wtorek, 17 maja 2011

Areligijność to nie antyreligijność

Wrogiem religii nie jest ten, kto obywa się bez niej, lecz ten, kto chce zmusić innych do życia bez religii.

Piszę ten artykulik, ponieważ mam coraz mocniejsze wrażenie, że jestem źle rozumiany z moimi poglądami religijnymi. Ponieważ dałem do zrozumienia, że mi, jako deiście (nie jestem nawet ateistą) osobiście chrześcijaństwo i jego mity są niepotrzebne, od razu zostałem zaklasyfikowany jako wróg religii. Oczywiście, wielokrotnie pisałem, co mi się nie podoba w chrześcijaństwie, jednak nie jestem zwolennikiem obalenia tej religii. Sam Voltaire pisał, że dla ludzi prostych, którzy nie maja czasu studiować filozofii moralnej, religia stanowi jej nieodzowną namiastkę. Otóż wrogiem religii nie jest ten, kto obywa się bez niej, lecz ten, kto chce zmusić innych do życia bez religii.

Ja rozumiem, że PRL chciał zniszczyć religię (choć wielu partyjniaków ukradkiem chodziło na msze) i stąd jakakolwiek uwaga sceptyczna wobec religii ma nieco lewacki posmak w naszym kraju, ale trzeba pojąć wreszcie, że jest to przypadek dziejowy. W Hiszpanii było odwrotnie; ludzie po obaleniu frankistów i ich zamordyzmu katolickiego, przeszarżowali w drugą stronę, zwalczając religię na każdym kroku, bo mieli jej serdecznie dosyć (takie jest proste wyjaśnienie pytań jakie stawiali sobie autorzy "Bitwy o Madryt"). Mam wrażenie, że prawica chrześcijańska w Polsce tak obecnie wolnościowa, stała by się totalniacka, gdyby zamordystą miał być KK.

Mój główny zarzut do religii, jest taki, że o ile nie jest ona praktykowana w wersji okiełznanej i w państwie kierującym się innymi zasadami moralnymi niż religijne, religia wywołuje dodatkowe niepotrzebne podziały i spięcia społeczne.

Nie rozumiem, jak można nie pojmować potrzeby zasypywania (czasem nawet za wszelką cenę) tych podziałów, czyż nie chcemy żyć w spokoju?. John Stuart Mill w swej pracy: "O wolności" pisał:

…ludzkość jest z natury tak nietolerancyjna w sprawach, które ja naprawdę obchodzą, ze swoboda religii nie została wprowadzona niemal nigdzie w życie, z wyjątkiem wypadków, gdy indyferentyzm religijny, który nie lubi by mu spory teologiczne spokój zakłócały, przeważył szalę swoim ciężarem…


W innym artykule wyjaśniałem już jak to się stało, że religia została usunięta z centrum życia publicznego, więc pozwolę sobie powtórzyć. Ludzie religijni zwykle obarczają za owe usuniecie religii odpowiedzialnością rewolucję francuską, co jest dużym błędem. Areligijność narodziła się bowiem wraz z empiryzmem brytyjskim, a więc wraz z Locke'em, Newtonem, a może nawet z Ockhamem. W XVII wieku w Anglii zauważono, że ludzie mający coś do zaproponowania społeczeństwu mogą się porozumieć tylko wówczas, gdy ich prywatne wierzenia zostaną wyłączone z dyskusji. Taka idea właśnie przyświecała założycielom Royal Society (1660). Anglikanie, sekciarze protestanccy i ludzie obojętni religijnie (coraz liczniejsi deiści idący w ślady Johna Tolanda) obradowali na sesjach stowarzyszenia dla dobra ludzkości i cywilizacji. Dzięki tym dyskusjom odkryto jak wiele spraw nie musi łączyć się z kwestiami religijnymi, i jak wiele spraw łączy ludzi rozsądnych, niezależnie od ich wyznania.

Jak sobie uprzytomnimy, że działo się to w czasach, gdy katolicy byli na cenzurowanym i wkrótce potem (na mocy Test Act) zakazano im piastowania urzędów - obawiano się bowiem profrancuskich postaw z ich strony, a gdy w 1665 roku uczelnia w Cambridge została zamknięta z powodu zarazy, a władze kościelne sprzeciwiły się paleniu ciał zmarłych (w celu zduszenia zarazy), lecz nakazywały modlić się w celu odwrócenia gniewu bożego, zdamy sobie sprawę ze znaczenia i rewolucyjności przedsięwzięcia jakim było Royal Society. Loże masońskie, skupione po raz pierwszy wokół loży Londyńskiej w ramach Wielkiej Zjednoczonej Loży Anglii (United Grand Lodge of England - UGLE), zgodnie z argumentacją Ludwika Hassa, były ni mniej ni więcej, tylko odpowiednikami Royal Society, przeznaczonymi nie dla naukowców, lecz dla laików. Masoneria kontynuowała więc doświadczenie polegające na rezygnacji z religii jako podstawowego regulatora stosunków społecznych. Oczywiście bez reformacji i kryzysy wiary, jaki w związku z nią nastąpił, nie byłoby mowy o takim toku wydarzeń.

Chodzi tu, więc nie o wyrugowanie religii, lecz o zablokowanie żarliwcom i fanatykom możliwości poderwania jednego tłumu religijnego przeciw drugiemu. W islamie nie ma dostatecznego rozgraniczenia miedzy tym co religijne, a tym co cywilne i wszyscy wiemy jak wygląda życie w tych krajach - tzn. ich ludności może to odpowiada, ale Europejczykom?

Właśnie na konserwatyzm.pl pojawił się ciekawy skądinąd artykuł Magdaleny Ziętek: "Chrześcijaństwo na niby, czyli o niemieckiej chadecji", w którym autorka demaskuje protestancko-katolicki, ekumeniczny i koncyliacyjny charakter chadecji. Mam jedno pytanie - czy postawa koncyliacyjna jest zła? Czy Royal Society, masonerie i chadecja czynią źle godząc ludzi? A może wrócimy do czasów nocy Św. Bartłomieja - ach jakież to byłoby żarliwe, prawe, prawicowe, katolickie, prawowierne, antydemoliberane, antymasońskie, i cudownie chrześcijańsko-uniwersalistyczne, prawda?

Niedawno mój kolega napisał parę słów o nocy Św. Bartłomieja. Niedługo potem jakiś muzułmanin skomentował, że "wiadomo, chrześcijanie są tacy i tacy...", na co mój kolega napisał, "my byliśmy tacy 400 lat temu, a wy jesteście tacy nadal". Czy mamy się cofnąć o te 400 lat?

Podobna sprawa jest z UE - owszem jest socjalistyczna, biurokratyczna, śmieszna, ale dzięki niej (i bombom atomowym, których każdy boi się użyć pierwszy) - nie ma wojny! To chyba dobrze, chociaż może teraz odezwą się co, którzy twierdzą, że tylko wojna może oczyścić atmosferę w Europie...

Niedawno Wałęsa obciążył chadecję winą za pustoszenie kościołów, może miał trochę racji, znam osobiście wielu wierzących katolików, którzy patologicznie nienawidzą wszelkiego łączenia wiary z polityką (Wałęsa odradzał to Tunezyjczykom i ich chętnie porównującym się z eurochadecją ugrupowaniom religijnym).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz