czwartek, 7 kwietnia 2011

Prawdziwa cywilizacja życia czyli świat areligijny

Zarówno w teorii jak i w praktyce udowodniono już, że człowiek moralny potrafi znakomicie obejść się bez religii. Wiemy to m.in. stąd, że istnieją miliony moralnych ludzi, którzy nie zaprzątają sobie głowy myśleniem o religii. Religia jest zjawiskiem, którym nie trzeba się już interesować ze strachu przed wykluczeniem ze społeczeństwa i sankcjami. Nie trzeba nawet pamiętać o świętach religijnych i innych tego typu okazjach.

Sala obrad Royal Society (XVIII w.)


Jak to się stało, że religia została usunięta z centrum życia publicznego? Ludzie religijni zwykle obarczają za to odpowiedzialnością rewolucję francuską, co jest dużym błędem. Areligijność narodziła się bowiem wraz z empiryzmem brytyjskim, a więc wraz z Locke'em, Newtonem, a może nawet z Ockhamem. W XVII wieku w Anglii zauważono, że ludzie mający coś do zaproponowania społeczeństwu mogą się porozumieć tylko wówczas, gdy ich prywatne wierzenia zostaną wyłączone z dyskusji. Taka idea właśnie przyświecała założycielom Royal Society (1660). Anglikanie, sekciarze protestanccy i ludzie obojętni religijnie (coraz liczniejsi deiści idący w ślady Johna Tolanda) obradowali na sesjach stowarzyszenia dla dobra ludzkości i cywilizacji. Dzięki tym dyskusjom odkryto jak wiele spraw nie musi łączyć się z kwestiami religijnymi, i jak wiele spraw łączy ludzi rozsądnych, niezależnie od ich wyznania.

Jak sobie uprzytomnimy, że działo się to w czasach, gdy katolicy byli na cenzurowanym i wkrótce potem (na mocy Test Act) zakazano im piastowania urzędów - obawiano się bowiem profrancuskich postaw z ich strony, a gdy w 1665 roku uczelnia w Cambridge została zamknięta z powodu zarazy, a władze kościelne sprzeciwiły się paleniu ciał zmarłych (w celu zduszenia zarazy), lecz nakazywały modlić się w celu odwrócenia gniewu bożego, zdamy sobie sprawę ze znaczenia i rewolucyjności przedsięwzięcia jakim było Royal Society. Loże masońskie, skupione po raz pierwszy wokół loży Londyńskiej w ramach Wielkiej Zjednoczonej Loży Anglii (United Grand Lodge of England - UGLE), zgodnie z argumentacją Ludwika Hassa, były ni mniej ni więcej, tylko odpowiednikami Royal Society, przeznaczonymi nie dla naukowców, lecz dla laików. Masoneria kontynuowała więc doświadczenie polegające na rezygnacji z religii jako podstawowego regulatora stosunków społecznych. Oczywiście bez reformacji i kryzysy wiary, jaki w związku z nią nastąpił, nie byłoby mowy o takim toku wydarzeń.

Herb Royal Society

Bardzo często organizacje religijne na czele z Kościołem Katolickim, starają się przekonać nas o znaczeniu prac naukowych pisanych przez duchownych (np. Murray Rothard uważa, że Kościół Katolicki "wynalazł" kapitalizm, podczas gdy Max Weber uważał, że to kalwinizm stanowił impuls dla kapitalizmu), jednak każdy musi przyznać, ze najważniejszym dla nauki odkryciem było wprowadzenie tolerancji do dyskusji naukowej. Royal Society i masoneria nauczyły ludzi, że istnieje moralność ponad-religijna, bazująca na deizmie i humanizmie. Owe podstawowe założenia moralności brzmiące rozsądnie dla niemal wszystkich (np. potępienie przemocy, pochwała pracy), muszą jeszcze dziś walczyć z konfliktami wynikającymi bezpośrednio z wielości religii (Biblia głosi boskość Jezusa, a Koran potępia tych, którzy uznają tego proroka za boskiego). Pisarz i neurobiolog Sam Harris postuluje dlatego oparcie dyskusji o moralności na ponadreligijnych i areligijnych podstawach.

Akademia Francuska, starsza niż Royal Society, nie umożliwiała owej równej i swobodnej dyskusji, nie dlatego, że we Francji była monarchia absolutna, lecz dlatego, ze była to monarchia katolicka. Model angielski podziwiał Voltaire, który mimo swego monarchizmu, był pod wrażeniem szerokiej swobody dyskusji w Londynie. Podobnie Montesquieu, który oddzielił Locke'owski indywidualistyczny liberalizm od Locke'owskiego konceptu umowy społecznej i republikanizmu, opierając liberalizm na zasadzie konkurujących ze sobą władz, do końca zachował entuzjazm dla angielskiego modelu dyskusji, z charakterystyczną dla niego wysoką dozą szacunku dla ludzi pióra, nauki i wielkiej wiedzy. Voltaire zachwycał się m.in. okazałym pogrzebem Newtona w 1727 roku, który widział na własne oczy.

Bardzo często pisze się, że bez religii nie może być mowy o moralności. Nawet liberalny Voltaire uważał, że filozofia humanistyczna jest dla elit, a lud powinien trzymać się religii. Christopher Hitchens uważa, że jest to pewnego rodzaju egoizm elit, które chcą zachować filozofię dla siebie. Faktycznie często słyszy się, że religia jest łatwa do pojęcia, a filozofia trudna. Czy rzeczywiście tak jest? Ludzie religijni najczęściej niewiele wiedzą o tym co wyznają, zaś na jednym z dostępnych w sieci filmów: http://www.youtube.com/watch?v=5UVt9KbCYzM&feature=channel_video_title dwóch ateistów (demaskujących rozbieżności miedzy podaniami biblijnymi a wiedza historyczna o starożytności) przekonuje, że typową postawą człowieka religijnego jest "szczycenie się wierzeniem w to, w co trudno uwierzyć", w nadziei, że bóg wynagrodzi ich za te trudy. Religia chrześcijańska to nie tylko 10 przykazań, lecz cały niezbyt spójny system wierzeń, kar, nagród, opowiastek, obietnic i proroctw, religie nie mogą się więc równać z względnie spójnym moralnym systemem filozoficznym, także pod względem dostępności dla przeciętnego czytelnika. Pisarz Sam Harris twierdzi z kolei, że religia ociąga uwagę człowieka od prawdziwych problemów (głód, epidemie, energetyka, nauka, nauczanie, infrastruktura itd.) w stronę pseudo-problemów związanych z życiem "duchowym" i wolą boga, który jest przecież niemożliwa do zbadania, które absolutnie nie dadzą się rozwiązać, natomiast znakomicie potrafią skłócać ludzi i marnować ich twórczą energię: "rozmawiamy o małżeństwach gejów, tak jakby był to najważniejszy problem XXI wieku", a religia "zachęca ludzi do udawania, że wiedzą to czego tak naprawdę nie wiedzą".

Równie często słyszy się, że promowanie ateizmu grozi totalitaryzmem, destrukcją i masowymi mordami. W odpowiedzi na zarzuty o nietolerancję w przeszłości; rzeź św. Bartłomieja (była to nota bene raczej bitwa niż rzeź), wygnanie hugenotów (1685) czy te związane z działaniami inkwizycji kościelnej, ludzie religijni odpowiadają: "-a Robespierre ?, - a Hitler ?, - a Lenin ?". Otóż warto wspomnieć, że Robespierre promując kult "najwyższej istoty", palił posągi "egoizmu i ...ateizmu", że Hitler w "Mein Kampf" co chwile powoływał się na boga i jego wolę", a socjalizm bolszewicki miał za swą podstawę ideologię marksizmu, która - jak wykazał Karl Raimund Popper - ma charakter profetyczny, a więc religijny. Działalność Robespierre'a, Lenina i Hitlera ma więcej wspólnego z wojnami religijnymi, niż wojnami przeciw religii. Podobnie można określić działalność Mahometa, który uczynił sprawy społeczne sprawami w 100% religijnymi (prawo i religia oparte na wspólnych podstawach). Christopher Hitchens ujął to bardzo trafnie, mówiąc, że trzeba użyć religii by namówić moralnego człowieka do zrobienia krzywdy dziecku - tj. dokonania na nim obrzezania i jeszcze żartowania z tego.

W Polsce religia kojarzy się z prawicą, a ateizm z lewicą, ponieważ Kościół (w stopniu zresztą mniejszym niż się zazwyczaj przyjmuje) patronował opozycji antykomunistycznej. W innych krajach regionu jest inaczej, dlatego w Czechach do bezwyznaniowości przyznaje się ok. 59% społeczeństwa, na Węgrzech - 24,6%, a w Polsce tylko 6%. Na niemal całym cywilizowanym świecie prawicowość (elitaryzm, hierarchia, porządek, wolnorynkowość, monarchizm, sceptycyzm wobec demokracji) nie pokrywa się w ogóle z religijnością. Nic w tym dziwnego, w końcu religia zawiera w sobie zarówno pierwiastek egalitarny, jak i elitarny i jako taka nie implikuje prawicowości ani lewicowości. Przykładowo Diderota można nazwać lewicowcem, ponieważ przewodził republikańskiemu skrzydłu oświecenia, a np. Voltaire i Montesquieu - monarchiczno-"prawicowemu", lecz deklarowany przez Diderota ateizm nie ma nic wspólnego z lewicowością, w końcu monarchista Hume też był ateistą.

Co by się stało, gdyby Kościół Katolicki jutro zniknął? Czy cywilizacja załamała by się? Czy powróciłby "grzeszny" Babilon (swoja drogą w Babilonie żyło się zapewne lepiej niż w państwach arabskich - jego teokratycznych spadkobiercach), czy ludzie zaczęli by mordować się wzajem (Kościół szacuje człowieka niezwykle nisko sądząc, że bez jakiejś starożytnej księgi zacznie on od razu palić i rabować, przecież istnieje policja), czy nastały by czasy straszliwego totalitaryzmu depczącego ludzką godność? Śmiem twierdzić, że nie.

Przypuszczam, że społeczeństwo pozbawione religii, lub - po deistycznemu- nie zaprzątające sobie nim głowy, byłoby o wiele szczęśliwsze. Znikłaby kościelna pseudo-opieka nad chorymi; mam tu m.in. na myśli casus Matki Teresy z Kalkuty, która choć dysponuje wielkimi środkami z darów, trzyma chorych w kiepskich warunkach, wychwalając wszem i wobec głęboki sens cierpienia. Christopher Hitchens w swej książce poświęconej jej działalności opisuje, jak po otrzymaniu znakomicie wyposażonego szpitala, Matka Teresa kazała usunąć wygodne łóżka i meble, zastępując je niewygodnymi, jak zmieniała dzieciom płócienne pieluchy na pampersy tylko na spodziewany przyjazd Hilary Clinton, jak na każdym kroku podkreślała misyjny, a nie humanitarny charakter swoich działań, oraz jak chrzciła umierających Hindusów i mahometan bez ich wiedzy i zgody. Hitchens przytacza również jej wypowiedź na temat umierającego na raka pacjenta, kiedy to miała mu powiedzieć: "cierpisz jak Pan na krzyżu. Jezus cię całuje", na co on odpowiedział: "w takim razie powiedz mu, żeby przestał". Odpowiedź chorego siostra również przytoczyła, nie wychwyciwszy zapewne zawartej w niej ironii.

Wraz z końcem religii, lub jej władzy nad społecznościami, ludzie przestaliby wreszcie słyszeć, że wszystko co przyjemne, nawet te zupełnie niewinne przyjemnostki, jest grzechem (ciekawe, że z wyjątkiem konfucjanizmu - wszystkie religie jak jeden mąż tak właśnie nauczają), a więc zaczęli by żyć pełnią życia. Cała debata publiczna skoncentrowałaby się na tematyce życia, a nie zmarłych w wyniku starości, czy aborcji; w końcu Jefferson podkreślał, że ziemia jest dla żywych. W ten sposób unika się społecznej nekrokracji (takiej jak w Polsce po śmierci Piłsudskiego, lub obecnie w Korei Płn.). Konfucjusz, stanowiący natchnienie Voltaire'a, zalecał życie "z dala od duchów i bogów". To właśnie cywilizacja sceptyków jest cywilizacją życia, a cywilizacja ludzi religijnych - cywilizacją śmierci. Widać to już na pierwszy rzut oka. Ludzie religijni snują się z posępnymi minami po ulicach, podczas gdy sceptycy radują się życiem. By nie grzeszyć należałoby właściwie zrezygnować z życia i położyć się w trumnie czekając na przybycie "królestwa niebieskiego". Największym skandalem jest nie to, że prawiczkowie i starzy kawalerowie (księża) uważają się za autorytety w dziedzinie życia rodzinnego, lecz to, że każda religia opiera się na kulcie śmierci, a dokładniej na kulcie "pięknej i sprawiedliwej" śmierci. Może dlatego ludzie tak chętnie umierają za religię, a tak niechętnie postępują zgodnie z jej zasadami. Sama koncepcja czegoś nadnaturalnego odwołuje się zresztą do zniechęcenia do świata i negowania jego praw.

W Afryce opanowano by wreszcie plagę AIDS stosując wszystkie środki zakazywane obecnie przez Kościół. Ludy Europy i Afryki Północnej nie spoglądałyby już na siebie złym okiem, tylko dlatego, że mit Jezusa i mit Mahometa nieco się różnią od siebie. Moralność stanęłaby na wyższy poziom, ponieważ jak mówił d'Holbach, ateista jest bardziej świadomy swych obowiązków wobec natury, a w USA, gdzie do ateizmu przyznaje się 10% społeczeństwa, wśród więźniów ateistów jest jedynie 0,25% - jak więc jest z tą religią, rzekomo powstrzymującą ludzi przed występkiem. Osobiście mam wrażenie, że religia powstrzymuje przed występkiem jedynie wobec współwyznawców, podczas gdy świecki humanizm jest dużo bardziej uniwersalny i przez to moralny.

Moralność, jak utrzymuje Christopher Hitchens, jest wynikiem empirycznych doświadczeń społeczności w ciągu ich historii. Zachowania jaskrawie aspołeczne, jak np. kanibalizm uniemożliwiają społecznościom kanibali przetrwanie. Religia nie jest potrzebna do dojścia do tych wniosków, w końcu jak zauważa Hitchens Homo Sapiens obywał się przez 98.000 lat bez religii chrześcijańskiej. Ponieważ przez tysiące lat nasz gatunek żył w fatalnych warunkach dziesiątkowany przez choroby miał pod dostatkiem własnych "kultów śmierci". Wszechpotężna czyhająca zza każdego rogu śmierć musiała być obiektem kultu, jak każde źródło masochistycznej przyjemności połączonej ze strachem. Hitchens podkreślił, że dopiero od około 150 lat nasza cywilizacja cokolwiek wie o historii ziemi i dysponuje odpowiednią skalą porównawczą, nic dziwnego, że najpoważniejszy kryzys religii dostarczającej pseudo-wiedzy opartej na aurze tajemniczości, nastąpił właśnie ok. 150 lat temu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz