wtorek, 26 lipca 2011

Londonistan - wrażenia z lektury

Książka Melanie Phillips: „Londonistan. Jak Wielka Brytania stworzyła islamski terror”, ma na celu odpowiedzenie na pytanie, jak to się stało, że Londyn stał się siedzibą radykalnego islamu. Według autorki złożyły się na to następujące czynniki:

- upadek wiary w wyjątkowość własnego narodu u Brytyjczyków (zwł. po 1945 i 1952 (upokorzenie w czasie kryzysu Sueskiego) ergo deficyt patriotyzmu i dumy narodowej.

- kryzys wszystkich odłamów religii chrześcijańskiej w UK (nadal większość deklaruje wiarę, ale do kościoła chodzi mniej chrześcijan niż muzułmanów do meczetów), przy jednoczesnej niechęci elit do kościołów i zachęcania obcych grup etnicznych i religijnych do zajęcia powstałej próżni (ekolog i islamofil książę Karol, bardzo się tu różni od swojej pobożnej matki, głosząc, że będzie jako król obrońca wszystkich religii, a nie tylko jednej i wyrażając opinie o rzekomym wzbogaceniu duchowym Brytyjczyków dzięki wpływom islamu, co gorsza podobnie uważa Rowan Williams, obecny arcybiskup Canterbury).



- zaopatrywanie mudżahedinów przez USA i UK podczas rosyjskiej inwazji na Afganistan, co uzbroiło i ręce i umysły radykalnych islamistów i wywołało wśród nich wrażenie, że skoro "pokonali Rosjan" (sami!) to mogą wszystko.

- bierność UK i USA wobec masakr prozachodnich muzułmanów bośniackich, co przekonało wielu muzułmanów, że na Europejczyków nie ma co liczyć i zagnało ich w stronę wojującego islamu, tj. traktowania islamu jako programu politycznego, a nie prywatnego sposobu życia.

- niezdolność zrozumienia istoty fanatyzmu religijnego przez liberalnych Brytyjczyków (brali oni radykałów występujących w Londynie za kogoś w rodzaju clownów, i nie przypuszczali, że młodzi naiwni muzułmanie dadzą się omotać)

- przypisywanie winy za francuskie i izraelskie kłopoty z muzułmanami, francuskim błędom popełnionym w czasie wojny w Algierii (Brytyjczycy nie przyjmowali do wiadomości faktu, że zamachy we Francji w latach 90 były często planowane w ich stolicy i izraelskiemu rzekomemu "apartheidowi". Żydów uważa się za mniejszość współrządzącą krajem, czyli zgodnie z marksizmem niemogącą być prześladowaną, choć przemoc islamska (i nie tylko) wobec Żydów w UK jest dość częsta.

- cicha ugoda miedzy brytyjskim kontrwywiadem a radykałami islamskimi (1996), że o ile nie będą atakować UK, będą mieli wolną rękę. Melanie Phillips przypisuje tą ugodę brytyjskiemu duchowi koncyliacyjnemu i praktycznej skłonności do szukania rozwiązań nie na lata lecz "na teraz".

Islamiści uznali brytyjski udział w pacyfikacji Afganistanu i Iraku za złamanie tej ugody, stąd zamachy z 2005 r. Wcześniej nawet wobec np. algierskiego ministra spraw zagranicznych ostrzegającego Brytyjczyków przed londyńskimi islamistami, broniono ich jako "bojowników" o jakieś słuszne sprawy.

- rozszerzenie rozumienia azylu politycznego, który przestał być udzielany jedynie prześladowanym przez rządy, a zaczął wszystkim prześladowanym (także przez jakieś luźne grupy społeczne) - czyli w praktyce każdemu.

- opanowanie brytyjskiej policji przez psychozę politycznej poprawności, która często paraliżuje jej działania.

- forsowanie przez lewicowe elity multikulturowego modelu społeczeństwa, i modelu edukacji nastawionemu na szukanie dialogu z odmiennymi etnicznie elementami, przy jednoczesnym braku podkreślania brytyjskich zasług dla świata, wolności i nauki, oraz nadmiernym krytykowaniu kolonializmu, co pozbawia młodych Brytyjczyków dumy narodowej, a muzułmanów i Hindusów - możliwości dostarczenia im czegoś z brytyjskich wartości, z którymi mogliby się identyfikować (zupełnie inaczej niż w USA).

- niedostrzeganie i nierozumienie związku miedzy radykalizmem politycznym i terroryzmem a religią przez elity USA i UK. Rozwój terroryzmu przypisywano biedzie i związanej z tym frustracji (szokiem było to, ze autorzy zamachów z 2005 roku byli muzułmanie z klasy średniej). Po upadku ZSRR zarówno brytyjski MI5 jak i amerykańskie FBI zlikwidowały komórki badające rozwój niebezpiecznych ideologii, bo wydawało się, że dni owych są policzone.

Książkę przeczytałem 3 godziny temu jednym tchem w poznańskim Empiku:). Polecam lekturę!

Jako liberała i anglofila najbardziej dobija mnie to, że Brytyjczycy są liberalni, rozumni i liberalni, ale jednocześnie dają sobie wmówić lewakom negatywny obraz własnej historii. Przecież jako twórcy wolnościowego systemu politycznego powinni być tak dumni, żeby bez kłopotu przełknąć najgorsze mary kolonializmu (zresztą straszliwie przeinaczane i wyolbrzymiane). Czemu ludzie zawsze muszą przesadzać? Albo są dumni nie do zniesienia, albo dają sobie kilku lewakom obrzydzić własną kulturę i tradycję... W przeciwieństwie do autorki nie identyfikuję brytysjkości z chrześcijaństwem, lecz muszę przyznać, że w konfrontacji z kolektywnie zachowującymi się radykalnymi muzułmanami, indywidualni liberałowie mogą nie wystarczyć. Anglikanie, baptyści i katolicy brytyjscy mają więc dużą rolę do odegrania. Choć generalnie jestem nieco na bakier z religiami, dostrzegam i doceniam ich unifikującą społeczeństwa rolę w trudnych chwilach.

Przy okazji: nieprawdziwe jest to twierdzenie zawarte w recenzji książki zamieszczonej na polityka.pl 31 marca 2009 r.:

"... Melanie Phillips. Podobnie jak Fallaci, twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak umiarkowany islam. Ten ze swej natury bowiem jest reakcyjny i ekspansywny. Autorka opisującego stopniową dominację społeczności islamskiej w angielskiej stolicy "Londonistanu" nie używa co prawda tak ostrego jak Fallaci słownictwa, nie pisze np. o „muzułmańskich szczurach", ale idea zdaje się być ta sama. Otóż - grzmieć i podawać przykłady zawłaszczania przestrzeni publicznej (formalnie należącej do większości) przez mniejszość, której interesy - w imię źle rozumianej poprawności politycznej praktykowanej przez (tu: brytyjskie) władze - biorą górę nad potrzebami "tubylców" (rodowitych Anglików). Autorka stara się udowodnić, że polityka multikulturowości prędzej czy później musi ponieść klęskę, albowiem zaledwie niewielki procent imigrantów (z naciskiem na wyznawców islamu) jest się w stanie zasymilować i podporządkować zasadom i wartościom wyznawanym przez Zachód...".

Autorka recenzji Małgorzata Kozłowska książki chyba nie czytała. Phillips nie przypomina Falacci pod żadnym względem. W wielu miejscach widać, że Melanie Phillips uważa, że co setki tysięcy muzułmanów brytyjskich to spokojni i sympatyczni umiarkowani, czy też liberalni muzułmanie, którzy chcą tylko pracować i uczyć się jak każdy, zaś radykalizacja pewnej sporej liczy pozostałych wynika z miękkiej postawy władz brytyjskich wobec islamistycznych liderów. Wspomina też wielokrotnie, że umiarkowani muzułmanie sami często ostrzegają władze przed radykałami (i ci rodzimi i np. pewien algierski dziennikarz, którego niezależną księgarnię w Paryżu zniszczyli nasłani z Londynu radykałowie). Rodzimi umiarkowani, którzy czuja się Brytyjczykami czują się zostawieni w potrzebie przez lewicowe elity wysługujące się islamistom.

Książka poszerzyła nieco ciasne granice brytyjskiej poprawności politycznej. Szmery zwątpienia w multi-kulti pojawiają się częściej niż dotąd. Kibicujmy Brytyjczykom, by odzyskali szacunek do siebie samych, a wtedy muzułmanie zapewne uczynią to samo (poza grupkami ekstremistów).

Piotr Napierała

Poglądy Andersa Behringa Breivika

Prawica i lewica, a włąsciwie różne odmiany obu starają się zepchnąć Andersa Behringa Breivika w ramiona tej ideologii, z którą walczą.

Dlatego GW podkreśla nacjonalizm i chrystianizm Breivika, a np. konserwatyzm.pl - jego "syjonizm" (a właściwie proizraelizm , nawiasem mówiąc większość syjonistów jest niezadowoloana z państwa I. w jego obecnym kształcie) , liberalizm obyczajowy, przynależność do masonerii (norweska masoneria narodowa jest akurat mocno konserwatywna i bogobojna!) i proamerykanizm. Jedynie w kwestii antysocjalizmu i ksenofobii komentatorzy są zgodni.

Najprawdopodobniej jednak jest to klasyczny spór o nic. Ten człowiek miał prawdopodobnie tęgiego świra - w końcu przepisał 1500-stronicowy manifest od innego terrorysty sperzed lat, który miał odmienne poglady od niego. Zachowanie się Breivika - robienie z siebie przedstawienia, kompletny brak zafrasowania swym losem i brak ludzkich odruchów względem ofiar, jak równiez pokretne rozumowanie - zabić socjaldemokratów by zaszkodzić sprawie imigracji (prędzej efekt będzie odwrotny, chyba że chodziło mu o rozpoczęcie dyskusji o imigrantach, której w Norwegii sie unika, ale sam twierdził, że chodzi mu o "rewolucję" światopoglądową) itd, świadczą o tym, że to człowiek chory i bez autentycznego i w miarę spójnego ideowego Weltanschauung

Definicja "prawdziwej cywilizacji" - Dávila i Trevelyan

Kolumbijski konserwatysta ultrakatolicki Nicolás Gómez Dávila (1913-1994) pisał: "Najkrótszą i najdokładniejszą definicję prawdziwej cywilizacji napotkałem u Trevelyana: A leisured class with large and learned libraries in their country seats (klasa próżniacza z jej wielkimi i uczonymi bibliotekami w wiejskich domach)".

Jestem skłonny się zgodzić z nim lecz trzeba tu zauważyć, że Dávila zapomniał, że Trevelyan był wigiem i liberałem, a owa szlachta ziemiańska również do ultra religijnej bynajmniej nie należała. Mówimy tu o liberalnej oświeconej Anglii XVIII i XIX wieku. Jak widać nawet taka konserwa jak Dávila instynktownie wyczuwa, że liberalizm jest najlepszą ideą polityczną i najbardziej ludzką, w końcu związek konserwatyzmu społecznego z religijnością, jakkolwiek powszechny jest przypadkowy.

Gdyby mężczyźni zachodzili w ciążę, aborcja byłaby sakramentem

Czy podejście kleru do kobiet nie jest oburzające? Księża nie są gentelmanami...

Nie jestem typowym feministą i uważam, że są sfery, w których kobiety mają aż za dobrze, np. w kwestii alimentów i w sądach rodzinnych, gdzie sędzinami są zazwyczaj kobiety, nie zgadzam się też np. z tezą, że świat rządzony prze kobiety musi być z definicji światem mniej okrutnym, lecz trudno mi nie zgodzić się z takimi zdaniami jak to:

„…W polskim parlamencie jest 80 proc. mężczyzn i 20 proc. kobiet. Dzięki temu mamy świetne przepisy łowieckie i legalną pornografię, ale zamiast edukacji seksualnej w szkołach prowadzi się katechezę. Budowa stadionów jest absolutnym priorytetem, ale domów dla ofiar przemocy już nie…”, pochodzącego z „Dużej książki o aborcji" Katarzyny Bratkowskiej i Kazimiery Szczuki.

Podobnie jak zgadzam się z tym zdaniem: „…Gdyby mężczyźni zachodzili w ciążę, aborcja byłaby sakramentem…” pochodzącej z tej samej książki. Jestem w stanie w to uwierzyć. W końcu nawet małżeństwo jako sakrament funkcjonuje dopiero od Thoma de Aquino (nie lubię spolszczeń) czyli od wieku XIII. Jestem w stanie w to uwierzyć. W końcu nawet małżeństwo jako sakrament funkcjonuje dopiero od Thoma de Aquino (nie lubię spolszczeń) czyli od wieku XIII. Księża nie są gentelmanami...:) w końcu nie muszą. W normalnym życiu człowiek musi przez grzeczność zabiegać o względy. Ileż to wieków kobiety to były te gorsze, te nieczyste, a te co inteligentniejsze mogły być nawet posądzone o czary (w końcu rzucały „urok” – taka dawna nazwa na sex appeal), ale jak podstarzałe męskie dziewice mają rozumieć kobiety? Nic dziwnego, że Luther rozumiał je lepiej, w końcu nawet ożenił się z Katherine von Bora. No i to katolickie opętanie na punkcie seksu! Tak mało jest radości w życiu, to jeszcze zabierają i to…:)

http://seksualnosc-kobiet.pl/...

Konserwatysto! Wolisz liberalizm czy szariat?

Na konserwatyzm.pl pojawił się ciekawy, choć cuchnący na milę frankistowską propagandą i kontrreformacyjnym bełkotem artykuł o panu Breiviku i podziale europejskich ruchów narodowych na pro-izraelsko-amerykańsko-liberalne i chrześcijańskie będące de facto umiarkowanie lub mocno antysemickimi. Oto fragment:

"...jednej strony mamy partie i ruchy tj. węgierski Jobbik, francuski Front Narodowy, grecki Złoty Świt (Hrisi Avgi), włoska Forza Nuova, Narodowe Odrodzenie Polski, hiszpański Ruch Społeczno-Republikański (MSR), hiszpańskie Falangi etc., a z drugiej nowy „nacjonalizm” – liberalny, prosyjonistyczny i proamerykański – Flamandzki Interes (Vlaams Belang), angielska EDL, Szwedzcy Demokraci (Sverigedemokraterna), Duńska Partia Ludowa, Partia Wolności Wildersa etc..."

http://www.konserwatyzm.pl/ar...

Oczywiście autor uważa, że, cytuję:

"...prymitywna islamofobia, granicząca z fanatyzmem miłość do Izraela, atlantyzm, liberalne podejście do zasad moralnych pomimo deklarowanej „obrony cywilizacji Zachodu”, uwielbienie wolnego rynku przypominające kliniczne przypadki libertarian..." jest bez sensu, preferując jak widać prymitywny antyliberalizm. Konserwatyzm.pl pouczył nawet premiera Tuska, że powinien szpiegować masonerię, by tragedia norweska (liberalna rzeź islamofilnych socjalistów) nie zdarzyła się w Polsce...

Ludzie tacy jak Breivik, Wilders, czy działacze EDL nie deklarują, lecz rzeczywiście bronią cywilizacji Zachodu (Breivik oczywiście przeholował - no i po diabła koncentrował się na ataku na lewicę norweską a nie na Palestyńczyków i islamskich emigrantów????).

Europa jest liberalna, islam liberalny zazwyczaj nie jest. Liberalizm wywodzi się z chrześcijaństwa, islam jest boczną drogą pnia religii monoteistycznych.

Katolickie organizacje narodowe takie jak NOP i hiszpańskie falangi straciły kontakt z rzeczywistością i bronią czegoś czego już nie ma od lat 60-tych XX wieku - europy jezusowej. Europa jest liberalna. Religia jest słaba. 1/3-1/2 "katolików" i "protestantów" to deiści. Może się to nie podobać gorliwcom religijnym, ale tak już jest i mówi się trudno (ja jako liberał i deista cieszę się, ale to inna sprawa). Czy warto jest tropić masonów i zwalczać liberałów, gdy islam puka do bram? Przypominam, że muzułmanie patrzą niechętnie i na katolików i na ateistów, a nawet chrześcijan bardziej nie lubią - dość posłuchać jak w programie TYT prowadzonym przez amerykańskich Turków krytykują Christian Broadcasting Network ultrabaptysty Pata Robertsona.

Europa jest dziś liberalna, ale to Europa ale to nadal Europa a nie Eurarabia. Słowem; konserwatyści katoliccy mogą albo bronić Europy albo ją zdradzić na rzecz dawno umarłych chrześcijańskich chimer.

Walki liberałów z konserwatystami otwierają drogę islamskiemu ekstremizmowi. Czas odpowiedzieć sobie na pytanie; liberalizm czy szariat?

Powstańcy i inni jędrusie oraz fałszywy obraz historii

DrukujWyślij znajomym
Breivik wypada nawet lepiej od tych romantycznych "bohaterów", ponieważ, choć szaleniec i morderca, walczył z inną cywilizacją

Czym różni się norweski zamachowiec od polskich powstańców XIX wieku czy 1944 roku?

To dobre pytanie. I on i oni decydowali/decydują za cały naród. Powstańcy listopadowi pierwszej nocy powstania rozstrzelali 6 polskich generałów tylko dlatego, że ci nie chcieli się przyłączyć do buntu. Powstańcy kościuszkowscy ściągnęli rzeź na Pragę. Powstańcy Stycznia rozpoczęli z kolej ruchawkę, której nie mieli prawa wygrać. Polska traciła "najlepszych synów" i niewinnych cywilów także w 1944 roku.

Breivik wypada nawet lepiej od tych romantycznych "bohaterów", ponieważ, choć szaleniec i morderca, walczył z inną cywilizacją, innym sposobem życia, - a powstańcy? Czy bracia Rosjanie (Słowianie, Europejczycy) byli aż tak straszni?

Z nazistami inna sprawa - oni byli straszni. Ale nawet tutaj nasze romantyczne nastawienie płata nam figle. Pamiętam jak jako archiwista miałem opracować niemieckie akta więzienia we Wrześni z lat 1940-1944. Miałem podzielić teczki, wg. zarzutu postawionego więźniowi. Szefowie archiwum przewidzieli takie kategorie jak: przywłaszczenie sobie niem. oznaki partyjnej, noszenie jej bez pozwolenia, fałszowanie Bezugscheinów, czynny atak na niem. funkcjonariusza itd; a więc same czyny niemal partyzanckie...

Tymczasem jak się okazało najwięcej było oskarżeń o Diebstahl czyli zwykłą kradzież, i to nawet nie "patriotycznie" na Niemcu, lecz na "bracie" - Polaku. W ten sposób Niemcy, choć oczywiście gnębili ludność, wykonywali też dobrą policyjną robotę - łapali złodziej i napastników w napadach rabunkowych Polaków na Polaków.

Pod okupacją życie toczyło się bowiem zgodnie z naturą. Lecz gdy kręcimy filmy o tych czasach, zupełnie pomijamy zwykłe codzienne życie; wszyscy bohaterowie są albo więźniami albo partyzantami lub akowcami....

Kiedy wreszcie zmądrzejemy i przestaniemy być tacy rycerzykowaci?

piątek, 22 lipca 2011

Dlaczego odrzucam religię a zwłaszcza katolicyzm

Odkąd zacząłem poważnie myśleć o rzeczywistości czułem się rozdarty między moim uwielbieniem dla pewnej hierarchii i porządku społecznego, a wolteriańskim odrzuceniem wszystkiego, co utrudnia codzienną ludzką egzystencję. Przyczyny tego rozdarcia upatruję w przesiąknięciu wszystkiego co prawicowe duchem religijnym, co szczególnie widoczne jest w Polsce, gdzie prawicowy oznacza tyle co katolicki. A przecież skąd inąd wiemy, że obecny Kościół jest mocno socjalny i modernistyczny w niektórych sferach swej działalności.

Kolumbijski konserwatysta ultrakatolicki Nicolás Gómez Dávila (1913–1994) pisał: „Najkrótszą i najdokładniejszą definicję prawdziwej cywilizacji napotkałem u Trevelyana: A leisured class with large and learned libraries in their country seats (klasa próżniacza z jej wielkimi i uczonymi bibliotekami w wiejskich domach)”. Jestem skłonny się zgodzić z nimi, lecz trzeba tu zauważyć, że Dávila zapomniał, że Trevelyan był wigiem i liberałem, a owa szlachta ziemiańska również do ultra religijnej bynajmniej nie należała. Mówimy tu o liberalnej oświeconej Anglii XVIII i XIX wieku. Jak widać nawet taka konserwa jak Dávila instynktownie wyczuwa, że liberalizm jest najlepszą ideą polityczną i najbardziej ludzką. Tak więc ów dziwaczny i chybotliwy związek konserwatyzmu społecznego z religijnością jest zjawiskiem powszechnym.
Tu warto zapytać; a co by było gdyby część owej „leisured class” była gejami lub libertynami? Historycznie wiadomo, że bywało i tak. Oczywiście nic by się nie stało – konserwatywna struktura nie ucierpiałaby ani odrobinę, ale spróbujmy to wytłumaczyć jakiemuś gorliwemu polskiemu parafianinowi…

Moje poszukiwania pewnego ładu w rzeczywistości powodują, że zachowuję ideę Boga na własny użytek, jako synonimu pewnego kosmicznego ładu filozoficznego, jednak mój Bóg nie jest małostkowym liczykrupą warzącym poszczególne grzechy i grzeszki, lecz bogiem filozoficznym, który w ludzkie sprawy się nie wtrąca, bo i po co, wystarczy mu stworzyć świat i być z niego dumnym. Idę tu wiec za deizmem Tolanda, Voltaire’a i Paine’a.

Do niedawna ateizm i deizm miały posmak rzekomych sympatii wobec ZSRR i komunizmu, podczas gdy katolicyzm a la Wyszyński stanowił kwintesencję dobrego „jędrusiostwa” (zupełnie odwrotnie było i jest w Hiszpanii), dziś młodzi biorą śluby katolickie tylko z szacunku dla rodziców, lub ulegając ich presji. Za 1-2 pokolenia prawdopodobnie będziemy nowoczesnym zachodnim społeczeństwem świeckim. Demokracja, którą uważam za gorszy ustrój od monarchii oświeconej, przydaje się akurat w tym procesie dopasowując wygląd społeczeństwa do woli większości, która ma dosyć trucia o wyimaginowanych grzechach i słuchać co podstarzali prawiczkowie mają do powiedzenia o seksie.
Katoliccy konserwatyści, tacy jak np. prof Wielomski uważają, że ja jako prawicowy wolterianin powinienem zachować swój religijny sceptycyzm dla siebie, ceniąc religię jako podstawę ładu społecznego. Cóż, ja to odczuwam jako kreowanie hipokryzji. Sam Voltaire zmieniał kilkakrotnie zdani w tym względzie, w końcu postanowił nie (od)ewangelizowywać chłopów, z obawy przed tym, że wraz z religią znikną ich podstawowe hamulce przed występkiem, lecz o pewnej akceptacji dla takiego dwutorowego myślenia u niego nie może być mowy. Voltaire uważał, że nigdy całe społeczeństwo nie będzie zdolne porzucić religii dla bardziej wyrafinowanej i przydatnej filozofii moralnej, ale cała elita, która ma możność uczenia się i doskonalenia winna to uczynić.

Po pierwsze Biblia promuje przestarzały model moralności. Jest to księga pełna kar za najlżejsze przewinienia, rekomendująca karę śmierci nie tylko za homoseksualizm, ale i za nieposłuszeństwo dzieci wobec rodziców czy złamanie szabatu. Dla naszych czasów nadaje się tylko liberalny model moralności, inaczej przy obecnym przemieszaniu różnych etnosów będziemy mieli permanentną wojnę domową. Zresztą o to właśnie chodziło liberałom, masonom. Ocenia się, że ok. 20—50 % księży katolickich to geje. Skąd więc ta niechęć do gejów świeckich? Czy to wrogość czy konkurencja?

Religia zachęca ludzi do udawania, ze wiedzą coś, czego wiedzieć nie mogą, a więc wspomaga ona ignorancję i arogancję w stosunkach międzyludzkich. Religijni ludzie uważający, że znają przeznaczenie ludzkości, przejawiają tendencję do pouczania innych i wtykania nosa w ich prywatne sprawy. Katoliccy naukowcy tacy jak prof. Legutko atakują nawet Locke’owską „strefę prywatną” – podstawę dzisiejszego zachodniego modelu społeczeństw i zachodnich wolności, jako „niepotrzebną”. Warto mieć na oku te pseudonaukowe próby. Wiara w Boga, ludzkość, Brahmę, prawa człowieka, wolny rynek, humanizm, uczciwość, Jezusa to delikatne prywatne sprawy, a ewentualne zmiany światopoglądu powinny zachodzić w zaciszu domów najlepiej pod wpływem spokojnej samotnej lektury, lub życzliwej dyskusji z przyjaciółmi. Przy okazji wychodzi masochizm katolików, gdy podczas mszy ksiądz grzmi na tych, co przyszli, że ludzie „nie chodzą w dzisiejszych zepsutych czasach do kościoła” – przecież oni przyszli. Oni też żyją w tych czasach, więc może nie są one tak zepsute? Gdyby powiedział im to ktoś inny, obraziliby się. Duchowny może ich obrażać ile wlezie.

Religia odwraca uwagę od spraw ziemskich ku problemom na które człowiek nie ma wpływu – problemom abstrakcyjnym. Duchowni są wyabstrahowani, zwłaszcza ci katoliccy żyjący w celibacie. Duchowni są utrzymywani z datków za swoje śmieszne wypracowania (często ściągnięte z netu) odbębnione w kościele, a zakonnicy dostają kieszonkowe od przeorów i nie mogą mieć właściwie nic własnego. Szkółka dziewic lub komuna – gdzie tu prawdziwe życie? Co oni mogą wiedzieć o psychologii? rodzinie? Seksie? Tj. mogą wiedzieć, bo są kimś innym prócz tego, że są duchownymi. Pamiętam rozmowę miss Olsen z młodym księdzem w serialu „Mad Men”. Miała ona nieślubne dziecko, które wychowywała jej matka na prowincji, a ksiądz wywąchał „duchowy problem” bohaterki serialu. Nie przyznała się ona do „grzechu”, a przy okazji dała do zrozumienia klerykowi (w Polsce panuje mania rozróżniania kleryków, prałatów, sufraganów, biskupów itp. dla mnie kleryk to taki sam ksiądz jak każdy inny tylko na stażu), że nigdy żył prawdziwym życiem (didn’t live real life), więc nie może jej pomóc ani czegokolwiek poradzić, on odparł wówczas, że kiedyś żył prawdziwym życiem. Morał z tego taki, że skoro ksiądz by zyskać autorytet w rozmowie o życiu musi wskazać na swe pozakościelne doświadczenie życiowe, to po co w ogóle zostawać księdzem?


Jak pisał de Sade religia jest po prostu niepotrzebna. Nie potrzebujemy jej aby czynić dobro; współczucie było znane i w pogańskim Rzymie. Z drugiej strony Steven Weinberg zauważył: "Z religią czy bez, dobrzy ludzie będą postępować dobrze, a źli — źle, ale złe postępowanie dobrych ludzi to zasługa religii". O przynależności człowieka do religii decyduje geografia i przypadek. Podobno drugie imię boga to przypadek, ale dla mnie to nie dowodzi jakiejkolwiek celowości wyznawania akurat tej odziedziczonej religii. Dlaczego w Grecji Platona i Arystotelesa nikt nie modlił się do Brahmy lub Odyna?

Kolejna sprawa to podejście kleru do kobiet. Nie jestem typowym feministą i uważam, że są sfery, w których kobiety mają aż za dobrze, np. w kwestii alimentów i w sądach rodzinnych, gdzie sędzinami są zazwyczaj kobiety, nie zgadzam się też np. z tezą, że świat rządzony prze kobiety musi być z definicji światem mniej okrutnym, lecz trudno mi nie zgodzić się z takimi zdaniami jak to: „…W polskim parlamencie jest 80 proc. mężczyzn i 20 proc. kobiet. Dzięki temu mamy świetne przepisy łowieckie i legalną pornografię, ale zamiast edukacji seksualnej w szkołach prowadzi się katechezę. Budowa stadionów jest absolutnym priorytetem, ale domów dla ofiar przemocy już nie…”, pochodzącego z „Dużej książki o aborcji" Katarzyny Bratkowskiej i Kazimiery Szczuki. Podobnie jak zgadzam się z tym zdaniem: „…Gdyby mężczyźni zachodzili w ciążę, aborcja byłaby sakramentem…” pochodzącej z tej samej książki. Jestem w stanie w to uwierzyć. W końcu nawet małżeństwo jako sakrament funkcjonuje dopiero od Thoma de Aquino (nie lubię spolszczeń) czyli od wieku XIII. Księża nie są gentelmanami... w końcu they don’t live real life więc nie muszą. W normalnym życiu człowiek musi przez grzeczność zabiegać o względy. Ileż to wieków kobiety to były te gorsze, te nieczyste, a te co inteligentniejsze mogły być nawet posądzone o czary (w końcu rzucały „urok” – taka dawna nazwa na sex appeal), ale jak podstarzałe męskie dziewice mają rozumieć kobiety? Nic dziwnego, że Luther rozumiał je lepiej, w końcu nawet ożenił się z Katherine von Bora. No i to katolickie opętanie na punkcie seksu! Tak mało jest radości w życiu, to jeszcze zabierają i to…

Na koniec: monarchizm Watykanu mógłby być zaletą, gdyby było to państwo zajmujące się sprawami świeckimi, wierzę bowiem w wyższość organizacyjną monarchii. W przypadku władzy czysto duchowej monarchizm ma posmak paskudnej tyranii i policji myśli. Wprawdzie np. muzułmanie potrafią utrudniać sobie i innym życie i bez głównej bazy, ale decyzje papieskie zawsze skazują na życie w hipokryzji ten lub inny milion katolików, ponieważ poglądów nie da się zmienić według zaleceń ustaw. Czasem myślę, że może wystarczyłoby gdyby wszyscy katolicy zostali protestantami; ci doszli do oświecenia i tolerancji samodzielnie i bez dozoru kleru dyskutując o Biblii, może i my doszlibyśmy. Jest na to szansa w Irlandii, wobec powszechnego oburzenia w sprawie tysięcy gwałtów dokonanych przez księży na nieletnich. Ponoć większość tamtejszych katolików przyznaje się do chęci zmiany wyznania.