wtorek, 1 marca 2011

O tym czym polityka jest a czym nie jest i co ma ona wspólnego z religią i kulturą

Chciałbym zwrócić uwagę na zmieniające się w ciągu dziejów znaczenie słów „polityka” i „polityk”. Słowo „polityka” jeszcze dla ludzi XVIII wieku oznaczało to samo co dla Arystotelesa – sztukę rządzenia, a nie to co dla nas dziś; sztukę zdobycia władzy w gąszczu demokratycznych procedur. Pisarze polityczni oświecenia doradzali więc monarchom, ministrom i reformatorom, rzadziej kierując swe słowa do rodzącej się wówczas opinii publicznej.

Pomysły były rozmaite. „Król filozofów” Voltaire (1694-1778) był zwolennikiem monarchii absolutnej lub konstytucyjnej zachowującej tolerancję religijną i szanującą „strefę prywatną” (termin zapożyczył od Locke’a) poddanych o, a więc był monarchistycznym liberałem. Baron Charles de Montesquieu (zw. w Polsce Monteskiuszem, ur., 1689, zm. 1755) miał podobne poglądy z tą różnicą, że wierzył, że silna pozycja arystokratów i sędziów stanowi najlepszą gwarancję swobód poddanych. Voltaire wierzył, że jedynie silny i nieskrępowany w swym działaniu monarcha zabezpieczy owe swobody. Hrabia Henri de Boulainvilliers (1658-1722) był zwolennikiem rządów starej szlachty o średniowiecznym (frankijskim) pochodzeniu, zaś Montesquieu, sam należący do nowej „szlachty sukni” (noblesse de robe), uważał ją właśnie za zdolniejszą i lepiej nadającą się do rządzenia. Przyjaciel i kolega szkolny Voltaire’a, markiz Rene d’Argenson (1694-1757) chciał decentralizacji monarchii wraz z umocnieniem pozycji króla i osłabieniem arystokracji, a także wprowadzenia jakiejś formy reprezentacji ludu prowincji. Voltaire popierał projekty przyjaciela. Denis Diderot (1713-1784) i baron Paul Thiry d’Holbach (1723-1789) różnili się od poprzednich wymienionych promowaniem ateizmu, choć pierwszy z nich był umiarkowanym demokratą (zwłaszcza po utworzeniu USA), a drugi monarchistą. Podobnie jak Diderot myśleli Jean Nicolas de Caritat, markiz Condorcet (1743-1794) i Louis-Sébastien Mercier (1740-1814). W jednym ze swych dzieł Mercier opisywał futurystyczny Paryż roku 2440 (sic!), racjonalnie zarządzany z nisko opodatkowaną ludnością i pozbawiony mnichów, żebraków. Kłócono się o politykę ekonomiczną. André Morellet (1727-1819), zwolennik wolności prasy na modłę angielską promował wolny handel bez dozoru państwa. Ekonomiści, później zwani fizjokratami chcieli wzmacniać przede wszystkim rolnictwo (jako rzekomo najbardziej produktywne) a resztę gospodarki poddać kontroli. Oprócz liberałów takich jak Voltaire czy Montesquieu, byli także radykałowie - utopijni zwolennicy przekształcenia całego społeczeństwa i ustroju, jak Jean-Jacques Rousseau (1712-1778) ze swoim uwielbieniem wybieralnej arystokracji i „społeczeństwa politycznego” zakładanego na zasadzie zgody wszystkich, lecz totalistycznego (wnikającego we wszystkie dziedziny życia członków wspólnoty), gdy już miało powstać, i proto-komuniści tacy jak Gabriel Bonnot de Mably (1709-1785). Do tych ostatnich nawiązywali radykałowie rewolucji francuskiej tacy jak Maximillien Robespierre (1758-1794) zwalczający liberałów tej doby; markiza Condorceta i Guillaume’a de Malesherbesa (1721–1794). Obaj Condorcet i Malesherbes byli ofiarami rewolucji francuskiej. Malesherbes znany jest z opieki nad encyklopedystami; zwł. Diderotem i de Jaucourtem. Słabsi od liberałów byli konserwatyści tacy jak Lotaryńczyk Charles Palissot de Montenoy (1730-1814). atakujący utopijność pomysłów radykalniejszych „filozofów”, czy wróg Voltaire’a i zwolennik dominacji światopoglądu katolickiego Élie Catherine Fréron (1718-1776).

Z wymienionych tutaj ludzi oświecenia i anty-oświecenia tylko niektórzy byli politykami, tj. zajmowali się aktywnie polityką. Polityk za czasów dawnych monarchii był to minister lub urzędnik wyższego szczebla, który zajmował się sprawami państwa; wdrażaniem reform, rozsądzaniem sporów, przydziałem środków rozmaitym służbom, opieką nad weteranami, zarządzaniem majątkiem władcy, misjami dyplomatycznymi itd. Tym właśnie jest polityka. Politykiem był markiz Rene d’Argenson, ponieważ sprawował kilka ministerialnych funkcji, Voltaire nim tylko „bywał” (np. wykonując misje dyplomatyczną w Prusach). W ogóle politykiem się raczej bywa niż się nim jest. Wykonywanie zadania dla państwa – oto główna cecha polityka.

W czasach demokratyczno-nacjonalistycznych (masowość ustawodawcza odpowiada masowości plemiennej, a wiec nacjonalizm i demokracja są niemal zamienne) słowo „polityka” całkowicie zmieniło swe znaczenie. Dziś politykiem może być ktoś, kto zasiada w sejmie i „wypowiada się w istotnych sprawach”, a polityką – walka o władzę. Walka o władzę pochłaniająca ogromne ilości energii społecznej to typowa wada demokracji, z jej bezsensownym postulatem wyłaniania polityków, którzy mają pozałatwiać dla państwa konkretne sprawy wymagające wiedzy i obrotności, przez ignorancki tłum, który ledwo znajduje czas by głosować, a co dopiero zastanowić się nad polityką, pożądaną wizją państwa, potrzebnymi działaniami w dyplomacji. Warto zauważyć, że owa wizja państwa to wizja tego jak państwo ma funkcjonować, tj. jak aparat państwa ma funkcjonować.

Polityka kojarzy się nam dziś bardziej z wdrażaniem wizją społeczeństwa raczej niż państwa; z walką o kulturę. Dziś istotne jest co polityk powiedział a nie czego dokonał. Istotne jest na jakie wartości się powołał. 90 % obecnych polityków nie dokonało w zasadzie niczego. Polityka w dawnym sensie to dziś jedynie polityka lokalna. Wielka polityka jest właściwie jedynie walką kulturową; jasnogrodu z ciemnogrodem; sekularyzmu z chrześcijańską wizją społeczeństwa, permisywizmu z zamordyzmem, poprawności politycznej z wolnością wypowiedzi, mniejszości z większością, z rzadka jeszcze czasem powie się coś o prawdziwej polityce – np. walce etatyzmu z „tanim państwem”. Polityka dawnego typu przez niektórych jest wręcz uznawana za zbędną! W końcu prawo reguluje wszystko, prawda? Po co rządzić, wystarczy „wykonywać prawo”. Otóż po pierwsze prawo nie nadąża nigdy za wyzwaniami współczesności (bo zostało uchwalone w przeszłości), po drugie zaś mimo amerykańskiego buntowniczego snu o „byciu posłusznym nigdy innemu człowiekowi, a jedynie prawom”, o którym wspomina m.in. Tocqueville, jest mrzonką, gdyż jak wykazali decyzjoniści z Carlem Schmittem na czele; polityka zawsze jest kwestią decyzji rządzących. Oni zastanawiają się czy trzymać się litery prawa czy zmienić sposób działania w konkretnej sytuacji. Zastanawiające jest, że Amerykanie dali tak wielką władzę zmienienia rzeczywistości prezydentowi, skoro niby zapisane prawo ma rządzić w sposób absolutny.

Zazwyczaj za to przeniesienie środka ciężkości z rozważań na temat np. tego na co przeznaczyć pieniądze z budżetu, na np. rozważania nt. dopuszczalności in-vitro obwinia się Gramsciego, który postanowił przenieść front walki socjalizmu z siłami zachowawczymi i liberalnymi ze świata ekonomii do świata kultury. Jest on ojcem duchowym obecnej poprawności politycznej, z jej językiem faworyzującym każde niebożątko-odmieńca, a w pogardzie mającym dawne dokonania Europy, „kiedy biały człowiek miał jeszcze odwagę dźwigać swe brzemię”, faworyzującym w zasadzie wszystko prócz „białego heteroseksualnego mężczyzny”, który w sensie politycznym nadal rządzi cywilizowanym światem.


Wydaje się jednak, że ta zmiana frontu, którego dotyczy polityka wynika z samej demokracji z jakże typową dla niej ustawodawczą hiper-nadaktywnością. Skoro lud niby sam sobą rządzi, to właściwie wszyscy są politykami. Skoro całe społeczeństwo zajmuje się polityką, to polityczne staje się wszystko. Co ciekawe decyzja wcale nie zawsze jest po stronie większości – gdyby tak było mielibyśmy dziś krzyże w szkołach i przywróconą karę śmierci (ale już zakazu aborcji by nie było, bo większość społeczeństwa popiera aborcję). Decyzja nie idzie w parze ze zdaniem większości ponieważ demokracja nie istnieje naprawdę, lecz jedynie w świecie konwencji i frazesów. Warto jednak zauważyć, że skoro wszystko staje się w demokracji „przedmiotem debaty publicznej” (w końcu „warto rozmawiać”, a „wszystkie dzieci są nasze”), to w dzisiejszym demo-świecie politykiem może być człowiek, który nic nie robi a tylko „wypowiada się”, pod warunkiem iż czyni to pod szyldem swojego członkowstwa w PiS, PO czy PSL. Skoro prawica walczy z lewicą o kulturę, umiarkowane postawy polityczne są obśmiewane; w końcu chodzi o „zwycięstwo”, a więc w gazetach rzekomo niepolitycznych jak „Film” napotkamy ultra-bolszewizm, a na forach prawicowych klerykalny krucjato-konserwatyzm.

Może zamiast podejmować totalną wojnę z lewicą o kulturę, warto by spróbować z powrotem wypchnąć zagadnienia moralno-kulturowe z polityki, przypominając sobie słowa Locke’a, który specjalnie po to wydzielił sferę prywatną ze sfery publicznej, by osobiste przekonania jednego człowieka nie uprzykrzały życia innemu.

Innymi słowy światu trzeba liberalizmu, ale takiego zwykłego – prawicowego opierającego się na poszanowaniu jednostki, własności i prywatności, a nie demoliberalizmu będącego jedynie doktryną głoszącą, że wszyscy są równi (a więc może nie warto się kształcić bo menel jest równie dobry co profesor).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz