środa, 26 października 2011

Christopher Hitchens: "Bóg nie jest wielki" - wrażenia z lektury




Książka Christophera Hitchensa pod wieloma względami podobała mi się jeszcze bardziej niż „Bóg urojony” Dawkinsa. Dawkins- biolog, a więc człowiek o umyśle ścisłym skupiał się bardziej na tym jak Bóg mógłby wyglądać, i dlaczego jest tak bardzo nieprawdopodobne, by wyglądał tak jak chcą wierzący, a także na pochodzeniu moralności (dobre memy), natomiast książka Hitchensa, daleko bardziej osobista i humanistyczna w wyrazie, przez co mi jako historykowi bliższa, dotyczy przede wszystkim skutków istnienia religii.

Skutki te wynikają z podsycania przez religie ludzkiego solipsyzmu – przekonania, że wszystko kręci się wokół ciebie, że Bóg interesuje się wszystkim co robisz, hodowanie spojrzenia dalekiego od panoramiczno-globalnego, ergo – racjonalnego. Solipsyzm religijny powoduje, że nie pytamy już czemu Jezus postanowił uzdrowić tylko przypadkowo napotkanego ślepca, a nie uleczył całej ludzkości od ślepoty?. Religia hoduje ludzi służalczych (jaki jest sens nieustannego chwalenia kogoś niby wszechmogącego - ojciec J.S.Milla uważał dlatego, że religia obniża standardy moralne) i uczy ich nonsensów, np., że są miejsca świętsze od innych, i trzeba tam pielgrzymować, lub że trzeba podpalić kościół konkurencji (ateiści, co ciekawe meczetów i synagog nie podpalają).

Hitchens, za Matksem, uważa, że religia otacza ludzki "padół płaczu" nimbem świętości, zamiast rzucić wyzwanie ludzkiej niedoli, a to dlatego, że religia głosi, iż tylko dawne dzieje i wydarzenia są ważne („...jak było na początku...”), co wskazuje raczej, jak pisze Hitchens, że religie wyczerpały już swe siły inspirujące i ważne, a teraz może co najwyżej błysnąć humanizmem swych sług takich jak luterański pastor powieszony przez nazistów za niechęć kolaborowania z nimi.

Shakespeare ma, zdaniem Hitchesna daleko większą siłę moralną niż Koran, m.in., dlatego, że powstał w bardziej oświeconych czasach, a kultura anglosaska, także ta powiązana bezpośrednio z protestantyzmem jest lepszym przewodnikiem duchowym, niż jakakolwiek święta księga starożytności.

Hitchens wymienia bardzo liczne przykłady szkodliwości działań ludzi religijnych. Wymienia tu nie tylko zamachy bombowe, ale i np. próbę zablokowania zniesienia zakazu rozwodów w Irlandii w 1996 roku (przy okazji autor wytknął Matce Teresie, to, że chce pozbawić nadziei katoliczki ożenione z pijakami i brutalami, a cieszy się z rozwodu swej przyjaciółki ks. Diany, tj., że jest pobłażliwa tyko wobec bogatych i potężnych).

Religia, według Hitchensa sprzyja eskalacji konfliktów etnicznych, jak np. Irlandii Płn. (w znanym dowcipie bandziory pytały: „jesteś protestanckim czy katolickim ateistą?” - by wiedzieli czy mają delikwenta pobić czy nie). Podobnie rzecz się ma z czystkami etniczno-religijnymi w Jugosławii, które tak naprawdę są czysto religijnymi, bowiem jak Chorwat-ateista może udowodnić, że nie jest Serbem, przecież Chorwat, w powszechnym mniemaniu, różni się od Serba tylko religią. Kolejne przykłady to skutki terroru Hamasu w Palestynie, czy bigoteryjny upadek Bagdadu (rzekomo „świecki” Saddam Hussajn używał języka dżihadu). Szczególnym skutkiem niezasłużonego szacunku dla religii może być współczucie dla Chomejniego, a brak jego dla Rushdiego, i to nie tylko ze strony duchownych, ale nawet ateistów, co wskazuje brak szacunku dla prawdy i tendencję do podlizywania się religii. Tu warto wspomnieć Johna Le Carre, który uznał, że Rushdie jest „sam sobie winien”. Kolejne przewinienia religii to:, zablokowanie szczepień w Bengalu (mułłowie puścili plotkę, że wszczepiają nie lek, lecz środek powodujący impotencję), niechęć do świń (choć to zwierze inteligentne, której skóra nadaje się do przeszczepów, a inne części ciała do mnóstwa innych przydatnych rzeczy), traktowanie huraganów i innych zjawisk jako karę boską za np. tolerowanie homoseksualizmu.

Swoją drogą warto przypomnieć, że trzęsienie ziemi w Lizbonie w 1755 roku zadziałało na wyobraźnie zbiorową zupełnie odwrotnie - jako argument przeciw religii. Katastrofa ta wstrząsnęła ówczesną Europą. Dla Voltaire’a, który napisał: Poème sur le désastre de Lisbonne i wielu innych katastrofa znaczyła potwierdzenie słuszności deizmu – tj. przekonania, że bóg nie ingeruje w życie ludzkie, bowiem tylko tak może pozostać dobrym. Fakt wystąpienia trzęsienia ziemi w Lizbonie i zniszczenia wielu ważnych obiektów sakralnych, właśnie w dzień świąteczny - Wszystkich Świętych wzbudził wiele zainteresowania kwestiami polityki Kościoła w całej Europie. Z punktu widzenia przeciętnego XVIII-wiecznego katolika, mieszkańca Europy, było to bardzo trudne do zrozumienia, szokujące zrządzenie nadprzyrodzone. Listopadowa Gazeta de Lisboa pisała, że tragiczny dzień pozostanie na wieki w pamięci tych, którzy przeżyli. Jeśli chodzi o wpływ na umysły europejskie, trzęsienie 1755 roku, porównuje się z holocaustem. W europejskich salonach porównywano mieszkańców „gostyko-orientalnej” Lizbony do hebrajczyków przekraczających Morze Czerwone. Szwedzki „Mercure” donosił, naginając nieco fakty, o zwaleniu się gmachu Inkwizycji, które uratowało pewnego kalwinistę od stosu . W Hadze ukazała się w 1756 roku praca: Discours politique sur les avanntages qeu la Portugal pourrait tirer de son malheur, której autor-anglofob doradzał Portugalii, wykorzystać katastrofę, dla unieważnieniu sojuszu z Londynem, co nie było zbyt fair, zwarzywszy na to, że Brytyjczycy przysłali do zniszczonej Lizbony wielka flotę z pieniędzmi i ryżem, mąką warzywami i narzędziami, podczas gdy np. Francja zadowoliła się tylko deklaracją typu: „jeśli byście czegoś potrzebowali, dajcie znać”. Oczywiście Brytyjczycy nie byli aż takimi altruistami, przez katastrofę londyńska City splajtowała . Brytyjskie koła arystokratyczne i kupieckie rozmawiały ile kto stracił w English Factory, wiec musieli uruchomić jakiś odpowiednik planu Marshalla.

Goethe wspominał, że katastrofa lizbońska wznieciła w Niemczech „demona strachu”, podważając wiarę wielu osób . Co jednak by było gdyby katastrofa wydarzyła się w inny dzień lub w epoce, w której prym wiodą liberałowie? W zburzonym mieście były spowiednik rodziny królewskiej jezuita o. Malagrida opowiadał wśród tłumów, że nastał czas gniewu boga i skruchy, wzbudzając panikę. By przeciwdziałać tej propagandzie, Pombal postarał się, by każdy wiedział, że fala tsunami uderzyła nawet w Skandynawie i w Nowa Anglię (heretyków), oraz w Maroko (muzułmanów), a nie tylko w Lizbonę. A kilku aktywniejszych kaznodziejów dyskretnie wysłano do Angoli. Gdy Malagrida wydał broszurę, oskarżając „grzesznych” lizbończyków za katastrofę, Sebastião de Carvalho e Melo, kazał interweniować nuncjuszowi, który wysłał Malagridę do Setubal po drugiej stronie Tagu. Trzeba tu zaznaczyć, że sam Pombal również był bardzo pobożny, ale nada wszystko bał się fanatyzmu religijnego . Dopiero 17 listopada (po 2 tygodniach) do miasta kult powrócił kult religijny. W całym mieście słychać było tego dnia niekończące się miserere i gloria.

Rushdie gościł u Hitchensa w Waszyngtonie, co oznaczało konieczność przestrzegania drobiazgowych przepisów bezpieczeństwa, gospodarz dziwił się dlaczego położenie Rushdiego nie wywołuje więcej współczucia, w końcu jest to człowiek spokojny, który nikogo nie morduje. Mnie osobiście równie frapuje fakt, dlaczego wszyscy potępiają np. spokojnego Holendra, również żyjącego w bunkrze, czyli Geerta Wildersa, a nie tych, którzy wysyłają mu listy z pogróżkami. Zapewne działa tu mem religijny podlizywania się potężnym, bez zwracania uwagi na krzywdę niewinnych. Hitchens zwraca uwagę na unikanie języka religijnego w wydaniach wiadomości i oficjalnych tekstach analityków politycznych. Podobnie stwierdzała Melanie Philips w „Londonistanie”. Ludzie Zachodu mają według niej problem ze zrozumieniem, że religia może być bodźcem do zastosowania przemocy, i np. tłumaczą sobie zamachy jako skutek biedy czy wykluczenia społecznego (kulturowy marksizm), choć np. ci co wysadzali londyńskie autobusy, jak i członkowie „azjatyckich gangów”, nie należą do pariasów.

Za bardzo nieprzyjemną cechę religii zorganizowanych uważa Hitchens żerowanie na niewinności i naiwności dzieci, straszeniu ich, zawstydzanie seksualne dorastających nastolatków i potem dorosłych. Pamiętam jak w czasie dyskusji pod jednym z moich artykułów, ktoś pisał o tym, ze Kościół zawsze będzie sięgał po owe zawstydzanie, bo to jedyny sposób by ludzie pozostali w jakiś sposób grzeszni, a Kościół potrzebny.

Religia, zdaniem autora God is not Great, objawia tez skłonność do wypatrywania i wyczekiwania końca świata, chociaż jej starożytne wizje są dziecinnie niewinne w porównaniu z tym, co się rzeczywiście zdarzy za 5 mld lat gdy Słońce eksploduje, a nasze oceany wyparują. Religia gardzi życiem doczesnym, więc strach pomyśleć co zrobią fanatyczni generałowie pakistańscy (pamiętam jak Hitschens w dyskusji z Dennetem, Harrisem i Dawkinsem rozmawiał o pomyśle pewnego pakistańskiego "naukowca" by wykorzystać dżiny jako napęd reaktora), ze swym nuklearnym arsenałem. Religia żeruje tez na freudowskim strachu ludzkim przed śmiercią, do niedawno totalnie dominując w życiu społecznym i grożąc śmiercią nieposłusznym. Dopiero Spinoza, Kant („postępuj tak, jakbyś chciał, by twoje zachowanie stało się obowiązującym prawem”) i Laplace pokazali, ze religia nie musi być do czegokolwiek potrzebna.

Hitchens wyśmiewa niezdolność religii do racjonalnej obrony swych argumentów i samozadowolenie z absurdalności własnych założeń (Tertuliańskie: „wierze, ponieważ to absurd versus Popperowie: „niepodważalna teoria jest kiepską teorią”), przy jednoczesnym heroizmie przejawianym w siłowym dopasowywaniu wiedzy naukowej do religijnych mitów.

Hitchens wyśmiewa też sztuczki stosowane przez wierzących by udowodnić wazne naukowe fakty. Samolot zdaniem kreacjonistów miał być jednorazowym tworem, tak jak miał niby nim być nasz świat, podczas gdy, jak pisze Hitchens, taki smaolot powstawał i powstaje nadal ewolucyjnie, dzięki pracy całych pokoleń aeronautów i wynalazców poczynając od braci Mongolfier i ich balonu, tak samo jak samochód powstaje nieprzerwanie od 1769 roku, od – fardier à vapeur Nicolasa Josepha Cugnota. Żaden duchowny nie obalił krytyki biblijnych mitów Thomasa Paine’a.

Majmonides cieszył się, że Żydzi zabili Chrystusa („wstrętnego heretyka”), tak więc z chrześcijańskiego punktu widzenia atak na nich ma jakiś sens, ale to tylko podsyca dawne waśnie. W wywiadzie na temat "Pasji" Gibsona, Hitschens zrzucał główną winę na okupantów, czyli Rzymian, polemizując z Melem Gibsonem. Jednocześnie Hitchens żałuje, że tego rodzaju spory mają dziś jakieś znaczenie, i twierdzi, ze to bitwa pod Antietam w czasie wojny secesyjnej uczyniła ludzi Zachodu zakładnikami starożytnych judejskich sporów. Lincoln miał uznać to zwycięstwo za dobry moment do emancypacji niewolników, tak by ludzie myśleli, że ta wojna nie jest tylko bezduszną masakrą. (s. 182, 191).

Obrońcy religii podsuwają nam fałszywe alternatywy; cytowany przez Hitschensa, C.S. Lewis, który uznawał, że albo Jezus był bogiem, albo jego nauki są nic nie warte, co jest bzdurą (nawet Dawikns uważa część jego nauk za przydatne i mądre). Święte księgi można też bardzo różnie interpretować (wnuk Chomejniego, goszczący u Hitchensa, na podstawie wybranego fragmentu stwierdził, że dziadek nie ma racji chcąc władzy religijnej już na tym świecie). Fanatycy jednaj religii dostrzegają tylko cudzy fanatyzm, jak ultrachrześijański rozmówca Hitchensa w Białym Domu, który był ciekaw dlaczego muzułmanie są takimi fanatykami, co autor: God is not great wziął za oznakę otwartego umysłu, i srodze się pomylił. Gdy Hitschens zauważył, że islam jest jeszcze młodą religią, która musi się "wyszumieć", bo nie jest jeszcze tak pewna siebie jak inne, zaś istnienie jej proroka Mahometa jest lepiej potwierdzone historycznie niż Jezusa, rozmówca wpadł w histeryczny gniew, wrzeszcząc, że Jezus znaczy więcej dla milionów, niż Hitchens to sobie wyobraża (s. 131).

Arabowie mieli w myśl różnych teorii historycznych zazdrościć Hebrajczykom i chrześcijanom objawienia, i dlatego wymyślili sobie własne, tworząc kompilację starszych mitów i cudów. Wszystkie te cuda dokonywały się, jak zauważał Voltaire (s. 143) w czasach gdy wszyscy niemal byli niepiśmienni, tak wiec oczytany nowoczesny świat powinien pozbyć się dziecięcych mitów wywodzących się z tradycji głównie ustnej, by poczuć się lepiej, tak jak Hitchens, poczuł się lepiej po odrzuceniu dogmatycznego marksizmu (s. 155).

Dalej w „Bóg nie jest wielki”, możemy przeczytać o jarmarcznych początkach religii (kulty cargo, mormoni), o przesadzonych zasługach religii (M. Luther King był bardziej humanistą niż duchownym, a ateista Nehru był w większym stopniu twórcą niepodległości Indii niż fanatyczny hindus Gandhi). Dalej przeczytamy o kwakrach, którzy prawie pogrzebali amerykańską rewolucję, o kalwińskim apartheidzie, o chrześcijańskim rasistowskim południu USA, o strachu Voltaire’a, Gibbona i Bayle’a o własne życie, który kazał im temperować wymowę swoich tekstów pseudo-religijnymi zaklęciami, o kajaniu się Montesquieu za sympatię wobec Spinozy, o zmuszaniu ludzi wierzących do życia w fatalnych warunkach, wskutek potępiania antykoncepcji, o oskarżaniu ludzi żyjących w roku 2010 o zabicie Chrystusa w roku 33, czy też 26 n.e., o uważaniu heretyków za skazanych na piekło - choć Atanazy z Aleksandrii (s. 222) pisał, ze tylko ci co świadomie odchodzą od Kościoła - trafią do piekła, o preferencji hipokryzji od uczciwej niewiary.

Słynny "argument" ludzi religijnych, że totalitaryzmy XX wieku wyrządziły więcej zła niż kiedykolwiek uczyniła religia, Hitchens odpiera dowodząc, że po pierwsze tak stawiając sprawę fanatycy religijni sami przyznają się, że "są tylko trochę lepsi od Hitlera i Stalina", po drugie, że te totalitaryzmy miały religijną oprawę (tak samo zauważył już Bertrand Russell w 1935 r.), oraz, że chrześcijanie jakoś te totalitaryzmy przetrwali, tak jak ateiści przetrwali setki lat teokracji gotowych zabić za ateizm.

Swoją książkę Hitchens zakończył wezwaniem do nowego oświecenia, które jest obecnie osiągalne dla każdego i o szukanie podniety duchowej w nieszkodliwej poezji i muzyce, a nie w podstępnej religii, wobec powszechności Internetu i piśmiennictwa . Książka kończy się więc optymistycznie, choć w rozmowie z Dennetem, Harrisem i Dawkinsem, Hitchens wyraził obawę wobec możliwego nieuniknionego zwycięstwa teokracji nad rozsądkiem, w walce która trwa nieprzerwanie odkąd filozoficzny judaizm hellenistyczny został wyparty przez dogmatyczny, który przygotował glebę pod chrześcijaństwo i islam. Hitchens diagnozował wówczas, że ateiści i racjonaliści zazwyczaj unikają walki z religią (a nawet się jej podlizują), choć walka o prawdę powinna być ich obowiązkiem. Jak sądzę, zapewne winien jest tu postmodernizm, który zaburzył wiarę Zachodu w postęp i rozum

Piotr Napierała

Konserwatywny maruda - Czesław Walesa

Czesław Walesa Horyzonty psychologii, 2011 tom I numer 1. .

Dawno nie czytałem podobnie antynaukowego i nieobiektywnego tekstu który chcą uchodzić za naukowy. Autor dla mnie przedstawia się jako typowy konserwatywny maruda, który nie akceptuje żadnych zmian w sposobie życia, chociaż pracuje - o ironio - dla Wyższej Szkoły Ekonomii i INNOWACJI w Lublinie, ale na przedstawione przez siebie problemy i „problemy” współczesnego świata ni ma żadnego lekarstwa poza religią jakby mało mu było islamu i kreacjonizmu dziś nachalnie pchającego się do Europy.

Tekst jest obraźliwy wobec racjonalistów a zwłaszcza ateistów, których oskarża o największe nieszczęścia naszych czasów , znów nie zauważając fanatyzmu religijnego i wzbierającej fali religii w USA czy państwach islamskich. Nie zauważ, że poprawność polityczna chroni religię przed jakimikolwiek dowcipami, nie mówiąc już o ostrzejszej krytyce, bo zawsze znajdzie się ktoś, któ poczuje się do żywego obrażony. Autor nie wie lub udaje ze nie wie że przed przybyciem muzułmanów w ateistycznej Szwecji (80% ateistów ) przestępczości prawie nie było, ani tego, że najczęściej w USA rozwodzą się Żydzi (22% małżeństw), a ateiści najmniej (18%), choć różnica jest niewielka. Nie widzi też, że w USA o,o4 % więźniów to ateiści, zaś wśród amer. noblistów jest ich co najmniej 65%. Nietrafiony jest argument, że ateizm nie ceni życia, właśnie ceni je bo wie, że jest tylko jedno.

W tekście znajdują się bezsensowne twierdzenia, że na dzisiejszym Zachodzie seks wiąże się ze śmiercią, lub jest jej „ideologicznie przedstawiony” choć nie wyjaśnia o co mu właściwie chodzi. Prawdopodobnie chodzi tu, o stare bajania, ze służyć on winien jedynie prokreacji. Pisze, że techniki dzisiejsze są przejmowane przez wojsko i służą do zabijania, zatem mamy zrezygnować z techniki? Pisze, ze przeludnienie jest fałszywym problemem prasowym, tymczasem na świecie 1 mld ludzi nie ma wystarczającej ilości wody i jedzenia, choć Zachodu to nie dotyczy.

Pisze, ze szerzy się obecnie narkomania i przestępczość, a XIX –wieczne opium i ulice dickensowskiego Londynu, były lepsze? Pisze, że w pracy króluje niepotrzebny stres, a zapomina, ze przed rewolucją kulturalna lat 60 szkoły i fabryki przypominały koszary; zapewne w wojsku stresu nie ma… Pisze o pogardzie wobec „ludzi nieużytecznych”. Ja widzę wszędzie podjazdy dla inwalidów, olimpiady, zapomogi i w ogóle poprawność polityczną robiąca z nich święte krowy. Pisze o konfliktach religijno-etnicznych, nie dostrzegając - pisał o tym Christopher Hitchens, ze dziś rządy wyciszają w mediach aspekt religijny sporów, przedstawiając spory czysto religijne jako etniczne. Walesa jednak woli zwodzić czytelnika, że to etnos, a nie religia powodują spory, choć Koran pisze o zabijaniu niewiernych i dominacji nad światem, a i w Biblii są podobne kwiatki. Autor straszy ateizmem i komunizmem, zapominając, ze ateizm sowiecki nie był racjonalistyczny, lecz quasi-religijny – dogmatyczny, a dogmatyzm przeczy dyskusji i racjonalizmowi. Nie było natomiast społeczeństwa w historii, które cierpiało na „nadmiar racjonalizmu” jak to kiedyś wyraził Sam Harris. Autor pisze o „łatwiźnie życiowej” racjonalistycznego zachodu – no tak człowiek powinien się przecież umartwiać itd.:) Religie uważa autor za czynnik dowartościowujący człowieka, ja widzę ją jako sposób na niemyślenie, unikanie logiki i rezygnację z głębokiego przeżywania rzeczywistości. Autor przestrzega przed zabobonami, i New Age’m, a ja postrzegam New Age jako mniej szkodliwy niż stare religie usankcjonowane. Jak to konserwa, podkreśla tez szkodliwość Internetu, oczywiście net może być szkodliwy, ale jest też przydatny więc zostanie i tyle.

Pisze autor o zanikaniu sfery sacrum, tak jakby tylko Jahwe mógł być obiektem tej sfery, nie np. sztuka, nauka i świecka kultura. Religia nie jest już dziś potrzebna swoją rolę odegrała i wyczerpała swój ładunek innowacyjności i ulepszania świata. Religia wprowadza niepotrzebne podziały społeczne, na wiernych i heretycko-ateistyczne quasi-bydło. Autor krytykuje sieczkę w TV, a ja powiem tylko, ze dawniej sieczka ograniczała się do gazet i pism, ale byłą zawsze.

Jedyne w czym się zgadzam z Walesą , to to, że wychowanie jest ważne i pomaga dzieciakom odnaleźć się w dzisiejszym świecie, i to, ze niedobrym jest, że dziś ludzie wolą często kontakt ze zwierzętami niż z rodziną. Poza tym tekst Walesy odbieram jako strachy na lachy i stek przekłamań i półprawd służących ideologii konserwatyzmu i interesom Kościoła. Moim zdaniem nie jest to w ogóle naukowy tekst. To, że za taki uchodzi, świadczy o klerykalizacji naszego społ. Ale to się mam nadzieję wkrótce wyprostuje.

czwartek, 13 października 2011

Arabowie nie zaleją Europy ? - Oby!

źródło:

Liczba muzułmanów w Europie wzrośnie do zaledwie 8 proc. w 2030 r. - Patrzę na te prognozy i coraz mniej rozumiem, skąd bierze się histeria wokół Eurabii, czyli zdominowania Starego Kontynentu przez arabski islam - komentuje Amaney Jamal z uniwersytetu w Princeton

Najnowsze prognozy amerykańskiego ośrodka Pew to kolejne zaprzeczenie tezy skrajnej prawicy w Europie, która straszy, że imigracja oraz szybki przyrost naturalny muzułmanów na pewno uniemożliwią integrację tej mniejszości na Zachodzie. Zwolennicy teorii o Eurabii (nazwę tę spopularyzowała książka brytyjskiej autorki Bat Yeor z 2005 r.) przekonują, że w efekcie "zalew obcych" zagrozi europejskiej tożsamości.

- Tej tezy nie da się uzasadnić demograficznie. Owszem, do 2030 r. w niektórych krajach Europy udział muzułmanów wzrośnie z obecnych 3-5 do 6-10 proc. To istotny przyrost, jednak nie zmienia zdecydowanie mniejszościowego statusu ludzi deklarujących się jako muzułmanie - tłumaczy Alan Cooperman, ekspert ośrodka Pew. Prognozy, które uwzględniają zarówno zmiany w przyroście naturalnym, jak i dynamikę imigracji do Europy (wpływa na nią spadek przyrostu np. w Afryce Północnej), pokazują, że liczba muzułmanów w Europie wzrośnie z obecnych blisko 44 mln (łącznie z Rosją) do 58 mln w 2030 r., czyli z obecnych 6 proc. całej populacji (4 proc. w krajach UE) do 8 proc.

Spory wzrost, który będzie głównie skutkiem napływu nowych imigrantów, jest przewidywany dla Austrii (z ok. 6 do 9 proc. w 2030 r.), Szwecji (z ok. 5 do 10), Francji (7,5 do 10) oraz Belgii (6 do 10). W Polsce pozostaną oni demograficznym marginesem - w okolicach 20 tys. osób.

Ponadto Pew prognozuje spadek tempa przyrostu naturalnego w wielu muzułmańskich społeczeństwach, który - jak niegdyś na Zachodzie - ściśle wiąże się ze wzrostem liczby wykształconych kobiet. Ten fenomen już teraz widać bardzo wyraźnie w Iranie, gdzie kobiety - pomimo upośledzonej pozycji społecznej - kształcą się na potęgę.

Badacze Pew oparli prognozy na obecnej liczbie ludzi, którzy sami określają się jako muzułmanie (nawet jeśli nie praktykują) i nie zajmują się przewidywaniami, które nurty islamu przybiorą na znaczeniu w najbliższych dwóch dekadach.

Europejską debatę o mniejszościach zdominowała w ubiegłym roku dyskusja o prawnym zakazie noszenia chust zasłaniających twarze w miejscach publicznych, który część imigrantów, zwłaszcza znad Zatoki Perskiej, uznaje za nakaz religijny (co jest mocno kontestowane m.in. w krajach Maghrebu). Taki zakaz przyjęto już we Francji, choć wedle danych tamtejszego MSZ nosiło je nie więcej niż dwa tysiące kobiet. Podobny jest szykowany w Belgii, gdzie nosi je kilkaset muzułmanek.

Do niedawna pełnym przeciwieństwem Francji, która stawia na często krytykowaną za nadmierny radykalizm asymilację mniejszości przez świeckie państwo, była Wielka Brytania promująca model wielokulturowości dającej mniejszościom sporą autonomię, m.in. w zakresie szkolnictwa. Brytyjczycy zaczęli jednak niedawno modyfikować swoje rozwiązania i ściślej kontrolować np. programy nauczania, nawet w szkółkach religijnych.

Lęk przed mniejszością jest jedną z przyczyną dużej niechęci wyborców w Europie Zachodniej wobec rozszerzenia UE o Turcję. - Mówicie nam, że jeszcze nie jesteśmy gotowi do poważnych przygotowań do akcesji. Myślicie jednak, że nigdy nie będziemy do nich gotowi, bo nie pasujemy do waszego chrześcijańskiego klubu - utyskują tureccy dyplomacji w Brukseli.

Tomasz Bielecki, Bruksela

środa, 12 października 2011

Francuska prasa o wyborczym "cudzie Palikota"

vide:


"Antyklerykał Palikot czyni cuda w wyborach parlamentarnych" - tytułuje swój artykuł lewicowy dziennik "Liberation". Gazeta tylko zdawkowo wspomina o sukcesie PO, rozwodząc się nad postacią Janusza Palikota, nieznanego do tej pory zupełnie we Francji. "Z okrzykiem wojennym "Stop hipokryzji!", antyklerykał Janusz Palikot skłonił do głosowania na siebie w ubiegłą niedzielę prawie 1,3 mln Polaków, którzy jak on marzą o prawdziwym państwie laickim" - twierdzi "Liberation". Według gazety, Ruch Palikota chce Polski "bez lekcji religii w szkołach państwowych, bez wszechobecności Kościoła w życiu publicznym". Prasa przypomina, że partia ta głosi hasła legalizacji aborcji, prawnego uznania związków homoseksualnych i zniesienia zakazu handlu tzw. miękkimi narkotykami. Główny dziennik francuskiej lewicy przedstawia Palikota jako "filozofa z wykształcenia, bogatego biznesmena, znanego z prowokacyjnych zachowań", jak np. "przyniesienia do studia telewizyjnego głowy świni czy plastikowego penisa". "Liberation" odnotowuje przy tym, że jednym z doradców Palikota jest Piotr Tymochowicz, który wcześniej współtworzył wizerunek medialny Andrzeja Leppera.

Z kolei centroprawicowy dziennik "Le Figaro" pisze: "Spodziewano się konserwatysty Jarosława Kaczyńskiego. To ostatecznie wolnomyśliciel Janusz Palikot sprawił niespodziankę". W przekonaniu gazety, sukces antyklerykalnej formacji pokazał, jak bardzo polskie społeczeństwo zmieniło się pod względem obyczajowym. "Naruszając tabu i rzucając wyzwanie Kościołowi, ten bardzo bogaty biznesmen, nietypowy populista wywołał wstrząs, którego siłę można zmierzyć w Krakowie. Wbrew wszelkim oczekiwaniom, domena Jana Pawła II, bastion polskiej burżuazji, otworzyła drzwi do parlamentu transseksualistce Annie Grodzkiej, stojącej na czele tamtejszej listy Ruchu Palikota" - pisze "Le Figaro". Według gazety, wyborczy triumf PO i dobry wynik Palikota "uwypuklają, że alternatywa proponowana przez Jarosława Kaczyńskiego stała się anachroniczna". Komentując zwycięstwo PO "Le Figaro" dodaje, że ponad 20 lat po upadku komunizmu Polska, "potężne państwo Nowej Europy definitywnie zakończyło okres przejściowy" i "stała się w pewnym sensie krajem normalnym".

Ruch Palikota jest też głównym bohaterem artykułu o polskich wyborach w katolickim dzienniku "La Croix" zatytułowanym "Antyklerykalna partia toruje sobie drogę w Polsce". Gazeta wybija na pierwszy plan, że lider tej partii chciałby zdjąć krzyże zawieszone w polskich szkołach i instytucjach publicznych. Według "La Croix", antyklerykalna partia będzie mogła teraz "mieszać szyki rządowi", który dotychczas "traktował ją z pogardą jako +partię kabaretową+". Ale, zdaniem gazety, nie należy tłumaczyć sukcesu Palikota jedynie jego otwarcie antyklerykalnym nastawieniem. "Mimo bardzo liberalnych gospodarczo idei, opowiedzenie się Palikota za obroną mniejszości i jego zajadła awersja do braci Kaczyńskich uwiodła wyborców zawiedzionych SLD" - dodaje katolicki dziennik.

Bóg i wiara z ateistyczno-prawnego punktu widzenia

Z pewnym pzrymróżeniem oka publikuje ten zabawny fragment dyskusji na forum onet.pl:

Źródło:



"...Czy bóg nie powinien iść do więzienia? Bo przecież za pośrednictwem swoich kapłanów na ziemi stosuje przemoc, zmusza nas do modlitwy, składania ofiar i pracy na jego rzecz zastraszając nas karą po śmierci i piekłem."

I co ja ateista ojciec trójki dzieci mam mu odpowiedzieć na to pytanie? Z technicznego punktu widzenia Artykół. 191. Kodeksu karnego mówi:
"§ 1. Kto stosuje przemoc wobec osoby lub groźbę bezprawną w celu zmuszenia innej osoby do określonego działania, zaniechania lub znoszenia, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3."
Przedstawiciele boga na ziemi; Biskupi, Mułłowie, Rabinowie twierdzą że kontaktują się z bogiem, spełniają jego polecenia, twierdzą że wszystko co robią jest wolą boga, i bóg przemawia do nich w modlitwach więc można ich pociągnąć do odpowiedzialności karnej. Bóg jako osoba prawna (spółka Z.O.O) poprzez swoich kapłanów (Dyrektorów oddziałów na ziemi) kieruje firmą zwaną WIARA pod różnymi szyldami; krzyża, sześcioramiennej gwiazdy czy półksiężyca. Wszystkie te firmy mają swoich prezesów którzy bezpośrednio, bez wyjątku zastraszają społeczeństwo W IMIENIU BOGA! Zastraszają nas tym tym że jeżeli nie będziemy wypełniali ich poleceń, nie będziemy spełniali pragnień boga, nie będziemy stosowali się do norm moralnych zostaniemy potępieni, spaleni w ogniach piekielnych, wysłani na śmierć w męczarniach. Wszystko to bezpośrednio można odczytać jako uzasadnione groźby pod adresem społeczeństwa w celu uzyskani korzyści głównie materialnych i podlega karze z artykułu 191 kodeksu karnego.

Kochany synu odpowiedziałem, boga nie można skazać bo czegoś takiego jak bóg nie ma ale najprawdopodobniej jego kapłani w końcu pójdą do więzienia z tego samego powodu co Al-Capone....Po prostu nie płacą podatków.
A wy co sądzicie?...".

A oto odpowiedź:

"...Stworzenie nie może osądzać swoich Stwórców, gdyż stanowi ich własność. W przypadku kolizji aktów prawnych, w tym przypadku ludzi i stwórców, pierwszeństwo ma prawo Stwórców..."

poniedziałek, 10 października 2011

Homofobiczna obsesja religijnej prawicy

Rozmiary antygejowskiej obsesji w Polsce napawają mnie zdumieniem. Argumenty używane przeciw prawnemu zrównaniu ich z heteroseksualistami, jak również przeciw samemu byciu homoseksualistą bywają wręcz niesamowite.
Bardzo często ja i moi znajomi spotykają się z opinią, typu: "ja nie mam osobiście nic przeciwko gejom, ale jestem przeciwko przywilejom dla nich". Otóż przywilej zakłada, że mają do niego prawo tylko nieliczni, podczas gdy homoseksualiści chcą tego samego co heteroseksualiści; prawa zawierania małżeństw, dziedziczenia po małżonkach, adoptowania dzieci, szwedzcy nawet poświęcenia ich związku w kościele (np. niektórzy pastorzy szwedzcy poświęcają gejowskie związki cywilne), a więc można być co najwyżej przeciwko równouprawnieniu gejów, a nie przywilejom dla nich. Osobiście w postulatach wysuwanych przez gejów nie widzę niczego złego, a jako deisty nie obowiązują mnie jakieś archaiczne zasady książki spisanej tysiące lat temu. Natomiast powiem tu słowo, do tych, którzy widzą w nich coś złego.

Wiem, że wielu nazywa równość przywilejem, bo szczerze boi się upadku tradycyjnej rodziny, jednak nie warto tu przeinaczać realiów - zagrożenie dla tradycyjnej rodziny ze strony gejów jest żadne - wystarczy spojrzeć na liczny - w przyjaznej dla gejów Szwecji jest 40.000 związków homoseksualnych, przy 4.000.000 heteroseksualnych. To zagrożenie istnieje tylko w języku działaczy chrześcijańskich.
Znam ludzi, którzy uważają, że geje są niemoralni. Osobiście znam kilku gejów i kilka lesbijek i wiem dobrze, że są tak samo moralni jak heteroseksualiści. Są też tak samo wierni/niewierni jak heterycy. Z drugiej strony, znam człowieka, który boi się, że geje mogą kiedyś napastować jego córkę, dlatego jest przeciw równouprawnieniu gejów - otóż istnieje o wiele większe prawdopodobieństwo, że zagrożenie będzie pochodzić ze strony heteroseksualnego pedofila niż homoseksualnego, choćby dla tego, że heteroseksualistów jest o wiele więcej.
Swoją drogą obraźliwe i obrzydliwe jest porównywanie homoseksualizmu do pedofilii, zoofilii i nekrofilii i sprowadzanie tego wszystkiego do wspólnego mianownika. Z jedynym rzeczywistym połączeniem orientacji homoseksualnej z wyżej wspomnianymi zboczeniami byłby mężczyzna napastujący martwego szczeniaczka -wiem, że to exemplum jest dość obrzydliwe, ale chcę by zrozumieli państwo problem. Normalny homoseksualista podobnie jak heteroseksualista będzie uprawiał seks tylko z chętnym i dojrzałym emocjonalnie partnerem.
Last but not least - geje nie mówią nie-gejom jak mają żyć, chcą tylko by pozwolono im żyć jak oni chcą, a to nie zbrodnia. Nie nazywajmy więc równouprawnienia przywilejami.

Wielu katolickich konserwatystów jest przekonanych, że geje, będąc gejami obrażają boga. Nie wiem czy ktokolwiek jest w stanie obrazić boga – istotę ponoć tak potężną, że największe „bluźnierstwo” powinno się wydawać przecież maleńkim przytyczkiem, ale wiem że Biblia lubi sama sobie przeczyć, więc czy rzeczywiście geje mają u boga przechlapane?

Sam Harris, twierdzi, że religia odciąga uwagę człowieka od prawdziwych problemów (głód, epidemie, energetyka, nauka, nauczanie, infrastruktura itd.) w stronę pseudo-problemów związanych z życiem „duchowym" i wolą boga, która jest przecież niemożliwa do zbadania. Te pseudo-problemy zaś absolutnie nie dadzą się rozwiązać, natomiast znakomicie potrafią skłócać ludzi i marnować ich twórczą energię: „rozmawiamy o małżeństwach gejów, tak jakby był to najważniejszy problem XXI wieku", bo religia „zachęca ludzi do udawania, że wiedzą to, czego tak naprawdę nie wiedzą". Nic dziwnego, ze potem ateiści tacy jak Stephen Fry piszą, że chrześcijaństwo jest opętane seksem (w końcu skarykaturyzowany kler to "dziewice rozprawiające o zboczeniach" i gwałcące seminarzystów) Bardzo zabawnie przedstawiono seksualną manię katolików w filmiku na Youtube, w którym pod obraz mówiącego red. Pospieszalskiego podłożono tekst o masturbacji przed ślubem i o "lewicowych mediach, chętnie promujących styl życia oparty na masturbacji" - jakby całe życie mogło polegać na onanizmie. Tak właśnie na serio pisze się o gejach, tak jakby geje nic nie robili prócz uprawiania seksu. A przecież gejami są np. S. Fry, Richard Chamberlain, Rupert Everett czy George Michael - kiedy mieliby oni czas na pisanie piosenek i granie w filmach?

Dlaczego konflikty wokół homoseksualizmu wydają mi się modą społeczną? Otóż traktuję je jako efekt pewnego procesu historycznego, po tytułem: Kiedyś Kościół wszystkim-dziś niczym, kiedyś homoseksualizm zwalczany - dziś raczej chroniony. Jest to mechanizm „sprężyny” i zawsze ktoś będzie niezadowolony z aktualnego wygięcia wahadła mód społecznych. Procesy społeczne i Zeitgeist tylko w niewielkim stopniu zmieniają się pod wpływem konkretnych decyzji politycznych. Inaczej, niż np. kwestie reformy podatkowej, którą można załatwić na trzeźwo i od ręki. Politykom wygodnie jest robić kariery na nierozwiązywalnych problemach mód społecznych, nie muszą wtedy zakasywać rękawów do pracy. Nie pomagajmy im więc, lecz rozliczajmy według stopnia załatwiania spraw załatwianych a niezbędnych do załatwienia.

W sprawie homoseksualizmu cofnijmy się o 300 lat do XVIII-wiecznych Niderlandów. Bardzo interesująca jest kwestia podejścia władz Republiki Zjednoczonych Prowincji wobec homoseksualizmu. Homoseksualiści byli uważani za kryminalistów; w 1730 roku w Groningen dokonano nawet egzekucji 22 mężczyzn i nastolatków skazanych za homoseksualizm. W 1777 roku wydany został anonimowo traktat przypisywany potem doradcy prawnemu Wilhelma V Orańskiego, Abrahamowi Perrenotowi, w którym można było przeczytać, e homoseksualizm winien być uważany za przestępstwo, jedynie gdy ma miejsce wykorzystanie chłopców niepełnoletnich. W 1803 roku w Schiedam miała miejsce ostatnia egzekucja człowieka skazanego za homoseksualizm. Nie dziwię się homoseksualistom, iż chcą od takich upiorów jak najdalej uciec, lecz dziwię się ludziom, których problem owej walki nie dotyczy na co dzień, a mimo to swój czas i energię marnują na modę społeczną, która nie podlega ludzkiej polityce bieżącej, a raczej wielkim i długotrwałym zmianom mentalności ludzkiej. Podobnie jest z kwestią eutanazji i aborcji – są to zjawiska społeczne wynikające z triumfu utylitaryzmu.
Homoseksualizm istniał zawsze, w Grecji i Rzymie nawet było otoczony pewnego rodzaju estymą ("aktywny" uczestnik homoseksualnego seksu musiał być wyższy rangą społeczna niż pasywny), w średniowieczu i XVI wieku mamy różnych mignons itd. Wskazuje to na to, że niektórzy po prostu sposób naturalny rodzą się homoseksualistami. A sprzeciw wobec "przywilejów" dla gejów oznacza w przełożeniu na język logiki - zepchnięcie homoseksualizmu do podziemia. Dzisiejsze liberalne skrzydło Kościoła Anglikańskiego akceptuje homoseksualizm, gdyż uznaje, że nauka udowodniła, iż jest on wrodzony, a nie opcjonalny, podczas gdy w czasach gdy Biblia powstała (a raczej powstawała) – uważano, że homoseksualizm to jedynie styl życia, który może - nie musi - wybrać każdy .

Bardzo zabawne jest przeciwstawianie gejów „prawdziwym, silnym mężczyznom”, jak to miało miejsce w quasi nazistowskim tekście Roberta Larkowskiego "Homofaszyzm - realne zagrożenie", zamieszczonym na portalu konserwatyzm.pl, na którym pisałem kiedyś sam, zanim nie przejadł mi się wpychany wszędzie agresywny katolicyzm. Larkowski zaprezentował manichejski dualizm - "zdrowi" narodowcy z jednej strony i pokraczni demoliberalni geje z drugiej; oto słowa p. Larkowskiego, któremu sen z powiek spędza rzekomy:

... problem demoliberalnego zniewieścienia młodych mężczyzn, którzy powinni spędzać wolny czas w sekcji sportowej, paramilitarnej organizacji, na ciekawym filmie o odpowiednich dla mężczyzny wartościach i oczywiście na randce z dziewczyną...”.

Cóż można dodać? Skojarzenie nasuwa się samo: "młodzieniec powinien być więc; schlimm wie ein Fuchs, stark wie ein Baer und hart wie Kruppstahl..., iść na wojnę za boga, hor itd. I dać się zabić, a przecież świat nacjonalistów, takich jak p. Larkowski i świat gejów nieustannie się ze sobą przeplatają. Kim byli Pim Fortuyn i Jorg Haider? - tak, tak - gejami. To częsta „przypadłość” wśród nacjonalistów. Niechęć Hitlera do gejów brała się m.in. z ich nadreprezentacji w szeregach zdradzieckiej S.A. Gejami byli Ernst Ruehm i Rudolph Hess ("ciotka Hess" - Tante Hess) - Na ten fenomen homoseksualizmu nazistów i nacjonalistów zwracał uwagę Waldemar Łysiak w swoim" "Stuleciu kłamców" - geje w szeregach skrajnej prawicy stanowią twardy orzech do zgryzienia dla demoliberalnych salonów; neutralnych lub życzliwych gejom, a wrogich nacjonalistom...

Świat sportu? Nie jest żadną tajemnicą, że młodzi chłopcy uprawiają sport bo hormony tak im buzują, ze myślą cały czas o seksie... A antyczna Grecja - gejowska ojczyzna współczesnego sportu. Świat armii? Gejami byli m.in Eugeniusz Sabaudzki i marszałkowie d'Estrees i d'Huxelles. Homoseksualizm w armii kiedyś był powszechny z oczywistych względów, jedynie w izraelskiej żołnierze dobierać się mogą do licznych koleżanek (nawet jeden prezydent ex-komandos dopuścił się takiego haniebnego czynu).
Tak więc geje, sportowcy i narodowcy to przenikające się światy. Manichejska wizja p. Larkowskiego nie jest więc warta funta kłaków. Podobnie z pewnością autor ten zaprzeczyłby powinowactwu demo-liberałów i narodowców, a przecież jeszcze w XIX wieku demoliberalni narodowcy obalali monarchie z papieską włącznie. Rzeczywistość nie jest czarno-biała, lecz ma odcienie, czego nie rozumieją publicyści narodowo-konserwatywno-katoliccy. Kiedy pisałem na konserwatyzm.pl, tłumaczyłem tysiąc razy, ze duch katolicyzmu jest uniwersalistyczny, a nie narodowy, oraz, ze nacjonalizm nie sprzyja organicznie konserwatyzmowi – groch o ścianę.

Na tym samym portalu konserwatyzm.pl pojawił się niedawno porażający swą astronomiczną tępotą tekst syna Ronalda Reagana, Michaela (ur. 1945): „Jestem homofobem”. Miał on w wieku lat siedmiu, być molestowanym przez opiekuna prowadzącego zajęcia pozaszkolne, o czym napisał w książce „On the Outside Looping In” z roku 1987. W książce tej, której fragmenty przytoczono na portalu, znajdziemy mnóstwo typowych homofobicznych „strachów na Lachy”:

„...Będąc molestowanym czułem, że to w czym uczestniczę jest złe, ale nie wiedziałem dlaczego i jak to się nazywa. Śmiertelnie przerażała mnie myśl, że jeśli ktokolwiek się o tym dowie, to zostanę naznaczony. W jaki sposób? Nie wiedziałem. Nigdy wcześniej nie słyszałem słowa „homoseksualny”. Byłem jednak pewny, że to naznaczenie, jakiekolwiek by ono nie było, będzie źle o mnie świadczyć. Będzie świadczyć, że byłem z mężczyzną i spowoduje, że do końca życia będę już znienawidzony i potępiony...”.

To oczywiste, że Michael źle się czuł będąc molestowanym, ale, nawet jeśli – co mało prawdopodobne – czuł, że bliskość z mężczyzną jest zła, a z kobietą dobra -co to ma wspólnego z płcią molestującego? Czy Michael czułby się lepiej, gdyby jego intymne miejsca dotykała opiekunka? Młody Reagan (stary zadowalał się tylko nazywaniem kobiet mających wielu partnerów rozwiązłymi), czyni ze swych smutnych doznań, broń przeciw równouprawnieniu gejów, zupełnie jakby gej nie mógł się do niego dobrać w kraju, w którym homoseksualizm karze się jak przestępstwo. Oddajmy znowu głos synowi prezydenta:

„...Głównym argumentem podnoszonym przez środowiska homoseksualne na rzecz równouprawnienia jest twierdzenie, że człowiek gejem się rodzi. Nie ma dowodu na prawdziwość tej tezy, ale chwilowo przyjmijmy, że tak jest. A zatem, jeśli uznamy moralną i prawną równorzędność związków homoseksualnych z małżeństwem kobiety i mężczyzny, wówczas w przyszłości nadejdzie taki moment, gdy nasze dzieci i wnuki nie będą już musiały się urodzić jako homoseksualne, by homoseksualizmu doświadczyć na własnej skórze. Ponieważ homoseksualizm i heteroseksualizm będą traktowane identycznie, sprawa seksu z przedstawicielem własnej lub przeciwnej płci stanie się kwestią wyboru, a nie orientacji. Mężczyzna będzie mógł związać się z mężczyzną, a kobieta z kobietą, tak jak dziś każdy może poślubić przedstawiciela przeciwnej płci – i wszystkie te wybory będą równoprawne...”.

Homoseksualizm zawsze będzie kwestią orientacji, a nigdy wyboru, a już na pewno nie kwestią przymusowej mody społecznej, czego obawia się Reagan:

„...Aż w końcu w niezbyt odległej przyszłości nadejdzie taki moment– początek tego trendu już jest widoczny – gdy społeczność homoseksualna doprowadzi do tego, że młodzi ludzie będą się czuli winni poślubiając mężczyzna kobietę, kobieta mężczyznę, zanim spróbują związać się z przedstawicielem tej samej płci. Na pewno znacie grę zwaną „truth-or-dare”. Jest to popularna gra wśród nastolatków. Polega ona na tym, że kolejno każdy gracz musi dokonać wyboru – albo decyduje się udzielić prawdziwej odpowiedzi (pytania zazwyczaj dotyczą spraw seksu lub innych kwestii budzących zakłopotanie) albo wykonać wyzywające polecenie. Jeśli nasze społeczeństwo podąży w kierunku, którego się obawiam, wówczas wiele dzieci będzie zachęcanych do podejmowania homoseksualnych kontaktów na przykład w czasie takich gier. Usłyszą: „Jak możesz wiedzieć, czy jesteś, czy nie jesteś gejem, jeśli nigdy nie próbowałeś seksu z mężczyzną?”. I dlaczego nie miałyby tego spróbować? Przecież nie zostanie to napiętnowane. Praktyki homoseksualne i homoseksualne związki będą czymś tak samo zwyczajnym jak seks damsko-męski czy tradycyjne małżeństwa. W takiej sytuacji tylko jedna reakcja będzie się więc wiązała z napiętnowaniem, a temu piętnu na imię „homofobia”. Czy jesteście świadomi, czego doświadczą wasze dzieci i wnuki w wyniku homoseksualnych prób? Na pewno takie kontakty skończą się poczuciem winy i bólem. Wasze dzieci będą się też musiały zmierzyć z etykietką homoseksualizmu, którą same sobie przyczepią, jak również, która zostanie im przyczepiona przez innych. Nigdy się jej nie pozbędą. Będą musiały z nią żyć, tak samo jak z bólem i poczuciem winy. Wiem, bo też przez to przeszedłem. I dlatego dzisiaj mogę szczerze przyznać: Tak, jestem homofobem. Jeśli nawet nie byłem homofobem wcześniej, to jestem nim dziś. Jestem przerażony myślą o tym, że homoseksualiści będą uczyć moje wnuki, że bycie gejem jest w porządku, nawet wówczas, gdy sam siebie nie traktujesz jako kogoś kto urodził się gejem...".

Jako liberał skomentowałem wówczas ten tekst następująco: „ Te proroctwa NIGDY się nie spełnią. To absurd na absurdzie; jak 7% gejów zmusi 93% heteryków by czuli się źle ze swoim heteroseksualizmem? Prawne i społeczne zrównanie orientacji nie doprowadzi do wzrostu liczby homoseksualistów. społeczne zrównanie orientacji nie doprowadzi do wzrostu liczby homoseksualistów...”. Zresztą nawet niektórzy konserwatyści piszący na portalu sięgnęli choć raz po rozum do głowy by ów średniowieczny tekst skomentować choćby tak: „Odpowiedź na pytanie zawarte w tekście jest bardzo prosta - wiem, że nie jestem gejem stad, że mężczyźni mnie nie pociągają i nie podobają mi się. Nie muszę próbować żadnego bara-bara z drugim facetem bo mnie to nie pociąga. Amen!”.

Dodam jeszcze, że M. Reagan nie rozumie pewnej podstawowej rzeczy – legalność jakiegoś czynu nie zniechęca ludzi naprawdę potrzebujących czynienia czegoś. Natomiast co do pytania: „„Jak możesz wiedzieć, czy jesteś, czy nie jesteś gejem, jeśli nigdy nie próbowałeś seksu z mężczyzną?”, to zauważam, że dziś takie pytanie stawiane jest w formie odwrotnej gejom: „Jak możesz wiedzieć, czy jesteś gejem, jeśli nigdy nie próbowałeś seksu z kobietą?”, a zapytany i tak zrobi to co mu trzewia podpowiadają, a nie to co moda każe. Co najwyżej w modnym towarzystwie skłamie, iż spróbował. Jeśli naprawdę by spróbował, to cóż w tym złego? (byle nie przedwcześnie, ale to odnosi się także do stosunku dwupłciowego) W ogóle co jest złego w dobrowolnym współżyciu dwóch dorosłych ludzi?

Mój tekst był pomyślany jako odtrutka na homofobiczne absurdy dnia codziennego. Jako liberał-heteroseksualista uważam, że nie powinno się przechodzić nad sprawą do porządku dziennego lecz bronić nieszkodliwej mniejszości, będącej nadal zakładnikiem ignorancji i tyranii większości.

Piotr Napierała

Markiz de Pombal i ojciec Malagrida - rozsądek w walce z ignorancją i fanatyzmem


Sebastião José de Carvalho e Melo, markizm de Pombal (1699-1782)


W XVIII wieku lata potęgi portugalska stolica miała już za sobą, jednak w żadnym razie nie była miastem biednym. Na początku XVIII wieku transporty brazylijskie złoto zalało kraj, umożliwiając królowi Janowi V pobudowanie kilku barokowych teatrów i kościołów. Już w XVI wieku Portugalia przestawiała się na import zboża, ponieważ chłopi masowo porzucali ziemię, gdyż zamiast zaharowywać się na polu, woleli zaokrętować się do Indii i przywieźć skrzynię pieprzu. Jan V starał się przeciwstawić temu niekontrolowanemu odpływowi ludności .

Panujący w latach 1648-1706 roku Piotr II, zw. „spokojnym” (Pedro o Pacífico) próbował bezskutecznie wprowadzić do kraju absolutyzm , merkantylną ekonomię i przemysł tekstylny (bazując na teoriach merkantylisty Duarte Ribeiro de Macedo, wyłożonych w rozprawie z 1675 roku) , jednak wobec oporu konserwatywnej szlachty nie uczynił na tym polu znaczących postępów, musiał bowiem manewrować miedzy różnymi stronnictwami na dworze. W 1700 przyzwolił na akcję inkwizycji przeciw właścicielom młynów tkackich, zaaresztowano ich wówczas aż 18. Problemy władcy rozwiązało odkrycie złota w Brazylii w 1697 roku. Złoto dało jemu i jego następcom niezależność finansową od kortezów i szlachty, tak że parlament zwołano dopiero w 1822 roku (Jan V wspominał o zamiarze zwołania kortezów, ale w końcu ustanowił nowe podatki bez zgody stanów ), a ministrowie portugalscy mieli, według niektórych historyków, większą władze, niż ci w służbie Fryderyka II Wielkiego, króla Prus . Złoto i podpisany w 1703 roku traktat ekonomiczno-sojuszniczy z Anglią miały jednak także jeden negatywny skutek. Dwór pewny dostaw kruszcu i możności wyrównania bilansu eksportem wina, zrezygnował z jakiejkolwiek innowacyjności technologicznej na pół wieku . Nawet flotę handlową zaniedbano, opierając się coraz bardziej na ochronie statków płynących z brazylijskim złotem. Do owej ochrony zatrudniano cudzoziemców jako oficerów i marynarzy, zamiast szkolić rodaków .

Jan V Wielkoduszny, - Joāo V o Magnânimo panujący od 1706 roku do 1750 roku, całymi garściami czerpał zyski z brazylijskich kopalni. Przy okazji nie miał, jak się zdaje, zbyt wysokiego mniemania o pracowitości swych poddanych, skoro mawiał: „bóg dał jednym pracowitość, a innym metale szlachetne”, co nie przeszkadzało Portugalczykom uważać się m.in. za doskonałych rzemieślników . W 1709 Jan V, chcąc powstrzymać wyludniającą metropolię emigrację do Brazylii, wprowadził zakaz wyjazdów. Złoto pozwoliło na stworzenie nowej wąskiej wykształconej kosmopolitycznej elity, której przedstawiciele jeździli po Europie i zakładali biblioteki,. Niestety elita ta była początkowo odcięta od problemów własnego kraju, podobnie zresztą jak wzbogacony kler i otoczony pysznym i skomplikowanym ceremoniałem król i arystokraci. Szlachta głównie jadała u siebie nawzajem, i spotykała się wspólnie na ploteczkach . Arystokraci lubili chadzać do miejsc gdzie tańczyły piękne murzynki, w nadziei na rozkosze cielesne, własne żony jednak zazdrośnie zamykali w domach, niczym renesansowi florentyńczycy. Bogaci szlachcice często mieli kochanki, którym czasem nawet wypłacali pensje, gdy ich wdzięki przywiędły. Król Jan V, który ponoć miał więcej ubrań w swej garderobie niż wszystkie modne sklepy Lizbony dawał przykład elegantom szlacheckim, którzy nosili to co było najmodniejsze w Paryżu . Na ulicy eleganci, z biskupami włącznie i elegantki kazali się wozić w lektykach z zasłoniętymi oknami . Rodzina królewska zastanawiała się nad przeprowadzką do bogatej, dzięki uprawom tytoni i złotu, Brazylii, by stamtąd rządzić zbiedniałą Portugalią, pomysł ten doczeka się realizacji w wieku XIX .

W latach trzydziestych XVIII wieku najłatwiej dostępne złoża zaczynały się wyczerpywać i trzeba było inwestować w dotarcie do tych bardziej wymagających, jednocześnie jednak znaleziono w Brazylii diamenty, ale i te zyski trafiły szybko do obcych rąk – tym razem holenderskiego konsula w Lizbonie . Portugalii wyraźnie brakowało własnej prężnej iż zasobnej klasy kupieckiej, o jej powstanie będzie zabiegał markiz de Pombal w drugiej połowie stulecia.

Jan V nie wykorzystał niestety dostaw brazylijskiego złota dla unowocześnienia zacofanej infrastruktury i gospodarki kraju. Wiele terenów na południe od Tagu zajmowały nieużytki. Kiepsko też działała administracja . Król zdołał jednak stworzyć sobie (dzięki pensjom wypłacanym z brazylijskiego złota), nową niezależną od arystokratów elitę intelektualistów , na której bazował później w swych reformach Pombal. Jan V kazał też zbudować w pałacu królewskim obserwatorium astronomiczne .
Lizbona początku wieku XVIII zalewana była cudzoziemskimi wyrobami. Miasto skupowało nawet zagraniczną używaną odzież, co budziło protesty, gdyż przecież część z niej mogła należeć do gruźlików lub trędowatych. Próby implantacja przemysłu w Portugalii w początkach wieku zwykle się nie udawały. W roku 1718 ambasador portugalski we Francji skłonił znanego producenta luster by otworzył w Portugalii fabrykę szkła. Przedsiębiorstwo szybko jednak splajtowało. Za tosukces odnotowała założona w roku 1732 w Lizbonie na Campo de Santa Clara odlewnia złota kierowaną przez Nicolau Lavanche metalurga z Liege którego sprowadzono do Portugalii ze względu na zamówienie dzwonów do kościoła kompleksu w Mafrze. W roku 1734 powstała w Lizbonie fabryka jedwabiu Francuza Roberta Godin .

Król Jan V założył w 1720 roku Akademię Historii wzorowaną na Akademii Francuskiej Richeuliego. Jej członkowie wypracowywali "Verdadeiro Metodo de Estudar" (właściwą metodę badawczą). Właściwym jej twórcą był filozof Luís António Verney (1713-1792), autor dzieła właśnie o tytule: O Verdadeiro Método de Estudar (1746) . Nauka jednak dalej grzęzła w średniowiecznej scholastyce i abstrakcyjnych, nic nie wnoszących rozważaniach czy komentarzach do Arystotelesa. Dyplomata Jose de Cunha Brochado, stwierdzał, że np. Francuzi widzieli Portugalię jako kraj ludzi ignoranckich i obojętnych na wszystko, nie znających nauki, ani nawet własnej historii czy interesów, w którym to kraju szlachta uważała się za bogów i unikała handlowania, jako zajęcia rzekomo zbyt poniżającego, jeśli ktoś zdradzał pasję naukową , to powszechnie uważany był za „człowieka studiującego, co oznaczało niewiele lepiej niż „wariat” . Intelektualiści w każdej chwili mogli być oskarżeni przez inkwizycję za sprzyjanie żydom, jak Jacub de Castro Sarmento czy Ribeiro Sanchez.

Intelektualistów nazywano często pogardliwie zczudzoziemszczonymi – estrangeirados. Byli to zwykle wrogowie jezuitów, uciekinierzy i dyplomaci, którzy proponowali Bacona i Newtona i eksperyment w miejsce dogmatów i Arystotelesa. W roku 1725 pewien angielski popularyzator wiedzy głosił że ma laboratorium wyposażone w mikroskop, teleskop, barometr itd. Każdy głodny wiedzy lizbończyk mógł się więc czegoś nauczyć, ale nauka oficjalna pozostawała skostniała i nieadekwatna do wymagań rzeczywistości. Do nielicznych geniuszy portugalskich tych czasów należał urodzony w Brazylii Bartolomeu de Gusmão, (1685-1724), duchowny i wynalazca, między innymi pierwszego w dziejach działającego pojazdu powietrznego. Gusmao otrzymał miejsce w założonej w 1720 Academia Real da Historia jako jeden z jej 50 członków.
Generalnie technika była w cenie. Gdy w roku 1776 odsłonięto w Lizbonie ogromny pomnik Józefa I, chwalono metalurga o wiele bardziej niż artystę .

W 1742 roku Jan V podczas posiedzenia rady doznał paraliżu, który do śmierci uniemożliwiał mu realne sprawowanie rządów. Władca wydany był na pastwę medyków i szarlatanów. Zmarł w 1750 roku, przekazując tron najstarszemu synowi, Józefowi. Józef I rządzić nie lubił, wolał polować i oglądać opery. Za radą spowiednika, matki i ministra Luisa da Cunha wyznaczył Sebastião José de Carvalho e Melo (późniejszego markiza de Pombal) na ministra spraw zagranicznych i wojny.
Jeżeli względem polityczno-społecznym pierwsza połowa XVIII stulecia w Portugalii była zdominowana przez wpływy Kościoła Katolickiego (W 1748 papież Benedykt XIV nadał Janowi V i jego następcom tytuł Najwierniejszego Króla), to druga związana jest z quasi-dyktaturą markiza de Pombal (niedługo po 1750 roku Carvalho e Melo wydalił jezuickiego „wizjonera” o. Malagridę – do którego jeszcze wrócimy - z dworu). Przed trzęsieniem ziemi (1755) Lizbona znajdowała się w niemal karykaturalnie silnych objęciach Koscioła. W 1750 roku było w Lizbonie 40 klasztorów, z tego 30 nie wykonujących żadnych usług edukacyjnych czy szpitalnych. Za brazylijskie srebro zbudowano wiele nowych obiektów sakralnych takich jak klasztor Mafra ukończony w 1730 roku i budowany przez ponad 50.000 ludzi, a nigdy właściwie nie używany, czy kościół Santa Engracia, obok takich budowli jak np. akwedukt wód źródlanych. Zespół pałacowo-klasztorny w Mafrze miał być portugalskim odpowiednikiem pałacu Escorial pod Madrytem. Mafra zdecydowanie kontrastowała swa wspaniałością ze zbiedniałą okolica, w której stanęła . Voltaire szydził, że król V chce chyba mieć siostry zakonne jako metresy, skoro wybudował im tak wspaniały „harem” . Budowę zakończono dopiero w roku 1750, ale już w 1730 król zażądał, by bazylikę poświecono dokładnie w dniu jego urodzin. By zdążyć na czas z jej wykończeniem trzeba było chwytać wszystkich zdolnych do pracy mężczyzn w całym kraju i powiązanych sznurami przysłać do Mafry. Zebrano 45000 mężczyzn, co wymagało 7000 kołnierzy do nadzoru, z wyjątkiem kamienia wszystkie materiały pochodziły z zagranicy . Mimo wielkiej pobożności Jan V nie ustrzegł się konfliktów z Watykanem żądając ze strony tego ostatniego zbyt wielu przywilejów i przejawiając tendencje gallikańskie (tj. dążenia do stworzenia kościoła narodowego) .

Skrajna bieda sąsiadowała z olbrzymim bogactwem, ponieważ miasto rozrastało się dzięki robotnikom wznoszącym monumentalne konstrukcje, tak, ze ok. 1730 Lizbona miała już ok. 185.000 mieszkańców, ale po wykonaniu prac budowlanych stolica była zalana biedakami bez zajęcia. Cudzoziemcy opisywali ówczesną Lizbonę jako miasto brudne i nieeuropejskie. Najlepszym objawem zacofania Portugalii na tle reszty Europy może być to, że w XVIII wieku, nie było żadnej przejezdnej drogi miedzy Lizboną a Porto. W 300-kilometrową podroż wyruszano całymi karawanami wioząc zapasowe koła, namioty, żywność, drewniane belki które przywiązywano do powozów by przekroczyć nimi rzekę i oczywiście w asyście zbrojnej przeciw licznym na szlaku bandytom – słowem wygladało to jak amerykański dziki zachód w XIX wieku.
Ministrowie Jana V byli zwykle ultrakatolikami, a nierzadko dostojnikami kościelnymi jak kardynał João da Mota e Silva (1685-1747), pierwszy minister w latach: 1736-1747, następca na tym stanowisku ministra Diogo de Mendonça Corte Real (1658-1736), negocjatora pokoju utrechckiego. Inkwizycja nadal działała, choć nie tak demonstracyjnie jak dawniej. Pomiędzy 1534 a 1684 rokiem co najmniej 1379 osób spłonęło na stosach inkwizycji , dopiero pod koniec wieku XVII wieku procesy stały się rzadkie, ale jeszcze w 1739 roku padł jej ofiarą wielki komediopisarz Antonio Jose da Silva (1705-1739) zwany „O Judeu” – „żyd”, którego satyry nie spodobały się na dworze Jana V . Rodzice pisarza, przechrzczeni Żydzi (marranos) João Mendes da Silva i Lourença Coutinho, wyjechali do Brazylii by uniknąć prześladowań ze strony inkwizycji, lecz od 1702 roku prześladowano ich także w Rio. Lourença Coutinho została w październiku 1712 roku wysłana do Portugalii na proces inkwizycyjny. Jej rodzina pojechała z nią. W aktach auto-da-fé z 9 lipca 1713 roku widac, że Lourença Coutinho była torturowana i wypuszczona. Ojciec przyszłego pisarza założył kancelarię adwokacką, tak, że było go stać na wysłanie syna na studia prawnicze na uniwersytet w Coimbrze. 8 sierpnia 1726 roku Antonio Jose da Silva został nagle zaaresztowany razem z matką. Pierwsze przesłuchanie 21-letniego Antonia zaczęło się 16 sierpnia, a 23 września poddano go torturom. Oprawcy tak go wycieńczyli, że jeszcze trzy tygodnie potem nie był w stanie się podpisać. Na torturach przyznał się, ze praktykował prawo żydowskie – halacha, co uratowało mu życie, dlatego przeszedł bezpiecznie przez auto-da-fé wykonane 23 października w obecności Jana V i dworu. De Silva przyznał do “błędów” I został puszczony wolno. Jego matka również była torturowana, I wypuszczono ja dopiero w październiku 1729, po 3 letnim uwięzieniu. António wrócił do Coimbry, i po zakończeniu kursu (1728/1729) powrócił do Lizbony by zostać wspólnikiem w firmie prawniczej ojca. Dostrzegł wówczas, że kraj jest rządzony przez króla-fanatyka, który wydaje miliony na budowle nie przynoszące zysku, za to nie dba zupełnie o infrastrukturę, jednak musiał swą krytykę formułować bardzo ostrożnie. Pierwszą sztukę wystawił w 1733 roku, a w jeszcze w 1728 roku poślubił kuzynkę, Leonorę Marię de Carvalho, której rodzice zostali spaleni przez inkwizycję, a ona sama przeszła procedurę auto-da-fé w Hiszpanii i została wygnana z tego kraju ze względu na swoje wyznanie. W 1734 urodziła się im córka, lecz 5 października 1737 roku oboje zostali aresztowani za propagowanie judaizmu – wydał ich niewolnik-służący. Choć dowody przeciw nim zgromadzone były nierozstrzygające, trywialne i sprzeczne, a kilkoro ich przyjaciół poświadczyło ich wielką katolickość i pobożność, António został skazany na śmierć. Ponieważ wyraził życzenie by umrzeć w religii katolickiej, został uduszony przed spaleniem 18 października 1739 roku. Gdyby nie cenzura królewska, inkwizycyjna i procesy, ten wybitny dramaturg mógłby uniezależnić teatr portugalski od zapożyczeń zewnętrznych .

W największe święto roku – Corpus Christi – kiedy potwornie brudne ulice, wreszcie czyszczono, tak aby kobiety w ich długich sukniach mogły wreszcie wyjść z domów, modne towarzystwo szło zobaczyć króla, królową i kardynała przejeżdżającego miasto konno, coroczne pokazowe procesy inkwizycyjne w kościele Św. Wincentego były nie mniej spektakularne. Procesy te stanowiły potwierdzenie przewagi Kościoła nad państwem .

Minister-reformator Józefa I, kolejnego władcy Józefa I (pan. 1750-1777), Sebastião José de Carvalho e Melo, późniejszy (od 1770 roku) markiz de Pombal urodził się 13 maja 1699 roku w Lizbonie dość zamożnej szlacheckiej, ale nie arystokratycznej rodzinie, która posiadała majątki ziemskie w rejonie Leirii w środkowej Portugalii, (od leżącego tam miasta Pombal pochodził późniejszy tytuł arystokratyczny ministra). Studiował na uniwersytecie w Coimbrze i odbył służbę w wojsku. W latach trzydziestych Sebastião José de Carvalho e Melo rozpoczął karierę w dyplomacji portugalskiej (ambasada w Londynie i – od 1745 roku - Wiedniu) w roku 1738. Królowa Maria Anna Josefa Austriacka, lubiła go, i kiedy ten owdowiał, zaaranżowała jego małżeństwo z córką austriackiego feldmarszałka Leopold Josef, hrabiego von Daun. Jan V jednak nie był zadowolony z kariery urzędnika, któremu nie ufał, i ściągnął de Carvalho z powrotem do Portugalii w roku 1749. W 1750 roku Jan V zmarł, a na tron wstąpił Józef I, który, w przeciwieństwie do ojca, bardzo cenił dyplomatę i z aprobatą królowej matki, uczynił go ministrem spraw zagranicznych, a w 1755 roku pierwszym ministrem. Pombal przejdzie do historii jako postępowy minister, który był pod wrażeniem sukcesów brytyjskiej ekonomii i zniósł niewolnictwo w Portugalii i Brazylii (motywem emancypacji wszystkich murzynów w Brazylii i Portugalii był jednak nie tyle humanitaryzm co masowe sprowadzanie czarnych przez arystokrację, która czyniła z nich służbę domową ), zreformował edukację i zakończył prześladowania nie-katolików (zwł. Angielskich „heretyckich” kupców osiadłych w Porto i Vila Nova de Gaia, którzy byli odtąd chętnie widziani, a nie tylko tolerowani) . Pombal reprezentował klasę niżej urodzonych szlachciców i zasobnych mieszczan zwieszoną miedzy mieszczaństwem a arystokracją, na podobieństwo francuskiej noblesse de robe . Za Jana V, klasa ta nie była dopuszczona do polityki, Pombal i jemu podobni chcieli stworzenia prężnej portugalskiej klasy kupieckiej, zdolnej konkurować z brytyjską. By cel ten osiągnąć minister podzielił konserwatywną arystokrację, dając fawory i stanowiska jednym i brutalnie niszcząc drugich .
Reformy te były konieczne, bowiem na tle oświeconej Europy, Portugalia była powszechnie uważana za jeden z najbardziej zacofanych krajów kontynentu – w liczącym wówczas około 3 miliony mieszkańców królestwie naliczono ponad 200 tysięcy zakonników i zakonnic, zamieszkałych w 538 klasztorach (spis powszechny z roku 1750). Kraj był częstym obiektem kpin ze strony myślicieli i pisarzy epoki. Voltaire pisał w swoim, opublikowanym w 1759 roku, "Kandydzie":

„...Po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło trzy czwarte Lizbony, mędrcy owej krainy nie znaleźli skuteczniejszego środka przeciw całkowitej ruinie, jak dać ludowi piękne auto-da-fé. Uniwersytet w Coimbrze orzekł, iż widowisko kilku osób spalonych uroczyście na wolnym ogniu jest niezawodnym sekretem przeciwko trzęsieniu ziemi....”.


Ponieważ jezuici mieli w ręku zdecydowaną większość szkół w Portugalii (o bogactwach materialnych zakonu krążyły legendy). i liczne misje w Brazylii, a tymczasem Melo w trakcie swojego pobytu w Anglii i Austrii zetknął się z wieloma osobami takimi jak Gerard van Swieten, krytycznie nastawionymi do wpływu, jaki wywierał kler na społeczeństwo, naukę i niektórych ówczesnych władców, jako pierwszy minister zwalczał jezuitów propagandowo (pomagali w tym oratorianie, bardziej innowacyjni jako nauczyciele niż jezuici ) , aż w końcu 17 grudnia 1759 roku wydalił ich z kraju . Po ich wyjeździe, minister założył, za brazylijskie srebro, którego złoża odkryto na początku XVIII wieku w Brazylii sieć szkół podstawowych i średnich, omijających metafizykę, na rzecz matematyki i nauk przyrodniczych.

1 listopada 1755 roku, w dzień Wszystkich Świętych Lizbona padła ofiarą trzęsienia ziemi o sile 9 w skali Richtera. Miało to miejsce o godzinie 9.40, gdy większość mieszkańców Lizbony uczestniczyła w porannej mszy. W ciągu 10 minut nastąpiły trzy najsilniejsze wstrząsy, a wywołane przez nie fala tsunami zalała wybrzeże, gdzie wielu schroniło się po ucieczce z centrum. Zniszczeniu uległo ok. 85% zabudowy miasta. Ocalała jedynie stara, arabska dzielnica Alfama i część dzielnic Ajuda i Belém (generalnie dzielnice najstarsze: Alfama, Mouraria, Madre de Deus, Xabregas i najnowsze: Jesus, Rato, Mocambo, S. Jose, S. Sebastiao de Pedeira, Arroios ucierpiały niewiele, za to centrum właściwe legło w gruzach ). Spośród ok. 200 000 mieszkańców zginęło ok. 30.000-60 000 osób . W centrum Lizbony ziemia pękała tworząc rozstępy dochodzące do 5 metrów szerokości. Wielu było przekonanych, ze jest to koniec świata . Widząc to zjawisko wielu ocalałych szukało ucieczki w pobliżu portu, obserwując cofanie się wody i odsłonięcie dna morskiego, wypełnionego wrakami zatopionych statków i straconych ładunków. Kilkadziesiąt minut później nadeszła fala o wysokości ok. 20 metrów i zalała port wraz z całym centrum Lizbony.

Do budynków jakie zniszczyło trzęsienie ziemi należał pałac królewski (z biblioteką zawierającą 70.000 woluminów, w tym wiele przełomowych dzieł oceanograficznych i licznymi dziełami sztuki) Ribeira ukończony w 1511 roku. Józef I miał szczęście, że w dniu trzęsienia ziemi nie było go w pałacu (byli na mszy w podmiejskim Belém, gdyż księżniczka miała ochotę spędzić dzień Wszystkich Świętych poza miastem.), który został kompletnie zniszczony. Władca uważał to za znak, ze Bóg nad nim czuwa . Rodzina królewska przeniosła się więc do pałaców w dzielnicach Ajuda i Belém. W efekcie katastrofy król nabawił się fobii przebywania w zamkniętym pomieszczeniu i resztę życia spędził mieszkając w luksusowych konstrukcjach namiotowych. Trzęsienie zniszczyło największe kościoły Lizbony i klasztor Do Carmo w centrum miasta (ruiny, pozostawiono jako wspomnienie kataklizmu).

Trzęsienie ziemi zniszczyło większą część południowego wybrzeża aż do Algarve. Na obszarze niedotkniętym przez morze szalały przez ok. 5 dni setki pożarów. Jego siła była tak wielka, że odczuwali je również mieszkańcy dalekiej Wenecji, co w swych pamiętnikach odnotował Giacomo Casanova. Fale tsunami pojawiły się w całej Europie i na północy Afryki (w Maroko zginęło tego dnia co najmniej 10.000 osób).
Katastrofa wstrząsnęła Europą. Dla Voltaire’a, który napisał: Poème sur le désastre de Lisbonne i wielu katastrofa znaczyła potwierdzenie słuszności deizmu – tj. przekonania, że bóg nie ingeruje w życie ludzkie, bowiem tylko tak może pozostać dobrym. Fakt wystąpienia trzęsienia ziemi w Lizbonie i zniszczenia wielu ważnych obiektów sakralnych, właśnie w dzień świąteczny wzbudził wiele zainteresowania kwestiami polityki Kościoła w całej Europie. Z punktu widzenia przeciętnego XVIII-wiecznego katolika, mieszkańca Europy, było to bardzo trudne do zrozumienia, szokujące zrządzenie nadprzyrodzone. Listopadowa Gazeta de Lisboa pisała, że tragiczny dzień pozostanie na wieki w pamięci tych, którzy przeżyli. Jeśli chodzi o wpływ na umysły europejskie, trzęsienie 1755 roku, porównuje się z holocaustem. Nie wszyscy traktowali sprawę śmiertelnie poważnie. Ambasador Francji w Lizbonie (w l. 1752-1759), François, hrabia de Baschy, de Saint-Estève et du Cayla, który nie stracił w katastrofie żadnych sprzętów ani służby, rozśmieszał madame Pompadour opowiadając o szczegółach śmierci hrabiego Peralady . W europejskich salonach porównywano mieszkańców „gostyko-orientalnej” Lizbony do hebrajczyków przekraczających Morze Czerwone. Szwedzki „Mercure” donosił, naginając nieco fakty, o zwaleniu się gmachu Inkwizycji, które uratowało pewnego kalwinistę od stosu . W Hadze ukazała się w 1756 roku praca: Discours politique sur les avanntages qeu la Portugal pourrait tirer de son malheur, której autor-anglofob doradzał Portugalii, wykorzystać katastrofę, dla unieważnieniu sojuszu z Londynem, co nie było zbyt fair, zwarzywszy na to, że Brytyjczycy przysłali do zniszczonej Lizbony wielka flotę z pieniędzmi i ryżem, mąką warzywami i narzędziami, podczas gdy np. Francja zadowoliła się tylko deklaracją typu: „jeśli byście czegoś potrzebowali, dajcie znać” . Finanse brytyjskie były bardzo zaangażowane w Portugalii i czułe na zmiany rynku. Giełda londyńska notowała wzrost cen złota, gdy tylko brazylijska flota z kruszcem nieco się spóźniała, a po trzęsieniu ziemi, londyńska City splajtowała . Brytyjskie koła arystokratyczne i kupieckie rozmawiały ile kto stracił w English Factory, a Goethe wspominał, że katastrofa lizbońska wznieciła w Niemczech „demona strachu”, podważając wiarę wielu osób .

Sebastião de Melo miał duże szczęście, że był poza stolicą. Przebywał bowiem w swym domu na sielskiej reu Formosa. Wstrząsy rozlały ponoć stojącą na jego biurku herbatę, po czym zrobiły się tak silne, że waletowi ministra ze strachu zbytnio trzęsły się ręce, i Pombal musiał wiec sam ułożyć swoją perukę . Dotarłszy do centrum, minister natychmiast zaczął działać, wygłaszając słynne zdanie na pytanie: „Co teraz?”: „Pochowamy martwych i nakarmimy żywych” - E agora? Enterram-se os mortos e alimentam-se os vivos"). Chodziło o to by uniknąć epidemii, której wybuchowi sprzyjałyby rozkładające się ciała. Ponieważ nie było wiadomo, kto z leżących na ziemi ofiar, jeszcze oddycha, Pombal kazał posypać wapnem wszystkich. Nie liczono ofiar, bo bano się, że rozgniewa to boga . Straty szacowano na 2284 miliony francuskich liwrów .

Minister był niezmordowany; objechał swym powozem cale zrujnowane miasto. Widziano jak miał przypalona perukę i zakurzony surdut. Nic nie jadł przez całą dobę, poza bulionem, na którego spożycie nalegała żona. Przestraszony król (Pombal z trudem przekonał króla by pozostał w Belem, a nie uciekał do Coimbry ) dał mu wolą rękę na wszelkie potrzebne działania, samemu myśląc jedynie o modleniu się. Wiekowy minister Pedro da Mota e Silva zgłupiał i zachorzał - 3 medyków krzątało się wokół niego, a Diogo Mendonça gdzieś znikł.

Wieczorem po katastrofie, żołnierze zorganizowali biwaki dla siebie i mieszkańców, by mogli się ogrzać przy ognisku i posilić. Statki mogły cumować w porcie dopiero następnego dnia rano (dotąd pływały w kółko, by uniknąć losu wyrzuconych na brzeg przez tsunami) Wielu jednak wolało okraść ogrodników, lub uchodzić z „przeklętego miasta”. Podczas wielotysięcznego exodusu kantyczki przeplatały się z przekleństwami. Wszystkie klasy społeczne się zmieszały. Wszyscy byli brudni od sadzy. Kobiety z bogatych rodzin miały zbyt delikatne stopy i szybko musiały przerwać marsz (nigdy tak daleko nie szły), by przysiąść nieco na przydrożnych kamieniach i odpocząć. Tą samą kolumną szli uciekinierzy z rozbitych więzień, włóczędzy, zbiegli murzyni, wojskowi maruderzy. Z tych trzech ostatnich grup minister stworzył (regimenty z prowincji zatrzymywały falę ludzką) łańcuch do walki z ogniem trawiącym zniszczone miasto . Kardynał obwiniał kler za „zepsucie” i ściągniecie gniewu bożego i zawracał głowę zajętemu ministrowi, który taktownie dął zdenerwowanemu duchownemu się wygadać. Dopiero głód kazał tłumowi uciekinierów zawrócić, w panice nie wzięli ze sobą bowiem żadnej żywności. Gdy powrócili i nakarmiono ich zapasami z magazynów, panika uległa zmniejszeniu. Mnisi robili opatrunki, lekarze, a za nimi grabarze oglądali ciała. Przeszukiwano statki w poszukiwaniu jadła. Jeśli coś znaleziono – kierowano do magazynów i do ludzi koczujących wśród ruin . Wyłapywano prostytutki, dziwki, włóczęgów, dezerterów, niewolników, więźniów, galerników, i kolporterów horoskopów. Wśród ruin było to nawet prostsze niż ongiś w stojącym mieście. Nieporadny Diogo de Mendonça nie odzyskał już nigdy swej pozycji, a jeden z faworytów króla, Antonio de Costa Freire, który ewakuował się do Santarem dostał rozkaz pozostania tam do śmierci, „aby uniknąć aktów przemocy” .

Jezuita o. Malagrida opowiadał wśród tłumów, że nastał czas gniewu boga i skruchy, wzbudzając panikę. By przeciwdziałać tej propagandzie, Pombal postarał się, by każdy wiedział, że fala tsunami uderzyła nie tylko w „prawowierną” Portugalię, ale i w Skandynawie i Nowa Anglię (heretyków), oraz w Maroko (muzułmanów). Kilku aktywniejszych kaznodziejów dyskretnie wysłano do Angoli. Był to więc typowy konflikt między informacją i oświeceniem a bezmyślnością i fanatyzmem.
Gdy Malagrida wydał broszurę, oskarżając „grzesznych” lizbończyków za katastrofę, Sebastião de Carvalho e Melo, kazał interweniować nuncjuszowi (najpierw prosił o interwencję prymasa Portugalii, lecz ten odpowiedział – ku wzburzeniu ministra – panegirykiem na cześć jezuity), który wysłał Malagridę do Setubal po drugiej stronie Tagu. Trzeba tu zaznaczyć, że sam Pombal również był bardzo pobożny, ale nada wszystko bał się fanatyzmu religijnego . Dopiero 17 listopada (po 2 tygodniach) do miasta kult powrócił kult religijny. W całym mieście Inkwizycja starała się uniemożliwić skazańcom ucieczkę ze zniszczonych więzień. Tych, który czekali na przesłuchanie, przywiązano do mułów i wysłano do aresztów w Coimbrze. Bogacze ładowali swój dobytek na statki, cudzoziemcy tłoczyli się w ogrodach i ogrodach położonej na wzgórzu dzielnicy ambasad, które kataklizm oszczędził. Kramarze przeszukiwali swe zniszczone domy w poszukiwaniu pieniędzy i resztek nadającego się do czegokolwiek towaru, inni szukali w gruzach ulubionych posążków i religijnych obrazków .

Zabroniono odbudowy budynków, zanim ogłosi się plan ogólny. Plan ten nosi datę 12 czerwca 1758 roku . Kto nie miał środków by odbudować swoje domy w ciągu 5 lat, wg planu tracił własność na rzecz tego, kto mógł kupić działkę. Częstokroć zrujnowana szlachta musiała ustąpić pola zamożnym kupcom. W roku 1763 stało już wiele gotowych domów, ale stały one puste, a lizbończycy przyzwyczaili się tymczasem do życia w barakach.

Miasto odbudowano według planów markiza de Pombal, stąd dolne miasto stało się potem znane jako Baixa Pombalina. Stanęły w niej zupełnie nowe budynki. Sebastião de Melo kazał wznieść zupełnie nową klasycystyczną dzielnicę Baixa (dosł. Dolna, z uwagi na położenie w przylegającej do Tagu kotlinie) stanowi prawdopodobnie pierwszy w historii przykład zastosowania rozwiązań architektonicznych odpornych na trzęsienia ziemi. Wszystkie nowo wybudowane kamienice były (najpierw w formie modeli z drewna) poddawane testom maszerującego dookoła nich wojska. Klasycystyczny rozmach przedsięwzięcia (uderza troska o jednolitość – nawet doniczek zakazano stawiać w oknach, by nie zakłócały ogólnego wrażenia harmonii ), szerokie prostopadłe ulice wykładane mozaikami budziły w zrujnowanym kraju podziw i uznanie. Jednocześnie tradycyjnym, obfitującym w detale płytkom azulejos (te osiemnastowieczne były zwykle niebiesko-białe) przeciwstawiono proste, geometryczne flizy określane później jako pombalińskie , a ulicom nadano nazwy poszczególnych cechów rzemieślniczych. W owym czasie ktoś spytał De Melo: "Na co komu tak szerokie ulice?". W odpowiedzi usłyszał: "Pewnego dnia okażą się za wąskie" - Um dia elas serão pequenas. Pombal uważany jest za jednego z pionierów sejsmologii dzięki nakazaniu gubernatorom w 1756 sporządzania corocznych raportów o stanie zabezpieczeń przed trzęsieniami i rozpisaniu ankiety dotyczącej trzęsienia ziemi, w której zapytywano ludność jak długo trwało trzęsienie, ile razy powracało, jakie straty spowodowało, jak reagowały zwierzęta i co się stało ze studniami? Odpowiedzi zdeponowano w archiwum Torre do Tombo. Również, w Anglii, Royal Society, zainteresowało się poważnie sejsmologią .

W przeciągu niecałego roku większość zniszczeń wywołanych przez kataklizm została odbudowana, a Melo za swoje zachowanie zyskał ogromną aprobatę społeczeństwa. Jego imieniem nazwano jeden z głównych placów Lizbony. Tuż po katastrofie 1755 roku, niektórzy doradzali pierwszemu ministrowi, by przenieść stolicę do innego miasta, ten jednak odmówił. Wielka Brytania, Hiszpania i niemiecka Hanza pospieszyły z pomocą finansową zburzonemu miastu. Przydało się też srebro brazylijskie. Większość szlachty i arystokracji schroniła się w swoich dobrach na obrzeżach Lizbony, gdy Eugénio dos Santos i Carlos Mardel nakreślili projekt odbudowy dzielnic. Nowością były szerokie, prostopadłe ulice, umożliwiające lepsze oświetlenie, wentylacje patrolowanie przez siły porządkowe i skuteczniejszą walkę z ewentualnym pożarem. Budynki oparte zostały na drewnianym elastycznym szkielecie wbudowanym w fundamenty. Wszystkie budynki miały odrębne murowane. Ustandaryzowane zostały rozmiary i wgląd fasad, okien, drzwi i ozdobnych płytek, by umożliwić masową produkcję tych elementów. W nowych budynkach ulokowano m.in. biura trybunałów, ministerstw, Arsenal da Marinha, i izby celnej. Urbaniści skupieni w komisji zwanej Casa do Rosco, chcieli by nowe domy mogły powstawać w drodze produkcji seryjnej i masowej i być wnoszone w zaledwie 3-4 dni. Po tych 3-4 dniach budynek miał być już zamieszkalny. Mury były elastyczne, ale cienkie i lekkie, wiec słabo chroniły przed zimnem w czasie zimy – nawet Anglicy narzekali. Ulice domów nowej Baixa przyznano według klucza zawodowego; jedna dla finansistów i właścicieli kantorów wymiany, druga dla złotników, trzecia dla handlarzy suknem i rzemieślników je wyrabiających, kolejne dla: szewców, producentów pościeli i kurierów .

Po 1755 roku arystokraci znienawidzili ministra jeszcze bardziej, za to, że król po katastrofie dał mu więcej władzy. Gorzkie kłótnie z bogatą wpływową arystokracją stawały się coraz częstsze. Tzw. junta de providencia zrzeszała niezadowolonych arystokratów, chcących upadku Pombala. Należeli do niej: ks. De Lafoes, ks. Aveiro, markiz Marialva, markiz d’Angeja, hr. Sao Lourenzo. Tymczasem włoscy kapucyni: brat Clemente i brat Illuminato próbowali zrazić króla do Pombala, za co skończyli w lochach Junqueira . Gdy minister Mendonça, który „wykazał się” taką nieudolnością podczas katastrofy, został aresztowany podczas obiadu, który wydał dla korpusu dyplomatycznego i otrzymał dostaje 3 godziny na wyniesienie się z Lizbony, ks. Lafoes wolał na wszelki udać się w długą podroż zagraniczną.

3 września 1758 roku Józef I został ranny w zamachu. Członkowie rodu Távora i książę Aveiro jako zamieszani w spisek, zostali straceni po krótkim procesie (na prośbę królowej oszczędzono większość dzieci i wnuków), wraz z jezuickim spowiednikiem Leonory Távora, Gabrielem Malagridą. Sprzyjających tym konserwatywnym rodom i kwestionującym politykę Korony oraz budującym własne quasi-państwo w Paragwaju, Jezuitów (było ich w kraju 861) wyrzucono jeszcze we wrześniu z kraju . (Melo wykorzystał chwilę słabości Benedykta XIV i wakat po jego śmierci), a ich dobra uległy konfiskacie . José Mascarenhasa, księcia Aveiro i innych torturowano i stracono 12 stycznia 1759 roku na polu koło Lizbony, w obecności króla i wzburzonych i zaniepokojonych dworzan. Pałac rodu Távora w Belém został zburzony, a ziemie posypana solą - Terreiro Salgado - "słona ziemia" (chodziło o to by nic już na niej nie rosło, ani niczego nie budowano). Zakazywano używania ich herbu. Na „słonej ziemi” stanął „kamień wstydu” rodziny i ks. Aveiro. Kamień ten, jako pozbawiony sakralnych znaków czy posążków, był – zgodnie z intencją króla i jego pierwszego ministra – obsikiwany przez mieszkańców. Gabriel Malagrida został spalony na stosie przed gmachem Inkwizycji dwa lata później, 20 września 1761 roku (wyrok zapadł już 12 stycznia), dwa lata po delegalizacji zakonu jezuitów. Jezuici cudzoziemcy trwafili do twierdzy w Belem, w tym samym czasie co rodzina Tavora, powiazana z nimi politycznie . Rodzina Alorna i córki ks. Aveiro skazano na dożywotnie zamkniecie w kilku klasztorach. Możliwe, że rodziny jednak były niewinne, ponieważ tuż po zamachu nie próbowały ucieczki, jest to jednak tylko spekulacja. Po wyrzuceniu jezuitów, przez trzy dni rozbrzmiewały radosne Te Deum we wszystkich niemal kościołach Lizbony. Voltaire cieszył się również, uważał, ze jeśli jezuitów wyrzucono, to fanatyzm religijny zostanie w końcu zwalczony: Eux detruits , nous vaincrons l’infame. Przykłąd Portugalski naśladowały Francja i Hiszpania. Jezuitów nie znosili władcy, filozofowie i inne zakony (zwł. Dominikanie), każdy z innych powodów. To, że nuncjusz Acciaioli nie ozdobił nuncjatury w dzien. Zaślubin następcy tronu Piotra (młodszego syna Jana V i młodszego brata Józefa I) z Maria, wnuczka króla Hiszpanii Filipa V, wykorzystano jako pretekst by wyrzucić go z Portugalii.
Te wszystkie rozgrywki wewnętrzne niestety podkopały pozycje kraju na arenie międzynarodowej. Relacje dyplomatyczne z Państwem Kościelnym przywrócono dopiero 1770 roku. Tak Melo pokonał przeciwników i został w 1759 uczyniony hrabią Oeiras, a w 1770 markizem Pombal.

Dzięki reformom Pombala, miasto, z pogardzanego w całej Europie, stało się znane z bogactwa i czystości i jednym z najbardziej zamożnych i kosmopolitycznych. Inkwizycja została zniesiona i cristãos-novos („nowi chrześcijanie” – tj. potomkowie przymusowo przechrzczonych Arabów) odetchnęli z ulgą. Administracja otworzyła się na wybitniejsze jednostki z wykształconej liberalnej klasy średniej, zniesiono bowiem dotychczasowy monopol arystokracji "czystej krwi". W całym kraju zniesiono kłopotliwe i utrudniające handel cła wewnętrzne. Markiz de Pombal często dostawał pożyczki i darowizny od kupców lizbońskich uradowanych jego reformami.

Reformy pombalińskie, według niektórych historyków, zawierają w sobie pewną sprzeczność; z jednej strony były postępowe, z drugiej jednak były wprowadzane metodą odgórną, autokratyczną a nawet quasi-dyktatorską. Według Kennetha Maxwella Pombal nie szanował wystarczająco osobistej indywidualnej wolności poddanych , jednak, jak zauważa to Pombal wprowadził w 1774 roku prawo swobodnego przemieszczania się po kraju . Józef I przez całe swe panowanie ani razu nie zwołał kortezów, ale dał poddanym wytchnienie od tyranii katolicyzmu i Kościoła. Rządy Pombala były dyktatorskie (oświecony despotyzm uwalniał króla od podległości prawom naturalnym i prawom królestwa ), a nie liberalne, ale była to dyktatura oświecona. Odebrano wprawdzie cenzurę inkwizycji i a w 1769 zakazano „wszelkich sofistycznych roztrząsań i wszelkich wymyślnych metafizyk”, ale nadal stosowano w niej kryterium religijno-etyczne. Również w 1769 roku wprowadzono sądzenie na podstawie tzw. „prawa słusznej racji” mającego wiele wspólnego z racją stanu .
Powstały nowe służby: junta handlowa, skarb królewski, junta ds. edukacji. Zakazano stosowania prawa rzymskiego i kanonicznego Trybunał królewski miał wszystko rozsadzać, jego sędziów mianował król. Postanowiono, że dzieci niewolników rodzą się wolne, by szlachta nie zatrudniała ich masowo jako służących. Powstawały kompanie handlowe, którym przyznawano monopole (zaprzeczenie wolnego rynku – kwintesencja merkantylizmu); Azjatycka – 1753, Parany i Maranhao – 1755, wielorybniczą - 1756, Pernambuco i Peraiby – 1759. Od roku 1770 Morgadios – majoraty , tj. majątki ziemskie mogli odtąd tworzyć również mieszczanie , zadbano tez o podniesienie prestiżu zawodu kupca. Inwestowano w przemysł. W 1788 roku było w Portugalii 425 zakładów produkcji, w tym nielicznych wielkich zakładów takich jak Królewska Fabryka Jedwabiu, która w 1776 roku zatrudniała ponad 3500 robotników i wielu oficyn rzemieślniczych, jednak nie było ani jednej maszyny parowej.

Na podstawie ustawy z roku 1759 tworzono podstawowe szkoły gramatyczne w każdej stolicy comarca czyli okręgu administracyjnym o randze mniej-więcej powiatu. W roku 1772 powstał nowy zawód – nauczyciela czytania i pisania. Pombal stworzył też ok. 700 typowych etatów nauczycielskich. Zakazano studiowania skryptów i tłumaczono zagraniczne książki, w prawie zaś zalecano nowoczesna metodę historyczną, co wywołało renesans historiografii . Klemens XIV podziwiał Pombala (nazywał go: grande uomo), Voltaire zaś krytykował go, nazywając egzekucję ks. Malagridy „aktem śmiesznej i groteskowej dzikości ”. Pombal nie był typowym obrońcą wolności nawet w słowach, cenił posłuszeństwo i uważał, że tyle jest wolności w społeczeństwie ile trzeba. Jego celem było raczej uświęcenie władzy państwowej a nie wolność, był to więc postępowy despotyzm, który zwalczał zarówno autorów, którzy źle pisali o inkwizycji, jak i szlachecki neofeudalizm rozwijający się w latach 1669-1692 .
Reformy jednak nie zmieniły wszystkiego. Czytano na dworze czasem Voltaire’a i Rousseau i kupowano paryskie karety . W rodzinach arystokratycznych panowały silne więzi generacyjne, tj. wszystko było podporządkowane tyranii ojców i religii. Mimo zerwania z Rzymem, po wyrzuceniu jezuitów, uporczywie nadal podkreślano katolicyzm portugalski, hołubiąc patrona kraju Franciszka Borgię . Brat wszechwładnego ministra, Paulo Carvahlo e Mendoça – brat ministra prezydował świętemu oficjum, był tak emocjonalnie przywiązany do inkwizycji, że nazywał ją: „JKM Inkwizycją”. Ministrowie mieszkali w drewnianym baraku, podobnym do pawilonu władcy, przez cały tydzień byli pozbawieni luksusów. W ziemie musieli pracować w płaszczach. Ponieważ brakowało mebli, czasem musieli pisać dosłownie na kolanie .

Markiz de Pombal dążył do przełamania monopolu szlachty we wszystkich dziedzinach. Pozwolił mieszczanom (nawet skromnym sklepikarzom) nosić szpadę w każdą niedzielę, co do tej pory było zarezerwowane dla szlachty. Rektorzy uniwersytetu otrzymali prawo zasiadania na parterze podczas przedstawień operowych, co również do tej pory było zarezerwowane dla szlachty. Minister nie wstydził się przyjmować na audiencji kupca, każąc tym samym czekać jakiemuś fidalgo – drobnemu szlachetce, bo ten pierwszy musiał być jego zdaniem bardziej zajęty. To wyrównywanie było zrozumiałe; większość szlachty była bankrutami, kupcy zaś prosperowali doskonale .
Duchowieństwo było zgrupowane stanowo, tak samo jak ludzie świeccy. Bikupi przejadali 1/3 dochodu Kościoła, za to skromni diakoni korzystali nagminnie z usług prostytutek, ku wściekłości Rzymu. Moralność kleru była bardzo niska, co miało swoje znaczenie, ponieważ w latach sześćdziesiątych XVIII wieku 1/6 lizbończyków i 1/10 Portugalczyków był duchownymi. Wielu pracowało w świeckich zawodach; uczyło, było urzędnikami lub uprawiało sztuki, co powodowało, ze duchowni i świeccy bynajmniej nie stanowili dwu odrębnych światów . Lenistwo mnichów stanowiło popularny temat rozmów, choć niekoniecznie stereotyp ten odpowiadał rzeczywistości .

Cenzura w Portugalii tradycyjnie podlegała Inkwizycji. Od 1624 roku, aż do początków XVIII wieku zakazywano publikowania opracowań pewnej grupy tematów w książkach o Biblii, filozofii, teologii, okultyzmie i literaturze i nauce. Dekret z 29 kwietnia 1729 uwolnił jednak z jakichkolwiek ograniczeń autorów pracujących dla Królewskiej Akademii Historii. Był to początek końca inkwizycji i jej cenzorów. Pombal uprościł procedurę pracy cenzorów tworząc w 1768 roku Real Mesa Censória, radę cenzury, stawiając na jej czele lingwistę i pisarza Manuela do Cenáculo, tego samego, który zainspirował pomysł narodowej biblioteki portugalskiej. Cenzorzy mieli odtąd zwalczać głównie publikacje antyrządowe, jezuickie i masońskie, a także te o treści mocno antyreligijnej, pornograficznej, czy propagujące zabobony (np. astrologiczne) , widząc w nich zagrożenie dla władzy królewskiej, niemal całkowicie rezygnując z tępienia herezji w ramach chrystianizmu. Monarchia z woli boskiej miała w ten sposób usunąć wszystkie przeszkody dla wykonywania władzy, jednak wiele treści liberalnych i racjonalistycznych, czy też republikańskich udało się autorom przemycić w pracach historycznych i filozoficznych . Dnia 5 kwietnia 1768 roku zakazano publikacji zagrażających bezpieczeństwu narodowemu, co spowodowało nawet zablokowanie niektórych dokumentów z drukarń Rzymu, np. bulli In Coena Domini z roku 1792 i niektórych jezuickich indeksów. Do królewskich cenzorów - Censores Régios, należał też lizboński inkwizytor (brat Pombala). Cenzorzy wydawali regularnie listy ksiąg nie dopuszczonych do druku. Instrukcja: Regimento da Real Mesa Censória z 18 maja 1768 roku ustalała zasady inspekcji w księgarniach, bibliotekach i drukarniach. Zakazano absolutnie druku i rozpowszechniania książek podejrzanych o promocję zabobonów, ateizmu i herezji (robiono wyjątek dla poważanych protestanckich autorów głównego nurtu luteranizmu i kalwinizmu, bo tak obiecano w traktacie westfalskim 1648 roku i dlatego, ze cenili ich naukowcy portugalscy. Do tej grupy autorów zaliczano takich uczonych protestantów jak: Hugo de Groot, Samuel von Pufendorf, Jean Barbeyrac. Większość dzieł. Voltaire’a była zakazana i perę razy wydawało sie, że zakażą wszytskich. Dążył do tego António Pereira de Figueiredo, ale dominikanin Francisco de São Bento opowiedział się przeciw cenzurze książek historycznych i teatrologicznych. Królowa Maria I zastąpiła w 1787 roku Real Mesa Censória organizacją nazwaną: Mesa da Comissão Geral sobre o Exame e Censura dos Livros, konultujac sie z Piusem VI. W 1793 roku powrócono do systemu podobnego jak w czasach sprzed Real Mesa Censória, z podziałem na sfery podległe organom papieskim, prymasowskim i królewskim, co oznaczało, ze inkwizycja znów powróciła do Portugalii i jej kolonii. Jednak Correio Brasiliense (1808) i Investigador Português (1811) uniknęły śledztwa inkwizycji, s e czasie okupacji napoleońskiej, Londyn stał się stałym źródłem kolportażu nielegalnych liberalnych pism Locke’a, Adama Smitha i Benjamina Franklina .

Rządy Pombala były więc mieszanką autorytaryzmu i liberalizmu. Obejrzawszy 27 października 1765 roku auto da fe dyplomata François Emmanuel Guignard, hrabia de Saint-Priest (1735-1821), stwierdził, że podobne spektakle mogą zaszkodzić dobrej opinii Pombala w Europie. Minister de facto tolerował inkwizycje, choć zadbał o jej oddzielenie od strefy działania państwa. Co nie znaczy, ze cenzorom udało się zupełnie zdławić literaturę epoki. Do wybitniejszych autorów portugalskich tych czasów należeli: Antonio da Costa, Antonio Ribeiro Sanches i Alexandre de Gusmão, dramaturdzy Antonio José da Silva i Manuel de Figueredo.

Pombalińska Portugalia zaczęła przyciągać więcej przemysłowców-inwestorów z innych krajów, takich jak: papiernik i fabrykant tkacki Jacques (port: Jácome) Ratton (1736-1820) z Sabaudii czy Jacques Dutoit produkujacy w Portugalii sztućce ozdobne, który to biznes przejął po roku 1769 Jean-Baptiste Chalier . Byli oni jednymi z wielu wyrafinowanych fabrykantów i rzemieślników protugalskich z Francji.

Odbudowana Lizbona robiła duze wrażenie na cudzoziemcach, mieszkańcy już mniejsze. Hrabia Vittorio Alfieri (1749-1803) wpływając do Tagu w 1770 roku podziwiał „teatralność widoku Lizbony”, którą uważał za jeszcze bardziej zróżnicowaną i przyjemniejszą od Genui, ale szybko jednak stwierdził ze mieszkańcy są ponurzy i zimni, to samo zresztą potem napisze Henry Matthews w swoim: The diary of an invalid: being the journal of a tour in pursuit of health in Portugal, Italy, Switzerland, and France, in the years 1817, 1818, and 1819, w którym czytamy, że stolica Portugalii „przypominała wielki grobowiec”. Widać było zalęgające niewykorzystane materiały budowlane i surowe bloki kamienne wielu budowli, skromną godność nowej Baixa. Lizbona była hałaśliwa. Mnóstwo psów wyło i biegało po ulicach. Słychać było skowyt mew, uderzenia młotków, dźwięki krawieckich nożyczek, pobrzękiwania gitary, a w nocy dziwne przeszywające odgłosy . Podobnie jak w Hiszpanii, w stolicy Portugalii odbywały się często procesje, przy czym figury portugalskie Chrystusa, Maryi i świętych miały zwykle spokojne, melancholijne rysy, nie tak powykrzywiane bólem i rozpacza jak hiszpańskie .

Klimat Lizbony był zmienny i wilgotny, stąd mieszkańcy cierpieli często na katar, przeziębienie, reumatyzm i bóle brzucha, choć z drugiej strony starcy byli raczej sprawni mimo wieku, zapewne dzięki diecie; dużo ryżu, mało mięsa, bulion z kury serwowany na początek właściwie wszystkich posiłków. Alkohol pito tylko przy ważniejszych okazjach. W 1774 roku lizbończycy jedli zborze z Francji, warzywa holenderskie, ryż z Lewnatu, irlandzkie masło, mięso z Maroka i angielski ser. Z płodów ziemi Portugalia produkowała właściwie tylko wino i małą ilość pszenicy , wiec należała wraz z Anglia do krajów uzależnionych od importu żywności. Dobrze, ze dbali o dietę, bo paradujący w wielkich perukach lekarze cytowali na potęgę Hipokratesa i Amatusa Lusitanusa, ale nie mieli pojęcia o niczym. Zalecali częste przeczyszczenia, lub leczyli owocami („lekarze pomarańcz”), jeden z nich napisał pracę o rzekomym wpływie księżyca na gorączki. Szkorbut leczono sproszkowanymi rogami krowy, a rak – tytoniem . Mieszkańcy byli przesądni i zabobonni. Przykładowo w dni pogrzebu nie wolno było palić ani otwierać okien w domu umarłego. Mieszczanie mieli wystawne pogrzeby z muzyką i częstowaniem czarno ubranych żałobników słodyczami i herbatą.

W XVI wieku szkolnictwo portugalskie stało na dość dobrym poziomie, dzięki powstałym w ponad 20 kolegiom, tworzącym bardzo nowoczesne jak na owe czasy system szkolnictwa szkol średnich. W najlepszym z nich - Colegio Real wykładano gramatykę, poetykę, retorykę, łacinę, grecki, hebrajski, francuski, włoski, angielski, logikę, filozofię i matematykę. Po okresie upadku szkolnictwa w czasach wszechwładzy jezuitów, i inkwizycji, Pombal założył w 1761 roku Colegio Real dos Nobres dla dzieci arystokratów. Program, który opracował sam minister, był bardzo nowoczesny: łacina, greka, francuski, włoski, angielski, retoryka, poezja, historia, arytmetyka, geometria, trygonometria, algebra, optyka, astronomia, geografia, nawigacja, architektura wojenna i cywilna, rysunek, fizyka, jazda konna i szermierka, słowem bogatszy program niż w XIX-wiecznym liceum . Uczniów było najwyżej stu .

Lizbona po 1755 roku wzbogaciła się kulturalnie, np. o dziecko księcia Lafões i księdza Correia de Serra, przyrodniczo-medyczno-ekonomiczną (w hasłach wolnorynkowo-fizjokratyczną ) Królewską Akademie Nauk (1779), i o poświęconą literaturze Akademię Luzytańską (1756) . Od roku 1715 istniała pierwsza gazeta portugalska - ‘Gazeta de Lisboa’. Wzbogaciła się też materialnie. Rozbudowa postępowała nie tylko w dolnym mieście ale też na obszarach dotąd peryferyjnych: Rato, Campo Ourique i Sao Bento. Nowy wielki teatr Sao Carlos otwarty w 1793 roku wzorowany był na mediolańskiej La Scali . Alfama – dzielnica ocalała z katastrofy, do dziś jest chyba najczęściej opiewana w sztuce i literaturze, charakterystyczne dla niej są wąskie uliczki i domy bielone wapnem. Konkurowąła ona z nowymi dzielnicami pombalińskimi, takimi jak Rossio, pełną sklepikarzy, straganów i kapeluszników . Woda w oceanie była zapewne równie zimna jak dziś, a może bardziej, gdyż XVIII wiek był generalnie chłodniejszy niż XX.

Pombalowi nie udało się zmodernizować transportu. Oskarżający go potem o malwersacje wytykali mu budowę kanału do własnych winnic, zarzucali mu także niedostateczne zainteresowanie kwestią dwór. Coimbrę połączono drogą z Lizboną dopiero w 1798 roku, Droga z Oporto do Bragi (zaledwie 40 mil) tonęła w błocie, tak więc powozem jechało się ten krótki dystans aż 4-5 dni. W takich warunkach podstawowym środkiem transportu pozostawał grzbiet muła. Poczta również korzystała z nóg ludzkich i zwierzęcych, powozów nie posiadał, bo i tak by się nie przydały . Komunikacja Lizbony z południowym krańcem kraju – Algarve, była i jest nadal utrudniona . Minister miał jednak swe zasługi na polu industrializacji; pod koniec wieku, dzięki jego staraniom w kraju było już ok. 500 niewielkich młynów tkackich, a w tkackim przemyśle pracowało 3.000 lizbończyków .

Markiz de Pombal zmodernizował i zsekularyzował administrację, czego królowej bigotce Marii I nie udało się już odwrócić (stara arystokracja i szlachta sukni uznały wzajemnie swoją pozycję za panowania Marii właśnie ), mimo iż jej pierwsza decyzją było odwołanie ministra (nie wybaczyła mu ostrego rozprawienia się z rodem Távora, którego członkowie zostali pośmiertnie zrehabilitowani). Wszyscy poza ultrakatolikami opowiedzieli się przeciw próbom zniesienia sekularyzacyjnych decyzji Pomabala, a mianowani przez niego urzędnicy w zdecydowanej większości pozostali na stanowiskach. Krótki okres zamieszania po dymisji Pombala (jego proces i wypuszczenie więźniów politycznych) nazwano: – viradeira, zmiany jednak okazały się mniejsze niż przypuszczali twardogłowi katolicy. Dodano tylko 2 nowych ministrów do rządu odziedziczonego po markizie . Minister zmarł spokojnie w Pombal w 1782 roku. Mimo wielu zmian, w wielu rejonach chłopi nadal płacili wówczas jeszcze pańszczyznę, a kuźnie i młyny wiatrowe pozostawały w większości w rękach szlachty i mnichów. Kościół odzyskał dzięki królowej część wpływów, a władczyni przekupywała urzędników stanowiskami i pensjami czyniąc z nich noblesse de robe, hamując ewentualne dążenia rewolucyjne spowodowane przykładem Francji roku 1789 i następnych. Portugalia końca XVIII wieku miała już dość silną klasę kupiecką (ok. 80. 000 osób) i rzemieślniczą (ok. 120.000) . W roku 1790 ujednolicono prawodawstwo na terenie całego kraju .

Podczas wojny brytyjsko-amerykańskiej, Portugalia wykorzystała przejściowe osłabienie handlu angielskiego. W tych latach zlikwidowano wszystkie pombalińskie kompanie handlowe z wyjątkiem kompanii Douro, ogłoszono wolny handel dla wszystkich kupców w handlu brazylijskim. Lizbona czasów Marii I była bogatsza niż kiedykolwiek (w 1780 roku Portugalia po raz pierwszy sprzedała Brytyjczykom więcej niż od nich kupiła ), choć mało w tym jej zasługi. Miasto miało wówczas charakter wyraźnie arystokratyczny.

Mimo wszystkich oskarżeń o okrucieństwo i bezkompromisowość, markiz de Pombal pozostanie tym, który przeciwstawił się wielowiekowej tradycji portugalskiego lenistwa, ignorancji i fanatyzmu, zaś tacy ludzie jako ojciec Malagrida będą symbolizowali ostatni oddech zabobonu.