środa, 6 czerwca 2012

Etos pracy jako przeżytek



Niby żyjemy w świecie poreligijnym. Ale pewne stare pseudobiblijne przyzwyczajenia myślowe trwają w nas nadal. Nadal np. mamy skłonność do wierzenia, że „jak Kuvba bogu tak bóg Kubie”, choć przecież bywają sytuacje, gdy jeden człowiek zatruwa całe życie drugiemu, który nawet słownie nie wyrazi skargi. Pozostałością pseudoreligijnego myślenia jest też religia futbolizmu, ale w niech chodzi bardziej o antyczny kult sprawności i namiastkę polowania. Natomiast  jest jedna pozostałość pseudobibiblijnej mentalności, która nadal bywa bardzo szanowana nawet przez liberałów, czyli tzw. etos pracy. Nie chodzi tu jednak o to czy należy pracować i znajdować w tym radość czy nie, lecz o skłonność do pryncypialnego potępiania próżniactwa.
Na to zjawisko zwrócił uwagę Tom Hodgkinson brytyjski autor urodzony w 1968 roku, a od 1993 roku wydawca czasopisma: „The Idler” czyli „Próżniak”, na wzór pisma o takim samym tytule do którego artykuły  pisał XVIII-wieczny idol Hodgkinsona Samuel Johnson. Hodginson, podobnie jak opisywani przezeń wybitni ludzie (Oscar Wilde, Mark Twain, Samuel Johnson, Robert Louis Stevenson, Henry David Thoreau, Albert Einstein i Jerome K. Jerome itd.) jest zwolennikiem powolnego i próżniaczego trybu życia. Hodgkinson pokazuje, że nie tak łatwo być leniwym, np. pozostawanie rano w łóżku rzadko jest wolne od poczucia winy, tymczasem zdaniem autora jest ono bardzo ważne by rozwinąć wrodzone skłonności do leniuchowania i nie dać się wzrastającemu zabójczemu tempu życia. Hodgkinson przyznaje, ze cała książkę napisał by uleczyć swe wieloletnie poczucie winy z powodu fizycznej niemożności zwleczenia się rano z łóżka, zapewne biedak ma niskie cisnienie, wiem coś o tym…
Hodgkinson pisze sporo o licznych biblijnych potępieniach lenistwa, jako o źródle naszego poczucia winy, kiedy przez chwilę nic nie robimy i mamy tzw. chwile  dla siebie. Wiem coś o tym ponieważ jestem (na szczęście umiera kowanym) ale jednak pracoholikiem, który życie traktuje jako arcyważną misję pisania i oświecania (prócz tego wykonuję też nielubianą pracę na cały etat:), który odkłada relaks na wieczne nigdy, jeśli ktoś z bliskich mi nie pomoże zrelaksować się. W pewnym sensie ten rodzaj poczucia winy podobny jest postawie znerwicowanych matek, które wyrzucają sobie np. to, że wydały parę groszy na swoje potrzeby, a nie na przykład na zaspokojenie potrzeb jej małych pociech-pasożytów domowych, czyli dzieci. Poświęcanie się dla innych, nawet jeśli inni odbierają to jako manie kontroli i tyranię, i nawet gdy prowadzi do destrukcji tez jest takim postchrześcijańskim odpadkiem. Bardzo inteligentnie Hodgkinson rozprawia się z „purytańskim pracusiem” Benjaminem Franklinem, który obok wielu mądrych rzeczy palnął tez głupstwo: „kto rano wstaje temu pan bóg daje” (early to bed, early to rise, makes a man healthy, wealthy and wise), a przecież wiadomo, że daje on głównie: artystom, politykom i biznesmenom, czyli tym, którzy NIE wstają rano. Jest to oczywiste, ponieważ dobry pomysł, który da pieniądze przyjdzie do głowy nie zmęczonemu urzędnikowi „godzina piąta, minut trzydzieści”, lecz wypoczętemu człowiekowi refleksyjnemu. Zresztą, o ile pamiętam Franklin powiedział tez: time is money, i tu może nawet by się nie mylił, mógłby to być czas takiej właśnie owocnej drzemki.
Hodgkinson bardzo barwnie pisał o „upadku lunchu”, o którym to upadku wspominał już Nietzsche. Lunch kiedyś był słowem określającym całą kulturę rozmowy między współpracownikami i nie tylko, mógł trwać nawet do wieczora, jeśli rozbawieni rozmówcy uznali, że mogą odwołać kolejne zaplanowane spotkania. Ergo lunch był ważny, ważniejszy niż harówka, bo zwiększał jakość życia i stanowił glebę dla pomysłów.
Warto skoncentrować się na tym religijnym wymiarze etosu pracy. Oczywiście nie wszyscy wykonują kreatywną robotę, ale skoro tak to niech przynajmniej mają nieco czasu na relaks i nich nie terroryzują sami siebie wyrzutami sumienia „leniwca”. Lepiej to idzie dziś świeckim Europejczykom, którzy „pracują by żyć”, niż chińczykom na dorobku, i bogobojnym Amerykanom, którzy cenią pracę często wyżej od życia, może dlatego, że pomaga unikać niechrześcijańskich pokus. Dlatego to właśnie religijni pracodawcy mieli skłonność do wyzyskiwania pracowników, aż wreszcie ateiści-socjaliści stanęli im na drodze…
Praca, nawet bezsensowna, faktycznie urasta do rangi świętości. Wielki pisarz brytyjski i krytyk społeczeństwa wiktoriańskiego (W roku 1949, jako zagorzały demokrata, Forster odmówił przyjęcia tytułu szlacheckiego), Edward Morgan Forster (1879-1970), autor esejów do liberalnego pisma "Independent Review" umieścił w swym dziele: „Pokój z widokiem” (A Room With a View,  1908) scenę w której brytyjski pastor Eager zamieszkały we Florencji   chwali przed oprowadzanymi turystami monumenty średniowieczne jako „wzniesione na fundamentach średniowiecznej wiary”, co obecny tam sceptyk-liberał pan Emerson skwitował żartem: „jasne, ze wiary, w ten sposób można było nędznie płacić robotnikom”. Oburzony pastor Eager odszedł wtedy ze swą wycieczką do następnej krypty z freskami Giotta.
Myślę, ze równym stopniu jak religia, „etos pracy” nakręcał dziewiętnastowieczny rozbuchany nacjonalizm, nieprzypadkowo więc najbardziej dało to żnąc o sobie w Niemczech pijanym swoim sukcesem w latach 60. I 70. XIX stulecia a zwłaszcza zjednoczeniem i to od razu ze statusem największej lądowej potęgi Europy (historyk francuski Ferdinand Mitterand określił Niemcy mianem „dziecka, które za szybko wyrosło”). Fałszywe nacjonalistyczne poczucie wyjątkowości nakręcało codzienną gorliwość pruskich służbistów, ale ci Niemcy od dawna leżą już na cmentarzach, dziś praca jest tylko pracą, środkiem do zdobycia pieniędzy na życie i przyjemności, nie popadajmy więc może w hinduski marazm (do dziś Lizbona odczuwa skutek napływu hindusów w XVIII i XIX wieku z ich kulturą baaaaardzo powolnej pracy) , ale nie uświęcajmy pracy, bo to krótka droga do wyzysku i skoszarowania. Etos pracy to kolejna rzecz do odczarowania.


Tom Hodgkinson, Jak Być Leniwym,  Wydawnictwo W.A.B. 2008.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz