poniedziałek, 2 lipca 2012

Wells i Laqueur czyli strach przed przyszłością



Zainspirowany przez p. Jacka Tabisza zacząłem się zastanawiać poważnie co sprawia, ze tak wielu ludzi o postępowych poglądach widzi przyszłość w czarnych barwach. Nie dziwi mnie rzecz jasna, ze w czarnych barwach przyszłość widza konserwatyści, dla których niemal każda zmiana oznacza zagrożenie ich parafialno-prowincjonalnej wizji świata i człowieka. Dlaczego jednak film SF i książka SF stały się w naszej kulturze niemal synonimem dzieła katastroficznego? Czy chodzi tu o to, ze intelektualiści są zmęczeni teraźniejszością i podświadomie chcieliby ja zniszczyć? A może tylko doznają nieco perwersyjnej radości z tego, ze niszczą świat w którym idioci towarzysza im na każdym kroku, dręczą ich z zazdrości w szkołach (zwł. tych staroświeckich mach-szkołach wioślarsko-jeździeckich z internatem :), a potem decydują o ich starości? Może chodzi o to, ze filozofowie czuja się niedocenieni? (zazdrością o forsę tłumaczy się czasem częsty wśród intelektualistów antykapitalizm) Skoro człowiek z trudem rozumie zasady ruchu planet, ponieważ myśli kategoriami trudu i zmęczenia tj, że planety musza spowalniać swój ruch niejako „ze zmęczenia” (w rzeczywistości grawitacyjne siły są stałe i nie wyczerpują się), to może myśli, że rzeczywistość też jest sobą zmęczona i musi kiedyś popaść w dekadencję by „odpocząć”? Może chodzi o egoizm umierającego, który nie chce by świat go przeżył (lub tylko trochę przeżył)? Może chodzi o chrześcijański egoistyczny mit własnego zbawienia i fatalną linearność chrześcijańskiej wizji historii? Lub o mit grecko-rzymsko-chrześcijański o pysze człowieka, która po prostu trzeba ujarzmić (Havel pisał o obecnej „cywilizacji pychy”, choć moim zdaniem to raczej klerykalne szermujące boskim słowem średniowiecze zasługuje na to miano, niż epoka pokory wobec nauki tj. faktów). A może chodzi tylko o ostrzeżenie, lub o to, że katastrofy dobrze się sprzedają? W każdym razie nawet jak przewidują przyszłość na serio, dają się ponosić złym przeczuciom.


Nie ma wyraźnego podziału między filozofowaniem czy socjologizowaniem na temat przyszłości, a literaturą SF. Zawsze chodzi o projekcji myśli bieżącej epoki na temat kierunku w jakim idą sprawy cywilizacji. Geneza SF jest filozoficzna (Swift i jego „Guliver’s Travels” – satyra SF na państwa XVIII-wieczne i ich funkcjonowanie, Voltaire i „Mikromegas” – filozoficzna powiastka, gdzie przybysze z kosmosu uczą ziemian prawdziwej Locke’owsko-podobnej filozofii, Sebastian Mercier i „An 2440” – optymistyczna wizja oswieconej przyszłości, wygnanie metafizyki sprawna opieka społ., szkolnictwo, równość praw, ponumerowane domy i szerokie ulice). W XIX wieku mamy zarówno „czysto naukowych” autorów SF (Verne), jak i filozofujących czy też socjologizujących (zwł. Herbert George Wells). Autor wstępu do polskiego wydania (Ossolineum 1985) wczesnego dzieła Wellsa: „Wehikułu czasu” (Time Machine 1895), niejaki Juliusz Palczewski próbował przeprowadzić prosty podział między optymistyczną naukową SF, którą reprezentował zmarły w 1905 roku Jules Verne i pesymistyczną społeczno-refleksyjną H.G. Wellsa. Faktycznie Verne sam krytykował wczesne prace Wellsa za nienaukowość i zbytnie fantazjowanie, a dla Wellsa ważniejsze było ludzkie doświadczenie społeczne niż technika, ale już z tym pesymizmem Wellsa, Palczewski nieco się zagalopował. Omówił on jedynie te najbardziej czarne wizje Wellsa, takie jak „Wyspa doktora Moreau” z 1896 roku, która dotyczy niebezpieczeństw wynikających z niekontrolowanych i nieodpowiedzialnie prowadzonych badań naukowych. To chyba najbardziej konserwatywna powieść Wellsa, który przedstawił w niej tzw. zwierzoludzi, tj. zwierzęta, które doktor Moreau chce uczynić ludźmi, ale to się nie udaje i bardziej dochodzi do głosu ‘zwierze w człowieku”, niż człowiek w zwierzęciu. Niestety powieść ta to kompletny absurd wynikający z jakiejś kompletnie zwichrowanej luźno idei opartej na darwinizmie, który przecież podkreślał rolę doskonalenia się w ewolucji, a więc wykształcanie się coraz to wyższych instynktów, a nie niższych. Tak samo mówią dzisiejsi biologowie darwiniści tacy jak Richard Dawkins, którzy nie tylko muszą ciągle włączyć o poszerzenie tego co jest zabronione w badaniach naukowych, z tymi, którzy zapomnieli, ze nauce zawdzięczamy niemal wszystko, i podkreślają biologiczną korzyść wynikająca z etycznych zachowań (memy empatii u Dawkinsa). Główny pozytywny bohater „Wyspy…” Edward Prendick po powrocie z niej bierze zwykłych ludzi za „zwierzoludzi” z wyspy, co jest kalką z Guliwera Swifta, który po powrocie z kraju cywilizowanych koni, nie może dogadać się z ludźmi, bo rozpoznaje w nich dzikich yahoosów. Tylko, że Swift ganił ten idealizm Guliwera, który powinien akceptować ułomności ludzi, a u Wellsa Prendick jest cały czas bohaterem wzorcowym.

O rok wcześniej od „Wyspy…” ukazał się „Wehikuł czasu” (1895), dzieło o wiele lepsze, choć również pesymistyczne. Główny bohater powieści przenosi się do roku 802.701 , kiedy cywilizacja ludzka zdąża już ku nieuchronnemu upadkowi, a Ziemia została podzielona pomiędzy dwa gatunki ludzi. Elojowie, potomkowie klas posiadających, żyją na powierzchni i są pożywieniem zamieszkujących podziemia Morloków. Są to potomkowie dawnych robotników, zmuszonych do pracy fizycznej pod ziemią, a przy tym nie tracących podstawowych fizycznych umiejętności. Ich ciało stało się podobne do owadów i przyzwyczaiło do warunków podziemnych, dlatego boją się światła. Żywią się mięsem Elojów, na które zapuszczają się pod osłoną nocy, dlatego ci muszą spać razem wewnątrz budynków. Mamy tu do czynienia z socjalistyczną walka klas posuniętą do biologicznego absurdu, a więc projekcję XIX-wiecznych strachów na warunki rzekomej przyszłości.

Juliusz Palczewski kreśli obraz Wellsa, jako człowieka zakładającego, ze w przyszłości ludzie staną się coraz bardziej wyspecjalizowanymi, ale te i bezwolnymi i pozbawionymi człowieczeństwa maszynami. Faktycznie takie wątki u Wellsa występują, choć tezy jakoby Marsjanie rodem z „Wojny światów” mili przygotować ludzi na komunizm, tj. nauczyć ich totalnego podporządkowania tyranom zupełnie pozbawionych ludzkich uczuć, wydaja się bardziej inspirowane Lemem niż Wellsem. Ta częsta u pisarzy SF i innych przepowiada czy przyszłości wiara w bezwolność ludzi jest zastanawiająca. Przecież w naszym świecie każda akcja wywołuje reakcję; nawet przed „marsjańskim” imperium Hitlera i Stalina buntowali się członkowie Resistance, jędrusie i dysydenci. Dlaczego w przyszłości miało być inaczej. Dlaczego miałby zaniknąć instynkt przetrwania? Herbert George Wells (1866-1946) wcale nie był takim czarnowidzem, jakim przedstawia go Palczewski, który w końcu musi to w jednym miejscu przyznać pisząc nieprawdziwie, że z biegiem lat Wells porzucał optymizm, podczas gdy było raczej odwrotnie. W 1902 roku Wells, jako idealista socjalistyczny, wstąpił do Towarzystwa Fabiańskiego ("Fabian Society") Na skutek wewnętrznych tarć w ugrupowaniu i konfliktu z Bernardem Shawem opuścił zniechęcony towarzystwo 4 lata potem. W 1914 i 1920 roku odwiedził Rosję. Zwłaszcza podczas tej drugiej rosyjska bieda skłoniły pisarza do snucia katastroficznych wizji w swych powieściach . Lenina po rozmowie z nim oceniał jako marzyciela. Wybuch I wojny światowej traktował początkowo jako szansę dla Anglii na zdobycie dominującej roli, jako strażnika pokoju światowego, potem jednak stał się idealistycznym pacyfistą. Juliusz Palczewski znajduje u Wellsa bardzo nieliberalne cytaty świadczące o jego braku zaufania do nauki, Wells miał skarżyć się, że ta „przeklęta” wszędobylska nauka „zabiera nam … religię i wywraca nasze wyobrażenie o porządku społecznym”. Co do pierwszego stwierdzenia wypada jedynie zauważyć – i bardzo dobrze!, co do drugiego można stwierdzić, ze to wywracanie w niczym nie szkodzi, ponieważ porządek społeczny opiera się głownie na konsensie między rozmaitymi grupami interesu, a nie na prawdziwych czy fałszywych wyobrażeniach o społeczeństwie. Jest to zdanie świadczące o lekko przeintelektualizowanym, idealistyczno-platonicznym spojrzeniu na rzeczywistość. W 1923 roku Wells napisał bardzo optymistyczną powieść, o której Palczewski w ogóle nie wspomina w swym artykule. Chodzi o dzieło pod tytułem: „Ludzie jak bogowie” (Men Like Gods). Akcja polega na tym, że ziemianie trafiają do świata równoległego, którego mieszkańcy wyprzedzają społeczeństwa naszej planety o wiele lat. Nie ma tam już chorób, wojen, niesprawiedliwości, a mieszkańcy bez przeszkód mogą rozwijać swe osobowości. Wells obnaża w powieści absurdy rządzące Ziemią XX wieku. Mieszkańcy świata równoległego są zdrowsi i stosunkowo nieliczni co sprawia, że gospodarują ziemią lepiej i żyją na lepszym poziomie. Ziemianie jednak szybko drażnią ich swym egoizmem i zarażają zarazkami, co powoduje, że pozostają oni w areszcie domowym. Jedynie główny bohater-liberał będący zapewne personifikacją Wellsa sprzyja mieszkańcom świata równoległego widząc w ich świecie urzeczywistnienie jego marzeń, dlatego próbuje udaremnić spisek ziemian przeciw gospodarzom planety. Nie znajduje niestety sprzymierzeńca w konserwatywnym pośle Izby Gmin, który jak to jest potem powiedziano: „nie wierzy w nic poza byciem wykwintnym gentlemanem”. Reszta ziemian to oszuści, oszustki i hieny społeczne. „Ludzie jak bogowie” jest dwie dekady młodsze od „wehikułu czasu”, co przeczyłoby tezie Palczewskiego o narastającym pesymizmie Wellsa. Jeśli takowy nastąpił po 1923 roku to wpływ nań miały raczej przeżycia obiektywne (II wojna światowa, bombardowania Londynu i starzenie się pisarza). Być może nas instynkt przetrwania, w którego zanikanie wraz z rozrostem cywilizacji i nauki wierzy Wells (idzie tu trochę śladem Rousseau), każe nam w miarę naszego starzenia, życzyć przyszłym pokoleniom ciężkiego życia…

Wells wierzył, że do rozwoju i podtrzymania inteligencji potrzebne są trudy i wolność. Wolność zapewne rzeczywiście, ale czy trudy życia są aby na pewno czynnikami kształtującymi charakter? Średniowiecze pokazuje, ze człowiek potrafił w trudach sięgać przez 100 lat po narkotyk religii przejawiając mało sensownej działalności. Bardzo ciekawy jest też u Wellsa jego negatywny stosunek do luksusu czyniący z ludzi dekadentów podobnych zdziecinniałym Elojom, których interesowała jedynie sztuka i erotyzm. Dla filozofów trudu erotyzm i sztuka oznaczają pewne „poddanie się”, rezygnację z człowieczeństwa, być może maja oni zbyt wiele post-chrześcijańskich i post-rzymskich hamulców obyczajowych, by zgodzić się z notabene wynędzniałym i przeintelektualizowany Johnem Stuartem Millem (którego ojciec prawie wykończył swoim eksperymentem edukacyjnym), ze w człowieku: „tylko żołądek bywa w pełni zadowolony”. Pamiętam artykuł w „Najwyższym Czasie”, którego autor wszystkie „wyższe” ideały przypisywał prawicy, podczas gdy duchem lewicy miały być „brzuch i seks”. Ale z drugiej strony szczęście (podobnie jak ból) możemy odczuć tylko cieleśnie, dlatego perwersja jest dla mnie zapowiedź raju, gdzie przez miliony lat radować się będzie czysta dusza; CZYM miałaby ona się radować? Wpływ Cesarstwa Rzymskiego, które upadło wskutek niewydolności administracyjnej, i agresji sekty chrześcijańskiej, ale upadek którego wiążemy z nawyku z jakimiś orgiami i zanikiem poczucia obywatelstwa (Petroniusz był jednocześnie wzorowym obywatelem i miłośnikiem orgii), każe nam stawiać znak równości między pojęciami: erotyzm/ sztuka i dekadencja. Mimo iż nawet duch jest mózgiem, a mózg ciałem nadal tkwimy w jakimś kartezjańskim dualizmie karzącym nam gardzić ciałem (K. Deschner uważał, ze chrześcijaństwo jest zemstą brzydkich i biednych, podobnie zresztą uważał Nietzsche), cywilizację utożsamiać z ideą, choć idealiści duszy zwykle preferują nawyk i tradycję od naprawdę świeżej idei. W każdym razie katastrofizm Wellsa jako oparty na niedocenianiu siły instynktu i gardzeniu ciałem i erotyką jest bardzo niewiarygodny. Znacznie wiarygodniejsze są jego pozytywne przepowiednie z 1923 roku.

Gdy przepowiadamy przyszłość konkretnych bytów cywilizacyjnych stajemy się ostrożniejsi, ale i tu autorzy mają skłonność do dziwnego niezbyt racjonalnego, bardziej zaś mitycznego katastrofizmu. Jest to widoczne u takich autorów jak S. Huntington, czy choćby Walter Laqueur (ur. 1921) amerykański historyk i publicysta żydowskiego pochodzenia, rodem z Wrocławia (Breslau), mieszkający na przemian w Londynie i Waszyngtonie. Kierownik przez 25 lat Institute of Contemporary History and Wiener Library, jedną z najpoważniejszych na świecie placówek naukowych zajmujących się badaniami nad faszyzmem. W swej głośnej książce: „Ostatnie dni Europy”, wieszczy on upadek Europy, która według niego gubi swój dawny charakter i traci wpływy w każdej dziedzinie. Laqueur zwraca uwagę na zgubne na dłuższą metę w skutkach zjawiska społeczne, takie jak walka o krótszy tydzień pracy, obniżenie wieku emerytalnego, wzrost wydatków na opiekę społeczną, spadek dzietności, wzrost przestępczości, napływ ludności z innych kontynentów, ekonomia nastawiona eksport, uzależnienie od dostaw paliw z Rosji. Laqueur wyraźnie łączy fiasko unifikacji Europy z jej przyszłym domniemanym stoczeniem się do roli kontynentu-kulturowego skansenu, kontynentu-muzeum, posiadającego w przyszłości bardzo niewielką liczbę mieszkańców, za to wiele zabytków, które będą odwiedzać w przyszłości bogacze z Azji. Laqueur krytykuje multikulturalizm, zgodę na zbyt dużą emigrację zwł. z krajów islamskich, a jednocześnie wieszczy upadek demograficzny nawet i tych muzułmanów, wskutek przyszłego coraz bardziej zwiększającego się bezrobocia. Bezrobocie to jest dlań z kolei efektem mechanizacji i komputeryzacji. I tu postawić można pytanie, czy to nie za wiele panie Laqueur? Przewidywany spadek demograficzny (Europejczyków teraz, Arabów ok. 2030, a Afrykanów pod 2050) nie oznacza jeszcze utraty silnej pozycji na arenie międzynarodowej. Wyszydzane przez niego pomysły francuskie i szwedzkie, by za pomocą zmian w dofinansowaniu rodzin są za krótko wprowadzane, by mogły być już wyszydzane jako zbyt mało skuteczne. Pomysł społeczeństwa, w którym tylko 20% ludzi pracowałoby, a reszta oglądała TV tez nie zasługuje na wyłącznie śmiech. Z muzułmanami w Europie Moza być różnie. W Wielkiej Brytanii nie stanowią oni nawet większości emigrantów pozaeuropejskich. Wojsko jest na wsi, a muzułmanie w miastach, więc ewentualna konfrontacja może się różnie skończyć. Czy faktycznie islam zabrał europie przyszłość? A może będzie islamskie oświecenie? (Pim Fortuyn narzekał tylko, że znów będzie trzeba wywalczać prawa kobiet i gejów). Albo będzie wariant izraelski (bariery), albo apartheid a la RPA. Czy demokracja w obecnym wydaniu utrzyma się na tyle długo, by dać muzułmanom zwycięstwo w wyborach? A może wyrzuci Europa wszystkich muzułmanów nie mających obywatelstwa jednego z jej krajów? (we Włoszech odpowiednio 1,5 mln wszystkich muzułmanów i 45 tys. tych z obywatelstwem Republiki Włoch). Wybiegamy w przyszłość daleko, a problemy przychodzą pojedynczo. Każde novum napotyka na opór. Demografia nie implikuje od razu władzy, a ta islamizacji. Większość młodych muzułmanów uważana jest za straconych przez imamów, są oni bardziej gangsterami z Harleemu, niż Arabami, ale i tak nie zaszkodziłoby wyrzucić imamów…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz