poniedziałek, 5 września 2011

Richard Dawkins, „Bóg urojony” – wrażenia z lektury.



Książka słynnego brytyjskiego Richarda Dawkinsa znanego z moralnej krytyki postępowania Benedykta XVI, Kościoła Katolickiego i w ogóle religii, jest książką zaangażowaną, mającą na celu przekonanie czytelnika do ateistycznego światopoglądu. Myślę jednak, że pozycja ta może być ogromnie interesująca dla każdego, niezależnie od poglądów religijnych.

Najwięcej uwagi Dawkins poświęcił podważeniu argumentów mających dowodzić istnienie boga; wpierw tych tradycyjnych podanych przez Tomasza z Akwinu (m.in. dowód z przyczyny – świat istnieje więc musiał istnieć ktoś, kto go stworzył), później zaś tych bardziej wysublimowanych. Napomknął też o tezie Pascala, tak często przytaczanej przez wierzących, iż jakoby warto wierzyć w boga, gdyż – zależnie czy on istnieje czy nie – mamy do wygrania ewentualne życie wieczne, a nic do stracenia. Dawkins sugeruje, że Pascal formułował to zdanie pół-serio, zaznaczając, że po pierwsze nie da się zdecydować, o tym że od tej chwili będzie się wierzyć, ponieważ wiara nie podlega rozumowi, a po drugie wierząc możemy nie tylko tracić czas (na modlitwy, pielgrzymki itd.), ale też możliwą jest sytuacja „postawienia na nie to bóstwo” – tzn. nie możemy mieć pewności, czy akurat nasz bóg jest tym prawdziwym, a wyznając niewłaściwego, z pewnością nie zyskamy punktów u tego prawdziwego – jeśli ten istnieje. W tym kontekście żartu Pascala, przypomina mi się, kiedy czytałem o rozczarowaniu Voltaire’a i Diderota, lekturą Pascala i tym, że natknęli się u niego na dość twardy kurs religijny, czyżby nie dostrzegali oni znaczenia owego żartu?

Dawkins zadaje sobie wiele trudu by przekonać czytelnika, o tym, że jego sposób myślenia o świecie nie oddaje rzeczywistości. Ludzie mają tendencję do antropomorfizacji dzieła stworzenia, czy to będzie samochód czy wszechświat, a więc poszukują tego, który musiał je stworzyć, zakładając, że twórca musi być bytem bardziej skomplikowanym niż dzieło, tak jak mechanik samochodowy jest bardziej skomplikowany niż auto, które wytwarza. Dawkins w odniesieniu do dzieła stworzenia, wykazuje, że ewolucja przebiegała od form najprostszych, poprzez replikacje DNA, do najbardziej skomplikowanych, tak wiec świat powstawał nie na zasadzie „haku zrzuconego z nieba”, lecz jak „żuraw budowlany”, składany przez robotników od fundamentów po kabinę operatora. Dawkins atakuje idee kreacjonistyczne, jako nie tylko mało logiczne, ale i nie wyjaśniające niczego, gdyż powodują stawianie nowych pytań, zamiast tłumaczyć nam to co możemy częściowo zbadać. Najbardziej dziwi go fakt, że interwencjonistyczny bóg, zajmujący się uczynkami każdej z istot na Ziemi i innych planetach, uważany jest za PROSTE wyjaśnienie mechanizmu działania wszechświata. Tak daleko bowiem prowadzi człowieka skłonność do antropomorfizacji zdarzeń, ze hiperskomplikowany byt uważany jest za prostsze wyjaśnienie niż skromna w założeniach ewolucja. Jednocześnie napotkamy w książce cytat Carla Sagana, który dziwił się, że religijni ludzie właściwie nigdy nie cieszą się z odkryć naukowych dotyczących rozmiarów wszechświata, lecz pragną by ich „bóg pozostał malutkim bogiem” z księgi jednego ludu pustyni.

Bardzo ciekawe są rozważania Dawkinsa na temat ateizmu, teizmu, deizmu a la Toland, Voltaire i Paine, (który nazywa Dawkins „rozwodnionym teizmem”) i panteizmu a la Spinoza (który nazywa Dawkins „podrasowanym ateizmem”). Przypomina, ze wiara w boga-fizyka, który stwarza prawa fizyki, które rządzą światem, ale nie wtrąca się dalej w jego funkcjonowanie, był kiedyś uważany za równie skandaliczny pogląd jak ateizm (choćby prześladowanie Thomasa Paine’a za poglądy religijne (jedynie deista Jefferson nie opuścił go w tych trudnych czasach), podczas gdy obecnie ortodoksi religijni uważają deistów za sprzymierzeńców w walce z ateizmem. Deizm uważa Dawkins za postawę nielogiczną (gdyż nadal zakłada istnienie skomplikowanego stwórcy), choć oświeconą i szlachetną w porównaniu z teizmem, zakładającym małostkowego boga interesującego się grzeszkami każdego z nas i sprawiającego cuda. Ten punkt widzenia jest dla mnie szczególnie ciekawy, jako, że właśnie za deistę zawsze się uważałem i bynajmniej nie myślałem o sobie jako o sprzymierzeńcy teistów w walce z ateizmem. Uważam bowiem, że deizm jako swego rodzaju wyłączenie boga z naszych codziennych spraw prowadzi do podobnych wniosków jak ateizm, różniąc się odeń jedynie pewnym poczuciem bezradności wobec spraw świata tamtego. Deizm w zasadzie sprowadza się do pewnego wzmocnionego agnostycyzmu. Osobiście wolałbym by bóg istniał, bowiem traktuję go jako synonim pewnego porządku wszechświata, choć to moje myślenie życzeniowe nie jest silne. Raczej myślę o sobie jako o deiście chroniącemu ateistów przed atakami ze strony nieracjonalnie myślących teistów, których rozum skapitulował także wobec rzeczy świata tego.

Dawkins pragnie pokazać wierzącym, jak bardzo umowną rzeczą jest wiara w konkretnego boga i wyznawanie konkretnej religii. Zależą one bowiem od cywilizacji w jakiej żyjemy. Podczas dyskusji plenarnych wielokrotnie mówił ludziom wierzącym, że „gdyby żyli w Skandynawii w X wieku, te same słowa i myśli kierowali by do Wotana”, które obecnie kierują do Jahwe. Przypomina mi się Montesquieu, który dowodził, że pierwsza informacja służy nam do osądzania drugiej, a obie razem do osądzania trzeciej”, gdy Dawkins pokazuje, jak znajomość Biblii i Koranu w dzieciństwie powoduje, że w późniejszym nie dostrzegamy nieludzkich zachowań bohaterów tych ksiąg, lecz traktujemy opisane w nich zdarzenia jako konstruujące nasze pojęcie moralności, chociaż liberalizm i Zeitgeist już od dawna spowodowały powszechny brak akceptacji dla okrutnego patriarchalizmu, homofobii i niewolnictwa, które w Biblii są przedstawione jako postawa właściwa. Dlatego Dawkin sprzeciwia się indoktrynacji religijnej dzieci i postuluje przeciwstawianie się używaniu takich słów jak „katolicki dziecko” czy „muzułmańskie dziecko”, ponieważ nigdy nie mówimy np. o „socjalistycznych dzieciach” czy „liberalnych dzieciach”, a jedynie o dzieciach rodziców o pewnych ugruntowanych poglądach.

A wiec to Locke i Voltaire są ojcami naszej dzisiejszej moralności i etyki, a nie np. Mojżesz dokonujący czystek etnicznych wobec fanów złotego cielca, czy Jozue napadający na „bogu ducha winnych” mieszkańców Jerycha (podczas opisywanego, przez Dawkinsa eksperymentu, ponad połowa dzieci pochwaliła postępowanie Jozuego, którego atak na Jerycho, Dawkins porównuje do ataku Hitlera na Polskę. Brytyjski biolog pokazuje też, że ateizm nie jest niczym nadzwyczajnym , ponieważ np. każdy katolik, jest ateistą wobec Wisznu i Buddy i odpiera zarzuty obciążające ateistów zbrodniami Hitlera (katolika wierzącego w opatrzność, i zwalczającego materializm i ateizm już w „Mein Kampf” – co mogę potwierdzić po lekturze książki wodza III rzeszy) i Stalina, który wyznawał religię marksizmu. Warto tu wspomnieć wspaniałą myśl Sama Harrisa, który zauważył, ze jak dotąd żadna cywilizacja nie popełniała zbrodni, ani nie zniszczyła samej siebie, „z nadmiaru racjonalizmu”.


Bardzo interesujące jest przeprowadzone przez autora porównanie między historią religijności brytyjskiej i amerykańskiej. USA założyli antyklerykałowie promujący deizm tacy jak Adams, Madison, Franklin („latarnie morskie są znacznie pożyteczniejsze od kościołów”) i Jefferson (być może nawet ateista), co widać w takich dokumentach jak np. traktat handlowy z Trypolisem (1796-97), gdy to w dokumentach pojawiło się stwierdzenie, że konstytucja USA „nie jest oparta na idei chrześcijańskiej”, w związku z czym USA nie ma nic przeciwko muzułmanom. Zresztą taki był duch epoki. Mogę tu przypomnieć, że dla Hiszpanów nawiązanie stosunków w 1766 roku z Marokiem stanowiło koniec pewnej epoki. Primero Secretario de Estado (w l. 1776-1792) José Moniño, hrabia Floridablanca (1728-1808) twierdził, że „z Marokańczykami należy tak rozmawiać jak z Włochami czy Brytyjczykami”. Religia przestała mieć znaczenie - Oświecenie zwyciężyło nad duchem re konkwisty.

Dawkins zastanawia się co by się stało, gdyby dziś ktoś przypomniał słowa z owego traktatu w Kongresie USA, gdzie nawet niewierzący udają wierzących. Paradoksalnie, według Dawkinsa, obecna religijność USA wynika z umożliwienia wolnej konkurencji miedzy wyznaniami na bazie świeckiej konstytucji USA, podczas gdy związanie monarchii brytyjskiej z państwowym Kościołem Anglikańskim, doprowadziło do coraz dalej idącego ostudzenia religijnego ferworu (postać XVIII i XIX-wiecznego wikarego, bardziej filozofa i filologa niż teologa).

Dawkins uważa, że religia szkodzi relacjom społecznym i wywołuje konflikty, szkodząc także samym wyznawcom (np. postać obiecującego naukowca, który z powodu Biblii porzucił karierę naukową), skazując ich na wieczne poczucie winy i walki z innymi religiami. Mem oznacza jednostkę ewolucji kulturowej, analogicznej do genu będącego jednostką ewolucji biologicznej. Termin został wprowadzony przez Dawkinsa w książce Samolubny gen. Memy powielają się poprzez naśladownictwo, w procesie ich replikacji działa dobór naturalny. Tak szkodliwa religia ma być według Dawkinsa produktem ubocznym ewolucji kulturowej, w czasie której mem słuchania rad starszych (dziecko nie rozróżnia czy zakaz dotyczy szabatu czy nie wkładania głowy w paszczę krokodyla, lecz na wszelki wypadek słucha przestróg przez zarówno tymi realnymi jak i wyimaginowanymi zagrożeniami) i mem szukania bezpieczeństwa w grupie i podzielania przekonań grupy wzięły górę nad memami alternatywnymi. Podobnie jest z genem ćmy, która ustala swoje położenie względem księżyca i gwiazd, lecz niestety gen ten nie chroni jej przed pomyłką księżyca z latarnią lub lampą. Cóż, pozostaje mieś nadzieję, że kultura będzie ewoluowała w stronę kreatywności jednostkowej i indywidualizmu postaw życiowych, tzn. że warunki będą sprzyjały właśnie takim memom.

Różne cytowane przez Dawkinsa, wyniki badań, pokazują, ze jedynie 49% obywateli USA oddało by swój głos na ateistę, co sprawia, że choć ateiści są w USA co najmniej dwukrotnie liczniejsi od np. Żydów ortodoksyjnych, ich wpływ na politykę kraju jest zbyt rozdrobniony, a słowo ateista wyborcom kojarzy się gorzej niż „gej”, „kobieta”, „katolik” (poparłby ich większy procent ankietowanych) itd. Dawkins cytuje też aktorkę Julię Sweeney, która wspominała, że jej rodzice „jakoś by przełknęli, że nie wierzy w boga”, ale słowo „ateistka” spowodowało, że odwrócili się od niej plecami. Przy okazji warto wspomnieć o zamiarze zastąpienia słowa atheist słowem „bright”, by usunąć część nieżyczliwego nastawienia względem ateistów w USA.

Książka Dawkinsa jest fascynującym spojrzeniem biologa ewolucjonisty na proces dziejowy i na złudne tendencje ludzkiego procesu myslowego, spojrzeniem, które może nieco szokować bardziej humanistyczne umysły, ale właśnie dlatego warto tą książkę przeczytać. Zwłaszcza jeli wykazujemy zdroworozsądkową i naukową gotowoć korekty naszych poglądów, a więc reprezentujemy stanowisko anty-fundamentalistyczne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz