodu o sile lewicowych recept – dość daleko idące wnioski.

Scruton rozpatruje biogramy i poglądy 20 lewicowych intelektualistów, którzy, co przyznaje sam, różnią się między sobą formacją i poglądami. Uważa on np., iż Dworkin jest lewicowy „tylko z pozy” . Ci myśliciele jednak, jak twierdzi Scruton, decydują o sporej wiarygodności lewicy, mimo niepowodzenia komunizmu w ZSRR i Bloku Wschodnim. Uważa ich za udziałowców „konsensusu opozycji” lat 60 i 70, zwanego Nową Lewicą, z którą kojarzeni są wszyscy omawiani autorzy, mimo dzielące ich różnice. Scruton zalicza ich do lewicy, ponieważ – jak jakobini - uważają oni, że zło tkwi nie w człowieku, lecz w systemach politycznych i społecznych, i prowadzą politykę celu – celem tym jest jak mówił Robespierre w 1794 roku: „królestwo mądrości, sprawiedliwości i cnoty” (a nie obyczaju jak konserwatyści) . Dość wątpliwy jest wniosek Scrutona, iż lewicą rządzą krasomówczy ekstremiści, właśnie ze względu na to, że są bliżej celu, natomiast konserwatyści izolują prawicowe ekstrema w interesie konsensusu i obyczaju. Barack Obama w swej książce: „Odwaga nadzei” uważa dokładnie odwrotnie. Scruton kładzie nacisk na skłonność lewicy do omijania faktów, zaprzeczających odwiecznemu marszowi do socjalizmu, oraz do ignorowania zarzutów wobec marksizmu ze strony czy to liberałów czy to konserwatystów (Aron, Popper, Mallock, Sombart, Hayek, Boehm-Bawerk, Weber, Maitland, Sraffa) , stąd przekonanie Scrutona, iż marksizm i lewicowość w ogóle są formami nie znoszącej sprzeciwu religii (pisali o tym Aron, oraz np. Norman Cohen, który krytykował marksowski milenaryzm) , mimo krytyki marksizmu, rok 1968, zdaniem Scrutona obudził uśpioną lewicowość na Zachodzie, ponieważ dojrzało wtedy pokolenie nie pamiętające II wojny światowej, a którego przodkowie niewiele mieli wykształcenia, stąd Nowa Lewica łatwo przekonała ich, że „cała władza w świecie jest uciskiem” . Słowem nie wpomina Scruton o znaczeniu jakie dla Nowej Leiwcy i jej antyautorytaryzmu była mowa Chruszczowa z lutego 1956 roku: "Kult jednostki i jej konsekwencje”, co wskazuje na silniejsze humanistyczne implikacje ruchu.

Nie omawia Scruton myśli Marcuse’a, twierdząc, ze wiele już go krytykowano, ani Chomsky’ego, którego uważa za zbyt wypranego z teorii, więc przechodzi od razu do niejakiego Edwarda Palmera Thompsona (1924-1993), historyka który zadeklarował się jako komunista i marksista w latach 50., następnie wycofał się z partii komunistycznej po najeździe ZSRR na Węgry, a potem walczył o Europę bez bomby A, oraz do 1964 roku był w radzie wykonawczej „New Left Review” , z której wygryzły go ponoć młode wilczki lewicowe. O czym Scruton nie wspomina, Thompson jako 17-latek zgłosił się na front włoski by walczyć z faszystami. Popularność Thompson zawdzięcza, zdaniem Scrutona ładnemu i ciekawemu stylowi, oraz temu, że Brytyjczycy, już od czasów Shakespeare’a, darzą historyków szczególną estymą, uważając ich za ludzi idei (jego zdaniem to historycy wykreowali Labour Party na poważną i godną zaufania siłę polityczną) , oraz nawiązywaniem nie tylko do Marxa, ale i Williama Blake’a i Williama Morrisa. Thompson nie zawsze zgadza się z Marxem, np. zaprzecza, by w średniowiecznej Anglii istniał zaczątek klasy robotniczej, nie uważa też by klasę społeczną definiował jedynie podział pracy i miejsce w procesie produkcji (lecz także np. zwyczaje, język itd., opublikowana w 1963 roku praca: „The Making of the English Working Class, na podstawie której Scruton ocenia sposób myślenia Thompsona definiowała klasę, nie jako strukturę lecz jako relację kulturową), lecz mimo to uważa, że marksizm wraz z teoria walki klas, sporo wyjaśniają, sentymentalizuje też i ideologizuje walkę robotników o godziwszą egzystencję, jako antykapitalistyczny mesjanizm, a tego już Scuton mu nie daruje. Scruton kończy z Thopmsonem pisząc o jego przekonaniu dla tzw. „teorii konwergencji”, która kazała lewicowcom brać NATO i Układ Warszawski za dwie równie tyrańskie instytucje realizujące podobnie imperialne zamiary . Thompson jednak był jeszcze o wiele bardziej niezależnym myślicielem, niż przyznaje Scruton. O poglądach ortodoksyjnego marskisty Louisa Althussera, pisał w 1978 roku („The Poverty of Theory”) wprost, jako o „niehistorycznym gównie”. Do Blake’a powrócił pod koniec życia, pisząc: “Witness Against the Beast: William Blake and the Moral Law” (1993), gdzie snuł związki między purytańską rewolucją (1649-1660) a poglądami XVIII-wiecznego poety. Jeśli nawet zgodzimy się ze Scrutonem, że teoria konwergencji jest próbą ratowania marksizmu przed faktami, to jednak trudno mieć do Thompsona pretensje, że krytykował ideologów obu zimnowojennych bloków, w tym i Reagana i jego koncepcję „gwiezdnych wojen” z 1985 roku, która wielu obserwatorom, nie tylko tym lewicowym wydawała się zbyt śmiała, tak samo jak polityka Eisenhowera, dawnym stronnikom Trumana w 1953 i 1954 roku. Reasumując wydaje się, że Scruton kreuje Thompsona na daleko płytszą postać niż był w rzeczywistości. Nie czytałem jednak dział Thompsona by móc coś bliżej o tym powiedzieć. O samym jego istnieniu dowiedziałem się przed laty z lektury Scrutona…

Kolejną „ofiarą” Scrutona jest Ronald Dworkin (1931-2013). Przystepując do omawiania tej postaci, Scruton zaznacza, że lewica w USA zachowała swój liberalny image, ze względu na szacunek do konstytucji jaki jest powszechny wśród wszystkich Amerykanów, oraz płynność tamtejszych elit, co zaś powoduje, że lewica nie atakuje własności, lecz tylko jej niektóre przejawy, jak konsumpcjonizm. Walka z konsumpcjonizmem zastępuje więc w USA, walkę klasową , klasy są w USA płynne i nie posiadają wyraźnego moralnego profilu. Nie wiem czy można się z tym wnioskiem zgodzić, pamiętając choćby wnioski von Misesa z jego „Mentalności antykapitalistycznej” – wnioski o sportowym, antyintelektualnym zacięciu amerykańskiej elity finansowej. Według Scrutona amerykański „radykał”, tj. lewicowiec – (de facto socjalliberał), atakuje rząd USA i wspiera przeciwko niemu mniejszości (Scruton pisze m.in. wyraźnie o „zboczeńcach” mając na myśli zapewne gejów – to tak a propos „tyranii” poprawności politycznej w UK…), wyszukując przykłady imperialnego zaślepienia elit rządzących (np. wojna w Wietnamie), i generalnie skacze od jednej sarkastycznej konstatacji do drugiej. Zarzuca Scruton Dworkinowi, czy Joan Didion intelektualną nieuczciwość i nieustanne uciekanie od rzetelnej analizy, mimo iż SAM TO ROBI NIEUSTANNIE zwłaszcza w swej książce o konserwatyzmie, tak samo jak nieustannie zarzuca lewicy sentymentalizm, choć ten wspiera głównie prawicowe wizje państwa (idealizacje przeszłości, narodu, obyczaju itd.). Dalej pisze nieco Scruton o atakach Dworkina na pozytywizm prawny (Bentham, Austin, Kelsen, Hart itd.). Inaczej niż wymienieni myśliciele Dworkin uważał, ze prawo ewoluuje nie z „normy zwierzchniej”, lecz w dużej mierze z obyczaju (w trudnych sprawach prawo jest nie stosowane przecież, lecz odkrywane), Scruton mu przyklaskuje (sic!) i cieszy się, że wraca on ku „głęboko konserwatywnemu naturalizmowi prawnemu” .

Jest to wielka nieuczciwość intelektualna. Każdy kto zna choć trochę myśl epoki oświecenia (zwł. Locke’a i Kanta) i zarzuty Poppera wobec Hegla, wie dobrze, że to liberalizm bronił w XVIII i XIX wieku naturalizmu prawnego – w postaci praw naturalnych nakazujących łączyć prawo z uniwersalistyczną filozofią moralną, a konserwatyści jak Hegel – którego zresztą Scruton lubi i ceni - stali na straży partykularnych pozytyw izmów prawnych, łączących prawo nie z nauką moralną, ale z tradycja i kultura prawną danego kraju (w przypadku Hegla – Prus). Popper – nota bene liberał - uważał, że pozytywizm prawny to uznanie, że siła (rząd i armia danego państwa) jest prawem. Scruton, choć chwali prawo tworzone na sali sądowej i preferuje ponoć naturalizm prawny od sztywnego pozytywizmu, prawnego, atakuje Dworkina za sugestie, iż prawo ma sprzyjać obywatelskiemu nieposłuszeństwu. Oto co mówi Dworkin cytowany przez Scrutona: „Człowiek nie może wypowiadać się swobodnie, kiedy nie może dostosować retoryki do swego oburzenia, lub kiedy musi ograniczać swą ekspresję by chronić wartości, które ma za nic w porównaniu z tymi, których usiłuje bronić…” (fragment dzieła Dworkina: „Taking Rights seriously”). Scruton czepia się Dworkina za to, że ten jest przeciw ściganiu dezerterów uchylających się przed służbą wojskową. Wg Dworkina, brak kary dla nich nie spowodowałby masowego odpływu rezerwistów do domów . Scruton uważa Dworkina za typowego „naiwnego” liberała i może ma nawet i rację, ale czy wojen rzeczywiście nie powinni prowadzić tylko ci co chcą, lub mają do tego dryg? Scruton próbuje dalej nieudolnie i niejasno relatywizować prawa jednostki, porównując jej z prawem poborowego do posiadania wokół siebie innych poborowych … litości! Co do kamienia niezgody między GOP a liberałami w USA – akcji afirmacyjnej, to Dworkin ponoć nie pochwala polityki kierującej się kryteriami rasowymi, ale ponieważ nie istnieje nic takiego jak prawo ubiegania się na studia na podstawie IQ, to słusznie w to miejsce wkracza polityka społeczna. W ten sposób poświęca Dworkin klauzulę równego traktowania na rzecz samej równości realizowanej przez rząd. Scruton kpi z niekonsekwencji Dworkina i atakuje prawa uznawane przez liberałów jako dary i przywileje i zarzuca liberałom brak respektu dla praw jednostkowych ulubionych przez konserwatystów (ponoć liberałowie nie uważają ich zwykle za prawa lecz np. jako „burżuazyjne przeżytki”), lecz nie wiadomo o co dokładnie mu chodzi, bo żadnego nie wymienia, natomiast muszę się tak samo jak Dworkin zgodzić, że akcja afirmacyjna jest do luftu, ale ponieważ dążymy nie tylko do ochrony indywidualności, ale też do jakiejś równości społecznej w imię spójności społecznej (to ostatnie powinno być drogie konserwatystom, a nie jest, wolą oni dzielić społeczeństwa na kulturowe segmenty…), to aka akcja jest złem koniecznym. Czarny nie powinien oznaczać proletariusza, ale żeby tak było to kilku czarnym należy nieco pomóc. Niesprawiedliwe? Może. Ale nic lepszego nie wymyślono. Scruton burzy się przeciw amerykańskiemu pojmowaniu polityki, wg którego jednoznacznie dobre jest tylko to co służy prawom jednostki i równości. Szczęśliwi Amerykanie… Wojciech Sadurski w epitafium dla Dworkina („Gazeta Wyborcza” sob-niedz. 23-24 II 2013 r.) pisał o podziale Dworkina na demokrację większościową i partnerską - ta jedynie druga bazująca na kontroli prawodawstwa przez kompetentnych sędziów pamiętających o dobru jednostki i zasadzie dążenie do równości wydawała mu się uprawomocniona. Ta kontrola demokracji przez elitę powinna się podobać naszemu konserwatyście, tyle, że ideały nie te … Jak pisze Sadurski, sędziowie wg Dworkina, nie działaaja nigdy w sposób obojętny moralnie, lecz dokonują wyboru moralno-prawnego, jednak nie swobodnego, lecz opartego na standardach i zasadach społeczeństwa liberalno-demokratycznego. Nie byłby Sadurski Polonusem, gdyby nie wspomniał o swej polemice z Dworkinem, iż w dialogu: moralność-religia, ta ostatnia odgrywa większa role niż Amerykanin był skłonny przyznać. Dworkin był ponoć człowiekiem dowcipnym i smakoszem, oraz jak mówił jego przyjaciel Thomas Nagel – „przeciwieństwem ascety”, może to najbardziej drażni Scrutona…

Kolejnym myślicielem lewicowym, którego charakterystyki Scruton się podjął jest Michel Foucault. Przystępując do niej Scruton, kreśli najpierw obraz Francji jako kraju, w którym jakobinizm najlepiej się zakorzenił, a jakobiński holizm w opisywaniu rzeczywistości próbowali kopiować prawicowcy tacy jak de Maistre, Chateubriand czy ludzie z Nouvelle Droite. Jednak dzisiejszy francuski goszyzm, Scruton opisuje jako całkowity cynizm, pogardę wobec instytucji i idei, zdolny rozprawiać o problemach, lecz nie szukać rozwiązań. Kawiarniani goszyści na polu polityki i sztuki obnażają kolejne przejawy samooszukiwania się burżuja np. jego odwoływania się do „normalności” . Scruton następnie porównuje goszystę do nowego arystokraty wzniesionego na piedestał przez zdezorientowanego burżuja (karykaturalna wersja bliskich związków artystyczno-biznesowych we Francji i Italii, jako odmiennych od tych panujących w USA opisanych przez Ludwiga von Misesa), z tą różnicą, ze arystokrata idealizował klasy niższe (ideał pasterza, o cechach dworaka) uciskając je, podczas gdy goszysta „zaledwie warczy na rękę która go karmi” – rękę burżuja . Piękny antropologiczny obrazek, porównanie nieco karkołomne, w końcu burżuj sam hoduje goszystę z własnej woli, poza tym - rzeczywiście snobizm mieszczuchów w Europie jest jednocześnie drażniącym spektaklem, ale i dźwignią kultury. Lepsze to chyba niż australijski programowy antyintelektualizm… Wygląda to na objaw ludzkiej niedoskonałości i tęsknoty d autorytetów, rzecz w tym, że Scruton preferowałby zapewne inne autorytety. Foucault stosuje metodę tzw. „archeologii wiedzy”, lubi ponoć pytać z jakiej pozycji przemawia przeciwnik (D’ou parles tu?) i relatywizować jego cele, samemu pozostając cynikiem i obserwatorem, cóż to jest postawa typowa dla filozofa, i trudno się tu gniewać… Lubi też Foucault, jak zauważa Scruton, po heglowsku dramatyzować przemiany mentalności, np. w: Les Mots et les Choses (1966) stwierdził, ze człowiek został „wynaleziony” dopiero w XVI wieku, ponieważ wcześniej identyfikowano się głównie z pozycją społeczną (np. rycerz) czy zawodem (np. żołnierz) . Tą cenną wypowiedź Scruton próbuje banalizować mówiąc, że na tej samej zasadzie można by uznać np. dinozaura za niedawny wynalazek i zarzuca filozofowi nadmierne przywiązanie do heglowskiej zasady utożsamiania rzeczywistości ze sposobem jej pojmowania. Penie ma rację; w końcu np., kapitalizm funkcjonował długo przez XIX wiekiem, kiedy to słowo ukuto, ale trzeba zwrócić uwagę, że takie słowa dinozaur czy kapitalizm nie odnoszą się wprost do sfery ludzkich doświadczeń, a świadomość ograniczeń przydaje się w procesie badawczym. Dla dość prostodusznego Scrutona to jest chyba za trudne, gdyby był bystrzejszy, zapewne nie byłby konserwatystą… Następnie Scruton wspomina o innym głośnym dziele Foucaulta: „Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu” (Folie et déraison. Histoire de la folie à l'âge Classique 1961), w której łączy XVII-wieczną tendencję do więzienia psychicznie chorych z mieszczańską etyką pracy . Dla Foucaulta szaleniec jako nieracjonalny osobnik ukazujący granice obowiązującej etyki, nie jest już człowiekiem, jest zwierzęciem. XVIII wieku wg Foucaulta połączył rozum z językiem, zaś XIX sprowadził szaleństwo wyłącznie do problematyki etycznej. Paternalistyczna struktura szpitali psychiatrycznych miały wg Foucaulta reprezentować próbę wtłoczenia szaleńców w ramy kultury opartej na założeniu burżuazyjnej rodziny. Scruton słusznie zarzuca Foucaultowi, że nie uznaje oczywistych faktów takich jak np. to, że rodzina chłopska jest bardziej autorytarna, a arystokratyczna bardziej paternalistyczna od burżuazyjnej , i może słusznie zarzuca mu upajanie się własnym głosem. Foucault dąży do przekonania czytelników, że burżuazja stosuje mit „czystego spojrzenia” normalności, z której to perspektywy bada to co „nienormalne”, tak więc wszelka „normalność” służy władzy. To prawda, że lewica sprowadza do władzy i walki wszystkie problemy, lecz ta „normalność” jest być może tworzona automatycznie przez wpływ jednych jednostek na drugie. Konserwatyście nie podoba się relatywizowanie moralności, jak jako liberał (czyli „burżuj”) uważam jednak spostrzeżenia Foucaulta za dostatecznie przydatne i słuszne, mimo wad. Tak właśnie myślę o jego dziele dotyczącym więziennictwa: „Nadzorować i karać” (Surveiller et punir. Naissance de la prison 1975). Scruton dość konkretnie przedstawia główne tezy dzieła. Foucault zwrócił uwagę na niemal jednoczesne powstanie więzienia, szpitala i szpitali dla obłąkanych i wysnuł tezę, że do zwycięstwa burżuazji (1789 i później) kara polegała na przykładnej zemście, potem zaś na pozbawieniu typowych dla kapitalizmu, tj. do swobodnego przemieszczania się i udziału w rynku – zamknięciu w więzieniu. Kara np. w postaci tortur miała sens przed kartezjańskim dualizmem, kiedy uważano, że można oddziaływać na dusze przez ciało, gilotyna natomiast niemal zupełnie nie dotyka ciała, kara główna jest więc abstrakcyjna. Tyle Foucault. Wcale nie musi tu jednak chodzić tylko o kartezjanizm, dążenie do zamiany ścięcia na więzienie wynikało tez historycznie z monistycznego materializmu XVIII-wieku (Holbach, Diderot), który często szedł w przez fizycznym determinizmem, który w odniesieniu do społeczeństwa część winy zbrodniarza przypisywał samemu społeczeństwu. Odrzucenie wiary w duszę, powoduje, że mniej chętnie pozbawiamy życia nawet drani, bo wiemy, że życie doczesne to wszytko co mają. O Holbachu jednak pisałem już na racjonaliście.pl. Foucault utożsamia wiedzę z władzą. Racjonalizacja XVIII wieku oznacza odejście od boga w stronę poważnych problemów, jednak dla Foucaulta oznacza ona narzucenie nowych pokładów ciemiężenie ludu precz coraz sprytniejszych i subtelniejszych rządców. Słusznie Scruton zgadza się z Foucaultem, że więzienia przypominają szkoły i szpitale, ale nie dlatego, że jest to jakiś burżuazyjny spisek, lecz dlatego bo władza musi mieć hierarchiczną strukturę. Słusznie gromi Scruton Foucaulta za założenie, ze burżujów w ogóle nie interesują skazani, bo kara i rehabilitacja mają niewielkie znaczenie gospodarcze , a więc za typowo lewicowe sprowadzanie wszystkiego do ekonomii. Równie słusznie gani też nawoływania Francuza by wygnać sędziów i wprowadzić urojoną „proletariacką sprawiedliwość”. Mimo paranoi Foucaulta uważam go jednak za przydatnego myśliciela, czym różnię się od Scrutona.

Kolejny „obiekt” studiów Scrutona to szkocki psychiatra Ronald David Laing (1927-1989). Rozpoznaje u niego to samo marksowskie szukanie ukrytych mechanizmów władzy i heglowskie naginanie faktów do idei jak u Foucaulta. Uważa dodatkowo Scruton, że Laing zapożyczył i odświeżył język Sartre’a .Jak Foucault uprawia Laing „psychologię egzystencjalną” (pacjent sprowadzony do roli rzeczy prze ubezwłasnowolnienie i rehabilitację), i nawołuje do rewolucji totalnej upośledzonych mniejszości (ludzi Trzeciego Świata, gejów, kobiet itd.) by, jak pisze Laig, odkryć prawdziwą naturę ludzką duszoną „zdeprawowaną przez tysiące lat rasizmu, kapitalizmu, tak zwanego komunizmu, szowinizmu seksualnego i fałszywej religii… czas skończyć z niszczeniem ludzkiej zdolności kochania przez represjonowanie dzieciństwa… ”. Również u Lainga schizofrenik urasta do wymiarów buntownika przeciw szowinistycznemu społeczeństwu, choć jak zauważa Scruton normalni obywatele dotknięci chorobą sami wnoszą o hospitalizację . W sumie wizje Lainga przywołują nam na myśl: One Flew Over the Cuckoo's Nest - powieść nota bene lewicowego kontastatora-hippisa Kena Keseya z 1962 roku, gdzie nawet dobrowolni pacjenci nie byli za bardzo dobrowolni. Ciemiężycielem jest u Lainga rodzina burżuazyjna (dzieci rywalizujące o miłość rodziców i uczące się manipulować nimi), ciekawe, że Scruton uważa myśl Lainga za zbyt czułostkową by była naprawdę antyburżuazyjna. Osobiście wydaje mi się, że tak samo jak myśl Foucaulta mimo swego lewicowego radykalizmu, może znakomicie wzbogacać pierwiastek indywidualistyczny i emancypacyjny porządku liberalnego.

Rozdział VI poświęcony jest walijskiemu socjaliście Raymondowi Williamsowi (1921-1988), będącego zdaniem Scrutona, typowym przedstawicielem wyspiarskiego socjalizmu, zapatrzonego nie jak marksizm w przyszłość, lecz, mimo deklaracji wierności ideom Marxa - w brytyjską historię , w sentymentalną interpretację myśli diggerów, purytanów Hoggartha itd, co nadaje socjalizmowi rodem z UK „koloryt lokalny a nawet nieco parafialny” . Scruton uważa, że brytyjska krytyka literacka i społeczna góruje nad kontynentalną i ma silnych przedstawicieli zarówno na prawicy (Burke, Coleridge, Wordsworth) jak i na lewicy (Ruskin, Morris, Cobbett, Shaw, prerafaelici, fabianie), zawsze jednak była antyelitarna. Podobnie jak konserwatyści, brytyjscy socjaliści-krytycy społeczni bali się zmian nadchodzących z rewolucja przemysłową jak ‘alienacja pracy” (o czym pisałem już wcześniej, przy okazji książki Scrutona o konserwatyzmie), lecz nie zalecali jako remedium religii, lecz lepszą oświatę, jak Williams, który snuł plany przygotowania dzieci do demokracji uczestniczącej . Jak konserwatysta, szuka Williams ratunku w dobrowolnej wspólnocie kulturowej, oraz piętnuje konsumpcjonizm oraz fetyszyzację towaru (określenie Marxa), lecz jak Róża Luksemburg uważa etykę konserwatywno-chrześcijańską z konsumpcjonistyczną, a nie sprzyjająca produkcji i dystrybucji, stąd nie ceni własności prywatnej, lecz to podobieństwo między socjalistami i konserwatystami zastanawiało nie tylko Scrutona, ale też takich myślicieli liberalnych jak Constant i Hayek, w końcu Luksemburg pisała: „…Dla burżuazyjno-liberalnych ekonomistów i polityków koleje, zapałki, kanalizacja ulic i domy towarowe stanowią „postęp” i „kulturę”. Lecz rzeczy te same w sobie, zaszczepione w prymitywnych warunkach nie stanowią ani kultury, ani postępu, opłacone są bowiem gwałtowną gospodarczą i kulturalną ruiną ludów, które na raz zmuszone są przeżywać wszystkie klęski i nieszczęścia dwóch formacji historycznych: tradycjonalnych stosunków władczych opartych o gospodarkę naturalną oraz najnowocześniejszego, najbardziej wyrafinowanego kapitalistycznego wyzysku (vide: Kryzys socjaldemokracji, w: Wybór pism, t. II, Warszawa 1959, str. 386.). Socjaliści w odróżnieniu od konserwy, cenią postęp, ale upatrują go nie w rzeczywistych udogodnieniach życia, lecz w miazmatach dotyczących jakiejś abstrakcyjnej „duchowości”, tam gdzie konserwatyści upatrują zbawienia OD postępu. Scruton nie dostrzega tych podobieństw na tyle by dostrzec łasny konserwatywny sentymentalizm, kiedy zarzuca go Williamsowi , i pisze wręcz, że ów sentymentalizm stanowi o popularności tego autora. No cóż to racja – idiotów i ćwierćinteligentów dużo na świecie, a więc i sentymentalizmu dużo, lecz nie wiem czy na prawicy nie ma go tyleż co na lewicy… Mało wyrazistemu intelektualnie Walijczykowi, Scruton przeciwstawia Tocqueville’a, który uznał demokrację za czynnik nie zbawczy, lecz utrwalający sobkowstwo i kryzys autorytetów, oraz społeczną alienację , dalej Scruton gani Williamsa za płaską intelektualnie krytykę literacką w jego wykonaniu (np. Jane Austen dostaje się za monetarną wizję społeczeństwa wiejskich dworków), przy braku zmierzenia się z samym kapitalizmem jakoś szerzej. Williams, jak pisze Scruton wierzył, że od 1917 roku permanentna rewolucja tryumfuje i ostatecznie wyrzuci kapitalistyczne myślenie ze stosunków społecznych.

Rozdział VII zajmuje charakterystyka Rudolfa Bahro (1935-1997), który należał do partii komunistycznej NRD, z której jednak został usunięty, a następnie aresztowany za rzekome szpiegostwo, przetrzymywany w więzieniu Stasi w Berlin-Hohenschönhausen (1977-1979) i skazany na 8 lat więzienia za krytykę ustroju. Po zmasowanej kampanii w jego obronie zezwolono mu ostatecznie na zamieszkanie w Berlinie Zachodnim. Scruton przyrównuje Bahro do czeskiego sympatyka powstania na Węgrzech z 1956 roku Pavela Tigrida, który uważał, że zło może wynikać nigdy z socjalizmu, a co najwyżej z jego wypaczeń, o które to wypaczenia Tigrid posądzał ZSRR . Bahro również tłumaczył zbrodnie ZSRR tendencjami reakcjonistycznymi w tym kraju, a nie socjalizmem. Scruton zwraca uwagę na wypranie prozy Bahro z czynnika ludzkiego (Niemiec nie pisze o zdobyciu władzy, lecz np. o „konstytuowaniu substancji umiejętności regulowania ogólnej budowy społecznej”), tak samo pisze nie o mordzie na wzbogaconych po reformach Stołypina (1906) kułaków w Rosji, lecz o byciu przez nich „obiektem drugiej rewolucji”, co było konieczne, gdyż inaczej wg Bahro Rosja nie weszłaby nigdy na drogę uprzemysłowienia, lecz pogrążyła się w azjatyckim , agrarnym kapitalizmie . Scruton uważa Bahro za paskudnego propagandystę, bądź człowieka zupełnie zagubionego w lewicowych odmętach, bredzącego o socjalizmie z ludzką twarzą. Bahro uważał metody radzieckie za niedobre i zalecał drogę obraną przez Mao . Od siebie dodam, że Mao utrwalił w Chinach azjatyckie feudalizm, ale co tam… Scruton natomiast dostrzega inną niekonsekwencję, iż Bahro najpierw pisze o klasie robotniczej, a potem uważa Rosję 1917 roku za kraj rolniczy, a wg Marxa rewolucja socjalistyczna mogła nastąpić jedynie z woli proletariatu . Jest to jednak dość dobrze znany zarzut. Ciekawe, że zarzuty Scrutona wobec omawianych lewicowców są zwykle inne, niż ja sam wytaczam. Całe zło widzi Bahro w biurokracji, co też stanowi stary lewicowy numer; już Trocki pokłóciwszy się ze Stalinem uznał go za bezideowego biurokratę… Bahro postulował zniesienie norm pracy i pracy na akord, oraz powstanie rzeczywistego socjalizmu, zespolonego ściśle z wolą ludu, który spowoduje, że opozycja nie będzie już potrzebna. Scruton zauważa, jak umysł komunisty nakazuje „gasić dociekliwość chłodnymi abstrakcjami”, lecz oczywiście nie dostrzega, że to samo czyni umysłom wiara religijna. Bahro, jak czytamy w wikipedii, podkreślał konieczność odbudowy wspólnot lokalnych oraz odrodzenia życia duchowego, tego Scruton już nie napisał, bo obnażyłby kolejne podobieństwo konserwatyzmu i socjalizmu tym razem na polu maniakalnego antymaterializmu…

Rozdział VIII zajmuje biogram wcześniejszego chronologicznie od pozostałych bohaterów książki, myśliciela Antonio Gramsciego (1891-1937), podziwianego przez Bobbioa, Hobsbawma, Althussera i pokolenie protestów 68 roku, które wybrało Gramsciego na swojego patrona . Zresztą myśl Gramsciego kontynuował i rozwijał już zwolennik komunizmu ewolucyjnego i demokratycznego Palmiro Togliatti od 1944 roku. Zdaniem Scrutona Gramsci idealnie wpisywał się we włoski ideał uczonego-lidera, a jego walka z Mussolinim pozwalała starannie odkroić faszyzm od komunizmu, mimo wielu wspólnych cech obu systemów które Scruton z wyraźnym upodobaniem wymienia (jednopartyjność, dyscyplina, zakaz wolnej myśli, militaryzm), jedyną różnicę upatrując w tym, ze faszyzm czasem dochodził do władzy legalnie . Scruton popełnia tu jednak szachrajstwo większe jeszcze niż wielbiące Gramsciego pokolenie 68 roku; zupełnie pomija fakt, iż faszyzm mógł przejąć władzę legalnie, bo W PRZECIWIEŃSTWIE do komunizmu odwoływał się do konserwatywnych, religijnych i narodowych mitów; strachów, ksenofobii, atawizmów, rasizmu i wyidealizowanej przeszłości (Germania, Imperium Cezara itd.) i choć instytucjonalnie się od komunizmu wiele nie różnił (choć i tu np. widać większy pociąg faszyzmu do hierarchii i uznanie własności prywatnej, w ramach rozmaitych struktur kartelowych), tak cała ideologia faszyzmu jest reakcyjna w treści, choć konstruktywistyczna w praktyce – jak konserwatyzm, a nie socjalizm/komunizm. I tak słusznie pisał Gramsci o faszyzmie i władzy prawicowej „burżuazji, którą nieustannie podbudowują nawyki kulturowo-administracyjne np. lojalistyczne kazania kleru – tak to faktycznie wygląda z punktu widzenia rewolucjonisty… Gramsci odrzucił marksowski determinizm i kazał komunistom odwojowywać kulturę, czym dodał życia myśli lewicowej, wierzył, ze inteligencja będzie patronować nowej rewolucji socjalistycznej, tym razem kulturowej, a nie socjalistycznej, choć jak słusznie przypomina Scruton, intelektualiści w latach 20 i 30 poparli faszyzm , a nie komunizm. Gramsci uznał faszyzm za ruch drobnomieszczan, lecz zdaniem Scrutona metody dla swojej koncepcji komunizmu zaczerpnął właśnie od faszystów, stąd potem stale zacierał podobieństwa między swoją ulubiona ideologią a faszyzmem . Czy jednak podobieństwo metod polityki, a nie treści, jest czymś czego należy się wstydzić? Czy Scruton sam nie popełnił tego samego „grzechu” kiedy każe konserwatystom tworzyć spójna „doktrynę celu”, jaką wypracował liberalizm i czerwoni?

Francuskiego marksistę Louisa Althussera (1918-1990), Scruton uważa za jednego z tych myślicieli, którzy uznali studentów za doskonały proletariat zastępczy . Jednocześnie w oczach Brytyjczyka, Althusser jest myślicielem anachronicznym, gdyż np. upiera się przy smithowsko-marksowskim, wielokrotnie już obalonym (przez teorie podkreślające znaczenie popytu; Boehm-Bawerk, von Mises) twierdzeniem o związku wartości towaru z pracą włożoną w jego wyprodukowanie . Według Scrutona, Althusser traktuje jednak „Kapitał”, niczym Biblię czy Koran (zdania typu: „nie można czytać właściwie „Kapitału” bez filozofii marksistowskiej, którą zarazem należy wyczytać z samego „Kapitału”) i nie dyskutuje z nie-marksistami o ekonomii. Althuser wysuwał tezę o wielkim „pęknięciu epistemologicznym”, jakie zaistniało w filozofii Marksa pomiędzy jego wczesnymi pismami (z lat 1840-1845) a dziełami późniejszymi, które są jego zdaniem właściwymi tekstami marksizmu, jako już nie ideologii, lecz teorii naukowej. Jak Gramsci Althusser sprowadzał dialektykę społeczną do walki nie na polu ekonomii lecz kultury. Od Trockeigo bierze z kolej tezę o konfliktach wynikających z niezrównoważonego rozwoju społecznego w różnych krajach czy regionach, stąd wieloprzyczynowość rewolucji jako procesu u Althussera. Scruton złośliwie uznaje zapętlenia rozmaitych wewnętrznych sprzeczności w procesach historycznych omawianych przez Althussera, za faktyczne przyznanie, że prawidłowy i prawdziwy jest jedynie woluntaryzm historyczny, nie udaje się bowiem francuskiemu marksiście opracować żadnej teorii przewidującej bieg zdarzeń w przyszłości , stąd zdaniem konserwatysty Althusser uprawia bardziej teologię niż naukę, a nawet zachwala swą teologię niczym Pascal w swoim słynnym zakładzie. Eksponując rolę intelektualisty i jego działań w kulturze, Nowa Lewica zdaniem Scrutona, pozbawia marksizm jego waloru wyjaśniającego (marksizm „wyjaśnia” przez sprowadzenie wszystkiego do gospodarki). Być może Scruton ma rację, że marksizm jest religią ateistów. Moim zdaniem jest jedynie religią pseudo-ateistów, którzy mają już humanistyczną wiarę w człowieka, miast degradującej człowieka wiary w bóstwa, ale nie wyzwolili się jeszcze z przesądów totalnej zależności człowieka od natury – w końcu chcą na gwałt pomóc człowiekowi ją odnaleźć. Ciekawe, że to socjaliści są historycznymi deterministami, a chadecy/konserwatyści jak Scruton – woluntarystami – u tych ostatnich bóg panuje nad wszystkich z wyjątkiem czasu i historii… a więc mamy tu starcie lewicowych religiantów z prawicowymi deistami. Dziwne prawda? Dalej Scruton zwraca uwagę na nadmiar określeń technicznych u Althussera, mających przykryć jałowość myśli francuskiego autora. Faktycznie, wystarczy rzucić okiem na ten fragment: „..Reprodukcja siły roboczej wymaga nie tylko reprodukcji jej umiejętności, ale zarazem reprodukcji jej podporządkowania regułom panującego porządku, tzn. w przypadku pracowników – reprodukcji ideologii panującej, a w przypadku przedstawicieli wyzysku i represji – możliwości odpowiedniego manipulowania ideologią panującą tak, by zapewnić dominację klasy panującej „w słowach i poprzez nie…” (Źródło: Ideologia i ideologiczne aparaty państwa (wskazówki do badań), przeł. Andrzej Staroń), a także wrzucanie przezeń do jednego wora z napisem „empiryzm” Descartesa, Kanta, Hegla i Husserla, mimo iż ci czterej w niczym się nie zgadzali, jest to zdaniem Scrutona odruch dogmatyka, który traktuje swą no marksowską „praktykę teoretyczną” jak prawdę wiary . Raz po raz porównuje Scruton Althussera do „pijanego mistyka”, dlaczego nie do mistyka po prostu? Po raz kolejny chrześcijańskie zahamowania nie pozwalają Scrutonowi przyznać, że nie tylko marksizm przypomina religię, ale i odwrotnie. Althusser podziela paranoiczną wiarę we wszechogarniający ucisk ze strony kościołów, partii, szowinizmu, liberalizmu, nacjonalizmu i demokracji. Pamiętam jak Paul Johnson diagnozował taką paranoję wszędobylskiej władzy u Rousseau…

Rozdział X poświęcony jest Immanuelowi Wallersteinowi, amerykańskiemu socjologowi urodzonemu w 1930 roku w Nowym Jorku, który według Scrutona jest w prostej linii kontynuatorem myśli Hobsona i Lenina o imperializmie jako najwyższym stadium kapitalizmu , i nowego wariantu neokolonialnego, który lewica ukuła dla tych, którzy dorośli w latach 60 i którzy nie mogli poznać nazizmu, i nie podziwiali już ZSRR, tak przynajmniej ujmuje te zmiany Scruton . Biedak z Trzeciego Świata stał się, według Scrutona, połączeniem biednego proletariusza uciskanego przez kapitał, dobrego dzikusa Rousseau i Chrystusa cierpiącego za nasze – konsumentów – grzechy. W „trzecioświatyzm” wierzyli Willy Brandt i Immanuel Wallerstein, uczestnik studenckich zamieszek na uniwersytecie Columbia w 1968, po których przeniósł się do Montrealu, a potem do Binghampton (stan Nowy Jork), a wiarę że globalny rynek stanowi przeszkodę dla rozwoju trzecioświatowych gospodarek opierali na wymowie wczesnych dzieł historycznych Fernanda Braudela, oraz na teorii konwergencji Gordona Skillinga zakładającej podobieństwa rozwoju imperium NATO i UW wynikającej ze wzajemnych systemowych oddziaływań . Nierówność społeczna Międzyklasowa, nigdy międzyjednostkowa jest w nich traktowana jak ucisk, co usprawiedliwia użycie siły przeciw kapitalizmowi. Mimo iż dobrowolna wymiana i umowa potrzebuje nierówności, jak słusznie zauważa Scruton. Choć Marx uważał, ze nie należy personifikować klasy społecznej traktując klasy jak teoretyczne określenie struktury materialnej , to stworzył sentymentalny język nakazujący bronić wyzyskiwanego proletariusza, a to z kolei pozwala personifikować i proletariat i burżuazję. By stworzyć trzecioświatym, jak pisze Scruton wystarczy już tylko utożsamić burżuazję z państwem. Wallerstein próbuje wykazać że akumulacja i użycie kapitału ma służyć zdobywaniu władzy o neokolonialnym charakterze, mimo iż – jak zauważa Scruton, sama akumulacja bez inwestycji nie ma sensu. Rasizm jest u Wallersteina sposobem usprawiedliwienia wyzysku i ekspansji, i nie ma nic wspólnego z ksenofobią . W myśli Wallersteina kapitalizm szuka po świecie taniej siły roboczej odciągając tubylców od sielankowego chałupnictwa i wpędza ich w nędzę. Zapomina – za co słusznie krytykuje go Scruton, że Europa prosperowała i przed kolonializmem (co wykazał np. Patrick O’Brien w pracy z 1983 roku). Nawet państwo dobrobytu i opieka społ. Dla Wallersteina są spiskiem burżujów, by kontrolować robotników. Tu akurat ma nieco racji prawica i liberałowie w XIX i XX wieku wprowadziły systemy opieki, by odebrać głosy socjalistom. Tego jednak Scruton nie zauważa, gromiąc Wallesrteina – słusznie zresztą – za niedostrzeganie poprawy bytu robotników i podżeganie do niepotrzebnej rewolucji. Dla Wallersteina nawet tolerancyjna oświeceniowa „uniwersalna” wizja człowieka, z której lekko podkpiwa sobie konserwatysta Scruton, jest darem silnego białego dla słabego czarnego, a więc zmutowanym rasizmem , Wallerstein nie daje szansy burżujom nawet na bycie dobrymi. Krytyka nawiedzonego manichejczyka ze strony Scrutona jest moim zdaniem słuszniejsza on wszystkich poprzednich krytyk, a teorie jakie ten myśliciel-propagandysta Wallerstein reprezentuje są wyjątkowo szkodliwe. Wallerstein uważa np. , że: „…Przede wszystkim, to nie zrewoltowani proletariusze obalą system, ale raczej sami kapitaliści, którzy nie będą chcieli dalszego istnienia kapitalizmu – już nie będą w stanie generować satysfakcjonujących zysków i w związku z tym zaczną poszukiwać alternatyw… ”. Chodzi mu o wyczerpanie siły roboczej itd. Tak może powiedzieć tylko człowiek, który postrzega ekonomię jako grę o sumie zerowej i nie rozumie skali podnoszenia poziomu życia, jaki zapewnia kapitalizm – albo udaje że tego nie rozumie. Wallerstein w pracy: Unthinking Social Science – zarzuca współczesnej nauce nadmierną specjalizację, europocentryzm i państwo centryzm, oraz zbytni rów miedzy humanistyką a naukami ścisłymi – wszystko to jego zdaniem utrwala neokolonialny wyzysk i kapitalistyczną ekspansję. Ale – ośmielę się zapytać – czy inne cywilizacje nie mają swoich aksjomatów ułatwiających im ekspansję (np. pryncypialny pacyfizm Indii, czy koncepcja państwa środka u Chińczyków).

Kolejny myśliciel, zaatakowany przez Scrutona to Jürgen Habermas, przedstawiciel tzw. etablierte Linke i frankfurckiego humanizmu niemieckich kampusów uniwersyteckich, które miały zastąpić intelektualne zaciemnienie (Verdunklung) czasów III Rzeszy. Scruton ocenia frankfurcki humanizm jako nową ekspansywną niemiecką ideologię , chociaż przecież tony napisano o konserwatywnej starej RFN, o konserwatywnym sposobie życia elit dzisiejszej RFN (np. Bettina Wulff, żona byłego prezydenta została niemal wyklęta za upodobanie do hard rocka), i o chadeckim wymiarze niemieckiej polityki zagranicznej. Scruton omija te rafy mogące zaciemnić obraz opanowanych prze lewicę Niemiec, tak samo jak nie zająknie się o sojuszu konserwatystów von Papena z Hitlerem, który to sojusz pozbawił konserwatystów wpływów i poważania, tak że ich miejsce zajęli frankfurtczycy i chadecy. Horkheimer – główny frankfurtczyk, atakował kapitalistyczny „rozum instrumentalny”, który fetyszyzuje towar i sprowadza pracowników do wymiarów maszyny. I znów konserwatyzm spotyka się z socjalizmem wokół rzekomej alienacji ludzi prze pracę wyspecjalizowaną ukierunkowaną na biznes i zysk. Jak słusznie zauważa Scruton odpowiednikiem konserwatywnym kantysty-marksisty Horkheimera jest np. F.R. Leavis krytykujący liberalną „cywilizację Benthamitów” i homo technologicusa , albo inny Junger czy Heidegger. Horkheimer wpisuje się też w rozważania o modelu biurokracji Webera. Z kolej Marcuse próbował demaskować liberalne mity kapitalistyczno-oświeceniowe chwytliwymi sloganami typu „tolerancja opresyjna”, dlatego Scruton Marcuse’a już nie chwali tak jak Horkheimera i słusznie śmierdzi mu on klimatami orwellowskimi. Działanie celowo-racjonalne postulowane przez oświecenie zdaje się Adorno czy Horkheimerowi opresyjne. Scruton świetnie to kwituje: „można by zaprotestować: czy nie przesadzacie ? – gdyby unoszenie brwi nie było zbyt burżuazyjne …”. O działaniu celowo-racjonalnym i rozumie instrumentalnym pisze też Habermas, który zaleca jak najwięcej działania komunikacyjnego czyli interakcji, rozpisując się o tym na całych stronach, choć różnicę dostrzeże każdy. Biurokratyczny, skrajnie nudny styl Habermasa ma być dowodem jego wiedzy. Scruton szydzi, iż Habermas jest za wyzwoleniem, przez wyzwolenie języka, a język samego autora jest beznadziejnie uwięziony w technicznych szczegółach . Przypomina mi to komentarze Anny Wolff-Powęskiej i Paula Hazarda, iż Niemcy robią rewolucje tylko na poziomie gadulstwa. Habermas oskarża burżujskich kapitalistów za całe zło rzekomej (dla Scrutona oczywiście wcale nie rzekomej) dehumanizacji; zaleca poszukiwanie szczęścia w postacie wprowadzania lepszych stosunków społecznych, a nie tylko gromadzenie prywatnych zasobów. Zysk, zysk i zysk… tak kapitalizm i liberalny porządek widzą jedynie ci co nie pojmują (ani Scrutno ani Habermas) prostego faktu, który powoduje, że liberalne społeczeństwo działa lepiej niż inne – że indywidualizm sprzyja nie tylko jednostkom z osobna, lecz całemu społeczeństwu, ponieważ więzy oparte na przymusie są ograniczane, a coraz więcej opiera się na wyborze. Habermas postuluje dokonanie demokratyzacji dyskursu, czyli zawarcie nowej umowy społecznej, ignorując – jak słusznie zauważa Scruton, że jeśli ludzie są wolni to wygląda na to, że wybrali oni liberalizm i kapitalizm i nic nie wskazuje na to, by to się miało zmienić . Znów kłania się Hegel i jego: „tym gorzej dla faktów”. Oczywiście Habermas może utrzymywać i dowodzić, że ludzie maja fałszywą świadomość i łączyć to z myśleniem celowo-racjonalnym. Po raz kolejny Scruton ukazuje nam romans lewicy z myślą konserwatywną Helga, Burke’a, Oakeshotta i Arnolda Gehlena, którzy zauważali, że myśleniem celowo-racjonalnym „postawiło prawowitość władzy i instytucji w stan kryzysu”. Niemiecka nowa Lewica połknęła myśl Gehlena i zrobiła z niego krytyka empiryczno-racjonalnego kapitalistycznego burżuazyjnego porządku, choć jak genialnie zauważa Scruton (ten autor ma swoje momenty!) – tu właśnie lewica skupia się na celu istnienia państwa i oparciu rządu na jego funkcji, tj. traktować władzę i państwo tylko jako środek do wdrażania ideologii, sprowadzając prawowitość rządu do jego rewolucyjnej przydatności. Scruton uważa, że ataki Habermasa i etablierte Linke są tak naprawdę bluffem zadowolonej z siebie inteligencji lewicowej – nowej klasy próżniaczej, w końcu jak zauważa, Habermas „w przypływach szczerości” nazywa rozum instrumentalny tym czym on jest czyli pracą, a w protestach 1968 roku nieśmiało wsparł jedynie głosy o większa demokratyzację . Krótko mówiąc Scruton uważa, że walka lewicy ze społeczna alienacją jest z góry skazana na porażkę, bowiem nie chodzi w niej o to by ją zwalczyć, lecz o to by urzędnik-lewicowy inteligent zastąpił burżuja-biznesmana w roli elity (już Hegel uważał urzędników za prawdziwą lewicę) . Tak swoja drogą pomyślałem sobie, czy urzędniczy rozum funkcjonalny aż tak bardzo różni się od umysłu kapitalisty? Szkoda, że Scruton nie poszedł tym tropem.

Angielski historyk Perry Anderson (ur. 1938) to bohater XII rozdziału książki Scrutona. Nasz autor traktuje Andersona jako jednego z lewicowych arystokratów jak fabianie, Beatrice Webb, Tony Benn, którzy na pokaz odrzucają przywileje urodzenia w klasie wyższej, jednak zachowują zdecydowany elitaryzm postaw, na nowym gruncie intelektualizmu , i próbują niczym historyk Chistopher Hill (wbrew innym historykom jak Hugh Trevor-Roper) wyrzucić jakiekolwiek uczciwe mieszczaństwo z kart historii i nauki , Hill na przykład zrobił z liberała i tolerancjonisty prasowego Johna Miltona na siłę socjalistę. Nie do końca zresztą rozumiem czemu Scruton tak przejmuje się Hillem, skoro nawet w wikipedii znajdziemy informację, że już d lat 70., jego dzieła o XVII wieku nie oddziałowyją na młodych historyków. Po 1956 roku i raporcie Chruszczowa o zbrodniach Stalina, poszukiwali proletariatu już nie na kartach książek Lenina, lecz wokół siebie w kulturze i historii brytyjskiej, jak to czyniła redakcja „New Left Review”, której wieloletnim redaktorem był Andreson. Anderson uważał, że lewica powinna dyskutować jedynie z autorami uważającymi siebie za jej część. Scruton zarzuca Andersonowi zaduszenie kultury brytyjskiej rozmaitymi teoriami jej samej. Anderson uważał z kolej, że to obce wpływy „lokajów burżuazji” jak Wittgenstein, Malinowski, Namier, Berlin, Popper, Gombrich, Eysenck i Melanie Klein zadusiły zdrową (prosocjalistyczną !) kulturę brytyjską, chociaż poglądy tych autorów jak zauważa Scruton wcale nie były aż tak dominujące, i nie przypominały siebie nawzajem, mimo iż autorzy ci byli wszyscy Żydami. Scruton uważa, że klasyczna kultura brytyjska, wytwarzała i nadal jeszcze wytwarza nie duszne teorie siebie samej (jak niemiecki Geisteswissenschaften), lecz konkretna krytykę społeczną , a zagrożeniem nie jest tu żaden Berlin czy Popper, ale pan Anderson i jego teorie kultury. Anderson liczy na studentów, iż ci niczym nowy proletariat powrócą do socjalizmu i odrzucą teorię żydowskich plutokratów umacniających kapitalistyczny absolutyzm (sic!). Scruton słusznie kontrarguemtuje, iż trudno uznać by dzisiejsze USA stosowały większy ucisk niż Francja Ludwika XIV , choć moim zdaniem jest to problem braku płaszczyzny porównawczej, nie wiemy czy Ludwik XIV korzystałby ze współczesnych metod np. inwigilacji obywateli, gdyby mógł. Jak zauważa Scruton, Anderson sam sobie przeczy – jako marksiście, pisząc, że np. prawo rzymskie przetrwało zmianę gospodarowania, albo że feudalizm to system bardziej prawny niż ekonomiczny , jednocześnie krytykuje E.P. Thompsona za tezę o kulturowych i mentalnych podstawach klas społecznych .

Kolejny obiekt badań Scrutona to węgierski filozof György Lukács (1885-1971), który podobnie jak wielu innych Austro-Węgrów przejawia niechęć do habsburskiej rzeczywistości; jak Musil czy Kafka, a także Schönberg, którego muzykę , Scruton nazywa „upiornymi wrzaskami” , choć jeszcze w swej książce o konserwatyzmie, zachwycał się nią jako kontynuacją znakomitych niemieckich tradycji muzycznych. Scruton uważa Lukács za właściwego twórcę proletariatu jako konstruktu społecznego. Ocjciec Lukácsa był żydowskim bankierem, ale syn został zbuntowanym anarchosyndykalistą. Lukács zmuszony w 1919 roku do emigracji prze władze, otwarcie mówił o tym, ze na marksizm trzeba się nawrócić, a nie tylko go próbować i był dumny mogąc nazwać się mesjanistycznym sekciarzem . Uważał, ze burżuazyjny ustrój wyklucza bycie człowiekiem i uważał czynienie zła za etycznie pożądane – oczywiście tylko w posuwaniu rewolucji do przodu. Uważał Lukács obowiązującą naukę za imperialistyczną utylitarnystyczną zmyłkę koncentrującą się nie na istocie spraw, lecz na pozorach (np. zakładał Lukács iż każdy towar oceniany jest według abstrakcyjnej kategorii wartości, o której nikt nigdy poza nim nie pisał), uważał też że fetyszyzowany towar ma władze nad człowiekiem. Kant uważał, że podmiot jest wolny w swym rozumie praktycznym, Hegel, że wolny jest dzięki identyfikacji (Selbstbestimmung) negatywnej, a Lukács, iż prawdziwą wolność uzyskać można dopiero przez przezwyciężenie tego antagonistycznego stosunku . Kolejną taka ewolucje widać na przykładzie religii. Kant uważał, ze istotą fetyszu jest to, że przypisujemy mu własną siłę, pozbawiając się de facto własnej siły, Feuerbach, że tak samo jest z bogiem chrześcijańskim, któremu oddajemy wszystkie nasze cnoty, stąd religia czyni z cnoty przedmiot zewnętrzny względem człowieka, powodując wrażenie wyobcowania, Lukács jak zwykle spłyca, odnosząc to głównie do towaru i instytucji własności , jednak udało mu się ożywić dyskurs marksistowski swych czasów, zbierając pochwały np. Ericha Fromma. Uciekłszy do ZSRR przed nazistami, musiał się wyrzec swego niemieckiego idealizmu – jako podpory nazizmu i socjaldemokracji, ponieważ tak orzekli już na V zjeździe międzynarodówki Bucharin i Zinowiew . Lukács starał się dowodzić, że po Marxie – założycielu modernizmu (sic!) cała literatura jest albo rewolucyjna, albo reakcyjna stąd chwalić mógł Balzaca, ale niszczył np. Thomasa Manna (ten odwdzięczył się konstruując postać Napthy na charakterze Lukácsa w „Zauberberg”). Co ciekawe irracjonalnym romantykom przypisywał głęboką krytykę kapitalizmu. Wcale mnie to nie dziwi.

Przedostatni rozdział książki Scrutona poświęcony jest Galbraithowi, kolejnemu, zdaniem Scrutona, wyznawcy trzecioświatyzmu, i kolejnego już sarkastycznego ekonomisty w rodzaju Thorsteina Veblena, który sławił użyteczność wad klasy próżniaczej w nieco Mandeville’owskim tonie . Galbraith straszy obrazem rzeczywistości, w którym technostruktura nie pamięta już o konsumencie lecz jest zajęta własnym trwaniem, kreując propagandę np. zimnej wojny. Jednocześnie zauważa np. że dziś własność i zarządzanie są często rozdzielone, więc podważa podstawowe lewicowe bajania typu byt określa świadomość , stad ma Scruton do Galbraitha nieco sympatii, choć nie może mu wybaczyć ataków na obraz kapitalizmu jako samoregulującego się mechanizmu, i chęci wmówienia ludziom, iż technostruktura dawno już taki kapitalizm obaliła , i teraz np. zajmuje się produkcją dla samego produkowania i dla władzy (np. „kompleks wojskowo-przemysłowy” Eisenhowera) . Zabawne, ze to bolszewicy jako chyba jedyni produkowali dla samego produkowania, a ściślej by przenieść społeczeństwo na właściwy z rewolucyjnego punktu widzenia etap… W 1961 roku jako ambasador w Indiach, Galbraith przyznał jednak że trzecioswiatyzm nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości, a pomoc Zachodu nie utrwala biedy Indii, lecz może pomóc ją zakończyć . Nie porzucił jednak snuć ponurych wizji o technokratycznych firmach Zachodu, choć widzi, że w odróżnieniu od karteli w ZSRR, przynajmniej mają one osobowość prawną, co pozwala je np. podać do sądu.

Gwiazdą na koniec swego dzieła Scruton uczynił Sartre’a, którego uważa za geniusza, choć geniusza zła i nicości. Uważa Sartre’a za rodzaj idealistycznego augustiańskiego abnegata i pustelnika, wojującego z konformizmem i cielesnością, w pogoni za wyśnioną autentycznością bycia dla siebie. Według Sartre’a świat zmusza nas do ciągłego udawania, że jesteśmy czymś czym nie jesteśmy i nie dopuszcza do siebie myślenia, że wolność transcendentalna może sprowadzać się do obiektywnej moralności (jak u Kanta), lub, że może jej w ogóle nie być. Sartre uważał, ze władze ZSRR powinny pozwolić ludziom wybrać samodzielnie komunizm, a nie ich zmuszać, bo uważał, ze komunizm jest najlepszym wyborem i mogliby oni to zrozumieć . Sartre uważał, ze prawdziwy intelektualista musi wyrzec się własnej klasy – tj. drobnomieszczaństwa, komunizm popierał aż do informacji uzyskanych od uciekinierów z komunistycznego Wietnamu, wtedy pojednał się ze swym danym przyjacielem Aronem.

Zabawne jest przy całej krytyce lewicy to, że Burke nie widzi podobieństw socjalizmu z religią, lecz co najwyżej uważa socjalizm za odpowiednika religii. A przecież wyzwolić ludzkość od wszelkiej uciskającej ich nienaturalnej władzy postulowali już chrześcijańscy mnisi jak Campanella, albo kwietysta Fenelon. Zarzuca socjalistom lęk przed innymi i paranoję, ale czy to nie ta sama paranoja która powoduje iż konserwatyści tak często popadają w samozadowolenie autochtonów i ksenofobię. Widzi, że Weber uważał socjalizm za wymagający jeszcze większej biurokracji niż kapitalizm i uznawał monopol na przemoc dla pańśtwa , ale, ze jak Marx szukał ukrytych mechanizmów, ale czy to nie konserwatyści nie wymyślili spiskowe teorie dziejów (np. Barruel), tak żywotne, ze do dziś bredzi się o iluminatach, których przecież rząd katolickiej Bawarii wymordował jeszcze w wieku XVIII. Dla socjalisty zdaniem Scrutona oczywiste jest, ze system społeczny nie jest produktem lecz producentem ładu, ale czy liberalizm i konserwatyzm także nie patrzą w ten sposób na system polityczny? Prawda jest natomiast że te dwie ideologie uznają mobilność społeczną za słabość elity, a nie za jej siłę, czego nie rozumieją socjaliści . Socjalisci nie rozumieją też znaczenia dobrowolnych związków społecznych, oddolnych inicjatyw i samorządów, wszystko to zaliczając do państwa , i podsycają nastrój gniewu, wybierając tylko te teorie społeczne, które mogą ten gniew „uprawomocnić”. Scruton uważa socjalizm za religię ludzi zbyt dumnych by uznać cnotę pokory , znów jako chrześcijanin nie umie dostrzec, że religia klasyczna tylko udaje pokorę; w końcu jak słusznie zauważył Bill Maher – pokora nie ma nic wspólnego z przekonaniem wielu obywateli USA, iż Jezus przyjdzie znów na ziemię ZA ICH ŻYCIA by z nimi pogadać. Nie zauważa też Scruton, że komuniści nie robią nic innego niż robiła inkwizycja; tłumią dyskusję, lub kreują fasadową dyskusję, utrwalają dogmaty itd. Musiałby uważniej poczytać Misesa. Scruton utożsamia zdolność Zachodu do trzecioścwiatowej samokrytyki za dowód niewinności , chyba nadto jest przekonanie to nasączone przekonaniem o słuszności pokory i aksjomatem spowiedzi. Scruton zauważa, ze zbrodnie i błędy Stalina jednak przekonują socjalistów by się od nich odciąć, podczas gdy błędy chrześcijan z przeszłości nie osłabiają religii , i nie zauważa, ze to czyni religię groźniejsza i bardziej betonową niż marksizm, który właśnie zachowuje tu resztki przyzwoitości. Czy przekonanie socjalistów, ze lud MUSI być rewolucyjny, nie jest tym samym, co przekonanie katolików, że lud jest BOŻY i obdarzony łaską? Socjalizm nie jest, moi zdaniem substytutem religii, on jest religią – reprezentuje to samo religijne podejście do słowa pisanego i pogardę dla faktów jak chrześcijaństwo czy islam.

Nie brałbym się za napisanie tak długiej recenzji krytycznej, gdybym nie był przekonany, ze nie warto Scrutona czytać, jednakże uważałem za stosowne przestrzec przed propagandą konserwatysty, którego z socjalistami łączy wiele więcej niż sam jest skłonny przyznać, a jest skłonny przyznać się do dość daleko idących wniosków, a wszystko to przeciw nam – liberałom.