niedziela, 22 lipca 2012

Pozostałości chrześcijańskiego myślenia w kulturze „świeckiej”



Na ilustracji: Hierarchia i egocentryzm –symptomy post-chrześcijańskiego myślenia.


Temat ten wybrałem na I oficjalne spotkanie poznańskiego oddziału Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, ponieważ wydał mi się najbardziej uniwersalny i najbardziej na czasie, ponieważ to co dotyczy szeroko rozumianej kultury jest zazwyczaj podstawą do rozważań na inne tematy, takie jak: istnienie i podstawy programu prawicy laickiej, kwestia walki teokracji z oświeceniem w epokach, w których to ostatnie wydawało się już zwyciężać, kwestia podpierania się KrK pożyczonym blaskiem Rzymu antycznego spod znaku SPQR, kwestia haseł: typu: „Rozum-Wolność (Normalność)-Tolerancja”, które można by przeciwstawić przaśnemu: „Bóg, honor, ojczyzna”, czy kwestii boskości niejakiego Wojtyły. Myślę, że te inne kwestie mogą poczekać, i że musimy zdać sobie sprawę jak dalece nasza antyczno-filozoficzna kultura oparta na szacunku dla prawdy i na odpowiedzialności człowieka tej prawdy poszukującego jest zainfekowana przez wirus (post)chrystianizmu.

Jeśli nie nadejdzie nowe średniowiecze i ludzie przejrzą na oczy i wydorośleją, zamiast zwalać odpowiedzialność na bóstwo, Polacy zauważą, ze KrK i Polska mają przeciwne interesy, amerykańscy kongresmeni przyznają się (w liczbie większej niż 1) do ateizmu, zamiast tworzyć fikcję o „moralności religijnej” (możliwe, że wskutek wpływu religijnego „obowiązku” wśród polityków jest tak wielu idiotów z poczuciem misji), a katolicy przejdą chociażby na protestantyzm, tj. religię, która przynajmniej nie opiera się na rządzy władzy i forsy, to nadal dzisiejszym oświeceniowcom pozostanie wiele do zrobienia. Będziemy musieli zmierzyć się z pozostałościami chrześcijańskiego stylu myślenia w naszej kulturze. Kultura jest bowiem najważniejsza. Komunista Antonio Gramsci twierdził, że ten, który ustala standardy znaczenia słów przejmuję władzę nad kulturą. Kościoły wydają się być świadome wagi tej wojny kulturowej, stąd chrześcijańskie próby monopolizacji pojęć, zwłaszcza tych pozytywnie się nam kojarzących. Miłość musi być więc ponoć chrześcijańska, Chrystus jedynym nauczycielem moralności, personalizm chrześcijański słuszną odpowiedzią na „fałszywy” liberalny indywidualizm, a ekumenizm na naturalną różnorodność. Pod wpływem tej propagandy nawet ludzie myślący zapominają czasem, że miłość chrześcijańska jest sadomasochistyczną (relacja pan-niewolnik) parodią prawdziwej miłości, że Chrystus jako nauczyciel moralności jest bardzo niekonsekwentny i nieracjonalny i nie wytrzymuje porównania z Konfucjuszem, Voltaire’m czy nawet Cyceronem, że personalizm chrześcijański jest po prostu nowym wcieleniem dawnej kościelnej propagandy, która nie znosi ludzkiej niezależności bardziej niż czegokolwiek innego, a ekumenizm to po prostu inna nazwa na sojusz przeciw sceptykom religijnym (nawet dość rozsądny w kwestii funkcji religii zinstytucjonalizowanej luterański biskup Jan Ostryk powiedział, ze ekumenizm to sojusz przeciw tym, co chcą zepchnąć religię zupełnie na margines). Chrześcijanie i ich mentorzy udają, że nie ma ateistycznych działających systemów etycznych choćby tych autorstwa Kanta i d’Holbacha, tak jakby nic się nie zmieniło od XII wieku…

Chrześcijaństwo dąży więc do monopolizacji. To dążenie Christopher Hitchens porównał z manią nazywania wszystkiego królewskim w Wielkiej Brytanii. Mamy więc Royal Navy, Royal Hospital, Royal Institute, a u nas KUL… Chodzi o to, że ludzie rzadko buntują się przeciw czemuś, co staje się dla nich oczywiste przez swą wszechobecność. Być może dlatego tacy zabawni są wrogowie dominacji języka angielskiego (zazwyczaj nie znają oni tego języka, lub jak lewicowcy lat 60. i 70. Uważają angielszczyznę za jezyk imperializmu), różnica polega jednak na tym, że język angielski jest przydatny do obiektywnych celów, a religia i monarchizm (sam jestem umiarkowanym monarchista, ale lubię jak monarchiści są uczciwi w swej propagandzie) są niejako wpychane na siłę tam, gdzie nikt ich nie chce nie spełniając żadnego celu, no bo jaki cel spełniają słowa? Piłsudski mówił, że z Polakami nie ma sensu dyskutować, lecz trzeba stworzyć im odpowiedni nastrój, może dlatego antymonarchistów w Anglii rzadko drażni jakiś Royal Hospital.

MIT LUDZKIEJ PYCHY

Pierwszym wielkim (post)chrześcijańskim motywem naszej kultury – nawet tej rzekomo świeckiej jest nieufność wobec ludzkiej ambicji odbieranej często jako przejaw pychy. Religianci i ludzie przez nich wychowani zapominają, że obecną relatywnie wysoką jakość życia zawdzięczają właśnie tej „pysze”. Ludzie XVII i XVIII wieku podnieśli się z klęczek i rzucili wyzwanie naturze, czyli rzekomym odwiecznym ludzkim prawom, co wymagało wiele odwagi, stąd oświeceniowcy łagodzili owe starcie deizmem, a ludzie XIX wieku pesymizmem egzystencjalnym. Dopiero Nowy Ateizm uznaje owe podniesienie się z klęczek za jednoznacznie pozytywne. Niedawno w dyskusji ze mną na temat istnienia bądź nieistnienia prawicy laickiej katolicki konserwatysta prof. Wielomski przytaczał cytat z Renana: "Bądź piękny, oto moralność cała", Renanowi chodziło o moralność w świecie bez Boga,co koresponduje niceco to z poglądami Nietzschego, który twierdził, że chrześcijaństwo był to bunt małych, głupich słabych, tchórzliwych i brzydkich przeciw panom antyku;, bezwzględnym, odważnym, silnym, mądrym i pięknym właśnie. Mówimy tu o pewnej konstrukcji psychologicznej ludzi XIX wieku, którzy wiedzieli już, że nie ma sensu wyznawać żadnej religii, bo to jest sprzeczne z tym co wiemy o świecie dzięki zdobyczom nauki, i poza tym ogłupia człowieka, ale jeszcze nie nauczyli się znajdować radości z tego stanu. Wydawało im się, że utrata Boga to coś złego. Niedawno teoretyk tzw. ‘nowego ateizmu” (chyba Sam Harris) pisał, że religianci mają problem jak traktować nowych ateistów cieszących się a nie martwiących swą niewiarą, bo nie pasują już od ich stereotypu zbłąkanych owieczek. Tymczasem Richard Dawkins pisze:

„Być ateistą to żaden wstyd. Wprost przeciwnie: wyprostowana postawa, która pozwala spoglądać dalej, powinna być powodem do dumy - bo ateizm prawie zawsze świadczy o zdrowej niezależności umysłu... Wiele jest ludzi, którzy w głębi duszy wiedzą, że są ateistami, ale boją się do tego przyznać nawet własnej rodzinie, a niekiedy nawet samym sobie. Boją się po części dlatego, że samo słowo "ateista" starannie obudowano najgorszymi, najbardziej przerażającymi skojarzeniami... Jeżeli ludzie tak często nie dostrzegają ateistów, to dlatego, że wielu z nas nie ma odwagi się "ujawnić. Być może potrzebna jest jakaś masa krytyczna, by uruchomić reakcję łańcuchową…”.

W XIX wieku utrata wiary był jeszcze zbyt świeża i zbyt egzotyczna, tak samo jak rewolucyjne systemy naukowe bazujące na ewolucjonizmie Darwina czy odpowiedź Laplace'a na zarzut Napoleona, że w jego teoriach nie ma wzmianki o bogu. Laplace odpowiedział: "Ta hipoteza nie była mi potrzebna" ("Je n'ai pas besoin de cette hypothèse"), by ateiści stali jeszcze pewnie na swoich nogach. W przeciwieństwie do ludzie religijnych, ateiści mają zazwyczaj o wiele większą świadomość odpowiedzialności moralnej człowieka, i musieli przemyśleć pewne sprawy. Nieuczciwością jest stawianie przez dzisiejszych religiantów starego i nowego ateizmu na tym samym poziomie. W XX wieku E.M. Forster już pisał, że każdy powinien zostać wychowany z dala od tych przesądów, które każą człowiekowi nienawidzić drugiego w imię boże.

Religianci i ludzie znajdujący się pod ich wpływem krytykują więc ludzką „pychę” i jej wytwory, stąd pochodzi ponad połowa katastroficznych wizji jakie znamy z filmów SF i, co już bardziej poważne połowa pesymistycznych wizji przyszłości jaka ponoć czeka ludzkość. Pisałem już o tym artykuł pt.: „Mit dekadencji”, do którego napisania zainspirował mnie Jacek Tabisz swoim tekstem pt.: „Dzień przyszłości", w którym pisał o święcie obchodzonym po raz pierwszy 1 marca 2012 roku przez optymistów cywilizacyjnych, Chodzi o optymistów stawiających na naukę i postęp oraz spodziewających się pomyślnego rozwoju ludzkości, w którym wraził swoje zdziwienie faktem, że nawet wielu ludzi o liberalnych poglądach, uważa taki optymizm cywilizacyjny za coś nieprzyzwoitego i niewłaściwego, pisałem właśnie o tym fenomenie.

Zupełnie jakby optymizm miał na nas sprowadzić nieszczęście. Zresztą jakie to chrześcijańskie! Havel pisze o „cywilizacji pychy", choć moim zdaniem to średniowiecze wykazywało się pychą duszy gardzącej ciałem i umysłu, który udawał, że wie czego chciałby bóg. Spójrzmy na hollywoodzkie filmy, które pokazują jak „Titanic" i „Hindenburg" płoną niczym przekłute balony dumy techników. Ludzie bojący się ludzkiej ambicji jak twórca pojęcia neokonserwatyzmu Irving Kristol (ur. 1920) starają się np. udowodnić wyższość anglo-szkockiego oświecenia sceptycznego, nad francuskim, zbyt jego zdaniem entuzjastycznym. Kristol zastanawiał się dlaczego francuskie oświecenie doprowadziło do tak gwałtownej zmiany, jaką była rewolucja, a anglo-szkockie preferowało podejście reformistyczno-ewolucjonistyczne. Kristol zapominał, że np. Voltaire reprezentował pod tym względem raczej oświecenie „anglosaskie”, a np. Thomas Paine „francuskie”, jak również o tym, że gdyby nie banda Robespierre’a (która rządziła dopiero w latach 1793-1794) rewolucja miałaby przebieg w miarę cywilizowany jak również o tym, że francuscy oświeceniowcy często musieli być radykalniejsi działaniu bo napotkali na większy opór tronu, który nie chciał opuścić ołtarza.

Mamy więc mity o dekadencji ludzkości, o dehumanizacji i o ludzkiej rzekomej pysze. Liberał Herbert Spencer martwił się, że liberałowie chcą „nieliberalnie” (tj. siłowo) wprowadzać liberalizm i przewidywał „niewolę przyszłości”. Ludzie XIX wieku i początków wieku XX postrzegający społeczeństwo jako organizm bali się cywilizacji opartej na „sztucznej” technice, np. Oswald Spengler (1880-1936), biadolił, że biurokracja stanowi symbol bezdusznej cywilizacji zastępującej żywą kulturę (mechanizm zamiast organizmu, „blokowisko" zamiast „katedry gotyckiej"). Tak jakby człowiek zerwał jakiś święty pakt! Nawet u Neila Postmana (1931-2003) znajdziemy to samo. Ten entuzjasta oświecenia, do którego powrót postuluje, przez odrzucenie postmodernistycznego bełkotu, uważał też np., że: XIX-wieczna Ameryka była szczytem jeśli chodzi o racjonalność — była Wiekiem Rozumu, w którym dominującą rolę odgrywało słowo pisane. W tym okresie złożone argumenty mogły być przekazywane bez nadmiernych uproszczeń. Wynalezienie telegrafu i fotografii zapoczątkowało schyłek tej epoki a telewizja doprowadziła ostatecznie do jej końca. Nie dostrzegł jednak, że inne medium - Internet zadaje nieracjonalności coraz większe ciosy (choć dość chaotycznie).

Czy rzeczywiście nasze czasy zasługują na taki pesymizm? Ok. Środowisko trochę zatrute, a muzułmanie szaleją, jednak kiedyś w Boże Ciało świętowano paląc heretyków(za heretyków uważano też często pierwszych naukowców) na stosie, ludzie umierali na grypę i mieli chroniczną awitaminozę, mam nadzieję więc, że każdy liberalny optymista docenia, że na razie nikogo na stosach się nie pali, a fakt, ze tak wiele myślimy o problemach tzw. Trzeciego Świata, świadczy o względnej łagodności naszych problemów. Musimy jedynie pilnować by miłośnicy średniowiecza (czase skryci pod maska postmodernizmu) nie objęli znów steru rządów. Każdy myśli, że problemy jego epoki są wyjątkowe, a lekceważy problemy innych epok. Idealizujemy też przeszłość i tworzymy mity o „Złotych Wiekach", z którymi tak świetnie rozprawiał się Woody Allen w „O północy w Paryżu".

Konserwatyści kultywują przeciętność (co czasem prowadzi do uwielbienia jednostek, które gardzą przeciętnością, jak w np. przypadku Pima Fortuyna) i wychwalają ją, chcą sprowadzić świat do rangi przerośniętej parafii, udawać, że ludzie się od siebie nie różnią, że wszyscy mogą i zechcą podporządkować się tym samym prawom, i potępiają geniuszy, którzy kradną ludziom wszechmocnego boga. Kato-konserwatysci zarzucają lewicy uniformizację obywateli, choć sami do niej dążą.

Nie dziwi mnie rzecz jasna, że w czarnych barwach przyszłość widzą konserwatyści, dla których niemal każda zmiana oznacza zagrożenie ich parafialno-prowincjonalnej wizji świata i człowieka. Dlaczego jednak np. film SF i książka SF stały się w naszej kulturze niemal synonimem dzieła katastroficznego? Czy chodzi tu o to, że intelektualiści są zmęczeni teraźniejszością i podświadomie chcieliby ja zniszczyć? A może tylko doznają nieco perwersyjnej radości z tego, że niszczą świat w którym idioci towarzyszą im na każdym kroku, dręczą ich z zazdrości w szkołach (zwłaszcza tych staroświeckich mach-szkołach wioślarsko-jeździeckich z internatem :), a potem decydują o ich starości? Może chodzi o to, że filozofowie czują się niedocenieni? (zazdrością o forsę libertarianin David Boaz tłumaczy częsty wśród intelektualistów antykapitalizm) Skoro człowiek z trudem rozumie zasady ruchu planet, ponieważ myśli kategoriami trudu i zmęczenia tj., że planety muszą spowalniać swój ruch niejako „ze zmęczenia" (w rzeczywistości grawitacyjne siły są stałe i nie wyczerpują się), to może myśli, że rzeczywistość też jest sobą zmęczona i musi kiedyś popaść w dekadencję by „odpocząć"? Może chodzi o egoizm umierającego, który nie chce by świat go przeżył (lub tylko trochę przeżył)? Może chodzi o chrześcijański egoistyczny mit własnego zbawienia i fatalną linearność chrześcijańskiej wizji historii? Lub o mit grecko-rzymsko-chrześcijański o pysze człowieka (Grecy przynajmniej Prometeusza, który zadrwił z bogów, uważali za herosa), którą po prostu trzeba ujarzmić (Havel pisał o obecnej „cywilizacji pychy", choć moim zdaniem to raczej klerykalne szermujące boskim słowem średniowiecze zasługuje na to miano, niż epoka pokory wobec nauki tj. faktów). A może chodzi tylko o ostrzeżenie, lub o to, że katastrofy dobrze się sprzedają? W każdym razie nawet jak przewidują przyszłość na serio, dają się ponosić złym przeczuciom. Zauważmy jak bardzo chrześcijańskie magiczne skrupuły i mnożone tabu przeszkadzają nauce; transfuzjom, sztucznemu zapłodnieniu, a nawet badaniom budowy oka, bo „oko to zwierciadło duszy”…

Ten mit „pysznej” cywilizacji niszczącej samą siebie i wrogość wobec ludzkiej ambicji często łączy się z (post)chrześcijańską deprecjacją ciała i nadmiernym uwielbieniem „duszy” (choć „dusza” to tak naprawdę synapsy i mózgowe komórki, a więc również ciało). Tak jest np. u filozofa i pisarza SF Georga Herberta Wellsa.
Nie ma wyraźnego podziału między filozofowaniem czy socjologizowaniem na temat przyszłości, a literaturą SF. Zawsze chodzi o projekcji myśli bieżącej epoki na temat kierunku w jakim idą sprawy cywilizacji. Geneza SF jest filozoficzna (Swift i jego „Guliver's Travels" — satyra SF na państwa XVIII-wieczne i ich funkcjonowanie, Voltaire i „Mikromegas" — filozoficzna powiastka, gdzie przybysze z kosmosu uczą ziemian prawdziwej Locke’owsko-podobnej filozofii, Sebastian Mercier i „An 2440" - optymistyczna wizja oświeconej przyszłości, wygnanie metafizyki sprawna opieka społeczna, szkolnictwo, równość praw, ponumerowane domy i szerokie ulice). W XIX wieku mamy zarówno „czysto naukowych" autorów SF (Verne), jak i filozofujących, czy też socjologizujących (zwł. Herbert George Wells). W dziele Wellsa; „Wyspa doktora Moreau" z 1896 roku, widzimy wizję niebezpieczeństw wynikających z niekontrolowanych i nieodpowiedzialnie prowadzonych badań naukowych. To chyba najbardziej konserwatywna powieść Wellsa, który przedstawił w niej tzw. zwierzoludzi, tj. zwierzęta, które doktor Moreau chce uczynić ludźmi, ale to się nie udaje i bardziej dochodzi do głosu 'zwierzę w człowieku", niż człowiek w zwierzęciu. Mamy tu więc parodię darwinizmu, oparta na bezsensownym założeniu, że obniżenie IQ i zezwięrzęcenie są pożądane w procesie adaptacji środowiskowej. Główny pozytywny bohater „Wyspy…" Edward Prendick po powrocie z niej bierze zwykłych ludzi za „zwierzoludzi" z wyspy, co jest kalką z Guliwera Swifta, który po powrocie z kraju cywilizowanych koni, nie może dogadać się z ludźmi, bo rozpoznaje w nich dzikich yahoosów. Z tą różnicą, że Swift ganił ten idealizm Guliwera, który powinien akceptować ułomności ludzi, a u Wellsa Prendick jest cały czas bohaterem wzorcowym.
O rok wcześniej od „Wyspy…" ukazał się "Wehikuł czasu (1895), dzieło o wiele lepsze, choć również pesymistyczne. Główny bohater powieści przenosi się do roku 802.701, kiedy cywilizacja ludzka zdąża już ku nieuchronnemu upadkowi, a Ziemia została podzielona pomiędzy dwa gatunki ludzi. Elojowie, potomkowie klas posiadających, żyją na powierzchni i są pożywieniem zamieszkujących podziemia Morloków. Są to potomkowie dawnych robotników, zmuszonych do pracy fizycznej pod ziemią, a przy tym nie tracących podstawowych fizycznych umiejętności. Ich ciało stało się podobne do owadów i przyzwyczaiło do warunków podziemnych, dlatego boją się światła. Żywią się mięsem Elojów, na które zapuszczają się pod osłoną nocy, dlatego ci muszą spać razem wewnątrz budynków. Mamy tu do czynienia z socjalistyczną walk klas posuniętą do biologicznego absurdu, a więc projekcję XIX-wiecznych strachów na warunki rzekomej przyszłości. Wells wierzył, że do rozwoju i podtrzymania inteligencji potrzebne są trudy i wolność. Wolność zapewne rzeczywiście, ale czy trudy życia są aby na pewno czynnikami kształtującymi charakter? Średniowiecze pokazuje, że człowiek potrafił w trudach sięgać przez 100 lat po narkotyk religii przejawiając mało sensownej działalności.

Bardzo ciekawy jest też u Wellsa jego negatywny stosunek do luksusu czyniący z ludzi dekadentów podobnych zdziecinniałym Elojom, których interesowała jedynie sztuka i erotyzm, przy pewnej dozie ledwo ukrywanej sympatii do odrażających Morloków (zupełnie jakby była to apoteoza trudu a la Jack London i Buck). Dla filozofów trudu erotyzm i sztuka oznaczają pewne „poddanie się", rezygnację z człowieczeństwa, być może mają oni zbyt wiele post-chrześcijańskich i post-rzymskich hamulców obyczajowych, by zgodzić się z notabene przeintelektualizowanym Johnem Stuartem Millem (którego ojciec prawie wykończył swoim eksperymentem edukacyjnym), że w człowieku: „tylko żołądek bywa w pełni zadowolony". Pamiętam artykuł w „Najwyższym Czasie", którego autor wszystkie „wyższe" ideały przypisywał prawicy, podczas gdy duchem lewicy miały być „brzuch i seks". Ale z drugiej strony szczęście (podobnie jak ból) możemy odczuć tylko cieleśnie, dlatego perwersją jest dla mnie zapowiedź raju, gdzie przez miliony lat radować się będzie czysta dusza; CZYM miałaby ona się radować? Wpływ Cesarstwa Rzymskiego, które upadło wskutek niewydolności administracyjnej, i agresji sekty chrześcijańskiej, ale upadek który wiążemy z nawyku z jakimiś orgiami i zanikiem poczucia obywatelstwa (Petroniusz był jednocześnie wzorowym obywatelem i miłośnikiem orgii), każe nam stawiać znak równości między pojęciami: erotyzm/ sztuka i dekadencja. Mimo iż nawet duch jest mózgiem, a mózg ciałem nadal tkwimy w jakimś kartezjańskim dualizmie karzącym nam gardzić ciałem (K. Deschner uważał, zgodnie z tezą Nietzechego że chrześcijaństwo jest zemstą brzydkich i biednych, zresztą już Edward Gibbon w XVIII wieku zarzucał chrześcijanom zniszczenie Imperium Romanum), cywilizację utożsamiać z ideą, choć idealiści duszy zwykle preferują nawyk i tradycję, obawiając się każdej naprawdę świeżej idei. W każdym razie katastrofizm Wellsa jako oparty na niedocenianiu siły instynktu i gardzeniu ciałem i erotyką jest bardzo niewiarygodny. Mieliśmy wielu wybitnych, choć „zepsutych” polityków oddających się cielesnym rozkoszom jak choćby Ludwik XIV, Talleyrand, Filip II Orleański, Edward VII, Winston Churchill, Napoleon, Martin Luther King, JF Kennedy, Metternich, Palmerstone, John Wilkes, czy Henry Bolingbroke, jak również wielu ascetycznych nieskutecznych mędrków: Filip II, Wodroow Wilson, Karol I Habsburg… Oczywiście znajdziemy też i przykłady „zepsutych” rozkoszami miernot (Edward VIII) i ascetycznych skutecznych polityków (Gandhi, Lincoln). To smao dotyczy prostych żołnierzy i cywilów. Działanie nie ma nic do „trudu”, a rozkosze i wygody mogą stymulować umysł i rozładować emocje. Proste prawda? Otóż nie dla chrześcijan.

W 1923 roku Wells napisał dla odmiany bardzo optymistyczną powieść: Ludzie jak bogowie (Men Like Gods). Bohaterami jej są ziemianie, którzy trafiają do świata równoległego, którego mieszkańcy wyprzedzają społeczeństwa naszej planety o wiele lat. Nie ma tam już chorób, wojen, niesprawiedliwości, a mieszkańcy bez przeszkód mogą rozwijać swe osobowości. Wells obnaża w powieści absurdy rządzące Ziemią XX wieku. Mieszkańcy świata równoległego są zdrowsi i stosunkowo nieliczni, co sprawia, że gospodarują ziemią lepiej i żyją na lepszym poziomie. Ziemianie jednak szybko drażnią ich swym egoizmem i zarażają zarazkami, co powoduje, że pozostają oni w areszcie domowym. Jedynie główny bohater-liberał będący zapewne personifikacją Wellsa sprzyja mieszkańcom świata równoległego widząc w ich świecie urzeczywistnienie jego marzeń, dlatego próbuje udaremnić spisek ziemian przeciw gospodarzom planety. Nie znajduje niestety sprzymierzeńca w łagodnym z natury konserwatywnym pośle Izby Gmin, który jak to potem powiedziano: „nie wierzy w nic poza byciem wykwintnym gentlemanem". Reszta ziemian to oszuści, oszustki i hieny społeczne. Wells pokazuje, że możliwe jest rozsądne, oparte na nauce, eksploatowanie ziemskich zasobów i ze przyszłość może znakomicie „rozgrzeszyć” ludzką ambicje dając nam lepsze życie, tak jak naukowe odkrycia z przeszłości dały je nam. Jednak nadal najlepiej sprzedają się książki katastroficzne, nawet jeśli są dziełem poważnych politologów jak np. dzieło Waltera Laqueura (ur. 1921) : Ostatnie dni Europy. Laqueur jednoznacznie wieszczy upadek Europy przez fiasko integracji, bezrobocie wskutek informatyzacji (krytykuje on pomysł cywilizacji w której tylko 20 % ludzi pracuje, a 80% ogląda TV – moim zdaniem przesadza), zbyt mała konkurencyjność ekonomiczną, i zalew imigrantów wrogich europejskim wartościom, zapominając, że trudno jest przewidzieć wszystkie zmiany wynikające z tych faktów, a także o tym, że problemy cywilizacyjne rozwiązuje się jeden po drugim stopniowo, więc prawdopodobieństwo, że te zagrożenia dadzą jednoczesny skumulowany efekt jest małe, tak samo jak prawdopodobieństwo rzekomego buntu maszyn. Warto przy okazji zauważyć, że np. Japończycy nie boją się maszyn i nawet uważają (zgodnie z szintoizmem i taoizmem), że mają one cos w rodzaju duszy, stąd o wiele mniej mają oporów wobec np. humanoidów. Znany profesor Hiroshi Ishiguro, który swego robota-humanoida wysyła nawet na konferencje, by wygłaszał te wykłady, które on by wygłosił, gdyby miał więcej czasu.

POGARDA WOBEC CIELESNOŚCI

To gardzenie ciałem pokrywa się w chrystianizmie z pogardą dla świata. Nawet o w „Konradzie Wallenrodzie” można przeczytać: „cechowały go prawdziwie chrześcijańskie cnoty… pogarda świata”. Wierzący często podporządkowują problemy tego świata problemom świata tamtego, o którym nic pewnego nie wiedzą, i którego najpewniej nie ma. Pogarda ciała przeniknęła naszą kulturę tak głęboko, że nadal zakonnice odruchowo plasujemy ponad prostytutką, choć to ta druga pracuje uczciwie na chleb. Może dlatego, niepokorni reżyserzy tak często obnażają hipokryzję, jednocześnie promując postać „dziwki o złotym sercu”. Nawet człowiek otwartym umyśle często wstydzi się tego co cielesne. Erich Maria Remarque zauważył w powieści: „Kochaj bliźniego” (Liebe deinen Nächsten – 1941), ze nigdy nie wstydzimy się złych rzeczy, a jedynie tych które wiążą się choćby pośrednio z seksem. Poczucie winy seksualnej, jak zauważył jedne z czytelników portalu racjonalista.pl gwarantuje, że zawsze będą jacyś grzesznicy do zapędzenie do Kościoła. Jak wykazał Deschner cała polityka wczesnego chrześcijaństwa oparta była na walce z bóstwami i symbolami fallicznymi, co wskazywałoby na to, że Nietzsche miał rację, mówiąc o buncie brzydkich i słabych. To też może być przyczyna dlaczego tak bardzo nas nawet dziś szokuje japoński skrajny praktycyzm w sprawach seksu (wielkim zainteresowaniem mediów Zachodu cieszył się tokijski zakład, oferujący tysiące stosunków oralnych jednocześnie), czy zakwaterowania (kapsuły noclegowe w hotelach). Japonia i Chiny dotknięte są o wiele mniejszą obsesją ciała i duszy niż Zachód.

EGOCENTRYZM

Kolejnym obok anty-cielesnej obsesji, lęku wobec techniki i przyszłości oraz przejawów ludzkiej emancypacji, wrakiem filozofii, a raczej doktryny chrześcijańskiej, obecnym w naszej kulturze jest pewien specyficzny typ egoizmu i egocentryzmu. Czołowy amerykański racjonalista (jeden z filarów the Reason Project zął. Przez Sama Harrisa), nowojorski komik i komentator polityczny Bill Maher kpił w jednym ze swych komediowych występów z tego, że duży procent mieszkańców USA wierzy, że Jezus wróci na ziemię za ich życia, no i oczywiście będzie zainteresowany spotkaniem z nimi… Chrześcijański egocentryzm jest egocentryzmem dość przewrotnym, ponieważ chrześcijanie każą nam z jednej strony pochylać nad losem ubogich i nawet przyznawać im rację w sporze z bogatymi, tylko dlatego, że są biedni (metodyści i kalwiniści są tu wyjątkiem, bo oni traktują bogactwo jako dowód łaski, a więc i racji), z drugiej jednak uważają się za lepszych z racji udziału w rzekomym bożym planie, w którym to planie oczywiście zaklepują sobie pierwszoplanową rolę. Stąd właśnie wiele filmów nieproporcjonalnie uwypukla losy głównego bohatera, jego zmagań i momentu zbawienia, tj. nagrody za trudy, minimalizując rolę innych bohaterów i odpowiedzialności jednostki za podjęte wybory. Zamiast tego mamy ślepy los, szczęście i łaskę bożą dawana nawet temu co specjalnie niczym na nią nie zasłużył. Ten kontrast między marnością człowieka a pozytywnym zbiegiem okoliczności jest takim ukrytym: „chwalmy Pana !”. Absolutyzacja znaczenia własnych losów typowa jest dla maluczkich i ich strachu przed maluczkością. Chrześcijaństwo pozwala maluczkim poczuć się wyżej w hierarchii społecznej i własnych oczach dzięki uczestniczeniu w domniemanym niebiańskim planie.

NADMIERNE POCZUCIE MISJI

Emanacją religijnego egocentryzmu jest tzw. „etos pracy”, któremu też poświęciłem już jeden artykuł. Tak jak religia futbolizmu, to raczej antyczny kult sprawności i siły, etos pracy to (czy etos „słodkiego jarzma pracy”) pozostałość pseudobibiblijnej mentalności, która nadal bywa bardzo szanowana nawet przez liberałów, czyli tzw. etos pracy. Nie chodzi tu jednak o to czy należy pracować i znajdować w tym radość czy nie, lecz o skłonność do pryncypialnego potępiania próżniactwa. Na to zjawisko zwrócił uwagę Tom Hodgkinson brytyjski autor urodzony w 1968 roku, a od 1993 roku wydawca czasopisma: „The Idler" czyli „Próżniak", na wzór pisma o takim samym tytule do którego artykuły pisał XVIII-wieczny idol Hodgkinsona Samuel Johnson. Hodgkinson, podobnie jak opisywani przezeń wybitni ludzie (Oscar Wilde, Mark Twain, Samuel Johnson, Robert Louis Stevenson, Henry David Thoreau, Albert Einstein i Jerome K. Jerome itd.) jest zwolennikiem powolnego i próżniaczego trybu życia. Hodgkinson przyznaje, że całą książkę napisał by uleczyć swe wieloletnie poczucie winy z powodu fizycznej niemożności zwleczenia się rano z łóżka, zapewne biedak ma niskie ciśnienie, wiem coś o tym… Autor pisze sporo o licznych biblijnych potępieniach lenistwa, jako o źródle naszego poczucia winy, kiedy przez chwilę nic nie robimy i mamy tzw. chwilę dla siebie. W pewnym sensie ten rodzaj poczucia winy podobny jest postawie znerwicowanych matek, które wyrzucają sobie np. to, że wydały parę groszy na swoje potrzeby, a nie na przykład na zaspokojenie zachcianek dzieci. Pryncypialne poświęcanie się dla innych, nawet jeśli inni odbierają to jako manię kontroli i tyranię, i nawet gdy prowadzi do destrukcji też jest takim postchrześcijańskim odpadkiem. Bardzo inteligentnie Hodgkinson rozprawia się z „purytańskim pracusiem" Benjaminem Franklinem, który obok wielu mądrych rzeczy palnął też głupstwo: „kto rano wstaje temu pan bóg daje" (early to bed, early to rise, makes a man healthy, wealthy and wise), a przecież wiadomo, że daje on głównie: artystom, politykom i biznesmenom, czyli tym, którzy NIE wstają rano. Jest to oczywiste, ponieważ dobry pomysł, który da pieniądze przyjdzie do głowy nie zmęczonemu urzędnikowi „godzina piąta, minut trzydzieści", lecz wypoczętemu człowiekowi, zdolnemu do refleksji. Zresztą, o ile pamiętam Franklin powiedział też: time is money, i tu może nawet by się nie mylił, mógłby to być czas takiej właśnie owocnej drzemki. Słowem, etos pracy to kolejna rzecz do odczarowania. Niektórzy wierzący traktują swą pracę jako arcyważną misję tak samo jak przypisują sobie arcyważną rolę podczas rzekomego zbawienia. Ciekawe jest to, że (post)chrześcijańskie potęgi takie jak UE a zwłaszcza USA, boją się ekspansji Chin i Indii, bo przypisują im błędnie (co zauważył Fareed Zakaria), misyjne podejście do ideologii politycznych, tymczasem ani konfucjanizm ani hinduizm nie wysyłał misjonarzy na Zachód (choć Leibniz żałował, że uczniowie Konfucjusza nie robią tego w Europie co jezuici w Chinach…).

WIARA W MOC PUSTYCH SŁÓW

Z duchem (post)chrześcijańskiej hierarchii łączy się nadmierna wiara w moc słów. Z tego oparu chrystianizmu częściowo zdołaliśmy się już uwolnić, nie pamiętamy już, że kiedyś słowa: bless you miały na serio zbawić od dżumy, lecz nadal często procesujemy się o słowa, karzemy bluźnierstwa i „mowę nienawiści” (która powinna być zawężona tylko do jawnego nawoływania do ludobójstwa i prześladowań), nadal potępiamy też wulgaryzmy, choć jedyne co one ranią to nasze nadymane ego. Claude Levi-Strauss pisał, że modlitwa różni się od magii, tym, że zakłada postawę błagalną zamiast sprawstwa, podczas gdy mag wpływa na bóstwo zamiast prosić o danie mu czegoś. Jednakże wbrew temu podziałowi, chrześcijanie liczą, że słowa modlitwy wywołają efekt niczym magia. Mówiąc: „przeproś” ludzie o chrześcijańskiej mentalności zakładają, że wywołają tym rzeczywistą skruchę. Tak rodzi się purytańska hipokryzja. Tymczasem znajomy mówił mi o przygodzie dziennikarza, który oskarżył pewnego biznesmena o złodziejstwo lub korupcję, nie miał jednak wystarczających dowodów, więc sąd kazał mu przeprosić owego biznesmena, którego nazwiska zapomniałem. Przyjmijmy więc, że miał on nazwisko Wiśniewski. Dziennikarz „przeprosił” go mówiąc: „Wiśniewskie nie jest złodziejem ?!?” kończąc wyraźną oznaką zaskoczenia i szoku. Przykład obrazuje nam jak niewiele znaczą słowa, a jak wiele kontekst. Mamy jednak „Słowo Boże”, które jakoś nie zważa na kontekst… Musimy jednak pamiętać, że równie stary numer jak przecenianie znaczenia słow to osądzać „swoich” po słowach (tj. pobożnych życzeniach), a wroga po czynach (np. pisma Św. Tomasza versus gułagi, lub „Manifest komunistyczny” versus proces inkwizycyjny). Można też wspomnieć ultrakatolickiego ambasadora Portugalii usiłującego wepchnąć inwokację do boga w preambułę traktatu wersalskiego (historyk i dziennikarz katolicki Kuehnelt-Leddin był autentycznie przekonany, ze ten brak mógł skutkować nietrwałością pokoju!), coś nam to przypomina, prawda?

DETERMINIZM HISTORYCZNY

Ostatnim (post)chrześcijańskim zanieczyszczeniem naszej cywilizacji do jakiego chciałbym się odnieść, jest – zmora historyków - skłonność do szukania na siłę związków przyczynowo-skutkowych i ukrytego sensu. Bezskutecznie David Hume przestrzegał przed braniem koincydencji za związek przyczynowo-skutkowy, lub co gorsza związek konieczny. Chrystianizm każe też naukowcom szukać ukrytego sensu istnienie człowieka, i co gorsza absolutyzację tego sensu. Tymczasem każdy rozsądny człowiek wie, że nie ma czegoś takiego jak sens życia w para chrześcijańskim znaczeniu, tj, ze nie ma absolutnego sensu życia. Możliwe, że rację ma komik amerykański Jerry Seinfeld twierdząc, że lubimy książki, bowiem „jeśli chcemy nudnej długiej opowieści bez sensu, to mamy nasze życia…”. Jedyny sens życia jest subiektywny i dotyczy naszych bliskich i znajomych i naszego postępowania wobec społeczeństwa, za co jedyną nagrodą jest wzajemność uprzejmości i szacunku. Pomysł, ze ma istnieć byt jaki waży nasze uczynki i ocenia je „obiektywnie” jest absurdem. Nawet deiści w to zwykle nie wierzą. Niestety chrześcijański czas linearny, który wprawdzie wyparł równie nieprzydatny intelektualnie antyczny czas cykliczny (ery złote, srebrne i brązowe), przewidujący jakieś milenium i związaną z nim nagrodę każe wielu budować rozmaite historyczne mity, takie jak marksistowski mit wiecznej szczęśliwości po rewolucji (Marx) czy tzw. wigowski mit historyczny zakładający, że cały czas następuje postęp cywilizacyjny, że regresy są złudzeniem i ludzkość zmierza ku ideałowi wolności, którym może być system amerykański (Condorcet), nowoczesna biurokracja będąca niejako emanacją rozumu (Hegel i rozum dziejów) czy liberalna demokracja dla wszystkich narodów (Fukuyama, którego praprzodkiem intelektualnym pod tym względem mógłby być Burke). Zabawne jest to, że papież (nie pamiętam numerka starca piotrowego:) potępił w 1950 roku historyzm (to to samo co historycyzm, bowiem historicism jest anglosaską wersją słowa Historismus), na równi ze "skrajnym" ewolucjonizmem, egzystencjalizmem i pragmatyzmem! Wiem to z lektury dzieła: "Ślepy tor" (s. 213) austriackiego konserwatywnego katolika Erika Kuehnelta-Leddina, jakże to znamienne, że katolik nie wychwycił "własnego" chrześcijańskiego historyzmu, za to doskonale zauważa ten konkurencyjny condorcetowsko-marksistowski.

Tymczasem nic nie potwierdza słuszności determinizmu historycznego, przeciwnie Voltaire, Nietzsche i Kant uczą nas, że o postęp trzeba walczyć i wystrzegać się regresu „wieków ciemnych”. Absolutyzacja związków przyczynowo-skutkowych prowadzi do szukania przez słabsze umysły na siłę jednej praprzyczyny danych zjawisk. Na przykład konserwatyści chrześcijańscy, powołując się na Hegla, upatrują jedynej przyczyny rewolucji 1789 roku w wyparciu się boga, tymczasem nie ma jednej przyczyny rewolucji francuskiej. Historycy wymieniają wśród owych przyczyn niezdecydowanie Ludwika XVI, niekorzystny traktat handlowy z W. Brytanią, uniemożliwienie kariery w armii nie-szlachcicom, brak popularności Ludwika XVI w armii (był gruby, ospały i nie dbał o linię), nieurodzaj i „zdradę” arystokracji, której część stanęła w awangardzie oświecenia. To jeszcze nie wszytko. Przy okazji warto nadmienić o rewolucji niderlandzkiej skierowanej przeciw liberalnej obyczajowo elicie tzw. „regentów” w 1787 roku, a więc dwa lata wcześniejszej od Francuskiej. Otóż tą rewolucję holenderską duchowni (kalwińscy) poparli twierdząc, że bóg jej chciał… To jak to jest z tym nieodzownym rewolucyjnym wyparciem się boga?

Wyszukiwanie więc jednej przyczyny to szukanie na siłę diabła, który stoi za wszystkim co złe, a więc głupota niegodna człowieka cywilizowanego i brak respektu wobec bogactwa i rozmaitości świata. Od wymuszonego monoteizmu lepszy już jest politeizm, który przynajmniej dostrzega tą różnorodność, choć oczywiście najlepiej jest wyswobodzić się z magicznych oparów in toto. Masońska dewiza podkreślająca znaczenie różnorodności, do której jak pisał Anatole France zawsze wolność prowadzi: „jeśli jesteś inny niż ja, nie obrażasz mnie lecz wzbogacasz”, dla miłośników „jedności (czy też jednolitości) w Chrystusie” jest tylko diabelskim dzieleniem włosa na czworo i spiskiem żydo-komuny…

poniedziałek, 16 lipca 2012

Ślepota wielomskizmu czyli profesorowi Wielomskiemu w odpowiedzi

Profesor Wielomski uwielbia bawić się ze mną w kotka i myszkę, nieodmiennie zaklepując sobie rolę kotka, choć nie wiem na czym miałby polegać jego przewaga w dyskusji ze mną na temat możliwości istnienia prawicy laickiej, tym bardziej, że profesor nieustannie zjeżdża na inne, poboczne tematy, co najlepiej demaskuje, to, że nie ma nic do zaoferowania odnośnie moich argumentów. Bardzo zabawne jest to, ze profesor tak stara się mnie przekonać, czyżby przechodził kryzys wiary?

Łaski ani litości pana profesora w niczym nie potrzebuję. Chętnie przyznaję się do niedociągnięć w wiedzy na temat antyku, który zresztą główną działką prof. Wielomskiego również nie jest. Profesor Wielomski twierdzi, że jestem człowiekiem z jednej strony inteligentnym i oczytanym, a z drugiej strony absolutnym ignorantem w kwestiach religijnych, kościelnych czy nawet historycznych, gdy odnoszą się do Kościoła katolickiego (choć to doktor historii). Jednak mimo tych górnolotnych słów, profesor nic nie odpowiedział na moje zarzuty wobec grzechów Kościoła w przeszłości, ani nie odniósł się zupełnie do kwestii możliwości istnienia prawicy laickiej. Mam wrażenie, że zna on historię KrK tylko z dzieł prokościelnych i klerykalnych, a także, że nie zauważa historii polityki zza historii idei, którą się tak ekscytuje, krótko mówiąc nie zauważa rzeczywistości zza oparów ideałów filozoficznych.

Ja natomiast nie jestem historykiem idei filozoficznych, lecz jedynie myśli politycznej, a przede wszystkim historykiem dyplomacji i jako historyki i materialistyczny filozof-amator zauważam przede wszystkim fakty i kształt społeczeństw, a dopiero potem idee, będące produktem – tak produktem, wbrew platońskiemu idealizmowi – faktów i kształtu społeczeństwa.

Absolutnie wypraszam sobie to ciągłe analizowanie moich poglądów, bo nie są one przedmiotem sprawy o jakiej dyskutujemy. Za prawicowego wolterianina od dawna się już nie uważam, poza tym nie zgadzam się z definicją pana profesora „prawicowego wolterianina”. Obecnie moje poglądy powędrowały w stronę mainstreamowego liberalizmu i agnostycyzmu. Tymczasem prof. Wielomski dalej wciska mi to, w co wierzyłem rok temu i kontynuuję wiwisekcje moich rzekomych poglądów. Czy gdybym napisał coś o np. pobożnym socjalizmie i demokratyzmie Chestertona, to profesor Wielomski wziąłby mnie za jego sympatyka? Od razu mówię, ze nie jestem sympatykiem tego pana i zgadzam się z nim tylko w ocenie Wielkiej Brytanii od końca XVII do początków XX wieku jako arystokracji, a nie demokracji. Nawiasem mówiąc panie Profesorze, to trochę obciach tak mnie sondować i szufladkować odnośnie poglądów, skoro od lat wciska Pan ludziom nieprawdę, iż reprezentuje pan konserwatyzm. Sam pan zresztą przyznał, w swojej książce o tym tytle właśnie, że zazwyczaj za konserwatyzm uchodzą teorie Burke’a, Hume’a i pokrewne, które wg Pana wcale konserwatyzmem nie są, tymczasem cały świat uważa, że to pana ukochany de Maistre i inny de Bondald nie są konserwatystami sztandarowymi (jeśli w ogóle są konserwatystami), tylko tradycjonalistami chrześcijańskimi, kontrrewolucjonistami, renegatami wszelkiego postępu i neo-mediewalnymi fantastami.

Dotąd miałem do pana duży szacunek, mimo dzielących nas różnic, on jednak się kończy, i proszę nie sięgać po ostatnia deskę ratunku przedyskutowanego Kato-konserwtysty polskiego (chyba tylko w naszym katolandzie, to co pan prezentuje może zostać czasem uznane za mainstreamowy konserwatyzm) czyli do feudalnego straszaka uczelnianego.

Tak, jestem agnostykiem, a agnostyk to ten co się waha czy bóg istnieje czy nie, nie wiem tego, ale jeśli już miałbym obstawiać to faktycznie, za bardziej prawdopodobne uznałbym jego nieistnienie, jednak ateistą nazwać się nie mogę. Pisząc: "wiadomo już od dawna, ze to co rzekomo duchowe jest w rzeczywistości cielesne, a dokładniej mózgowo-neuronowe…”. Nie rozumiem czemu scjentyzm miałby od razu przesadzać u mnie ateizm, prof. Wielosmki swoim zwyczajem tak przeinacza definicje by pasowały do jego wykoślawionego obrazu rzeczywistości. Pan z neutralnego agnostyka (ja neutralny nie jestem, gdyż popieram ateistów w ich sporze z teizmem) klasyfikuje pan de facto jako rozwodnionego deistę…

Nie strzelam do katolicyzmu „trefnymi nabojami”, tylko krytykuję polityczne efekty jego wdrażania, czyli postępowanie KrK, prof. Wielomski jest po prostu zawiedziony, ze nie wchodzę na jego ulubioną ścieżkę samej tylko gołej teorii.

Nazywając Szawła, Beduinem chciałem oddać jego znikomą wiedzę o rzeczywistości, typową dla epoki przednaukowej. Nie wiem czy pan profesor wie, że panowanie Juliana Apostaty dla Rzymu oznaczało wreszcie pożądaną chwile wytchnienia od walk setek sekt chrześcijańskich.

Koncepcja sensu historii jest dla mnie atrakcyjna filozoficznie, dlatego o niej pisze, lecz nie wyznaję jej, jestem woluntarystą historycznym. Wiem, że świat sam z siebie nie zmierza ku postępowi, jakby chciał Hegel i nieco mniej wyraźnie) Condorcet, , a szkoda, trzeba więc postępowi pomagać, walcząc z takimi opiniami jak prezentowane na pana portalu …

Wracamy do miana "prawicowego wolterianina". Moim zdaniem, jest to człowiek, który jest za zachowaniem władzy monarszej i wprowadzeniu tolerancji religijnej. Pan profesor uważa natomiast, ze prawicowy wolterianin to człowiek, który ukrywa swój sceptycyzm religijny. Takim „prawicowym wolterianinem” nigdy nie byłem, bo nie uważam, żeby była to definicja słuszna. Dla mnie wolterianinem jest ten co naśladuje w przekonaniach samego Voltaire’a, czyli ktoś kto promuje deizm, a ZWALCZA KrK, a nie jakiś działacz Akcji Francuskiej, który zewnętrznie od ultrasa niczym się nie różni. Voltaire reprezentował prawe skrzydło oświecenia i o taką prawicowość mi chodzi, a nie o kontrrewolucyjnych sceptyków. Prawicowym wolterianinem był Condorcet, zaś lewicowym np. Mercier. Idee bliskie panu profesorowi pochodzące z XIX wieku, nie mają nic wspólnego z wolterianizmem, choć ich twórcy na Voltaire’a zapewne się powoływali, jak to czyni co drugi intelektualista. Bez tego wielkiego człowieka trudno w ogóle mówić o nowoczesnym humanizmie. Wymienia profesor de Rivarola, Maurrasa i Straussa. Sam Pan np pisał, że. Strauss chciał stworzyć jakąś ponadreligjną wizję konserwatyzmu, to gdzie tu miłość do KrK? To czysty deizm. Faktycznie Strauss mógłby być w tym ujęciu wolterianinem. Tamci dwaj poprzedni to raczej renegaci wolterianizmu niż jego kontynuatorzy. Voltaire o KrK pisał „zgniećmy bezecne”, oni pomagali hodować raka katolicyzmu we Francji, po tym, jak na początku XX wieku, lewicowcy typu Anatole’a France’a (lewicowego wolterianina) ustanowili sprawiedliwe państwo świeckie, z równym prawem dla wsyztskich.

Prawo natury ujęte klasycznie nie występuje u większości oświeceniowych, więc jeśli po rewolucji zaczęło znów występować w pewnych kręgach, to te kręgi raczej wolteriańskie nie były. Jako intelektualista mam prawo nie zgadzać się z przekłamanymi i tendencyjnymi podziałami profesora Wielomskiego. Voltaire traktował religie jako gwarancję łądu, ale dla prostaczków, dziś z rozwojem edukacji postulowałby zapewne – jak Hume – zastąpić religię filozofią.David Hume pisał, że tzw: „cnoty mnisie" stępiają umysł i alienują człowieka od innych i są po prostu nieprzydatne społecznie; lepiej coś kupić (dać zarobić) niż modlić się i faktycznie liczba uszczęśliwionych przez nas ludzi wynosi w obu wypadkach odpowiednio 1 i 0. Hume był prawdopodobniej agnostykiem, ale w owych czasach wolał udawać deistę, to było łatwiejsze do przełknięcia dla nieco zanadto „uduchowionych" (p. Jacek Tabisz słusznie przypomniał niedawno, że wrażenia „duchowe" jak zachwyty nad sztuką, to tak naprawdę wrażenia mózgowe i zmysłowe) Edynburczyków. Chociaż i tak nie dali mu katedry na uniwersytecie, by nie „psuł" swym sceptycyzmem hojnie wspierającej „uduchownionych" pasibrzuchów młodzieży. By ukryć agnostycyzm, Hume pisał o religii w formie dialogu („Dialogi o religii naturalnej") między deistą, sceptykiem i teistą o śmiesznych greckich imionach (nieśmiertelne papugowanie Platona, no cóż najlepszym się zdarza). W dialogach, wszyscy uczestnicy przyjmują istnienie jakiejś nadprzyrodzonej siły, ale mówią także o np. epikurejskiej koncepcji boga słabego, lub nie zapobiegającego złu, a wiec złego, i o wiecznych przemieszczeniach materii, która tworzy nasz świat przez cały czas. Zdania sceptyka Filona są jednak równoważone przez wypowiedzi pozostałych uczestników sporu, choć czasem wyraźnie na siłę, tak by Hume nie miał kłopotów wydawniczych i innych.

Hume nie widział w religii, w przeciwieństwie do wielu innych filozofów oświecenia, produktu ludzkiej głupoty, lecz przede wszystkim produkt niezaspokojonych potrzeb. Zwłaszcza poczucia bezpieczeństwa i poczucia opieki, lecz żadna religia nie pomaga, strach nie maleje, a jej rozwój instytucjonalny i intelektualny powoduje ogólny wzrost nietolerancji w stosunkach międzyludzkich, który zamienia strach metafizyczno egzystencjalny w zwykły strach codzienny przed przemocą . Hume poleca filozofię i refleksję w miejsce religii. Naturalną religią dla Hume’a jest politeizm, bowiem jest on najlepiej „dostosowany" do problemów dnia codziennego, mieliśmy więc larwy, lary, boginie domowego ogniska, a teraz mamy Maryję i świętych-patronów różnych zawodów.

Voltaire, który zmieniał kilkukrotnie akcenty swej filozofii religijnej uchodzi za francuskiego odpowiednika Hume’a, czyli świeckiego liberała, o poglądach wrogich radykalizmowi, tylko, że w XVIII wieku radykalizm kojarzył się raczej z Cromwellem i nadmiarem religijności, a nie z Robespierre’m. Voltaire zwalczał ateizm, ale nigdy nie poparłby tego co popierali trzej herosi prof. Wielomskiego. Voltaire, a za nim każdy wolterianin, godny tego imienia zwalcza religię zinstytucjonalizowaną i upolitycznioną, akceptując wiarę prywatną. Voltaire i Hume nie ukrywali swego sceptycyzmu, choć faktycznie mieli pewne obawy przed ateizmem.

Nie wyrażam pewności co do nieistnienia Boga (tylko chrześcijańskiego spersonifikowanego Boga, wzorowanego na innych wymyślonych bogach starożytności, który wysłuchuje modłów, nie neguję go jako siły kosmicznej, która równie borze mogła by być nazwana Big Bangiem) , bo to byłoby absurdalne. Pewien natomiast jestem, że dualizm kartezjański zakładający istnienie nieśmiertelnej duszy to teoria nie do obrony, skoro znaleziono już w mózgu ośrodki odpowiedzialne za uczucia i emocje, i wiadomo, że ich uszkodzenie czyni z człowieka np. socjopatę). Z własnością prywatną jest jak z moralnością i z wszystkim innym istnieje, bo sprawdziła się w procesie rozwoju historycznego" (interpunkcja oryginalna), co nie znaczy, ze ten rozwój musiał nastąpić w tym kierunku, i że po drodze nie było regresów (był jeden wielki średniowiecze z jego życiem pustelniczym, ulubionymi przez Chestertona – ziemiami gromadzkimi i monastycyzmem, urągającymi samego pomysłu własności prywatnej).

Własność prywatna się sprawdziła, bo jest najlepszym pomysłem na uregulowanie spraw własności jaki człowiek wymyślił, nie mogła by się nie sprawdzić, co najwyżej ktoś mógłby ją celowo niszczyć. Na własność prywatną zamierzyli się i sekciarze i franciszkanie i socjaliści. Kościół jak zawsze moralnie nie odstawał od normy epoki, a jeśli już to odstawała nieco w dół, przez to, że oszukiwał ludzi sprzedając pobożne życzenia jako prawdy wiary. Stephen Fry dobrze powiedział, po co jest w ogóle Kościół, skoro NIGDY nie udało mu się być ponad ludzkie spory i niezmiernie rzadko zdobył się na działania koncyliacyjne, natomiast często podżegał do wojen z Turkami, protestantami, i Moskalami.

Faktycznie nie uznaję porządku wynikłego z natury, bo jako woluntarysta historyczny, nie uznaję żadnych z góry zaplanowanych wizji dziejów, lecz uznaje ten, który wynika z historii. Ponieważ nie jestem już prawicowym wolterianinem, i to od dawna, to, że jest to stanowisko sprzeczne z istotą prawicowego wolterianizmu, nie czyni problemu. Zresztą i dawniej w tej akurat kwestii się z większością oświeceniowców nie zgadzałem. Na koniec raz jeszcze protestuje przeciw przypisywaniu mi dawnych poglądów i przeciw zakłamywaniu myśli Voltaire’a i myśli konserwatywnej, a także konceptu prawicy laickiej, co profesor Wielomski czyni nagminnie.

Aha i jeszcze jedno - panie Profesorze! Proszę pamiętać, że Polska jest dla wszystkich ludzi nie tylko dla Katolików. Zalecam więcej lektury: "Traktatu o Tolerancji" Voltaire'a właśnie.

niedziela, 15 lipca 2012

Wiara podsyca ludzkie strachy

Religianci rozpowszechniają wiele fałszywych mitów, dotyczących np. znanych sceptyków, którzy nagle "cudownie" zawierzyli na łożu śmierci, lu inny pt: "nie ma ateistów w okopach". W okopach zapewne ze strachu wielu mamrocze wiele wyuczonych formułek by odreagować stres, natomiast faktem jest, ze państwa lubią nawiązywać do religii, by poszczuć narody przeciw sobie nawzajem i do tych okopów wysłać.

Czego boi się sceptyk/agnostyk/ateista? Na pewno śmierci, chorób, bólu, wierzący boi się tego wszystkiego, lecz dodatkowo boi się też każdego odstępstwa od rzekomego planu bóstwa, które znów rzekomo opiekuje się naszym światem (deiści np. uważają, że tylko go stworzył, ale się nim nie opiekuje). Stąd np. problem wierzących z homoseksualistami, przeciw którym szczuje ich KrK i niektóre inne firmy religijne. Znam człowieka, który boi się, że geje mogą kiedyś napastować jego córkę, dlatego jest przeciw równouprawnieniu gejów, chociaż istnieje o wiele większe prawdopodobieństwo, że zagrożenie będzie pochodzić ze strony heteroseksualnego pedofila niż homoseksualnego, choćby dla tego, że heteroseksualistów jest o wiele więcej. Swoją drogą obraźliwe i obrzydliwe jest porównywanie homoseksualizmu do pedofilii, zoofilii i nekrofilii i sprowadzanie tego wszystkiego do wspólnego mianownika. Z jedynym rzeczywistym połączeniem orientacji homoseksualnej z wyżej wspomnianymi zboczeniami byłby mężczyzna napastujący martwego szczeniaczka -wiem, że to exemplum jest dość obrzydliwe, ale chcę by zrozumieli państwo problem. Normalny homoseksualista podobnie jak heteroseksualista będzie uprawiał seks tylko z chętnym i dojrzałym emocjonalnie partnerem.

Pamiętam jak racjonalista amerykański Bill Maher mówił o sobie i wierzących: "boimy się różnych rzeczy; ja np. boję się terrorystycznych bomb, oni boją się czerwonego faceta z ogonem i kopytami...

Mój ulubiony filozof David Hume pisał, że tzw: „cnoty mnisie" stępiają umysł i alienują człowieka od innych i są po prostu nieprzydatne społecznie; lepiej coś kupić (dać zarobić) niż modlić się i faktycznie liczba uszczęśliwionych przez nas ludzi wynosi w obu wypadkach odpowiednio 1 i 0. Hume był prawdopodobniej agnostykiem, ale w owych czasach wolał udawać deistę, to było łatwiejsze do przełknięcia dla nieco zanadto „uduchowionych" (zresztą wrażenia „duchowe" jak zachwyty nad sztuką, to tak naprawdę wrażenia mózgowe i zmysłowe) Edynburczyków.

Hume, co ciekawe nie widział w religii, w przeciwieństwie do wielu innych filozofów oświecenia, produktu ludzkiej głupoty, lecz przede wszystkim produkt niezaspokojonych potrzeb. Zwłaszcza poczucia bezpieczeństwa i poczucia opieki, lecz żadna religia nie pomaga, strach nie maleje, a jej rozwój instytucjonalny i intelektualny powoduje ogólny wzrost nietolerancji w stosunkach międzyludzkich, który zamienia strach metafizyczno egzystencjalny w zwykły strach codzienny przed przemocą . Hume poleca filozofię i refleksję w miejsce religii. Naturalną religią dla Hume’a jest politeizm, bowiem jest on najlepiej „dostosowany" do problemów dnia codziennego, mieliśmy więc larwy, lary, boginie domowego ogniska, a teraz mamy Maryję i świętych-patronów różnych zawodów (Vide: S. Jedynak, Hume, Wiedza Powszechna Warszawa 1974).

Podsumowując, wierzący są tchórzliwsi, gdyż boją się nie tylko bomb i zamachów terrorystycznych, ale też własnych fantazji, czerwonego luda z ogonem i kopytami, oraz tego, że coś zawiedzie w bożym planie (np. że nie uwzględni ich w tzw: "dziele zbawienia"). Religia podsyca ludzkie strachy, a nie łagodzi je. Dlatego przeciętny wierzący jest zwykle bardziej agresywny w czynach i słowach przeciw bliźniemu niż sceptyk, co można zobaczyć porównując stosunkowo łagodne wypowiedzi świeckich antyklerykałów, z zionącymi pogardą dla człowieka i jego wolności wyboru, apelom biskupów z biskupem Michalikiem na czele.

sobota, 14 lipca 2012

Wiara i prawicowość mają niewiele wspólnego – odpowiedź prof. Wielomskiemu

Polemikę z Panem Profesorem Wielomskim miałem podjąć za jakiś czas, ale (niebagatelne znaczenie miał to doping naszego wspólnego znajomego p. Artura Granackiego: „Prof. Wielomski rzucił Panu kolejną rękawicę. Sam jestem prawicowym ateistą, więc Panu kibicuję. Kiedy kontratak?„, zdecydowałem się na natychmiastowy kontratak. Wprawdzie jestem agnostycznym liberałem, a nie prawicowym ateistą, ale jestem przekonany, że może istnieć i, ze istnieje prawica laicka i tak jest niemal w każdym normalnym kraju, prawica to nie ci co klęczą, tylko ci, co realizują odpowiednią politykę społeczną i ekonomiczną, identyfikowaną jako „prawicową”. To może sie ze sobą pokrywać ale nie musi. Pan Profesor podchodzi do problemu zbyt filozoficznie, zbyt Heglowsko, wbrew faktom, za to zgodnie z ideą.

Nie chcę zaczynać od „hardziorów” jak mówi młodzież, ale niestety jestem do tego zmuszony. Pan Prof. obraził niewierzących i sceptyków zrównując ateizm i agnostycyzm z hedonizmem. Tych intelektualistów, których inspiruje doktryna chrześcijańska cechuje jakaś obsesja niedoskonałości ciała, wierzą oni głęboko w dualizm ciała i ducha, chociaż wiadomo już od dawna, ze to co rzekomo duchowe jest w rzeczywistości cielesne, a dokładniej mózgowo-neuronowe. Hedonizm to takie słowo-wytrych, lub straszak, my agnostycy wolimy określenie epikureizm, tzn. godne życie, zamiast bicia pokłonów urojonym bogom. Moim zdaniem, wszyscy ludzie są hedonistami, wierzący też, bo pieszczą swe dusze, tj. mózgi. Sprawia im to przyjemność, ze czują się lepsi od innych „zbłąkanych owieczek” i to jest rdzeń ich ideologii. Mają się za wtajemniczonych i to daje zapewne daje masońskie poczucie radości, i muszą też rekompensować czymś zahamowania psychologiczne spowodowane propagandą właściwego życia codziennego.

Pan profesor Wielomski pisze, że gdyby był ateistą nie pisałby książek, i nie trwonił czasu na pracę naukową i karierę akademicką, dodaje też, że Jeżeli Boga nie ma, to jedynym sensem ludzkiego życia jest według Fryderyka Nietzsche - "samo życie". Oczywiście, ze celem życia jest życie doczesne, bo to jedyne co mamy, nie mamy bowiem dusz tylko ciała i mózgi, jednak celem życia nie jest po prostu życie, lecz dobre, godne życie. Wierzących sprawy świata tamtego czasem zachęcają do dobrego życia, lecz równie często, a może i częściej odciągają od spraw istotnych dla ogółu w kierunku religijnych rojeń. Jak pięknie napisał Sam Harris, przez religię ciągle dyskutujemy o jakichś względnie małych problemach typu prawa gejów do zawierania ślubów (oczywiście powinni móc je zawierać, bo chcą i po ludzku rzecz biorąc nic nikomu to nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie), zamiast o sprawach ważnych np. przeludnieniu. Nie czytałem Kojève’a („…istotą rewolucyjnego myślenia, jego ukoronowaniem jest negacja Boga…), ale jako historyk wiem, że rewolucyjne myślenie narodziło się dużo przed masową negacją. Kim był Savonarola, wierzący do szaleństwa, kim byli adamici, albigensi, diggerzy, lewellerzy, anabaptyści, kim są amisze, mormoni, jeśli nie rewolucyjnymi religiantami? Czcząc boga ludzie czczą samych siebie właśnie niestety, religia to egocentryzm rozciągnięty do szczytów Himalajów, ludzie religijni wywyższają się ponad innych, są pyszni swą wiarą, czego dowodzi np. przekonanie wielu obywateli USA, ze Jezus przybędzie na ziemie jeszcze za ich życia, i oczywiście będzie chciał spotkać się z każdym z nich.

Oczywiście, że można być ekonomicznym liberałem i antyklerykałem równocześnie, jest takich ludzi bardzo wielu włącznie ze mną i wieloma moimi znajomymi. To absurd, uważać inaczej. Liberalizm ekonomiczny przejawia się w czynach, a nie w filozofii, nawet socjalista Gerhard Schroeder wdrażając program Agenda 2010 był przez moment liberałem ekonomicznym, co kosztowało go fotel przewodniczącego. Absurdem jest też mówić, że w „świecie bez Boga jedyny sens mają hulanki i życie od imprezy do imprezy”. Tak samo można by powiedzieć, że w świecie z Bogiem i niebem i piekłam nic nie ma sensu poza samobiczowaniem się, życiem pustelnika i umartwianiem. A przecież prof. Wielomski, który jest wierzący, we włosiennicy nie chodzi, choć jak mówili holenderscy XVII-wieczni pastorzy – praedikanten: „życie doczesne jest niczym” - dit leven is gans niet. Pan Profesor pisze książki w tym życiu, bo ma nadzieję, na przyszłe? Książki pisze się z myślą o następnych pokoleniach i ich życiach doczesnych.

Profesor Wielomski pisze:

„…Nie wiem czy Bóg istnieje. Oto sens wiary. Gdybym wiedział, że istnieje, to bym nie musiał już wierzyć. Tego zazdroszczę św. Pawłowi. Po wydarzeniu w drodze do Damaszku on już nie wierzył - on już wiedział, bowiem widział i słyszał na własne oczy i na własne uszy tak mocno, że aż oślepł…”.

Cóż, to, że pisze o tym stara księga nic jeszcze nie oznacza. Nie wiemy co widział Szaweł vel Paweł, zawsze w takich wypadkach przecieram oczy ze zdumienia, że jakiś Beduin sprzed 2000 lat może być jakimkolwiek wzorem dla wykształconego człowieka naszych czasów. Nikt nie wie czy bóg istnieje i każdy jest w tych sprawach agnostykiem, jak słusznie pisał Dawkins, równica polega na tym w jakim miejscu na skali 0-10 się znajdujemy.

Kolejne słowa profesora Wielomskiego, są niestety zupełnie niepoważne i kpią z wiedzy historycznej dostępnej każdemu:

„… Bez Zasady Porządkującej nasza rzeczywistość nie ma sensu. Zrozumiała to znakomicie teologia jezuicka XVI wieku: świat jest uporządkowany, hierarchiczny, skrajnie racjonalny i zrozumiały pod jednym warunkiem, a mianowicie takim, że Objawienie opisane w Piśmie Świętym jest prawdziwe. Ten element musi zostać przyjęty na wiarę, ale dzięki temu świat doczesny staje się zrozumiały … Homo homini deus zakończyło się w gułagach leninowskiej rewolucji i stalinowskiego anty-porządku….”.

Tyle piękna teoria i marzenie, a oto historia jezuickiego Kościoła w pigułce. Najpierw co prawda chrześcijanie mieszkali w katakumbach (gdzie prawdopodobnie utrzymywali się także i z drobnych kradzieży, bo katakumby to było tradycyjne rzymskie schronienie rabusiów tropionych przez sebacarię), potem jednak cesarze stanęli po ich stronie (Julian Apostata to niestety tylko dwuletni epizod, i prawdopodobnie zabili go chrześcijanie) i zaczęli niszczyć prawdziwych Rzymian, najpierw miejskich (ze strachu lub oportunizmu wielu np. urzędników przechodziło na chrystianizm), potem wiejskich (paganus — „wieśniak"), mamy też kilkusetletnie walki sekt chrześcijańskich w samym Rzymie, czyli dziesiątki małych wojen domowych, po czym walki soborów z herezjami, potem Rzym się kończy, ale niewolnictwo zostaje, by zamienić w feudalizm (konserwa Chesterton twierdzi, że póki było nieco ziemi gromadzkiej, była wolność...), lub handel „zwierzętami" — bo za zwierzęta chrześcijanie z krajów kolonialnych uważali zwykle murzynów, inteligencję tworzyli z początku ludzie KrK i mnisi, którzy przechowali, ale też przekłamali, przesiali i odpowiednio do wymogów propagandy dozowali idee starożytnych, potem mamy krucjaty i tu wstrzymałbym się nawet z krytyką, bo była to bardziej kwestia polityki międzynarodowej niż samej tylko wiary, potem pierwsza udana herezja — luteranizm, i walka za pomocą armat tam, gdzie powinno się rozmawiać argumentami (rozumiem, że Państwo Kościelne sponsorowało walkę z Turkami, choć szkoda, że na siłę i nawet wtedy, kiedy ci zachowywali się jak trzeba) potem powstają liberałowie, którzy maja dość wojen religijnych i po raz pierwszy trzeba czegoś więcej niż odmienności poglądów, by kogoś móc zabić, potem mamy rewolucję 1789 roku, która niestety wielu przeraziła tak, że wrócili ku starym mitom uznając starca z demencją nieomylnym starcem z demencją, potem mamy bolszewizm, który walczył z religią (metodami topornymi i anty-intelektualnymi), ale sam też nią był i też nie przyjmował krytyki, i nazizm, którego kolebką były katolicka Bawaria, pomysłodawcą katolik z Austrii, a podłożem — chrześcijański antyjudaizm no i tak dochodzimy do epoki zakazów transfuzji krwi… Nigdy nikt i nic nie przeszkadzało Kościołowi traktować ludzi jak psy, bolszewicy nie byli ani lepsi ani gorsi, po prostu mieli większe możliwości techniczne.

Ciekawy jest cytat z Renana, jaki przytacza prof. Wielomski: "Bądź piękny, oto moralność cała", Renanowi chodziło o moralność w świecie bez Boga. Koresponduje to z poglądami Nietzschego, który twierdził, że chrześcijaństwo był to bunt małych, głupich słabych, tchórzliwych i brzydkich przeciw panom antyku;, bezwzględnym, odważnym, silnym, mądrym i pięknym właśnie. Mówimy tu o pewnej konstrukcji psychologicznej ludzi XIX wieku, którzy wiedzieli już, że nie ma sensu wyznawać żadnej religii, bo to jest sprzeczne z tym co wiemy o świecie dzięki zdobyczom nauki, i poza tym ogłupia człowieka, ale jeszcze nie nauczyli się znajdować radości z tego stanu. Wydawało im się, że utrata Boga to coś złego. Niedawno teoretyk tzw. ‘nowego ateizmu” pisał, ze religianci mają problem jak traktować nowych ateistów cieszących się a nie martwiących swą niewiarą, bo nie pasują już od ich stereotypu zbłąkanych owieczek. Dawkins pisze:

„Być ateistą to żaden wstyd. Wprost przeciwnie: wyprostowana postawa, która pozwala spoglądać dalej, powinna być powodem do dumy - bo ateizm prawie zawsze świadczy o zdrowej niezależności umysłu... Wiele jest ludzi, którzy w głębi duszy wiedzą, że są ateistami, ale boją się do tego przyznać nawet własnej rodzinie, a niekiedy nawet samym sobie. Boją się po części dlatego, że samo słowo "ateista" starannie obudowano najgorszymi, najbardziej przerażającymi skojarzeniami... Jeżeli ludzie tak często nie dostrzegają ateistów, to dlatego, że wielu z nas nie ma odwagi się "ujawnić"... Być może potrzebna jest jakaś masa krytyczna, by uruchomić reakcję łańcuchową”.

W XIX wieku utrata wiary był jeszcze zbyt świeża i zbyt egzotyczna, tak samo jak rewolucyjne systemy naukowe bazujące na ewolucjonizmie Darwina czy odpowiedź Laplace'a na zarzut Napoleona, że w jego teoriach nie ma wzmianki o bogu. Laplace odpowiedział: "Ta hipoteza nie była mi potrzebna" ("Je n'ai pas besoin de cette hypothèse"), by ateiści stali jeszcze pewnie na swoich nogach. W przeciwieństwie do ludzie religijnych, ateiści mają zazwyczaj o wiele większą świadomość odpowiedzialności moralnej człowieka, i musieli przemyśleć pewne sprawy.

Nieuczciwością jest stawianie starego i nowego ateizmu na tym samym poziomie. W XX wieku E.M. Forster już pisał, że każdy powinien zostać wychowany z dala od tych przesądów, które każą człowiekowi nienawidzić drugiego w imię boże.
Pisze prof. Wielosmki, że „nie istnieje coś takiego jak "prawica laicka". Mogą istnieć pojedyncze osoby o prawicowych poglądach, które prywatnie nie wierzą w Boga, ale pod warunkiem, że - świadomie czy nieświadomie - uznają konieczny charakter porządku tak jak gdyby stworzył go Bóg…”.

Po pierwsze tak nie jest, ponieważ postawa konserwatywno-prawicowa jest i była normą także w innych cywilizacjach i kulturach, choćby w starożytnym Rzymie z jego wielobóstwem i w ateistyczno-panteistycznych Chinach. Konfucjusz to najczystsza prawica; hierarchia, porządek, dyscyplina, dlatego Chiny były taką inspiracją (ciekawie pisze o tym Paul Hazard) dla oświecenia prawego skrzydła (Voltaire) i dla fizjokratów. Konfucjanizm zaleca zawsze respektować zwyczaje i obyczaje społeczne, jest to najczystszy konserwatywny konformizm, który ładnie podsumował Anatole France: „…Porządny¬mi ludźmi na¬zywa się zaz¬wyczaj tych ludzi, którzy postępują tak jak wszys¬cy inni…”. Nie zapominajmy też, że Nietzsche uważał patrycjuszy rzymskich jak Petroniusz za konserwatystów, podczas gdy chrześcijanie ówcześni byli skrajnym rewolucjonistami. Jeśli Charlesa Maurras i Leo Straussa uwali, ze ład konserwatywny to ład Jahwe, to można to chyba zrzucić na karb ich ograniczeń intelektualnych… Ostatni cytat prof. Wielomskiego jest niestety zupełnie niepoważny:

„…Lud bez Boga umie tylko domagać się "chleba i igrzysk", żądać socjalizmu, równości i walki z "obszarnikami i burżuazją". Demokracja nowoczesna to nic innego jak połączenie zasady suwerenności ludu z ateizmem. Jeśli ktoś wierzy, że połączy bezbożność ze świętym prawem własności prywatnej, to jest w błędzie…”.

Po pierwsze socjalizmu i socjału domagają się np. wierzący związkowcy, po drugie kapitaliści częściej niż przeciętni ludzie są niewierzący, po trzecie święta własność prywatna to koncepcja Locke’a, który był przecież antypapistą, po czwarte to, ze KrK we własnym interesie bronił własności prywatnej (nie zawsze zresztą) nie czyni z niej katolickiej zasady, i po piąte żądanie chleba i igrzysk ma się nijak do przestępstw przeciw własności prywatnej. Z własnością prywatną jest jak z moralnością istnieje bo sprawdziła się w procesie rozwoju historycznego. Komuniści, kanibale i niemoralni przegrywają z tymi co dbają o swoje, rozwijają koncepcję miłości bratniej i pamiętają zasadę Kanta: „postępuj tak, jakbyś chciał by twoje zachowanie stało się obowiązującym prawem”. Podporządkowanie doświadczenia historyczno-filozoficznego ludzkości judejskim bajom równa się traktowaniem ludzi jak bydło. W naszej cywilizacji to Kościół pierwszy tak ludzi traktował, gdy się z nim nie zgadzali i punktowali jego przewiny.

piątek, 13 lipca 2012

Zalew katolickiej propagandy czyli nowe średniowiecze i racjonalistyczna przeciwwaga

W Europie Zachodniej i w Ameryce upolityczniona religia się cofa (w USA wielu deklaruje jeszcze, iż są bardziej wierzący niż są, bo jest to niestety część tzw.: American Creed – prawo do wyznawania dziwacznych poglądów), w Niemczech za 30 lat będziemy widzieć starcie ateistycznych lub sceptycznych Niemców z politycznym islamem (wahający się Niemcy, zobaczywszy CZYM może być religia, zupełnie z niej zrezygnuje); będzie to starcie między ideą: „po co komu meczety”, a ideą: „meczet w każdej wiosce”. Do nas islam dotrze później i ma starcie zderzyć się jeszcze z dogorywającym katolicyzmem; może być ciekawie.

Sytuacja jest bardzo prosta. Ci co nie lubią książek, mają Internet, a tam dowiedzą się jeśli nie o tym, ze istnieli Hume i Voltaire, o tym, że nawet Locke był za gnojeniem ateistów (na równi z katolikami), i inkwizycjach (nie wiem czemu zawsze gada się tylko o tej hiszpańskiej, przecież istniała ona tez w krajach włoskich, Holandii – okupacyjna Filipa II, Portugalii i w indyjskim Goa, może jeszcze coś przeoczyłem, a i bez niej szło się czasem na stos lub szafot), ale przynajmniej zobaczą, ze KrK poleca kobietom KKK (Kinder-Kueche-Kirche), czyli by kobiety pełniły rolę dzieci, podobnie zresztą jak polecają to członkowie innego KKK (Ku-Klux-Klan, no i że KKK to organizacja chrześcijańska, zobaczą też, że KrK sprzeciwia się właściwie wszystkiemu; homoseksualizmowi (choć geje to pewnie niemal połowa szeregów Kościoła), innym wiarom (ekumenizm to ściema), aborcji (nawet u zgwałconych kobiet), eutanazji (nawet tym, których życie jest jednym pasmem cierpienia), a do niedawna nawet transfuzji krwi (świadkowie Jehowy nadal się temu sprzeciwiają), oraz, że KrK najzwyczajniej w świecie kłamie dla forsy i udowodnienia, ze armia kościelnych nierobów (w Polsce 50 tysięcy – taki Konin!) jest potrzebna. Mówią oni; Bóg istnieje (może i tak, i co z tego?) ergo piekło i niebo też (chyba tylko w biblijnych bajach i komentarzach do niej pisanych w epoce przed nauką), że oficjele Watykanu to głos Boga na ziemi (hmmm a nie pastorzy lub bramini? A może nawet ateistyczni profesorowie, skoro Bóg dozwala istnieć temu co jak zobaczył było/jest dobre…). Tylko forsa nic innego. Nie wiadomo czy w Iraku chodziło tylko o ropę, ale tu wiadomo, ze chodzi tylko o forsę. Gdyby KrK został zlikwidowany, dziesiątki tysięcy ludzi często nie umiejących nic innego robić, i w ogóle niechętnych pracy musiałoby się przekwalifikować - o ile wciskanie kitu to praca. Nawet jeśli piekło istniałoby, to jaki argument ma KrK, ze to on ma rację w tych piekielnych sprawach ? Żaden.

Ludzie KrK lubią mówić o agresywnym ateizmie, tymczasem ja uważam, ze zalew aroganckich książek prokatolicko-prokościelnych dotyczących wszystkich dziedzin życia, i omamienie ludzi ta pseudo-literaturą są tak wielkie, że umiar i spokojny intelektualizm sceptyków i racjonalistów, wygląda przy tym zalewie, jak – mówiąc językiem Salvadore Dalego – Voltaire przy nosorożcu (symbole odpowiednio: najwyższego wyrafinowania i brutalizmu). Myślę, że antyklerykałowie powinni rzeczywiście zrobić antykościelną krucjatę, taką o jakiej robienie już nas oskarżają. Choćby by dać im możliwość porównania, co jest intelektualną delikatną krytyką, a co antyklerykalną krucjatą.

By zrobić taka (anty)krucjat e trzeba by:

- publicznie deklarować niewiarę i wyrażać wątpliwość czy np. msza dla całej firmy to dobry pomysł. Publicznie mówić, że wiara jest źródłem pocieszenia, a więc jest dla słabych, lub dla zbłąkanych.

- walczyć o uznanie, iż moralność obecna bardziej opiera się na ideach Locke’a i Voltaire’a niż Biblii, w razie czego pokazując fragmenty tej ostatniej np. o sprzedaży córki w niewolę.

- nie nazywać funkcjonariuszy Watykanu inaczej jak Watykańczykami i (gniewnymi) dziewicami, skoro oni nazywają sceptyków niedowiarkami i bolszewikami
- podkreślać faty np., że w USA prawie nie ma wierzących noblistów i niewierzących więźniów-morderców.

- skoro KrK mówi o „promowaniu homoseksualizmu” i cywilizacji śmierci, to my musimy mówić o cywilizacji śmierci za życia, i spychaniu gejów na margines, skoro oni mówią o neobolszewizmie, to trzeba, jak Hitchens mówić nie o faszyzmie, lecz zawsze o katolickim totalitaryzmie (katolikami byli i Hitler i Franco, i Salazar, i Pinochet)
- nie nazywać wojen religijnych, etnicznymi. Nie ma czegoś takiego jak wojna etniczna w dzisiejszych czasach. Za rozbuchanego nacjonalizmu XIX wieku bywały, ale teraz już nie. Chorwat i Serb to ten sam naród.

- okazywać szacunek ludziom, ale nigdy religii, kiedy jest niebezpiecznie milczeć, kiedy bezpiecznie krytykować.

- uświadamiajmy ludzi, że gdyby KrK nie był „święty”, to już dawno zdelegalizowano by go jako organizację zbrodniczą.

- Wspierać Ruch Palikota, jedyna antyklerykalna partię w Sejmie, choćby dlatego, ze jest jedyną antyklerykalną partie w Sejmie.

- przypominać oczywisty fakt, że historia KrK (skupiam się na nim, bo protestanckie kościoły są – poza tymi baptystycznymi w USA – raczej spokojne i znają swoje miejsce, judaizm to skansen, prawosławie się zupełnie skompromitowało bo połowa patriarchów donosiła NKWD, a islam to dla Polski jeszcze nie problem). Najpierw co prawda chrześcijanie mieszkali w katakumbach (gdzie prawdopodobnie utrzymywali się także i z drobnych kradzieży, bo katakumby to było tradycyjne rzymskie schronienie rabusiów tropionych przez sebacarię), potem jednak cesarze stanęli po ich stronie (Julian Apostata to niestety tylko dwuletni epizod, i prawdopodobnie zabili go chrześcijanie) i zaczęli niszczyć prawdziwych Rzymian, najpierw miejskich (ze strach lub oportunizmu wielu np. urzędników przechodziło na chrystianizm), potem wiejskich (paganus – „wieśniak”), mamy tez kilkusetletnie walki sekt chrześcijańskich w samym Rzymie, czyli dziesiątki małych wojen domowych, po czym walki soborów z herezjami, potem Rzym się kończy, ale niewolnictwo zostaje, by zamienić w feudalizm (konserwa Chesterton twierdzi, ze póki było nieco ziemi gromadzkiej, była wolność…), lub handel „zwierzętami” – bo za to chrześcijanie z krajów kolonialnych uważali zwykle murzynów, inteligencję tworzyli z początku ludzie KrK i mnisi, którzy przechowali, ale tez przekłamali, przesiali i odpowiednio do wymogów propagandy dozowali idee starożytnych, potem mamy krucjaty i tu wstrzymałbym się nawet z krytyką, bo była to bardziej kwestia polityki międzynarodowej niż samej tylko wiary, potem pierwsza udana herezja – luteranizm, i walka za pomocą armat tam, gdzie powinno się rozmawiać argumentami (rozumiem, że Państwo Kościelne sponsorowało walkę z Turkami, choć szkoda, że na siłę i nawet wtedy kiedy ci zachowywali się jak trzeba) potem powstają liberałowie, którzy maja dość wojen religijnych i po raz pierwszy trzeba czegoś więcej niż odmienności poglądów, by kogoś móc zabić, potem mamy rewolucję 1789 roku, która niestety wielu przeraziła ta, że wrócili ku starym mitom uznając starca z demencją nieomylnym starcem z demencją, potem mamy bolszewizm, który walczył z religią (metodami topornymi i anty-intelektualnymi), ale sam też nią był i też nie przyjmował krytyki i nazizm, którego kolebką były katolicka Bawaria, pomysłodawcą katolik z Austrii, a podłożem – chrześcijański antyjudaizm no i tak dochodzimy do epoki zakazów transfuzji krwi…

Dopiero wtedy można by mówić o jakiejś równowadze między propagandą katolicyzmu a racjonalistyczną obroną. Zauważcie, ze ni mówiłem o zrywaniu krzyży ze ścian, chociaż oburzyło mnie kiedy wywieszone symbole religijne przez Ruch Palikota zostały zdjęte przez pisiorów, albo platformowców, w każdym razie klerykałów, tak ze został tylko krzyż w wersji „jedynej słusznej”, przy czym obraziło mnie jako sceptyka fakt roztrzaskania otwartego atomu – symbolu wiedzy i walki z ciemnotą. Może powinno się wpisać jego nietykalność do konstytucji…



Trzeba z ludźmi bezrefleksyjnie religijnymi rozmawiać ich językiem (są to ludzie nienawykli do prawdziwej wiedzy i krytyki, bo ogłupieni propagandą KrK); otwórz oczy, zobacz – tu ksiądz-pedofil, ten żyje z kochanką, tu zajęli bezprawnie grunt itd. - robią to chyba tylko dziennikarze „Faktów i mitów”, a powinni robić wszyscy sceptycy religijnie przez cały czas. Dlaczego taki nacisk kładę na wyrównanie? Otóż wątpię by ludzie rozsądni w naszym kraju wiedzieli co się tu drukuje i z jak wielkim zalewem upolitycznionego religiantyzmu mamy do czynienia. Dlatego podam tu nieco pierwszych z brzegu przykładów, autorami w większości są księża, a książki jakie podaję udają poważne, będąc w rzeczywistości zlepkiem kłamstw i propagandy.




Czytając: „Modlitwę mieczy” dowiemy się, że „Chrześcijanie musieli czasem podnieść miecz w swojej obronie”, choć sztandarowym przykładem „obrony” jest tam atak na Palestynę w ramach krucjat. Z kolejnej pozycji dowiemy się, ze dziewic- Wojtyła był wielkim znawcą miłości… seksualnej, kolejne książka to dzieło nawróconego innowiercy, jakimi KrK tak lubi się chwalić, choć traci wiernych nawet w Ameryce Południowej; zlepek pobożnych życzeń i półprawd.




Co jest takiego wyjątkowego w śmierci facetów w sukienkach, że ich śmierć jest nazywana męczeństwem, podczas gdy jak kule SS-Manna trafią kogo innego, to jest to zwykła śmierć? Wojna przeciwko Jezusowi, to książka typu dzieł Henryka Pająka; czyli „Och, och, KTO ZA TYM STOI????!!!!!” (oczywiście wiadomo; masoni, Bilderberg itd. Itp.). Zabawne, jak można walczyć z facetem, który zmarł 2 tys. lat temu, czy mówimy o wojnie przeciw Marxowi, lub Voltaire’owi? Dla porównania francuska, laicka książka o przesądach, katolicyzmu jako przesądu en gros jednak nie podaje…




Książka o duchowości małżeńskiej, jest bardzo zabawna, jest to typowa próba wciśnięcia duchowości a la KrK do problemów czysto psychologicznych, co może tylko dołożyć problemów przezywającej kryzys parze. Kolejnej książki o uwolnieniu duchowym nawet nie komentuję, Brat Morris uznaje za stosowane podzielić się swoją wersją naśladowania zWABiciela Dżizusa CHYTRusa (kurczę, a ja myślałem że w Biblii wsyztsko jest – ile można bazgrać tych komentarze do jednej księgi?) Bawi mnie jak 60-letni parafianin mówi „ojcze” do 35-letniego klechy, tak samo bawi mnie jak wczorajsi inkwizytorzy sprzedają miłość, niczym podżegacze sowieccy sprzedawali „pokój”.




Boniecki to idol „Wyborczej”, co pokazuje tylko, ze jest to gazeta klerykalna, chociaż liberalnie. Wyszyński uważa za stosowne mieszcząc w głowach polskim dziewczętom, które chyba lubią być ponizane, skoro czytują dzieła spódnicowych męskich ultra szowinistów (co z kapłaństwem dla kobiet?), Albert Marvelli ponoć jako chłopiec świadomie został rycerzem chrystusowym, i prowadził „głębokie życie duchowe, bez którego nie można mówić o pełni życia” – cóż nigdy nie zaliczył panienki, to zostały smęty nad losem świata. Kolejna książka wyraża wdzięczność Bogu za przywrócenie egzorcyzmu… tam gdzie potrzebny psycholog wzywa się księdza, jedne z nich prawie załatwił psychicznie matkę mojego kolegi, która miała depresję i pseudo-religijne wizje.




Kolejno; biografia katolickiego bandziora, szefa propagandy i sieci szpiegowskiej, propagandowa okładka pięknych świeżych dziewcząt a w środku religijne męskie rojenia, apologia KrK (ciekawe czy ktoś kiedyś napisał apologię liberalizmu - książkę o takim tytule? I postchrześcijańska księga SF (pisałem już dużo o strachach na lachach inspirowanych przez obawę wobec nauki).



Ostatnia grupa książek zamieszczona jest tu niejako „na odtrutkę”, dla udowodnienia, ze nie wszystkie księgi o religii i KrK są propagandowymi (choć nawet biblioteki naukowe nie potrafią lub nie chcą ich odpowiednio przesiać), od lewej i góry; znakomita ksiega o sekularyzacji, o ukrywaniu pedofilii w KrK, książka teologiczna o herezji jako zarzucie prawa kanonicznego (choć Galileusza uwięziliby i bez paragrafu) i o patrii Ratzingera w ramach KrK – dobra polityczna księga.

Bądźmy wiec twardsi, nie dajmy się kłamstwu i pomóżmy prawdzie. Wspomagajmy słabe odruchy myślenia u prostaczków ogłupionych bezczelną propagandą katolicką, podając wymienione wcześniej argumenty. Bądźmy bezczelni tak jak oni! Prawda jest po naszej stronie i oni to wiedzą.







środa, 11 lipca 2012

PiS czyli płaczliwe „cnoty” zamiast programu

Prawo i Sprawiedliwość wywołuje silne emocje. Z jednej strony mówi się o niej jako o przybudówce tzw. „sekty smoleńskiej”, czyli ludzi o średniowiecznej mentalności wierzącej w brukselskiego diabła i zwalczającego go z prezesem-najwyższym kapłanem na czele, z drugiej jako o cyrku hipokryzji i obłudy. Janusz Palikot zwłaszcza celuje w demaskowaniu Kaczyńskiego jako szefa ultrakatolickiej partii, który napisał ultramarksistowski doktorat, i nie zna porządnie żadnej modlitwy. Sama idea partii PiS najlepiej jest oddana w jej hymnie, który tutaj wstawie ze stosownym komentarzem. Hymn doczekał się wielu parodii, choć sam w sobie jest zabawniejszy od każdej z nich. I zwrotka i refren brzmią następująco:

Wybierz bezpieczne wypełnianie śmiałych marzeń!
O nową Polskę walczymy znów!
Buduj Ojczyznę na pamięci ważnych zdarzeńI na znaczeniu prostych słów:
Prawda. Wiara. Żarliwość.Piękno. Praca. Ofiarność.Prawo i Sprawiedliwość.Polska i Solidarność.

Bardzo zabawne jest „bezpieczne realizowanie śmiałych marzeń”. Zwrotka ta ma zapewne przekonać przeciętnego tchórzliwego katolika, ze budowanie Teheranu nad Wisłą może odbyć się bez jego zaangażowania. Podobnie zabawne jest budowanie czegokolwiek na pamięci. Dziwi, że w hymnie nie ma mowy o tradycji, czy historii, jest natomiast mowa o pojedynczych ważnych zdarzeniach, takich jak zapewne rocznice Katynia i katastrofy smoleńskiej, co pachnie przerabianiem historii polski w jej wariant męczeński. Ludzie PiSu zapominają o słowach gen. Pattona: „na wojnie nie chodzi o to by umrzeć za swój kraj, lecz o to by tamte sukinsyny umarły za ICH kraj”. Męczeństwo i cierpiętnictwo ładnie wygląda tylko na papierze. II i III zwrotka są w zasadzie tylko rozwinięciem pierwszej:

Wierząc, że IV Rzeczpospolita powstanie
Z realnych planów i pięknych snów,
Chcemy wypełnić konsekwentnie swe zadanie
Znając znaczenie prostych słów:
Prawda. Wiara. Żarliwość….
„Dbamy o Polskę”, znaczy „Dbamy o Polaków”!
Dłoń wyciągamy na zgodę znów...
Wiemy, że nie od razu zbudowano Kraków.Wspólnie nauczmy się tych słów:
Prawda. Wiara. Żarliwość…

"Wiara, nadzieja, żarliwość...ofiarność, prawo, sprawiedliwość, Polska i solidarność" - takie słowa znajdziemy hymnie PiS-u. Jest to język emocji i tylko emocji. Język chrześcijańskich moralistów prowadzących kolonię trędowatych, lub język męczenników. Przypomina mi się stwierdzenie, nie pamiętam już czyje, że "PiS nie jest patriotyczny, lecz promuje kult patriotyzmu" a to coś zupełnie innego. Najzabawniejsze, że PiS stara się być wizualnie jak najdalej od PO, choć programowo niezbyt się różni od Platformy cierpiącej na manię PR-owstwa i polityki dostosowanej do aktualnej wypadkowej słupków sondażowych. Znów nasuwa mi się spostrzeżenie Janusza Palikota, że jak tylko on i Ruch Poparcia zgłasza jakiś postulat, PO zaczyna rozważać wprowadzenie go w życie, by wykorzystać pomysł dla własnej korzyści, oczywiście po konsultacji badaczy słupkowych. Obie partie bardzo korzystają z mitu wielkiej ideowej różnicy jaka rzekomo miedzy nimi występuje, tak naprawdę są jednak partnerami w partyjnym monopolu. Zmarły Lech Kaczyński był przyjacielem Donalda Tuska, z którym łączyło go wiele wspólnych poglądów. Zresztą program obu partii jest podobny; etatyzm, socjalizm, sprzeciw wobec marihuany, katolicyzm polityczny itd.Wystarczy zajrzeć na str. 7, Najwyższego Czasu - Numer 14 (985) z 04 kwietnia 2009 roku.Gazeta wydrukowała tam tekst brukselskiej rozmowy Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska pod tytułem "Wspólny Po-PiS". Czytelnicy gazety zapewne pamiętają ten tekst. Znajdziemy tam takie fragmenty:

LK: - "Przepraszam cię Donek, że ciągle nazywam tym liberałem"DT: - "Nie ma za co przecież wiadomo, że to bzdury"
Lub (w nawiązaniu do wysokich pensji euro-dygnitarzy):
DT: - "...no sam widzisz, ze trzeba nam do tej Europy"LK: - "To tu się chyba zgadzamy"DT: "Jak to przecież cyrk z tym traktatem lizbońskim i euro robicie", a potem: "tylko udawałem, wiem, że robicie ściemę".

Tygodnik zapewnia, ze rozmowa rzeczywiście się odbyła. Inne gazety jej ponoć nie drukowały, bo są związane z PO lub PiS. Nie wszyscy wierzą w jej prawdziwość. Być może "NCz" trochę podkoloryzował, lub wyrwano rozmowę z kontekstu. Jedno jest pewne w świecie polityki nie ma miejsca na "wiecznych wrogów", bezkompromisowość i "niezachwiane ideały". Dziwi więc, że 90% Polaków traktuje spór miedzy obu partiami serio.
Wracając jednak do PiS; wiemy z kim mamy do czynienia - z moralistami, którzy będą sobie mądrze gadać i pouczać owieczki Bożę odbierając chleb księżom, a drogi tymczasem zbudują się same…

Idealizm niby nie jest wadą, lecz doprowadzony do skrajności, powoduje, ze każda ludzka słabość wydaje się podejrzana, tymczasem cywilizacja jest dla ludzi, a nie aniołów. Hume dzielił cnoty na społecznie korzystne (działalność charytatywna) i jałowe społecznie (modlitwa, daleko posunięta oszczędność) Warto pamiętać, że podczas gdy Hume i Mandeville mieli wiele zrozumienia dla ludzkich słabości i egoizmu i nawet próbowali opierać na nim swoje modele społeczne, Robespierre pisał:

„...Chcielibyśmy zastąpić w naszym kraju egoizm-moralnością ; banalne poczucie honoru-uczciwością; przyzwyczajenie-zasadą; ceremoniał-obowiązkiem; tyranię obyczaju-potęgą rozsądku; wyniosłość-odwagą; próżność-tolerancyjnością; umiłowanie pieniędzy-umiłowaniem sławy; intrygę-zasługą; zarozumiałość-talentem; pozory-prawdą[1]..."

Wszyscy wiemy jak się to "cnoto-wanie" skończyło... W przypadku PiSu mamy tu do czynienia ze specyficznymi „cnotami” typu męczeńsko-chrześcijańskiego. Można powiedzieć, że PiS jest bardziej partią „Roty” niż „Mazurka Dąbrowskiego”. Pamiętam dyskusje na temat propozycji zastąpienia Mazurka Dąbrowskiego jako hymnu RP "Rotą" i moje dyskusje o tym ze znajomymi. Zgadzali się oni, że radosny i optymistyczny oświeceniowy tekst Mazurka jest wybawieniem dla takiego „ponurego z natury” narodu jak nasz przytłoczonego mesjanistycznym romantycznym obłędem. "Rota" z jej "nie rzucim ziemi skąd nasz (smr/g)ród", i sprzeciwem wobec plucia w twarz jest po prostu typowym romantycznym narcystycznym i obłędnym tekstem śpiewanym w rytmie pseudo-psalmicznych jęków. PiS to taka "Rota" polskiej polityki - rozumieją oni politykę jako mnożenie świąt, minut ciszy na pochówkach coraz to bardziej operetkowych "bohaterów/męczenników" i stawianie kolejnych setek pomników. Tymczasem Polsce nie potrzeba chwil zadumy, ani czczenia ofiar (losu), a już zwłaszcza ofiar wypadku lotniczego, i w ogóle całej tej chorej fascynacji męczeństwem. Dlatego czcić powinniśmy nie Katyń, AK, pocztę gdańska i powstanie warszawskie, lecz raczej Wiznę, ewentualnie Bzurę, Samosierrę, mjra Sucharskiego, i tych od "enigmy". A np. generała "Nila" czcić za zlikwidowanie Kutchery, a nie za to, że zamęczyli go staliniści. Nie czcić pretensjonalnych błaznów typu Mickiewicza (całe życie żył na koszt arystokratów, których nienawidził, a potem jak miał zrobić coś sam to zmarł w Turcji na cholerę), lecz ludzi poważnych jak np. Hipolit Cegielski czy sprytny Agenor Gołuchowski, który uchodząc za germanizatora, zbudował w Galicji polskojęzyczne kadry urzędnicze, które się przydały (Zatrudniał niemal wyłącznie Polaków, którym nakazał używać wyłącznie j. niemieckiego, po 1918 wystarczyło zmienić język). I dlatego zawsze namawiam wszystkich do wysłania PiSu i PJN, zatruwających polski patriotyzm oparami masochizmu romantycznego, w nadchodzących wyborach na śmietnik historii, na owym śmietniku będą mogli do woli entuzjazmować się masochistycznie męczeństwem, kremówkami i Smoleńskiem czy innym Katyniem.

[1] G. L. Seidler, W nurcie Oświecenia, s. 59-96.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Wells i Laqueur czyli strach przed przyszłością



Zainspirowany przez p. Jacka Tabisza zacząłem się zastanawiać poważnie co sprawia, ze tak wielu ludzi o postępowych poglądach widzi przyszłość w czarnych barwach. Nie dziwi mnie rzecz jasna, ze w czarnych barwach przyszłość widza konserwatyści, dla których niemal każda zmiana oznacza zagrożenie ich parafialno-prowincjonalnej wizji świata i człowieka. Dlaczego jednak film SF i książka SF stały się w naszej kulturze niemal synonimem dzieła katastroficznego? Czy chodzi tu o to, ze intelektualiści są zmęczeni teraźniejszością i podświadomie chcieliby ja zniszczyć? A może tylko doznają nieco perwersyjnej radości z tego, ze niszczą świat w którym idioci towarzysza im na każdym kroku, dręczą ich z zazdrości w szkołach (zwł. tych staroświeckich mach-szkołach wioślarsko-jeździeckich z internatem :), a potem decydują o ich starości? Może chodzi o to, ze filozofowie czuja się niedocenieni? (zazdrością o forsę tłumaczy się czasem częsty wśród intelektualistów antykapitalizm) Skoro człowiek z trudem rozumie zasady ruchu planet, ponieważ myśli kategoriami trudu i zmęczenia tj, że planety musza spowalniać swój ruch niejako „ze zmęczenia” (w rzeczywistości grawitacyjne siły są stałe i nie wyczerpują się), to może myśli, że rzeczywistość też jest sobą zmęczona i musi kiedyś popaść w dekadencję by „odpocząć”? Może chodzi o egoizm umierającego, który nie chce by świat go przeżył (lub tylko trochę przeżył)? Może chodzi o chrześcijański egoistyczny mit własnego zbawienia i fatalną linearność chrześcijańskiej wizji historii? Lub o mit grecko-rzymsko-chrześcijański o pysze człowieka, która po prostu trzeba ujarzmić (Havel pisał o obecnej „cywilizacji pychy”, choć moim zdaniem to raczej klerykalne szermujące boskim słowem średniowiecze zasługuje na to miano, niż epoka pokory wobec nauki tj. faktów). A może chodzi tylko o ostrzeżenie, lub o to, że katastrofy dobrze się sprzedają? W każdym razie nawet jak przewidują przyszłość na serio, dają się ponosić złym przeczuciom.


Nie ma wyraźnego podziału między filozofowaniem czy socjologizowaniem na temat przyszłości, a literaturą SF. Zawsze chodzi o projekcji myśli bieżącej epoki na temat kierunku w jakim idą sprawy cywilizacji. Geneza SF jest filozoficzna (Swift i jego „Guliver’s Travels” – satyra SF na państwa XVIII-wieczne i ich funkcjonowanie, Voltaire i „Mikromegas” – filozoficzna powiastka, gdzie przybysze z kosmosu uczą ziemian prawdziwej Locke’owsko-podobnej filozofii, Sebastian Mercier i „An 2440” – optymistyczna wizja oswieconej przyszłości, wygnanie metafizyki sprawna opieka społ., szkolnictwo, równość praw, ponumerowane domy i szerokie ulice). W XIX wieku mamy zarówno „czysto naukowych” autorów SF (Verne), jak i filozofujących czy też socjologizujących (zwł. Herbert George Wells). Autor wstępu do polskiego wydania (Ossolineum 1985) wczesnego dzieła Wellsa: „Wehikułu czasu” (Time Machine 1895), niejaki Juliusz Palczewski próbował przeprowadzić prosty podział między optymistyczną naukową SF, którą reprezentował zmarły w 1905 roku Jules Verne i pesymistyczną społeczno-refleksyjną H.G. Wellsa. Faktycznie Verne sam krytykował wczesne prace Wellsa za nienaukowość i zbytnie fantazjowanie, a dla Wellsa ważniejsze było ludzkie doświadczenie społeczne niż technika, ale już z tym pesymizmem Wellsa, Palczewski nieco się zagalopował. Omówił on jedynie te najbardziej czarne wizje Wellsa, takie jak „Wyspa doktora Moreau” z 1896 roku, która dotyczy niebezpieczeństw wynikających z niekontrolowanych i nieodpowiedzialnie prowadzonych badań naukowych. To chyba najbardziej konserwatywna powieść Wellsa, który przedstawił w niej tzw. zwierzoludzi, tj. zwierzęta, które doktor Moreau chce uczynić ludźmi, ale to się nie udaje i bardziej dochodzi do głosu ‘zwierze w człowieku”, niż człowiek w zwierzęciu. Niestety powieść ta to kompletny absurd wynikający z jakiejś kompletnie zwichrowanej luźno idei opartej na darwinizmie, który przecież podkreślał rolę doskonalenia się w ewolucji, a więc wykształcanie się coraz to wyższych instynktów, a nie niższych. Tak samo mówią dzisiejsi biologowie darwiniści tacy jak Richard Dawkins, którzy nie tylko muszą ciągle włączyć o poszerzenie tego co jest zabronione w badaniach naukowych, z tymi, którzy zapomnieli, ze nauce zawdzięczamy niemal wszystko, i podkreślają biologiczną korzyść wynikająca z etycznych zachowań (memy empatii u Dawkinsa). Główny pozytywny bohater „Wyspy…” Edward Prendick po powrocie z niej bierze zwykłych ludzi za „zwierzoludzi” z wyspy, co jest kalką z Guliwera Swifta, który po powrocie z kraju cywilizowanych koni, nie może dogadać się z ludźmi, bo rozpoznaje w nich dzikich yahoosów. Tylko, że Swift ganił ten idealizm Guliwera, który powinien akceptować ułomności ludzi, a u Wellsa Prendick jest cały czas bohaterem wzorcowym.

O rok wcześniej od „Wyspy…” ukazał się „Wehikuł czasu” (1895), dzieło o wiele lepsze, choć również pesymistyczne. Główny bohater powieści przenosi się do roku 802.701 , kiedy cywilizacja ludzka zdąża już ku nieuchronnemu upadkowi, a Ziemia została podzielona pomiędzy dwa gatunki ludzi. Elojowie, potomkowie klas posiadających, żyją na powierzchni i są pożywieniem zamieszkujących podziemia Morloków. Są to potomkowie dawnych robotników, zmuszonych do pracy fizycznej pod ziemią, a przy tym nie tracących podstawowych fizycznych umiejętności. Ich ciało stało się podobne do owadów i przyzwyczaiło do warunków podziemnych, dlatego boją się światła. Żywią się mięsem Elojów, na które zapuszczają się pod osłoną nocy, dlatego ci muszą spać razem wewnątrz budynków. Mamy tu do czynienia z socjalistyczną walka klas posuniętą do biologicznego absurdu, a więc projekcję XIX-wiecznych strachów na warunki rzekomej przyszłości.

Juliusz Palczewski kreśli obraz Wellsa, jako człowieka zakładającego, ze w przyszłości ludzie staną się coraz bardziej wyspecjalizowanymi, ale te i bezwolnymi i pozbawionymi człowieczeństwa maszynami. Faktycznie takie wątki u Wellsa występują, choć tezy jakoby Marsjanie rodem z „Wojny światów” mili przygotować ludzi na komunizm, tj. nauczyć ich totalnego podporządkowania tyranom zupełnie pozbawionych ludzkich uczuć, wydaja się bardziej inspirowane Lemem niż Wellsem. Ta częsta u pisarzy SF i innych przepowiada czy przyszłości wiara w bezwolność ludzi jest zastanawiająca. Przecież w naszym świecie każda akcja wywołuje reakcję; nawet przed „marsjańskim” imperium Hitlera i Stalina buntowali się członkowie Resistance, jędrusie i dysydenci. Dlaczego w przyszłości miało być inaczej. Dlaczego miałby zaniknąć instynkt przetrwania? Herbert George Wells (1866-1946) wcale nie był takim czarnowidzem, jakim przedstawia go Palczewski, który w końcu musi to w jednym miejscu przyznać pisząc nieprawdziwie, że z biegiem lat Wells porzucał optymizm, podczas gdy było raczej odwrotnie. W 1902 roku Wells, jako idealista socjalistyczny, wstąpił do Towarzystwa Fabiańskiego ("Fabian Society") Na skutek wewnętrznych tarć w ugrupowaniu i konfliktu z Bernardem Shawem opuścił zniechęcony towarzystwo 4 lata potem. W 1914 i 1920 roku odwiedził Rosję. Zwłaszcza podczas tej drugiej rosyjska bieda skłoniły pisarza do snucia katastroficznych wizji w swych powieściach . Lenina po rozmowie z nim oceniał jako marzyciela. Wybuch I wojny światowej traktował początkowo jako szansę dla Anglii na zdobycie dominującej roli, jako strażnika pokoju światowego, potem jednak stał się idealistycznym pacyfistą. Juliusz Palczewski znajduje u Wellsa bardzo nieliberalne cytaty świadczące o jego braku zaufania do nauki, Wells miał skarżyć się, że ta „przeklęta” wszędobylska nauka „zabiera nam … religię i wywraca nasze wyobrażenie o porządku społecznym”. Co do pierwszego stwierdzenia wypada jedynie zauważyć – i bardzo dobrze!, co do drugiego można stwierdzić, ze to wywracanie w niczym nie szkodzi, ponieważ porządek społeczny opiera się głownie na konsensie między rozmaitymi grupami interesu, a nie na prawdziwych czy fałszywych wyobrażeniach o społeczeństwie. Jest to zdanie świadczące o lekko przeintelektualizowanym, idealistyczno-platonicznym spojrzeniu na rzeczywistość. W 1923 roku Wells napisał bardzo optymistyczną powieść, o której Palczewski w ogóle nie wspomina w swym artykule. Chodzi o dzieło pod tytułem: „Ludzie jak bogowie” (Men Like Gods). Akcja polega na tym, że ziemianie trafiają do świata równoległego, którego mieszkańcy wyprzedzają społeczeństwa naszej planety o wiele lat. Nie ma tam już chorób, wojen, niesprawiedliwości, a mieszkańcy bez przeszkód mogą rozwijać swe osobowości. Wells obnaża w powieści absurdy rządzące Ziemią XX wieku. Mieszkańcy świata równoległego są zdrowsi i stosunkowo nieliczni co sprawia, że gospodarują ziemią lepiej i żyją na lepszym poziomie. Ziemianie jednak szybko drażnią ich swym egoizmem i zarażają zarazkami, co powoduje, że pozostają oni w areszcie domowym. Jedynie główny bohater-liberał będący zapewne personifikacją Wellsa sprzyja mieszkańcom świata równoległego widząc w ich świecie urzeczywistnienie jego marzeń, dlatego próbuje udaremnić spisek ziemian przeciw gospodarzom planety. Nie znajduje niestety sprzymierzeńca w konserwatywnym pośle Izby Gmin, który jak to jest potem powiedziano: „nie wierzy w nic poza byciem wykwintnym gentlemanem”. Reszta ziemian to oszuści, oszustki i hieny społeczne. „Ludzie jak bogowie” jest dwie dekady młodsze od „wehikułu czasu”, co przeczyłoby tezie Palczewskiego o narastającym pesymizmie Wellsa. Jeśli takowy nastąpił po 1923 roku to wpływ nań miały raczej przeżycia obiektywne (II wojna światowa, bombardowania Londynu i starzenie się pisarza). Być może nas instynkt przetrwania, w którego zanikanie wraz z rozrostem cywilizacji i nauki wierzy Wells (idzie tu trochę śladem Rousseau), każe nam w miarę naszego starzenia, życzyć przyszłym pokoleniom ciężkiego życia…

Wells wierzył, że do rozwoju i podtrzymania inteligencji potrzebne są trudy i wolność. Wolność zapewne rzeczywiście, ale czy trudy życia są aby na pewno czynnikami kształtującymi charakter? Średniowiecze pokazuje, ze człowiek potrafił w trudach sięgać przez 100 lat po narkotyk religii przejawiając mało sensownej działalności. Bardzo ciekawy jest też u Wellsa jego negatywny stosunek do luksusu czyniący z ludzi dekadentów podobnych zdziecinniałym Elojom, których interesowała jedynie sztuka i erotyzm. Dla filozofów trudu erotyzm i sztuka oznaczają pewne „poddanie się”, rezygnację z człowieczeństwa, być może maja oni zbyt wiele post-chrześcijańskich i post-rzymskich hamulców obyczajowych, by zgodzić się z notabene wynędzniałym i przeintelektualizowany Johnem Stuartem Millem (którego ojciec prawie wykończył swoim eksperymentem edukacyjnym), ze w człowieku: „tylko żołądek bywa w pełni zadowolony”. Pamiętam artykuł w „Najwyższym Czasie”, którego autor wszystkie „wyższe” ideały przypisywał prawicy, podczas gdy duchem lewicy miały być „brzuch i seks”. Ale z drugiej strony szczęście (podobnie jak ból) możemy odczuć tylko cieleśnie, dlatego perwersja jest dla mnie zapowiedź raju, gdzie przez miliony lat radować się będzie czysta dusza; CZYM miałaby ona się radować? Wpływ Cesarstwa Rzymskiego, które upadło wskutek niewydolności administracyjnej, i agresji sekty chrześcijańskiej, ale upadek którego wiążemy z nawyku z jakimiś orgiami i zanikiem poczucia obywatelstwa (Petroniusz był jednocześnie wzorowym obywatelem i miłośnikiem orgii), każe nam stawiać znak równości między pojęciami: erotyzm/ sztuka i dekadencja. Mimo iż nawet duch jest mózgiem, a mózg ciałem nadal tkwimy w jakimś kartezjańskim dualizmie karzącym nam gardzić ciałem (K. Deschner uważał, ze chrześcijaństwo jest zemstą brzydkich i biednych, podobnie zresztą uważał Nietzsche), cywilizację utożsamiać z ideą, choć idealiści duszy zwykle preferują nawyk i tradycję od naprawdę świeżej idei. W każdym razie katastrofizm Wellsa jako oparty na niedocenianiu siły instynktu i gardzeniu ciałem i erotyką jest bardzo niewiarygodny. Znacznie wiarygodniejsze są jego pozytywne przepowiednie z 1923 roku.

Gdy przepowiadamy przyszłość konkretnych bytów cywilizacyjnych stajemy się ostrożniejsi, ale i tu autorzy mają skłonność do dziwnego niezbyt racjonalnego, bardziej zaś mitycznego katastrofizmu. Jest to widoczne u takich autorów jak S. Huntington, czy choćby Walter Laqueur (ur. 1921) amerykański historyk i publicysta żydowskiego pochodzenia, rodem z Wrocławia (Breslau), mieszkający na przemian w Londynie i Waszyngtonie. Kierownik przez 25 lat Institute of Contemporary History and Wiener Library, jedną z najpoważniejszych na świecie placówek naukowych zajmujących się badaniami nad faszyzmem. W swej głośnej książce: „Ostatnie dni Europy”, wieszczy on upadek Europy, która według niego gubi swój dawny charakter i traci wpływy w każdej dziedzinie. Laqueur zwraca uwagę na zgubne na dłuższą metę w skutkach zjawiska społeczne, takie jak walka o krótszy tydzień pracy, obniżenie wieku emerytalnego, wzrost wydatków na opiekę społeczną, spadek dzietności, wzrost przestępczości, napływ ludności z innych kontynentów, ekonomia nastawiona eksport, uzależnienie od dostaw paliw z Rosji. Laqueur wyraźnie łączy fiasko unifikacji Europy z jej przyszłym domniemanym stoczeniem się do roli kontynentu-kulturowego skansenu, kontynentu-muzeum, posiadającego w przyszłości bardzo niewielką liczbę mieszkańców, za to wiele zabytków, które będą odwiedzać w przyszłości bogacze z Azji. Laqueur krytykuje multikulturalizm, zgodę na zbyt dużą emigrację zwł. z krajów islamskich, a jednocześnie wieszczy upadek demograficzny nawet i tych muzułmanów, wskutek przyszłego coraz bardziej zwiększającego się bezrobocia. Bezrobocie to jest dlań z kolei efektem mechanizacji i komputeryzacji. I tu postawić można pytanie, czy to nie za wiele panie Laqueur? Przewidywany spadek demograficzny (Europejczyków teraz, Arabów ok. 2030, a Afrykanów pod 2050) nie oznacza jeszcze utraty silnej pozycji na arenie międzynarodowej. Wyszydzane przez niego pomysły francuskie i szwedzkie, by za pomocą zmian w dofinansowaniu rodzin są za krótko wprowadzane, by mogły być już wyszydzane jako zbyt mało skuteczne. Pomysł społeczeństwa, w którym tylko 20% ludzi pracowałoby, a reszta oglądała TV tez nie zasługuje na wyłącznie śmiech. Z muzułmanami w Europie Moza być różnie. W Wielkiej Brytanii nie stanowią oni nawet większości emigrantów pozaeuropejskich. Wojsko jest na wsi, a muzułmanie w miastach, więc ewentualna konfrontacja może się różnie skończyć. Czy faktycznie islam zabrał europie przyszłość? A może będzie islamskie oświecenie? (Pim Fortuyn narzekał tylko, że znów będzie trzeba wywalczać prawa kobiet i gejów). Albo będzie wariant izraelski (bariery), albo apartheid a la RPA. Czy demokracja w obecnym wydaniu utrzyma się na tyle długo, by dać muzułmanom zwycięstwo w wyborach? A może wyrzuci Europa wszystkich muzułmanów nie mających obywatelstwa jednego z jej krajów? (we Włoszech odpowiednio 1,5 mln wszystkich muzułmanów i 45 tys. tych z obywatelstwem Republiki Włoch). Wybiegamy w przyszłość daleko, a problemy przychodzą pojedynczo. Każde novum napotyka na opór. Demografia nie implikuje od razu władzy, a ta islamizacji. Większość młodych muzułmanów uważana jest za straconych przez imamów, są oni bardziej gangsterami z Harleemu, niż Arabami, ale i tak nie zaszkodziłoby wyrzucić imamów…