środa, 28 września 2011

Christopher Hitchens: "Bóg nie jest wielki" - wrażenia z lektury




Książka Christophera Hitchensa pod wieloma względami podobała mi się jeszcze bardziej niż „Bóg urojony” Dawkinsa. Dawkins- biolog, a więc człowiek o umyśle ścisłym skupiał się bardziej na tym jak Bóg mógłby wyglądać, i dlaczego jest tak bardzo nieprawdopodobne, by wyglądał tak jak chcą wierzący, a także na pochodzeniu moralności (dobre memy), natomiast książka Hitchensa, daleko bardziej osobista i humanistyczna w wyrazie, przez co mi jako historykowi bliższa, dotyczy przede wszystkim skutków istnienia religii.

Skutki te wynikają z podsycania przez religie ludzkiego solipsyzmu – przekonania, że wszystko kręci się wokół ciebie, że Bóg interesuje się wszystkim co robisz, hodowanie spojrzenia dalekiego od panoramiczno-globalnego, ergo – racjonalnego. Solipsyzm religijny powoduje, że nie pytamy już czemu Jezus postanowił uzdrowić tylko przypadkowo napotkanego ślepca, a nie uleczył całej ludzkości od ślepoty?. Religia hoduje ludzi służalczych (jaki jest sens nieustannego chwalenia kogoś niby wszechmogącego - ojciec J.S.Milla uważał dlatego, że religia obniża standardy moralne) i uczy ich nonsensów, np., że są miejsca świętsze od innych, i trzeba tam pielgrzymować, lub że trzeba podpalić kościół konkurencji (ateiści, co ciekawe meczetów i synagog nie podpalają).

Hitchens, za Matksem, uważa, że religia otacza ludzki "padół płaczu" nimbem świętości, zamiast rzucić wyzwanie ludzkiej niedoli, a to dlatego, że religia głosi, iż tylko dawne dzieje i wydarzenia są ważne („...jak było na początku...”), co wskazuje raczej, jak pisze Hitchens, że religie wyczerpały już swe siły inspirujące i ważne, a teraz może co najwyżej błysnąć humanizmem swych sług takich jak luterański pastor powieszony przez nazistów za niechęć kolaborowania z nimi.

Shakespeare ma, zdaniem Hitchesna daleko większą siłę moralną niż Koran, m.in., dlatego, że powstał w bardziej oświeconych czasach, a kultura anglosaska, także ta powiązana bezpośrednio z protestantyzmem jest lepszym przewodnikiem duchowym, niż jakakolwiek święta księga starożytności.

Hitchens wymienia bardzo liczne przykłady szkodliwości działań ludzi religijnych. Wymienia tu nie tylko zamachy bombowe, ale i np. próbę zablokowania zniesienia zakazu rozwodów w Irlandii w 1996 roku (przy okazji autor wytknął Matce Teresie, to, że chce pozbawić nadziei katoliczki ożenione z pijakami i brutalami, a cieszy się z rozwodu swej przyjaciółki ks. Diany, tj., że jest pobłażliwa tyko wobec bogatych i potężnych).

Religia, według Hitchensa sprzyja eskalacji konfliktów etnicznych, jak np. Irlandii Płn. (w znanym dowcipie bandziory pytały: „jesteś protestanckim czy katolickim ateistą?” - by wiedzieli czy mają delikwenta pobić czy nie). Podobnie rzecz się ma z czystkami etniczno-religijnymi w Jugosławii, które tak naprawdę są czysto religijnymi, bowiem jak Chorwat-ateista może udowodnić, że nie jest Serbem, przecież Chorwat, w powszechnym mniemaniu, różni się od Serba tylko religią. Kolejne przykłady to skutki terroru Hamasu w Palestynie, czy bigoteryjny upadek Bagdadu (rzekomo „świecki” Saddam Hussajn używał języka dżihadu). Szczególnym skutkiem niezasłużonego szacunku dla religii może być współczucie dla Chomejniego, a brak jego dla Rushdiego, i to nie tylko ze strony duchownych, ale nawet ateistów, co wskazuje brak szacunku dla prawdy i tendencję do podlizywania się religii. Tu warto wspomnieć Johna Le Carre, który uznał, że Rushdie jest „sam sobie winien”. Kolejne przewinienia religii to:, zablokowanie szczepień w Bengalu (mułłowie puścili plotkę, że wszczepiają nie lek, lecz środek powodujący impotencję), niechęć do świń (choć to zwierze inteligentne, której skóra nadaje się do przeszczepów, a inne części ciała do mnóstwa innych przydatnych rzeczy), traktowanie huraganów i innych zjawisk jako karę boską za np. tolerowanie homoseksualizmu.

Swoją drogą warto przypomnieć, że trzęsienie ziemi w Lizbonie w 1755 roku zadziałało na wyobraźnie zbiorową zupełnie odwrotnie - jako argument przeciw religii. Katastrofa ta wstrząsnęła ówczesną Europą. Dla Voltaire’a, który napisał: Poème sur le désastre de Lisbonne i wielu innych katastrofa znaczyła potwierdzenie słuszności deizmu – tj. przekonania, że bóg nie ingeruje w życie ludzkie, bowiem tylko tak może pozostać dobrym. Fakt wystąpienia trzęsienia ziemi w Lizbonie i zniszczenia wielu ważnych obiektów sakralnych, właśnie w dzień świąteczny - Wszystkich Świętych wzbudził wiele zainteresowania kwestiami polityki Kościoła w całej Europie. Z punktu widzenia przeciętnego XVIII-wiecznego katolika, mieszkańca Europy, było to bardzo trudne do zrozumienia, szokujące zrządzenie nadprzyrodzone. Listopadowa Gazeta de Lisboa pisała, że tragiczny dzień pozostanie na wieki w pamięci tych, którzy przeżyli. Jeśli chodzi o wpływ na umysły europejskie, trzęsienie 1755 roku, porównuje się z holocaustem. W europejskich salonach porównywano mieszkańców „gostyko-orientalnej” Lizbony do hebrajczyków przekraczających Morze Czerwone. Szwedzki „Mercure” donosił, naginając nieco fakty, o zwaleniu się gmachu Inkwizycji, które uratowało pewnego kalwinistę od stosu . W Hadze ukazała się w 1756 roku praca: Discours politique sur les avanntages qeu la Portugal pourrait tirer de son malheur, której autor-anglofob doradzał Portugalii, wykorzystać katastrofę, dla unieważnieniu sojuszu z Londynem, co nie było zbyt fair, zwarzywszy na to, że Brytyjczycy przysłali do zniszczonej Lizbony wielka flotę z pieniędzmi i ryżem, mąką warzywami i narzędziami, podczas gdy np. Francja zadowoliła się tylko deklaracją typu: „jeśli byście czegoś potrzebowali, dajcie znać”. Oczywiście Brytyjczycy nie byli aż takimi altruistami, przez katastrofę londyńska City splajtowała . Brytyjskie koła arystokratyczne i kupieckie rozmawiały ile kto stracił w English Factory, wiec musieli uruchomić jakiś odpowiednik planu Marshalla.

Goethe wspominał, że katastrofa lizbońska wznieciła w Niemczech „demona strachu”, podważając wiarę wielu osób . Co jednak by było gdyby katastrofa wydarzyła się w inny dzień lub w epoce, w której prym wiodą liberałowie? W zburzonym mieście były spowiednik rodziny królewskiej jezuita o. Malagrida opowiadał wśród tłumów, że nastał czas gniewu boga i skruchy, wzbudzając panikę. By przeciwdziałać tej propagandzie, Pombal postarał się, by każdy wiedział, że fala tsunami uderzyła nawet w Skandynawie i w Nowa Anglię (heretyków), oraz w Maroko (muzułmanów), a nie tylko w Lizbonę. A kilku aktywniejszych kaznodziejów dyskretnie wysłano do Angoli. Gdy Malagrida wydał broszurę, oskarżając „grzesznych” lizbończyków za katastrofę, Sebastião de Carvalho e Melo, kazał interweniować nuncjuszowi, który wysłał Malagridę do Setubal po drugiej stronie Tagu. Trzeba tu zaznaczyć, że sam Pombal również był bardzo pobożny, ale nada wszystko bał się fanatyzmu religijnego . Dopiero 17 listopada (po 2 tygodniach) do miasta kult powrócił kult religijny. W całym mieście słychać było tego dnia niekończące się miserere i gloria.

Rushdie gościł u Hitchensa w Waszyngtonie, co oznaczało konieczność przestrzegania drobiazgowych przepisów bezpieczeństwa, gospodarz dziwił się dlaczego położenie Rushdiego nie wywołuje więcej współczucia, w końcu jest to człowiek spokojny, który nikogo nie morduje. Mnie osobiście równie frapuje fakt, dlaczego wszyscy potępiają np. spokojnego Holendra, również żyjącego w bunkrze, czyli Geerta Wildersa, a nie tych, którzy wysyłają mu listy z pogróżkami. Zapewne działa tu mem religijny podlizywania się potężnym, bez zwracania uwagi na krzywdę niewinnych. Hitchens zwraca uwagę na unikanie języka religijnego w wydaniach wiadomości i oficjalnych tekstach analityków politycznych. Podobnie stwierdzała Melanie Philips w „Londonistanie”. Ludzie Zachodu mają według niej problem ze zrozumieniem, że religia może być bodźcem do zastosowania przemocy, i np. tłumaczą sobie zamachy jako skutek biedy czy wykluczenia społecznego (kulturowy marksizm), choć np. ci co wysadzali londyńskie autobusy, jak i członkowie „azjatyckich gangów”, nie należą do pariasów.

Za bardzo nieprzyjemną cechę religii zorganizowanych uważa Hitchens żerowanie na niewinności i naiwności dzieci, straszeniu ich, zawstydzanie seksualne dorastających nastolatków i potem dorosłych. Pamiętam jak w czasie dyskusji pod jednym z moich artykułów, ktoś pisał o tym, ze Kościół zawsze będzie sięgał po owe zawstydzanie, bo to jedyny sposób by ludzie pozostali w jakiś sposób grzeszni, a Kościół potrzebny.

Religia, zdaniem autora God is not Great, objawia tez skłonność do wypatrywania i wyczekiwania końca świata, chociaż jej starożytne wizje są dziecinnie niewinne w porównaniu z tym, co się rzeczywiście zdarzy za 5 mld lat gdy Słońce eksploduje, a nasze oceany wyparują. Religia gardzi życiem doczesnym, więc strach pomyśleć co zrobią fanatyczni generałowie pakistańscy (pamiętam jak Hitschens w dyskusji z Dennetem, Harrisem i Dawkinsem rozmawiał o pomyśle pewnego pakistańskiego "naukowca" by wykorzystać dżiny jako napęd reaktora), ze swym nuklearnym arsenałem. Religia żeruje tez na freudowskim strachu ludzkim przed śmiercią, do niedawno totalnie dominując w życiu społecznym i grożąc śmiercią nieposłusznym. Dopiero Spinoza, Kant („postępuj tak, jakbyś chciał, by twoje zachowanie stało się obowiązującym prawem”) i Laplace pokazali, ze religia nie musi być do czegokolwiek potrzebna.

Hitchens wyśmiewa niezdolność religii do racjonalnej obrony swych argumentów i samozadowolenie z absurdalności własnych założeń (Tertuliańskie: „wierze, ponieważ to absurd versus Popperowie: „niepodważalna teoria jest kiepską teorią”), przy jednoczesnym heroizmie przejawianym w siłowym dopasowywaniu wiedzy naukowej do religijnych mitów.

Hitchens wyśmiewa też sztuczki stosowane przez wierzących by udowodnić wazne naukowe fakty. Samolot zdaniem kreacjonistów miał być jednorazowym tworem, tak jak miał niby nim być nasz świat, podczas gdy, jak pisze Hitchens, taki smaolot powstawał i powstaje nadal ewolucyjnie, dzięki pracy całych pokoleń aeronautów i wynalazców poczynając od braci Mongolfier i ich balonu, tak samo jak samochód powstaje nieprzerwanie od 1769 roku, od – fardier à vapeur Nicolasa Josepha Cugnota. Żaden duchowny nie obalił krytyki biblijnych mitów Thomasa Paine’a.

Majmonides cieszył się, że Żydzi zabili Chrystusa („wstrętnego heretyka”), tak więc z chrześcijańskiego punktu widzenia atak na nich ma jakiś sens, ale to tylko podsyca dawne waśnie. W wywiadzie na temat "Pasji" Gibsona, Hitschens zrzucał główną winę na okupantów, czyli Rzymian, polemizując z Melem Gibsonem. Jednocześnie Hitchens żałuje, że tego rodzaju spory mają dziś jakieś znaczenie, i twierdzi, ze to bitwa pod Antietam w czasie wojny secesyjnej uczyniła ludzi Zachodu zakładnikami starożytnych judejskich sporów. Lincoln miał uznać to zwycięstwo za dobry moment do emancypacji niewolników, tak by ludzie myśleli, że ta wojna nie jest tylko bezduszną masakrą. (s. 182, 191).

Obrońcy religii podsuwają nam fałszywe alternatywy; cytowany przez Hitschensa, C.S. Lewis, który uznawał, że albo Jezus był bogiem, albo jego nauki są nic nie warte, co jest bzdurą (nawet Dawikns uważa część jego nauk za przydatne i mądre). Święte księgi można też bardzo różnie interpretować (wnuk Chomejniego, goszczący u Hitchensa, na podstawie wybranego fragmentu stwierdził, że dziadek nie ma racji chcąc władzy religijnej już na tym świecie). Fanatycy jednaj religii dostrzegają tylko cudzy fanatyzm, jak ultrachrześijański rozmówca Hitchensa w Białym Domu, który był ciekaw dlaczego muzułmanie są takimi fanatykami, co autor: God is not great wziął za oznakę otwartego umysłu, i srodze się pomylił. Gdy Hitschens zauważył, że islam jest jeszcze młodą religią, która musi się "wyszumieć", bo nie jest jeszcze tak pewna siebie jak inne, zaś istnienie jej proroka Mahometa jest lepiej potwierdzone historycznie niż Jezusa, rozmówca wpadł w histeryczny gniew, wrzeszcząc, że Jezus znaczy więcej dla milionów, niż Hitchens to sobie wyobraża (s. 131).

Arabowie mieli w myśl różnych teorii historycznych zazdrościć Hebrajczykom i chrześcijanom objawienia, i dlatego wymyślili sobie własne, tworząc kompilację starszych mitów i cudów. Wszystkie te cuda dokonywały się, jak zauważał Voltaire (s. 143) w czasach gdy wszyscy niemal byli niepiśmienni, tak wiec oczytany nowoczesny świat powinien pozbyć się dziecięcych mitów wywodzących się z tradycji głównie ustnej, by poczuć się lepiej, tak jak Hitchens, poczuł się lepiej po odrzuceniu dogmatycznego marksizmu (s. 155).

Dalej w „Bóg nie jest wielki”, możemy przeczytać o jarmarcznych początkach religii (kulty cargo, mormoni), o przesadzonych zasługach religii (M. Luther King był bardziej humanistą niż duchownym, a ateista Nehru był w większym stopniu twórcą niepodległości Indii niż fanatyczny hindus Gandhi). Dalej przeczytamy o kwakrach, którzy prawie pogrzebali amerykańską rewolucję, o kalwińskim apartheidzie, o chrześcijańskim rasistowskim południu USA, o strachu Voltaire’a, Gibbona i Bayle’a o własne życie, który kazał im temperować wymowę swoich tekstów pseudo-religijnymi zaklęciami, o kajaniu się Montesquieu za sympatię wobec Spinozy, o zmuszaniu ludzi wierzących do życia w fatalnych warunkach, wskutek potępiania antykoncepcji, o oskarżaniu ludzi żyjących w roku 2010 o zabicie Chrystusa w roku 33, czy też 26 n.e., o uważaniu heretyków za skazanych na piekło - choć Atanazy z Aleksandrii (s. 222) pisał, ze tylko ci co świadomie odchodzą od Kościoła - trafią do piekła, o preferencji hipokryzji od uczciwej niewiary.

Słynny "argument" ludzi religijnych, że totalitaryzmy XX wieku wyrządziły więcej zła niż kiedykolwiek uczyniła religia, Hitchens odpiera dowodząc, że po pierwsze tak stawiając sprawę fanatycy religijni sami przyznają się, że "są tylko trochę lepsi od Hitlera i Stalina", po drugie, że te totalitaryzmy miały religijną oprawę (tak samo zauważył już Bertrand Russell w 1935 r.), oraz, że chrześcijanie jakoś te totalitaryzmy przetrwali, tak jak ateiści przetrwali setki lat teokracji gotowych zabić za ateizm.

Swoją książkę Hitchens zakończył wezwaniem do nowego oświecenia, które jest obecnie osiągalne dla każdego i o szukanie podniety duchowej w nieszkodliwej poezji i muzyce, a nie w podstępnej religii, wobec powszechności Internetu i piśmiennictwa . Książka kończy się więc optymistycznie, choć w rozmowie z Dennetem, Harrisem i Dawkinsem, Hitchens wyraził obawę wobec możliwego nieuniknionego zwycięstwa teokracji nad rozsądkiem, w walce która trwa nieprzerwanie odkąd filozoficzny judaizm hellenistyczny został wyparty przez dogmatyczny, który przygotował glebę pod chrześcijaństwo i islam. Hitchens diagnozował wówczas, że ateiści i racjonaliści zazwyczaj unikają walki z religią (a nawet się jej podlizują), choć walka o prawdę powinna być ich obowiązkiem. Jak sądzę, zapewne winien jest tu postmodernizm, który zaburzył wiarę Zachodu w postęp i rozum

Piotr Napierała

czwartek, 22 września 2011

Janusz Palikot - szansa na nowoczesną, normalną i racjonalną Polskę




Byłem zachwycony debatą obu pp. Januszów: Palikota i Korwin-Mikkego. Tak rzeczowej dyskusji politycznej na poziomie między kandydatami w wyborach chyba jeszcze u nas nie było. Obsługa techniczna spotkania pozostawiała wiele do życzenia, ale to nic nie znaczy. Obaj panowie liberałowie (liberał lewicowy i liberał prawicowy) byli świadomi jakim ewenementem jest ich szczera dyskusja w kraju takim jak nasz, gdy debata z panią minister Hall jest ustawką, premier Tusk rozmawia tylko z koalicjantem Pawlakiem (jaki sens ma taki spotkanie?), a inni nie gadają w ogóle z nikim; ani szaleniec Kaczyński, ani dzieciak Napieralski; przyparci zaś do muru szybko ujawniają, że ich mózg nie wyprodukuje niczego lepszego niż "będzie dobrze".

Debata obu Januszów (nota bene zakończona gromkimi okrzykami obu stronnictw: "Janusz, Janusz", co było oczywiście zamierzonym, ale jakże sympatycznym gestem), była debata taką jakie prowadzi się na całym cywilizowanym świecie - modelowymi wręcz mogą być debaty: Bush-Gore, Stoiber-Schroeder czy Sarkozy-Royale. Są to dyskusje o konkretnych pomysłach na ulepszenie państwa. U nas co najwyżej może dojść do knajpianej dyskusyjki podobnej do tej Donka Tuska z Jareczkiem Kaczyńskim.

Osobiście jestem przekonany, że nie ma sensu glosować na bezideową "bandę czworga": czyli partię o nazwie POPISPSLSLD, która wydaje się mieć wspólne kadry; tak są wszyscy bezideowi. Jedyne co zadziwia to jak wiele emocji potrafią wygrywać wokół nie istniejących problemów. PO wcale nie jest w istocie mniej katolickie niż PiS, czy bardziej wolnorynkowe niż SLD, po prostu uderza w inne hasła.

Palikot i Korwin-Mikke są podobni jeśli chodzi o to, że nie rozmawiają jak dzieciaki w piaskownicy (np. jak Kurski czy Niesiołowski), lecz jak dorośli racjonalnie myślący mężczyźni, którzy rzeczywiście chcą polatać nasze kulejące państwo. Obaj chcą odchudzić administrację, zliberalizować handel (JKM - całkowicie, Palikot zachowuje ulgi dla najsłabszych i czasem "na rozruch"). Obaj mają racjonalne podejście do religii, choć owy racjonalizm w tej kwestii doprowadził ich do innych wniosków. Dla JKM religijne społeczeństwo jest bardziej zdyscyplinowane i ma większą szansę na sukces - przykład USA, dla Palikota Francja, Hiszpania i Chiny dowodzą czegoś wręcz odwrotnego. Dla Palikota religia jest sprawą prywatną i powinno się ją wynieść z przestrzeni publicznej, z którą to opinią JKM zgadza się, zastrzegając, że religia rozumiana jako część tradycji nie jest już do końca sprawa prywatną (nie do końca zrozumiałem jak dalece nią nie jest). Obaj Janusze są konsekwentni; jeden w budowaniu Polski wolnorynkowej, drugi nowoczesnej, co po części pokrywa się z ową wolnorynkowością.

Oczywiście są między nimi większe różnice. Palikot dostrzega sukces Francji w wypracowaniu (jako jedyne państwo Zachodu) dodatniego przyrostu naturalnego ludności białej/rodzimej poprzez pakiet 4 ulg i dodatków. JKM popisał się tu ignorancją - na szczęście jedyny raz w ciągu spotkania. Palikot jest za odchodzeniem sejmu (z 460 do 360 posłów) i likwidacją senatu, JKM za wzmocnieniem roli senatu i odchudzeniem znacznym obu ciał, tak samo jak za likwidacją większości ministerstw. Róznica miedzy myślą modernizacyjną obu przypomina podejście oświecenie anglosaskiego, w który główna rolę grały jednostki prywatne (lord Townshend, Jethro Tull, Ben Franklin) - JKM, i kontynentalnego, gdzie to ministrowie dawali pierwszy impuls rozwojowy (markiz de Pombal, markiz Ensenada) - Palikot. Obaj chcą jednak uzyskać podobny efekt - państwo nowoczesne i rzeczywiście jest na to szansa. Związek idei z racjonalnością jest czymś bardzo rzadkim i powinniśmy docenić szansę, wyrwania sie z łap polityki infantylnej i bezideowej.

Korwinowskie państwo minimum jest jako pomysł polityczny wykonalne, ale dopiero przy wielu działaniach przygotowawczych. Trzeba by zmienić cały styl myślenia o polityce, dlatego za bardziej realny uważam program Janusza Palikota. Nie bez znaczenia jest też osobowość liderów. Z jednej strony błyskotliwy, ale też napuszony pan, który raz mówi, ze ludzie to motłoch, a innym razem, że wierzy w ludzi (co nie jest naganne, bo każdy z nas ma różne ups and downs, ale co wywołuje paskudne wrażenie na wyborcach), a z drugiej sympatycznego, szokującego nieco pana, który zawsze mówi co myśli (polecam książkę Palikota o politykach), ale stara się nie obrażać na elektorat. Przez całe lata marnowałem moje głosy na UPR, WiP, PJKM itd. - teraz zagłosuję na polityka, który nie jest odpychający dla mas, a ma wiele ciekawych pomysłów. Myślę, że Polska stoi przed przełomowym okresem. Albo stanie się nowoczesnym liberalnym państwem świeckim, albo ugrzęźnie w marazmie na długie lata, a jedyną postacią z charyzmą będzie tu martwy Wojtyła, z fatalnymi konsekwencjami dla wolnomyślicielstwa. PO już pokazało, że nie potrafi walczyć o świeckie państwo - o czym świadczy choćby proces anty-aborcjonistki Joanny Najfeld z Wandą Nowicką z Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, kiedy to ta pierwsza oskarżyła tą drugą o bycie w kieszeni klinik aborcyjnych, a druga wytoczyła proces, ale to Nowicka była traktowana jak oskarżona. PO pokazało też, że nie jest w stanie modernizować kraju - dlatego m.in. odszedł od niej A. Olechowski.

Właśnie w edycji Newsweeka z wywiadem z Januszem Palikotem, i nim samym w pozie chrystusowej na okładce, która - jakżeby inaczej wzbudziła pomruk anty-bluźnierczego oburzenia całej religijnej prawicy (m.in. na portalu konserwatyzm.pl, na którym niegdyś pisywałem), Palikot został zapytany o to, dlaczego w radiu ZET mówił: "jaka jest różnica miedzy J. Kaczyńskim, który ... ma na sumieniu dziewięćdziesiąt kilka osób, a Piotrowskim, który zabił jednego Popiełuszkę". Zdanie to redaktor Newsweeka określił "niegodziwym" - co miał powiedzieć redaktor gazety, która drukuje felietony Hołowni, który w tej samej edycji stwierdza, że Polska nie jest krajem chrześcijańskim, bo poglądy Nergala są w rzekomo stawiane na tym samym poziomie co biskupów (zapewne, gdyby Nergala zlinczował tłum katoli, wtedy byłby to kraj katolicki wystarczająco). Tymczasem wypowiedź Palikota o Popiełuszce i Kaczyńskim to NAJCZYSTSZY RACJONALIZM - do czego nawet Newsweek nie jest przyzwyczajony. Równe prawa dla idioty Nergala i fanatyków katolickich to też racjonalizm, tak samo jak porównanie Savonaroli i Hitlera (na tym portalu pisałem o ich wspólnym zamiłowaniu do palenia książek). Tego racjonalizmu nam strasznie brakuje. Z polityków reprezentują go JKM, który pisał, że każdy kto zabije druga osobę powinien wisieć (zasadność kary śmierci to inna kwestia), niezależnie z jakiego powodu to uczynił i reprezentuje go Palikot porównując przypadki Piotrowskiego i Kaczyńskiego. I nic nie powinno być na tyle święte by uchylić się od trzeźwej oceny jak pisał Christopher Hitchens w odpowiedzi na wątpliwości przyjaciela czy należy demaskować przewinienia Matki Teresy.

Dlaczego tak lubię Palikota? Nie chodzi tylko o politykę. Jawi mi się on jako normalny facet lubiący się trochę pobawić i powygłupia po pracy. Jak mówi moja narzeczona nie jest on - w przeciwieństwie do innych polityków polskich - nabzdyczony ani świętoszkowaty. Też tak uważam. Palikot nie udaje, że ma tylko duchowo-smoleńskie potrzeby. Kocha Paryż i Francję, a nie tylko pomrukiwania" "nie rzucim ziemi skąd nasz (sm)ród" - reprezentuje więc prawdziwą cywilizację życia.

poniedziałek, 5 września 2011

Richard Dawkins, „Bóg urojony” – wrażenia z lektury.



Książka słynnego brytyjskiego Richarda Dawkinsa znanego z moralnej krytyki postępowania Benedykta XVI, Kościoła Katolickiego i w ogóle religii, jest książką zaangażowaną, mającą na celu przekonanie czytelnika do ateistycznego światopoglądu. Myślę jednak, że pozycja ta może być ogromnie interesująca dla każdego, niezależnie od poglądów religijnych.

Najwięcej uwagi Dawkins poświęcił podważeniu argumentów mających dowodzić istnienie boga; wpierw tych tradycyjnych podanych przez Tomasza z Akwinu (m.in. dowód z przyczyny – świat istnieje więc musiał istnieć ktoś, kto go stworzył), później zaś tych bardziej wysublimowanych. Napomknął też o tezie Pascala, tak często przytaczanej przez wierzących, iż jakoby warto wierzyć w boga, gdyż – zależnie czy on istnieje czy nie – mamy do wygrania ewentualne życie wieczne, a nic do stracenia. Dawkins sugeruje, że Pascal formułował to zdanie pół-serio, zaznaczając, że po pierwsze nie da się zdecydować, o tym że od tej chwili będzie się wierzyć, ponieważ wiara nie podlega rozumowi, a po drugie wierząc możemy nie tylko tracić czas (na modlitwy, pielgrzymki itd.), ale też możliwą jest sytuacja „postawienia na nie to bóstwo” – tzn. nie możemy mieć pewności, czy akurat nasz bóg jest tym prawdziwym, a wyznając niewłaściwego, z pewnością nie zyskamy punktów u tego prawdziwego – jeśli ten istnieje. W tym kontekście żartu Pascala, przypomina mi się, kiedy czytałem o rozczarowaniu Voltaire’a i Diderota, lekturą Pascala i tym, że natknęli się u niego na dość twardy kurs religijny, czyżby nie dostrzegali oni znaczenia owego żartu?

Dawkins zadaje sobie wiele trudu by przekonać czytelnika, o tym, że jego sposób myślenia o świecie nie oddaje rzeczywistości. Ludzie mają tendencję do antropomorfizacji dzieła stworzenia, czy to będzie samochód czy wszechświat, a więc poszukują tego, który musiał je stworzyć, zakładając, że twórca musi być bytem bardziej skomplikowanym niż dzieło, tak jak mechanik samochodowy jest bardziej skomplikowany niż auto, które wytwarza. Dawkins w odniesieniu do dzieła stworzenia, wykazuje, że ewolucja przebiegała od form najprostszych, poprzez replikacje DNA, do najbardziej skomplikowanych, tak wiec świat powstawał nie na zasadzie „haku zrzuconego z nieba”, lecz jak „żuraw budowlany”, składany przez robotników od fundamentów po kabinę operatora. Dawkins atakuje idee kreacjonistyczne, jako nie tylko mało logiczne, ale i nie wyjaśniające niczego, gdyż powodują stawianie nowych pytań, zamiast tłumaczyć nam to co możemy częściowo zbadać. Najbardziej dziwi go fakt, że interwencjonistyczny bóg, zajmujący się uczynkami każdej z istot na Ziemi i innych planetach, uważany jest za PROSTE wyjaśnienie mechanizmu działania wszechświata. Tak daleko bowiem prowadzi człowieka skłonność do antropomorfizacji zdarzeń, ze hiperskomplikowany byt uważany jest za prostsze wyjaśnienie niż skromna w założeniach ewolucja. Jednocześnie napotkamy w książce cytat Carla Sagana, który dziwił się, że religijni ludzie właściwie nigdy nie cieszą się z odkryć naukowych dotyczących rozmiarów wszechświata, lecz pragną by ich „bóg pozostał malutkim bogiem” z księgi jednego ludu pustyni.

Bardzo ciekawe są rozważania Dawkinsa na temat ateizmu, teizmu, deizmu a la Toland, Voltaire i Paine, (który nazywa Dawkins „rozwodnionym teizmem”) i panteizmu a la Spinoza (który nazywa Dawkins „podrasowanym ateizmem”). Przypomina, ze wiara w boga-fizyka, który stwarza prawa fizyki, które rządzą światem, ale nie wtrąca się dalej w jego funkcjonowanie, był kiedyś uważany za równie skandaliczny pogląd jak ateizm (choćby prześladowanie Thomasa Paine’a za poglądy religijne (jedynie deista Jefferson nie opuścił go w tych trudnych czasach), podczas gdy obecnie ortodoksi religijni uważają deistów za sprzymierzeńców w walce z ateizmem. Deizm uważa Dawkins za postawę nielogiczną (gdyż nadal zakłada istnienie skomplikowanego stwórcy), choć oświeconą i szlachetną w porównaniu z teizmem, zakładającym małostkowego boga interesującego się grzeszkami każdego z nas i sprawiającego cuda. Ten punkt widzenia jest dla mnie szczególnie ciekawy, jako, że właśnie za deistę zawsze się uważałem i bynajmniej nie myślałem o sobie jako o sprzymierzeńcy teistów w walce z ateizmem. Uważam bowiem, że deizm jako swego rodzaju wyłączenie boga z naszych codziennych spraw prowadzi do podobnych wniosków jak ateizm, różniąc się odeń jedynie pewnym poczuciem bezradności wobec spraw świata tamtego. Deizm w zasadzie sprowadza się do pewnego wzmocnionego agnostycyzmu. Osobiście wolałbym by bóg istniał, bowiem traktuję go jako synonim pewnego porządku wszechświata, choć to moje myślenie życzeniowe nie jest silne. Raczej myślę o sobie jako o deiście chroniącemu ateistów przed atakami ze strony nieracjonalnie myślących teistów, których rozum skapitulował także wobec rzeczy świata tego.

Dawkins pragnie pokazać wierzącym, jak bardzo umowną rzeczą jest wiara w konkretnego boga i wyznawanie konkretnej religii. Zależą one bowiem od cywilizacji w jakiej żyjemy. Podczas dyskusji plenarnych wielokrotnie mówił ludziom wierzącym, że „gdyby żyli w Skandynawii w X wieku, te same słowa i myśli kierowali by do Wotana”, które obecnie kierują do Jahwe. Przypomina mi się Montesquieu, który dowodził, że pierwsza informacja służy nam do osądzania drugiej, a obie razem do osądzania trzeciej”, gdy Dawkins pokazuje, jak znajomość Biblii i Koranu w dzieciństwie powoduje, że w późniejszym nie dostrzegamy nieludzkich zachowań bohaterów tych ksiąg, lecz traktujemy opisane w nich zdarzenia jako konstruujące nasze pojęcie moralności, chociaż liberalizm i Zeitgeist już od dawna spowodowały powszechny brak akceptacji dla okrutnego patriarchalizmu, homofobii i niewolnictwa, które w Biblii są przedstawione jako postawa właściwa. Dlatego Dawkin sprzeciwia się indoktrynacji religijnej dzieci i postuluje przeciwstawianie się używaniu takich słów jak „katolicki dziecko” czy „muzułmańskie dziecko”, ponieważ nigdy nie mówimy np. o „socjalistycznych dzieciach” czy „liberalnych dzieciach”, a jedynie o dzieciach rodziców o pewnych ugruntowanych poglądach.

A wiec to Locke i Voltaire są ojcami naszej dzisiejszej moralności i etyki, a nie np. Mojżesz dokonujący czystek etnicznych wobec fanów złotego cielca, czy Jozue napadający na „bogu ducha winnych” mieszkańców Jerycha (podczas opisywanego, przez Dawkinsa eksperymentu, ponad połowa dzieci pochwaliła postępowanie Jozuego, którego atak na Jerycho, Dawkins porównuje do ataku Hitlera na Polskę. Brytyjski biolog pokazuje też, że ateizm nie jest niczym nadzwyczajnym , ponieważ np. każdy katolik, jest ateistą wobec Wisznu i Buddy i odpiera zarzuty obciążające ateistów zbrodniami Hitlera (katolika wierzącego w opatrzność, i zwalczającego materializm i ateizm już w „Mein Kampf” – co mogę potwierdzić po lekturze książki wodza III rzeszy) i Stalina, który wyznawał religię marksizmu. Warto tu wspomnieć wspaniałą myśl Sama Harrisa, który zauważył, ze jak dotąd żadna cywilizacja nie popełniała zbrodni, ani nie zniszczyła samej siebie, „z nadmiaru racjonalizmu”.


Bardzo interesujące jest przeprowadzone przez autora porównanie między historią religijności brytyjskiej i amerykańskiej. USA założyli antyklerykałowie promujący deizm tacy jak Adams, Madison, Franklin („latarnie morskie są znacznie pożyteczniejsze od kościołów”) i Jefferson (być może nawet ateista), co widać w takich dokumentach jak np. traktat handlowy z Trypolisem (1796-97), gdy to w dokumentach pojawiło się stwierdzenie, że konstytucja USA „nie jest oparta na idei chrześcijańskiej”, w związku z czym USA nie ma nic przeciwko muzułmanom. Zresztą taki był duch epoki. Mogę tu przypomnieć, że dla Hiszpanów nawiązanie stosunków w 1766 roku z Marokiem stanowiło koniec pewnej epoki. Primero Secretario de Estado (w l. 1776-1792) José Moniño, hrabia Floridablanca (1728-1808) twierdził, że „z Marokańczykami należy tak rozmawiać jak z Włochami czy Brytyjczykami”. Religia przestała mieć znaczenie - Oświecenie zwyciężyło nad duchem re konkwisty.

Dawkins zastanawia się co by się stało, gdyby dziś ktoś przypomniał słowa z owego traktatu w Kongresie USA, gdzie nawet niewierzący udają wierzących. Paradoksalnie, według Dawkinsa, obecna religijność USA wynika z umożliwienia wolnej konkurencji miedzy wyznaniami na bazie świeckiej konstytucji USA, podczas gdy związanie monarchii brytyjskiej z państwowym Kościołem Anglikańskim, doprowadziło do coraz dalej idącego ostudzenia religijnego ferworu (postać XVIII i XIX-wiecznego wikarego, bardziej filozofa i filologa niż teologa).

Dawkins uważa, że religia szkodzi relacjom społecznym i wywołuje konflikty, szkodząc także samym wyznawcom (np. postać obiecującego naukowca, który z powodu Biblii porzucił karierę naukową), skazując ich na wieczne poczucie winy i walki z innymi religiami. Mem oznacza jednostkę ewolucji kulturowej, analogicznej do genu będącego jednostką ewolucji biologicznej. Termin został wprowadzony przez Dawkinsa w książce Samolubny gen. Memy powielają się poprzez naśladownictwo, w procesie ich replikacji działa dobór naturalny. Tak szkodliwa religia ma być według Dawkinsa produktem ubocznym ewolucji kulturowej, w czasie której mem słuchania rad starszych (dziecko nie rozróżnia czy zakaz dotyczy szabatu czy nie wkładania głowy w paszczę krokodyla, lecz na wszelki wypadek słucha przestróg przez zarówno tymi realnymi jak i wyimaginowanymi zagrożeniami) i mem szukania bezpieczeństwa w grupie i podzielania przekonań grupy wzięły górę nad memami alternatywnymi. Podobnie jest z genem ćmy, która ustala swoje położenie względem księżyca i gwiazd, lecz niestety gen ten nie chroni jej przed pomyłką księżyca z latarnią lub lampą. Cóż, pozostaje mieś nadzieję, że kultura będzie ewoluowała w stronę kreatywności jednostkowej i indywidualizmu postaw życiowych, tzn. że warunki będą sprzyjały właśnie takim memom.

Różne cytowane przez Dawkinsa, wyniki badań, pokazują, ze jedynie 49% obywateli USA oddało by swój głos na ateistę, co sprawia, że choć ateiści są w USA co najmniej dwukrotnie liczniejsi od np. Żydów ortodoksyjnych, ich wpływ na politykę kraju jest zbyt rozdrobniony, a słowo ateista wyborcom kojarzy się gorzej niż „gej”, „kobieta”, „katolik” (poparłby ich większy procent ankietowanych) itd. Dawkins cytuje też aktorkę Julię Sweeney, która wspominała, że jej rodzice „jakoś by przełknęli, że nie wierzy w boga”, ale słowo „ateistka” spowodowało, że odwrócili się od niej plecami. Przy okazji warto wspomnieć o zamiarze zastąpienia słowa atheist słowem „bright”, by usunąć część nieżyczliwego nastawienia względem ateistów w USA.

Książka Dawkinsa jest fascynującym spojrzeniem biologa ewolucjonisty na proces dziejowy i na złudne tendencje ludzkiego procesu myslowego, spojrzeniem, które może nieco szokować bardziej humanistyczne umysły, ale właśnie dlatego warto tą książkę przeczytać. Zwłaszcza jeli wykazujemy zdroworozsądkową i naukową gotowoć korekty naszych poglądów, a więc reprezentujemy stanowisko anty-fundamentalistyczne.