wtorek, 26 czerwca 2012

David Hume. Religia jako zatruwacz dnia codziennego.


Wierzący często mówią i piszą, że religia jest człowiekowi potrzebna, by miał on moralne oparcie, poczucie zakotwiczenia w kulturze i by mógł odróżnić dobro od zła. Równie dobrze można by odpowiedzieć i to z dużą dozą słuszności, że odrzucenie religii jest człowiekowi potrzebne, by mógł on samodzielnie zastanowić się nad swoim postępowaniem i nad jego wpływem na innych ludzi, by miał poczucie zakotwiczenia w rzeczywistości (która więcej jest warta niż pusta skorupa tradycji) i by mógł dostrzec prawdę, czyli świat taki jakim jest.  Kościoły wiedzą o tym, dlatego szermują słowami, które znaczą coś innego niż nazwa sugeruje, np. zbiór preferowanych obecnie mitów (np. KrK korzysta może z 3% tego co w Biblii napisano, a więc jest bardzo wybiórczy, nie bez kozery czasem luteranie uważają, ze katolicy nie są chrześcijanami)  z wewnętrznie sprzecznej grubaśnej książki zwanej Biblią, spisanej prze nie wiadomo kogo (było tych autorów pewnie z 50) na przestrzeni setek lat, ten zbiór mitów nawykają „prawdami wiary”. To wielka buta, nazwać „prawdą” coś, co jest jedynie pobożnym życzeniem. Religia jest więc trochę jak urzędnik na którego scedowaliśmy własne sprawy i już nie musimy myśleć o pewnych rzeczach, tym urzędnikiem jest zresztą pastor lub ksiądz. Najlepszym dowodem na to, że krytycy religii maja rację jest zamykanie im ust, a więc uciekanie się do przemocy. Tak samo zrobił np. Cromwell, gdy płk Ireton zapytał go czemu złamał obietnice dane swym żołnierzom. I co miał biedny Crommie odpowiedzieć? Przecież wiedział, że Ireton ma rację.  Mógł go tylko uciszać. 


Istnieje stałe napięcie między wiarą a religią. Wiara wierzącego zmienia się każdego dnia. Czasem  zanika, czasem jest silna, czasem odnosi się rzeczywiście do kosmosu, a czasem do tego co mówią sąsiedzi i rodzina. Czasem wiara jest wyuczona, a czasem refleksyjna. Jedyny problem społeczny związany z nią polega na tym, że wierzący gloryfikują pewne wartości, które często mało mają wspólnego z godnością i wolnością innych ludzi. Ważniejszy bywa dla nich brodacz na chmurce niż rodzina i to jest bardzo smutne. Religia jest stała, lub mało zmienna, bo naruszenie mitu narusza „prawdy wiary”. Wiarę kształtuje mózg i pobożne życzenia, religię – instytucje religijne i sekty.
Mój ulubiony filozof David Hume pisał, że tzw: „cnoty mnisie” stępiają umysł i alienują człowieka od innych[1] i są po prostu nieprzydatne społecznie; lepiej coś kupić (dać zarobić) niż modlić się i faktycznie liczba uszczęśliwionych przez nas ludzi wynosi w obu wypadkach odpowiednio 1 i 0. Hume był ja prawdopodobniej agnostykiem, ale w swoich czasach wolał udawać deistę, to  było łatwiejsze do przełknięcia dla nieco zanadto „uduchowionych” (p. Jacek Tabisz słusznie przypomniał niedawno, że wrażenia „duchowe”  jak zachwyty nad sztuką, to tak naprawdę wrażenia mózgowe i zmysłowe) Edynburczyków. Chociaz i tak nie dali mu katedry na uniwersytecie, by nie „psuł” swym sceptycyzmem hojnie wspierającej „uduchownionych” pasibrzuchów  młodzieży.  By ukryć agnostycyzm, Hume pisał o religii w formie dialogu („Dialogi o religii naturalnej”) między deistą, sceptykiem i teistą o śmiesznych greckich imionach (nieśmiertelne papugowanie Platona[2], no cóż najlepszym się zdarza).  W dialogach, wszyscy uczestnicy przyjmują istnienie jakiejś nadprzyrodzonej siły, ale mówią także o np. epikurejskiej koncepcji boga słabego, lub nie zapobiegającego złu, a wiec złego, i o wiecznych przemieszczeniach materii, która tworzy nasz świat przez cały czas. Zdania sceptyka Filona są jednak równoważone przez wypowiedzi pozostałych uczestników sporu, choć czasem wyraźnie na siłę, tak by Hume nie miał kłopotów wydawniczych i innych[3].
Hume nie widział w religii, w przeciwieństwie do wielu innych filozofów oświecenia, produktu ludzkiej głupoty, lecz przede wszystkim produkt niezaspokojonych potrzeb. Zwłaszcza poczucia bezpieczeństwa i poczucia opieki, lecz żadna religia nie pomaga, strach nie maleje, a jej rozwój instytucjonalny i intelektualny powoduje ogólny wzrost nietolerancji w stosunkach międzyludzkich, który zamienia strach metafizyczno egzystencjalny w zwykły strach codzienny przed przemocą[4]. Hume poleca filozofię i refleksję w miejsce religii. Naturalna religią dla Hume’a jest politeizm, bowiem jest on najlepiej „dostosowany” do problemów dnia codziennego, mieliśmy więc larwy, lary, boginie domowego ogniska, a teraz mamy Maryję i świętych-patronów[5] różnych zawodów.
Hume dyskutuje z religią jako jednym ze sposobów zagospodarowania wiary jendostki. Wiara nie jest jednak tym samym co religia. Wiara czyni nas jakby podatnymi na religię. Protestanci przynajmniej są uodpornieni na mit, jakoby wszyscy wierni powinni być w „jednej, powszechnej, świętej i przy okazji też apostolskiej” firmie, a przecież ludzie maja różne systemy wartości, które pochodzą z rozmaitości ich przeżyć i doznań. Prawo może być jedno i takie samo dla wszystkich, ale nie systemy wartości. Prawo reguluje spory między tymi rozmaitymi ludźmi. Protestanci sprzeciwili się tej koncepcji religii, która kładzie nacisk na instytucjonalny ścisły nadzór nad wiernymi. Pastor jest nauczycielem, ale bardziej kolegą i przyjacielem, niż ojcem i nadzorcą, którym jest z kolei ksiądz katolicki. Protestant widzi Watykan takim jaki on jest; ambitną instytucją-państwem, która wchodzi z butami do innych państw (i w dodatku nigdy się nie zmienia i nigdy nie przeprasza, co najwyżej ustępuje przed naciskiem[6]). Oddany Katolik zrozumiałby o co chodzi, gdyby miejsce egzotycznego włoskiego polis - Vaticano zajęła Vaduz – stolica Lichtensteinu. Lichtenstein też jest monarchią niemal absolutną, tez jest mały jak nie wiem co i obrzydliwie bogaty. Co by to było, gdyby Lichtenstein założył Kościół, handlował relikwiami  i mówił co maja robić władcy i obywatele innych państw… KrK mordował, kradł, oszukiwał, torturował i zamęczał w więzieniach wszystkich, którzy się z nim nie zgadzali, wobec silnych stosował uniki i szukał słabych punktów. Sprzedawał obraz słodkiego bobaska Dżizus, a potem do drzwi pukała inkwizycja, i tak przez 1000 lat, ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że KrK ogranicza i niszczy życie ludzkie na co dzień, po kawałeczku. Każdy wybór życiowy czyni trudniejszym i każe stawiać na równi bzdury i sprawy ważne. Niektórzy ludzie tak bardzo chcą zostać zbawieni, że się temu poddają, choć kto by chciał żyć bez ciała w niebie przez miliony lat, by wiecznie kontemplować chwałę boga ?????? Gorzej, jak sami nie maja wcale nadziei na zbawienie, ale uważają, że tak trzeba i już, są to zwykli kościelni faszyści, a nie chrześcijanie.


Wierzący, którzy chcą być wierni i bogu i Kościołowi są narażeni na wybory między dobrem mitów i firmy, a np. dobrem ich członków rodziny. Czym jest zakaz normalnej medycznej antykoncepcji jeśli nie anty-humanitarnym utrudnieniem? Czym jest zakaz onanizmu u dorastającej młodzieży (tego na szczęście rodzice nie skontrolują) czy seksu przedmałżeńskiego, a nawet mieszkania „na kocią łapę” (a jak mają się ci ludzie zorientować czy dobrze im razem? – ano tak zapomniałem liczą się tylko nowi dawacze na tacę), jeśli nie ograniczeniem najbardziej naturalnych – i podkreślmy – nieszkodliwych a wręcz zbawiennych – odruchów ludzkiego ciała i umysłu (tak tak seks zaczyna się w mózgu). Czym są ograniczenia wprowadzane przez katolickich rodziców (podobnie robią te baptyści w USA) co do domowego Internetu (tak robił m.in. katolik Mel Gibson, który odkąd się rozpił nie jest już wzorem do naśladowania dla rozpasanego Holywood, na łamach „Najwyższego Czasu”), jeśli nie chęcią by ich dzieci nie poznały prawdy o świecie i by akceptowały propagandę zbawienia bez zastrzeżeń? Czym jest kultywowanie obrazu patriarchalnej katolickiej tradycyjnej rodziny, wielokrotnie częstszej wśród katolików niż wśród ludzi zdystansowanych do religii,  jeśli nie żądaniem od kobiety, by wyrzekła się ambicji i to na wielu poziomach (musi rezygnować zarówno z pracy, jak i z podkreślania swej urody wielu katolików np. potępia makijaż)
 Najgorsze, ze niejedna katolicka zgorzkniała kura domowa sobie taką sytuację
I sama jeszcze sobie to chwali, co gorsza przekazuje  swoja rezygnację jako świętą zasadę główną dorastającej córce, która też będzie musiała uporać się z konkurencją miłości wobec bliskich i oddania bogu (czyli de facto nauczycielom z KrK).


[1] S. Jedynak, Hume, Wiedza Powszechna Warszawa 1974, s. 214.
[2] Uwielbienie Platona jeszcze nie minęło, mimo znakomitej krytyki Poppera.  Platona który był – przypomnijmy - twórcą żelaznej dyscypliny szkolno-wychowawczej, dziedzicznej arystokracji mądrali  i faszyzmu, do którego to filozofa odwoływał się wczesnośredniowieczny karzeł intelektualny czyli KrK). Platon, tak jak Rousseau, powinien zostać raczej zapomniany, bowiem jego myśl jest destrukcyjna dla społeczeństwa (zwł. liberalnego). Rozsądny Hume w niczym Platona nie przypominał, ale i tak dał się nieco zwieść magii jego imienia. Plato, w przeciwieństwie do Hume’a i Rousseau  został zawłaszczony i namaszczony przez KrK, chociaż jego koncepcje są o wiele prymitywniejsze niż tamtych dwóch myślicieli. Stąd mało kto zaatakuje go frontalnie, choć był de facto faszystą.
[3] S. Jedynak, Hume,  s. 93-98.
[4] S. Jedynak, Hume, s. 100.
[5] Ibidem
[6] Vide: A. France, Kościół a rzeczpospolita, Wrocław 2009.

środa, 6 czerwca 2012

Etos pracy jako przeżytek



Niby żyjemy w świecie poreligijnym. Ale pewne stare pseudobiblijne przyzwyczajenia myślowe trwają w nas nadal. Nadal np. mamy skłonność do wierzenia, że „jak Kuvba bogu tak bóg Kubie”, choć przecież bywają sytuacje, gdy jeden człowiek zatruwa całe życie drugiemu, który nawet słownie nie wyrazi skargi. Pozostałością pseudoreligijnego myślenia jest też religia futbolizmu, ale w niech chodzi bardziej o antyczny kult sprawności i namiastkę polowania. Natomiast  jest jedna pozostałość pseudobibiblijnej mentalności, która nadal bywa bardzo szanowana nawet przez liberałów, czyli tzw. etos pracy. Nie chodzi tu jednak o to czy należy pracować i znajdować w tym radość czy nie, lecz o skłonność do pryncypialnego potępiania próżniactwa.
Na to zjawisko zwrócił uwagę Tom Hodgkinson brytyjski autor urodzony w 1968 roku, a od 1993 roku wydawca czasopisma: „The Idler” czyli „Próżniak”, na wzór pisma o takim samym tytule do którego artykuły  pisał XVIII-wieczny idol Hodgkinsona Samuel Johnson. Hodginson, podobnie jak opisywani przezeń wybitni ludzie (Oscar Wilde, Mark Twain, Samuel Johnson, Robert Louis Stevenson, Henry David Thoreau, Albert Einstein i Jerome K. Jerome itd.) jest zwolennikiem powolnego i próżniaczego trybu życia. Hodgkinson pokazuje, że nie tak łatwo być leniwym, np. pozostawanie rano w łóżku rzadko jest wolne od poczucia winy, tymczasem zdaniem autora jest ono bardzo ważne by rozwinąć wrodzone skłonności do leniuchowania i nie dać się wzrastającemu zabójczemu tempu życia. Hodgkinson przyznaje, ze cała książkę napisał by uleczyć swe wieloletnie poczucie winy z powodu fizycznej niemożności zwleczenia się rano z łóżka, zapewne biedak ma niskie cisnienie, wiem coś o tym…
Hodgkinson pisze sporo o licznych biblijnych potępieniach lenistwa, jako o źródle naszego poczucia winy, kiedy przez chwilę nic nie robimy i mamy tzw. chwile  dla siebie. Wiem coś o tym ponieważ jestem (na szczęście umiera kowanym) ale jednak pracoholikiem, który życie traktuje jako arcyważną misję pisania i oświecania (prócz tego wykonuję też nielubianą pracę na cały etat:), który odkłada relaks na wieczne nigdy, jeśli ktoś z bliskich mi nie pomoże zrelaksować się. W pewnym sensie ten rodzaj poczucia winy podobny jest postawie znerwicowanych matek, które wyrzucają sobie np. to, że wydały parę groszy na swoje potrzeby, a nie na przykład na zaspokojenie potrzeb jej małych pociech-pasożytów domowych, czyli dzieci. Poświęcanie się dla innych, nawet jeśli inni odbierają to jako manie kontroli i tyranię, i nawet gdy prowadzi do destrukcji tez jest takim postchrześcijańskim odpadkiem. Bardzo inteligentnie Hodgkinson rozprawia się z „purytańskim pracusiem” Benjaminem Franklinem, który obok wielu mądrych rzeczy palnął tez głupstwo: „kto rano wstaje temu pan bóg daje” (early to bed, early to rise, makes a man healthy, wealthy and wise), a przecież wiadomo, że daje on głównie: artystom, politykom i biznesmenom, czyli tym, którzy NIE wstają rano. Jest to oczywiste, ponieważ dobry pomysł, który da pieniądze przyjdzie do głowy nie zmęczonemu urzędnikowi „godzina piąta, minut trzydzieści”, lecz wypoczętemu człowiekowi refleksyjnemu. Zresztą, o ile pamiętam Franklin powiedział tez: time is money, i tu może nawet by się nie mylił, mógłby to być czas takiej właśnie owocnej drzemki.
Hodgkinson bardzo barwnie pisał o „upadku lunchu”, o którym to upadku wspominał już Nietzsche. Lunch kiedyś był słowem określającym całą kulturę rozmowy między współpracownikami i nie tylko, mógł trwać nawet do wieczora, jeśli rozbawieni rozmówcy uznali, że mogą odwołać kolejne zaplanowane spotkania. Ergo lunch był ważny, ważniejszy niż harówka, bo zwiększał jakość życia i stanowił glebę dla pomysłów.
Warto skoncentrować się na tym religijnym wymiarze etosu pracy. Oczywiście nie wszyscy wykonują kreatywną robotę, ale skoro tak to niech przynajmniej mają nieco czasu na relaks i nich nie terroryzują sami siebie wyrzutami sumienia „leniwca”. Lepiej to idzie dziś świeckim Europejczykom, którzy „pracują by żyć”, niż chińczykom na dorobku, i bogobojnym Amerykanom, którzy cenią pracę często wyżej od życia, może dlatego, że pomaga unikać niechrześcijańskich pokus. Dlatego to właśnie religijni pracodawcy mieli skłonność do wyzyskiwania pracowników, aż wreszcie ateiści-socjaliści stanęli im na drodze…
Praca, nawet bezsensowna, faktycznie urasta do rangi świętości. Wielki pisarz brytyjski i krytyk społeczeństwa wiktoriańskiego (W roku 1949, jako zagorzały demokrata, Forster odmówił przyjęcia tytułu szlacheckiego), Edward Morgan Forster (1879-1970), autor esejów do liberalnego pisma "Independent Review" umieścił w swym dziele: „Pokój z widokiem” (A Room With a View,  1908) scenę w której brytyjski pastor Eager zamieszkały we Florencji   chwali przed oprowadzanymi turystami monumenty średniowieczne jako „wzniesione na fundamentach średniowiecznej wiary”, co obecny tam sceptyk-liberał pan Emerson skwitował żartem: „jasne, ze wiary, w ten sposób można było nędznie płacić robotnikom”. Oburzony pastor Eager odszedł wtedy ze swą wycieczką do następnej krypty z freskami Giotta.
Myślę, ze równym stopniu jak religia, „etos pracy” nakręcał dziewiętnastowieczny rozbuchany nacjonalizm, nieprzypadkowo więc najbardziej dało to żnąc o sobie w Niemczech pijanym swoim sukcesem w latach 60. I 70. XIX stulecia a zwłaszcza zjednoczeniem i to od razu ze statusem największej lądowej potęgi Europy (historyk francuski Ferdinand Mitterand określił Niemcy mianem „dziecka, które za szybko wyrosło”). Fałszywe nacjonalistyczne poczucie wyjątkowości nakręcało codzienną gorliwość pruskich służbistów, ale ci Niemcy od dawna leżą już na cmentarzach, dziś praca jest tylko pracą, środkiem do zdobycia pieniędzy na życie i przyjemności, nie popadajmy więc może w hinduski marazm (do dziś Lizbona odczuwa skutek napływu hindusów w XVIII i XIX wieku z ich kulturą baaaaardzo powolnej pracy) , ale nie uświęcajmy pracy, bo to krótka droga do wyzysku i skoszarowania. Etos pracy to kolejna rzecz do odczarowania.


Tom Hodgkinson, Jak Być Leniwym,  Wydawnictwo W.A.B. 2008.