sobota, 14 lipca 2012

Wiara i prawicowość mają niewiele wspólnego – odpowiedź prof. Wielomskiemu

Polemikę z Panem Profesorem Wielomskim miałem podjąć za jakiś czas, ale (niebagatelne znaczenie miał to doping naszego wspólnego znajomego p. Artura Granackiego: „Prof. Wielomski rzucił Panu kolejną rękawicę. Sam jestem prawicowym ateistą, więc Panu kibicuję. Kiedy kontratak?„, zdecydowałem się na natychmiastowy kontratak. Wprawdzie jestem agnostycznym liberałem, a nie prawicowym ateistą, ale jestem przekonany, że może istnieć i, ze istnieje prawica laicka i tak jest niemal w każdym normalnym kraju, prawica to nie ci co klęczą, tylko ci, co realizują odpowiednią politykę społeczną i ekonomiczną, identyfikowaną jako „prawicową”. To może sie ze sobą pokrywać ale nie musi. Pan Profesor podchodzi do problemu zbyt filozoficznie, zbyt Heglowsko, wbrew faktom, za to zgodnie z ideą.

Nie chcę zaczynać od „hardziorów” jak mówi młodzież, ale niestety jestem do tego zmuszony. Pan Prof. obraził niewierzących i sceptyków zrównując ateizm i agnostycyzm z hedonizmem. Tych intelektualistów, których inspiruje doktryna chrześcijańska cechuje jakaś obsesja niedoskonałości ciała, wierzą oni głęboko w dualizm ciała i ducha, chociaż wiadomo już od dawna, ze to co rzekomo duchowe jest w rzeczywistości cielesne, a dokładniej mózgowo-neuronowe. Hedonizm to takie słowo-wytrych, lub straszak, my agnostycy wolimy określenie epikureizm, tzn. godne życie, zamiast bicia pokłonów urojonym bogom. Moim zdaniem, wszyscy ludzie są hedonistami, wierzący też, bo pieszczą swe dusze, tj. mózgi. Sprawia im to przyjemność, ze czują się lepsi od innych „zbłąkanych owieczek” i to jest rdzeń ich ideologii. Mają się za wtajemniczonych i to daje zapewne daje masońskie poczucie radości, i muszą też rekompensować czymś zahamowania psychologiczne spowodowane propagandą właściwego życia codziennego.

Pan profesor Wielomski pisze, że gdyby był ateistą nie pisałby książek, i nie trwonił czasu na pracę naukową i karierę akademicką, dodaje też, że Jeżeli Boga nie ma, to jedynym sensem ludzkiego życia jest według Fryderyka Nietzsche - "samo życie". Oczywiście, ze celem życia jest życie doczesne, bo to jedyne co mamy, nie mamy bowiem dusz tylko ciała i mózgi, jednak celem życia nie jest po prostu życie, lecz dobre, godne życie. Wierzących sprawy świata tamtego czasem zachęcają do dobrego życia, lecz równie często, a może i częściej odciągają od spraw istotnych dla ogółu w kierunku religijnych rojeń. Jak pięknie napisał Sam Harris, przez religię ciągle dyskutujemy o jakichś względnie małych problemach typu prawa gejów do zawierania ślubów (oczywiście powinni móc je zawierać, bo chcą i po ludzku rzecz biorąc nic nikomu to nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie), zamiast o sprawach ważnych np. przeludnieniu. Nie czytałem Kojève’a („…istotą rewolucyjnego myślenia, jego ukoronowaniem jest negacja Boga…), ale jako historyk wiem, że rewolucyjne myślenie narodziło się dużo przed masową negacją. Kim był Savonarola, wierzący do szaleństwa, kim byli adamici, albigensi, diggerzy, lewellerzy, anabaptyści, kim są amisze, mormoni, jeśli nie rewolucyjnymi religiantami? Czcząc boga ludzie czczą samych siebie właśnie niestety, religia to egocentryzm rozciągnięty do szczytów Himalajów, ludzie religijni wywyższają się ponad innych, są pyszni swą wiarą, czego dowodzi np. przekonanie wielu obywateli USA, ze Jezus przybędzie na ziemie jeszcze za ich życia, i oczywiście będzie chciał spotkać się z każdym z nich.

Oczywiście, że można być ekonomicznym liberałem i antyklerykałem równocześnie, jest takich ludzi bardzo wielu włącznie ze mną i wieloma moimi znajomymi. To absurd, uważać inaczej. Liberalizm ekonomiczny przejawia się w czynach, a nie w filozofii, nawet socjalista Gerhard Schroeder wdrażając program Agenda 2010 był przez moment liberałem ekonomicznym, co kosztowało go fotel przewodniczącego. Absurdem jest też mówić, że w „świecie bez Boga jedyny sens mają hulanki i życie od imprezy do imprezy”. Tak samo można by powiedzieć, że w świecie z Bogiem i niebem i piekłam nic nie ma sensu poza samobiczowaniem się, życiem pustelnika i umartwianiem. A przecież prof. Wielomski, który jest wierzący, we włosiennicy nie chodzi, choć jak mówili holenderscy XVII-wieczni pastorzy – praedikanten: „życie doczesne jest niczym” - dit leven is gans niet. Pan Profesor pisze książki w tym życiu, bo ma nadzieję, na przyszłe? Książki pisze się z myślą o następnych pokoleniach i ich życiach doczesnych.

Profesor Wielomski pisze:

„…Nie wiem czy Bóg istnieje. Oto sens wiary. Gdybym wiedział, że istnieje, to bym nie musiał już wierzyć. Tego zazdroszczę św. Pawłowi. Po wydarzeniu w drodze do Damaszku on już nie wierzył - on już wiedział, bowiem widział i słyszał na własne oczy i na własne uszy tak mocno, że aż oślepł…”.

Cóż, to, że pisze o tym stara księga nic jeszcze nie oznacza. Nie wiemy co widział Szaweł vel Paweł, zawsze w takich wypadkach przecieram oczy ze zdumienia, że jakiś Beduin sprzed 2000 lat może być jakimkolwiek wzorem dla wykształconego człowieka naszych czasów. Nikt nie wie czy bóg istnieje i każdy jest w tych sprawach agnostykiem, jak słusznie pisał Dawkins, równica polega na tym w jakim miejscu na skali 0-10 się znajdujemy.

Kolejne słowa profesora Wielomskiego, są niestety zupełnie niepoważne i kpią z wiedzy historycznej dostępnej każdemu:

„… Bez Zasady Porządkującej nasza rzeczywistość nie ma sensu. Zrozumiała to znakomicie teologia jezuicka XVI wieku: świat jest uporządkowany, hierarchiczny, skrajnie racjonalny i zrozumiały pod jednym warunkiem, a mianowicie takim, że Objawienie opisane w Piśmie Świętym jest prawdziwe. Ten element musi zostać przyjęty na wiarę, ale dzięki temu świat doczesny staje się zrozumiały … Homo homini deus zakończyło się w gułagach leninowskiej rewolucji i stalinowskiego anty-porządku….”.

Tyle piękna teoria i marzenie, a oto historia jezuickiego Kościoła w pigułce. Najpierw co prawda chrześcijanie mieszkali w katakumbach (gdzie prawdopodobnie utrzymywali się także i z drobnych kradzieży, bo katakumby to było tradycyjne rzymskie schronienie rabusiów tropionych przez sebacarię), potem jednak cesarze stanęli po ich stronie (Julian Apostata to niestety tylko dwuletni epizod, i prawdopodobnie zabili go chrześcijanie) i zaczęli niszczyć prawdziwych Rzymian, najpierw miejskich (ze strachu lub oportunizmu wielu np. urzędników przechodziło na chrystianizm), potem wiejskich (paganus — „wieśniak"), mamy też kilkusetletnie walki sekt chrześcijańskich w samym Rzymie, czyli dziesiątki małych wojen domowych, po czym walki soborów z herezjami, potem Rzym się kończy, ale niewolnictwo zostaje, by zamienić w feudalizm (konserwa Chesterton twierdzi, że póki było nieco ziemi gromadzkiej, była wolność...), lub handel „zwierzętami" — bo za zwierzęta chrześcijanie z krajów kolonialnych uważali zwykle murzynów, inteligencję tworzyli z początku ludzie KrK i mnisi, którzy przechowali, ale też przekłamali, przesiali i odpowiednio do wymogów propagandy dozowali idee starożytnych, potem mamy krucjaty i tu wstrzymałbym się nawet z krytyką, bo była to bardziej kwestia polityki międzynarodowej niż samej tylko wiary, potem pierwsza udana herezja — luteranizm, i walka za pomocą armat tam, gdzie powinno się rozmawiać argumentami (rozumiem, że Państwo Kościelne sponsorowało walkę z Turkami, choć szkoda, że na siłę i nawet wtedy, kiedy ci zachowywali się jak trzeba) potem powstają liberałowie, którzy maja dość wojen religijnych i po raz pierwszy trzeba czegoś więcej niż odmienności poglądów, by kogoś móc zabić, potem mamy rewolucję 1789 roku, która niestety wielu przeraziła tak, że wrócili ku starym mitom uznając starca z demencją nieomylnym starcem z demencją, potem mamy bolszewizm, który walczył z religią (metodami topornymi i anty-intelektualnymi), ale sam też nią był i też nie przyjmował krytyki, i nazizm, którego kolebką były katolicka Bawaria, pomysłodawcą katolik z Austrii, a podłożem — chrześcijański antyjudaizm no i tak dochodzimy do epoki zakazów transfuzji krwi… Nigdy nikt i nic nie przeszkadzało Kościołowi traktować ludzi jak psy, bolszewicy nie byli ani lepsi ani gorsi, po prostu mieli większe możliwości techniczne.

Ciekawy jest cytat z Renana, jaki przytacza prof. Wielomski: "Bądź piękny, oto moralność cała", Renanowi chodziło o moralność w świecie bez Boga. Koresponduje to z poglądami Nietzschego, który twierdził, że chrześcijaństwo był to bunt małych, głupich słabych, tchórzliwych i brzydkich przeciw panom antyku;, bezwzględnym, odważnym, silnym, mądrym i pięknym właśnie. Mówimy tu o pewnej konstrukcji psychologicznej ludzi XIX wieku, którzy wiedzieli już, że nie ma sensu wyznawać żadnej religii, bo to jest sprzeczne z tym co wiemy o świecie dzięki zdobyczom nauki, i poza tym ogłupia człowieka, ale jeszcze nie nauczyli się znajdować radości z tego stanu. Wydawało im się, że utrata Boga to coś złego. Niedawno teoretyk tzw. ‘nowego ateizmu” pisał, ze religianci mają problem jak traktować nowych ateistów cieszących się a nie martwiących swą niewiarą, bo nie pasują już od ich stereotypu zbłąkanych owieczek. Dawkins pisze:

„Być ateistą to żaden wstyd. Wprost przeciwnie: wyprostowana postawa, która pozwala spoglądać dalej, powinna być powodem do dumy - bo ateizm prawie zawsze świadczy o zdrowej niezależności umysłu... Wiele jest ludzi, którzy w głębi duszy wiedzą, że są ateistami, ale boją się do tego przyznać nawet własnej rodzinie, a niekiedy nawet samym sobie. Boją się po części dlatego, że samo słowo "ateista" starannie obudowano najgorszymi, najbardziej przerażającymi skojarzeniami... Jeżeli ludzie tak często nie dostrzegają ateistów, to dlatego, że wielu z nas nie ma odwagi się "ujawnić"... Być może potrzebna jest jakaś masa krytyczna, by uruchomić reakcję łańcuchową”.

W XIX wieku utrata wiary był jeszcze zbyt świeża i zbyt egzotyczna, tak samo jak rewolucyjne systemy naukowe bazujące na ewolucjonizmie Darwina czy odpowiedź Laplace'a na zarzut Napoleona, że w jego teoriach nie ma wzmianki o bogu. Laplace odpowiedział: "Ta hipoteza nie była mi potrzebna" ("Je n'ai pas besoin de cette hypothèse"), by ateiści stali jeszcze pewnie na swoich nogach. W przeciwieństwie do ludzie religijnych, ateiści mają zazwyczaj o wiele większą świadomość odpowiedzialności moralnej człowieka, i musieli przemyśleć pewne sprawy.

Nieuczciwością jest stawianie starego i nowego ateizmu na tym samym poziomie. W XX wieku E.M. Forster już pisał, że każdy powinien zostać wychowany z dala od tych przesądów, które każą człowiekowi nienawidzić drugiego w imię boże.
Pisze prof. Wielosmki, że „nie istnieje coś takiego jak "prawica laicka". Mogą istnieć pojedyncze osoby o prawicowych poglądach, które prywatnie nie wierzą w Boga, ale pod warunkiem, że - świadomie czy nieświadomie - uznają konieczny charakter porządku tak jak gdyby stworzył go Bóg…”.

Po pierwsze tak nie jest, ponieważ postawa konserwatywno-prawicowa jest i była normą także w innych cywilizacjach i kulturach, choćby w starożytnym Rzymie z jego wielobóstwem i w ateistyczno-panteistycznych Chinach. Konfucjusz to najczystsza prawica; hierarchia, porządek, dyscyplina, dlatego Chiny były taką inspiracją (ciekawie pisze o tym Paul Hazard) dla oświecenia prawego skrzydła (Voltaire) i dla fizjokratów. Konfucjanizm zaleca zawsze respektować zwyczaje i obyczaje społeczne, jest to najczystszy konserwatywny konformizm, który ładnie podsumował Anatole France: „…Porządny¬mi ludźmi na¬zywa się zaz¬wyczaj tych ludzi, którzy postępują tak jak wszys¬cy inni…”. Nie zapominajmy też, że Nietzsche uważał patrycjuszy rzymskich jak Petroniusz za konserwatystów, podczas gdy chrześcijanie ówcześni byli skrajnym rewolucjonistami. Jeśli Charlesa Maurras i Leo Straussa uwali, ze ład konserwatywny to ład Jahwe, to można to chyba zrzucić na karb ich ograniczeń intelektualnych… Ostatni cytat prof. Wielomskiego jest niestety zupełnie niepoważny:

„…Lud bez Boga umie tylko domagać się "chleba i igrzysk", żądać socjalizmu, równości i walki z "obszarnikami i burżuazją". Demokracja nowoczesna to nic innego jak połączenie zasady suwerenności ludu z ateizmem. Jeśli ktoś wierzy, że połączy bezbożność ze świętym prawem własności prywatnej, to jest w błędzie…”.

Po pierwsze socjalizmu i socjału domagają się np. wierzący związkowcy, po drugie kapitaliści częściej niż przeciętni ludzie są niewierzący, po trzecie święta własność prywatna to koncepcja Locke’a, który był przecież antypapistą, po czwarte to, ze KrK we własnym interesie bronił własności prywatnej (nie zawsze zresztą) nie czyni z niej katolickiej zasady, i po piąte żądanie chleba i igrzysk ma się nijak do przestępstw przeciw własności prywatnej. Z własnością prywatną jest jak z moralnością istnieje bo sprawdziła się w procesie rozwoju historycznego. Komuniści, kanibale i niemoralni przegrywają z tymi co dbają o swoje, rozwijają koncepcję miłości bratniej i pamiętają zasadę Kanta: „postępuj tak, jakbyś chciał by twoje zachowanie stało się obowiązującym prawem”. Podporządkowanie doświadczenia historyczno-filozoficznego ludzkości judejskim bajom równa się traktowaniem ludzi jak bydło. W naszej cywilizacji to Kościół pierwszy tak ludzi traktował, gdy się z nim nie zgadzali i punktowali jego przewiny.

1 komentarz:

  1. Panie Doktorze,

    Nie wiem czemu wcześniej nie udało mi się trafić na Pana blog. Nie wiem czemu ten wpis, mimo że sprzed ponad pół roku, nie doczekał się żadnego komentarza. Będę zaglądał częściej. O ile nie do końca jestem przekonany, czy określiłbym się jako agnostyczny liberał, to muszę przyznać, że pański sposób patrzenia na sprawy, na procesy historyczne, ewoluję idei jest mi bardzo bliski. Pozdrawiam serdecznie.

    Slowikozofia.pl - rozważania o wolności i ateizmie

    OdpowiedzUsuń