czwartek, 13 stycznia 2011

Błędy współczesnych intelektualistów

Dziwne twierdzenia intelektualistów jakie możemy dziś obserwować wynikają nie tyle z folgowania jakimś ideologiom, lecz raczej z mało racjonalnej, mało wyważonej, bardzo emocjonalnej, histerycznej i nieżyciowej orientacji ich tekstów.

- UPROSZCZONY ŚWIATOPOGLĄD:

Wyraźnie manifestuje się wśród współczesnych intelektualistów skłonność do tworzenia ideowych polaryzacji, lub innych manichejskich konstrukcji. Intelektualiści o tzw. "lewicowej wrażliwości" (nota bene bardzo rzadko mówi się o "prawicowej wrażliwości"), których w Polsce najlepsze egzemplarze można znaleźć przede wszystkim w magazynach kulturowych typu "Film" i "Wysokie Obcasy", a w mniej "czystej" odmianie w gazetach, mają skłonność zaliczania wszystkiego - co nie jest awangardą - do konserwatyzmu. Piszą więc np. o "konserwatywnej większości" społeczeństw zachodnich. Większość ta jakoś się nie ujawnia podczas wyborów - ciągle rządzą socjaldemokraci, a czasem chadecy, czyli socjaldemokraci chodzący do Kościoła. Intelektualiści sprzyjający prawicy częstokroć, każdego, kto krytykuje Kościół uznają za marksistę, tymczasem warto pamiętać, że liberał klasyczny będzie tylko pilnował by Kościół nie łamał zasad tolerancji, podczas gdy lewicowy demo-liberał i socjaldemokrata będą się starać by Kościół grał minimalną rolę w życiu społecznym. Pamiętam jak dostało mi się od "towarzyszy", gdy krytykowałem nacjonalizm (patriotyzm dla jednych nacjonalizm dla drugich), a przecież nacjonaliści zaczynali w XIX wieku jako sprzymierzeńcy radykalnych lewicowych demokratów. Warto też pamiętać o różnicy między konserwatywnym klasycznym liberałem (UPR, FDP, UKiP), który chce byśmy płacili niższe podatki, a demokratycznym (socjal)liberałem (DPL, Liberal Party), który walczy o "standardy demokracji" itp. Tymczasem tu na PN wielokrotnie widzimy szalone tezy jakoby "liberalizm był pierwszym socjalizmem" - liberałowie (sam się do nich zaliczam) NIENAWIDZĄ socjalizmu! Być może ta skłonność do manichejskich konstrukcji bierze się z samej demokracji z ich partiami parlamentarnymi - w parlamencie ważne jest kto jest "na lewo od nas", a nie: "Kto jest rzeczywiście lewicowy" - i o tym warto pamiętać (socjaldemokratyczna PO uchodzi u nas za liberalną, a nacjonalistyczna socjaldemokratyczna PiS za konserwatywną).

Ta sama skłonność widoczna jest w generalizowaniu dotyczącym zjawisk historycznych. Jeśli powiemy, że np. "Oświecenie doprowadziło do ograniczenia roli Kościoła" to jest to zdanie poprawne, lecz jeśli powiemy "Oświeceniowcy zamierzali zlikwidować Kościół", albo: "Oświeceniowcy stanowili przodków lewicy", to wtedy zapala się czerwona lampka pt: "zależy którzy". Oświecenie było ruchem bardzo niejednorodnym. Oświeceniowcy zasadniczo byli sceptykami i kierowali się utylitaryzmem. Przedkładali ulepszenie życia na ziemi od kontemplacji teologicznych i metafizycznych. Zamierzali kształcić społeczeństwo, lecz jak owo kształcenie ma wyglądać było już sprawą sporną. Słowo „polityka” dla ludzi XVIII wieku oznaczało to samo co dla Arystotelesa – sztukę rządzenia, a nie to co dla nas dziś; sztukę zdobycia władzy w gąszczu demokratycznych procedur. Pisarze polityczni oświecenia doradzali więc monarchom, ministrom i reformatorom, rzadziej kierując swe słowa do rodzącej się wówczas opinii publicznej. Pomysły były rozmaite. „Król filozofów” Voltaire (właść. François-Marie Aruet, ur. 1694, zm. 1778) był zwolennikiem monarchii absolutnej lub konstytucyjnej zachowującej tolerancję religijną i szanującą „strefę prywatną” (termin zapożyczył od Locke’a) poddanych o, a więc był monarchistycznym liberałem . Baron Charles de Montesquieu (zw. W Polsce Monteskiuszem, ur., 1689, zm. 1755) miał podobne poglądy z tą różnicą, że wierzył, że silna pozycja arystokratów i sędziów stanowi najlepszą gwarancję swobód poddanych. Voltaire wierzył, że jedynie silny i nieskrępowany w swym działaniu monarcha zabezpieczy owe swobody. Hrabia Henri de Boulainvilliers (1658-1722) był zwolennikiem rządów starej szlachty o średniowiecznym (frankijskim) pochodzeniu, zaś Montesquieu, sam należący do nowej „szlachty sukni” (noblesse de robe), uważał ją właśnie za zdolniejszą i lepiej nadającą się do rządzenia. Przyjaciel i kolega szkolny Voltaire’a, markiz Rene d’Argenson (1694-1757) chciał decentralizacji monarchii wraz z umocnieniem pozycji króla i osłabieniem arystokracji, a także wprowadzenia jakiejś formy reprezentacji ludu prowincji. Voltaire popierał projekty przyjaciela. Denis Diderot (1713-1784) i baron Paul Thiry d’Holbach (1723-1789) różnili się od poprzednich wymienionych promowaniem ateizmu, choć pierwszy z nich był umiarkowanym demokratą (zwłaszcza po utworzeniu USA), a drugi monarchistą. Podobnie jak Diderot myśleli Jean Nicolas de Caritat, markiz Condorcet (1743-1794) i Louis-Sébastien Mercier (1740-1814). W jednym ze swych dzieł Mercier opisywał futurystyczny Paruż roku 2440 (sic!), racjonalnie zarządzany z nisko opodatkowaną ludnością i pozbawiony mnichów, żebraków. Kłócono się o politykę ekonomiczną. André Morellet (1727-1819), zwolennik wolności prasy na modłę angielską promował wolny handel bez dozoru państwa. Ekonomiści, później zwani fizjokratami chcieli wzmacniać przede wszystkim rolnictwo (jako rzekomo najbardziej produktywne) a resztę gospodarki poddać kontroli. Oprócz liberałów takich jak Voltaire czy Montesquieu, byli także radykałowie - utopijni zwolennicy przekształcenia całego społeczeństwa i ustroju, jak Jean-Jacques Rousseau (1712-1778) ze swoim uwielbieniem wybieralnej arystokracji i „społeczeństwa politycznego” zakładanego na zasadzie zgody wszystkich, lecz totalistycznego (wnikającego we wszystkie dziedziny życia członków wspólnoty), gdy już miało powstać, i proto-komuniści tacy jak Gabriel Bonnot de Mably (1709-1785). Do tych ostatnich nawiązywali radykałowie rewolucji francuskiej tacy jak Maximillien Robespierre (1758-1794) zwalczający liberałów tej doby; markiza Condorceta i Guillaume’a de Malesherbesa (1721–1794). Obaj Condorcet i malesherbes byli ofiarami rewolucji francuskiej. Malesherbes znany jest z opieki nad encyklopedystami; zwł. Diderotem i de Jaucourtem. Słabsi od liberałów byli konserwatyści tacy jak Lotaryńczyk Charles Palissot de Montenoy (1730-1814). atakujący utopijność pomysłów radykalniejszych „filozofów”, czy wróg Voltaire’a i zwolennik dominacji światopoglądu katolickiego Élie Catherine Fréron (1718-1776). Siła francuskiej myśli politycznej wynikała z siły samej Francji jako państwa (ok. 20 mln mieszkańców na początku wieku, ok. 28 mln pod koniec wieku; w tych czasach Imperium Habsburgów, Hiszpania, Polska i Wielka Brytania liczyły nieco ponad 10 milionów mieszkańców, i ze statusu francuskiego języka jako języka międzynarodowego. Jednak inne narody wydały również wielu oryginalnych myślicieli.

- NADUŻYWANIE WIELKICH SŁÓW I MNOŻENIE BYTÓW

Wystarczy sobie przypomnieć Francisa Fukujamę, który najpierw przepowiadał "koniec historii" - tzn. trwałą liberalizację i demokratyzację Świata, a kilka lat potem się z tej tezy wycofał. Nikt nie wie co się tak naprawdę wydarzy, ale każdy chce być sławny, a więc tworzy słowa i hasła, które będą się kojarzyć z nim jak np: "nadzorować i karać" kojarzy się z M. Foucaultem, a "społeczeństwo otwarte" z R. Popperem, lecz oni przynajmniej nie stworzyli nowych słów, tam gdzie ich nie było potrzeba. Ciągle słyszymy jakieś bzdury typu: homo sovieticus, homo ludens - komu to potrzebne? Chyba tyko autorom tych wytrychów. Czasem mnożenie bytów wynika z błędnego tłumaczenia np. gdy Popper pisał o "historicism" to nie miał na myśli "nędzy historycyzmu", lecz nędzę starego dobrego XIX-wiecznego historyzmu! (na tej samej zasadzie jak polski "romantyzm" to po ang.: romanticism). A tak mamy dwa słowa na opisanie jednej i tej samej rzeczy. Jednak mnie już nic nie zdziwi od kiedy tłumacz książki Kuehnelta-Leddina: "Ślepy tor" przetłumaczył londyńskie zamieszki wywołane przez Lorda George'a Gordona - gordon riots ("rozruchy Gordona"), jako "zamieszki Gordona Riota". Ciekawe kim był ten mr. Riot? Niby wszyscy wiedzą, że komplikować jest łatwo a upraszać trudno, ale i tak wszyscy komplikują. Socjologowie polecają czytanie najnowszych książek opisujących gorzej, to co stare często opisywały lepiej, ale za to z wykorzystaniem "nowoczesnych" (nowoczesne MUSI być dobre...) "metod badawczych" czyli kilku nowych wykresów i słów-kluczy. Przeciwko konstruktywizmowi intelektualnemu walczył już David Hume.


- "WSPÓŁCZUCIZM" - ŹLE POJĘTA RÓŹNORODNOŚĆ - IDEOLOGIZACJA ZAMIAST CHŁODNEJ RACJONALNEJ OCENY

Nie zamierzam pisać tu o takich dziwolągach jak "kultura martwych białych samców", anie o feminizmie ani postmodernizmie, ale o ogólnej tendencji współczesnych elit intelektualnych świata Zachodu do przepraszania za wszystko co Europa uczyniła w przeszłości; kolonializm, handel niewolnikami, inkwizycja, rekonkwista, holokaust itd. Wzór współczesnego człowieka elit to wiecznie przepraszający mięczak, który ma szacunek do wszystkiego co obce, a zapomina o tym co jego czyli co europejskie. I tu występuje pewien paradoks. Jeśli naszą obecną moralność bazujemy na zachodnim naukowym obiektywizmie, to dlaczego nie możemy przyznać głośno, że ten obiektywizm dowodzi WYŻSZOŚCI naszej cywilizacji nad innymi, a nawet (o zgrozo!) jej LEPSZOŚCI - w końcu dlaczego ciągle zachodni intelektualiści krytykują Chiny? Skoro należy szanować filozofię innych kultur może należałoby zamknąć wreszcie usta? Chyba, że otwarcie przyznamy, że Chiny Dalajlamy są LEPSZE niż Chiny prezydenta Hu. Swoją drogą ciekawe dlaczego my Europejczycy jesteśmy miękcy wobec mahometan a twardzi wobec Chińczyków? Dlatego, że nie stoją u naszych bram czy dlatego, że słyną z grzeczności i mało kłopotliwego dla gospodarzy stylu bycia?

Europa jest nadal przerażona holokaustem i myśli, że zagrożenie może przyjść tylko z wewnątrz, tj. ze strony Europejczyków, dlatego elity mają skłonność do wybielania takich postaci jak np. Mahatma Ghandi, który zwalczał rządy brytyjskie, ale był też antysemitą, ksenofobem i hipokrytą (jego słynne słowa: "Nic nie kosztuje tyle zabiegów i pieniędzy, co stworzenie pozorów ubóstwa i prostoty"), lub Nelson Mandela nie cofający się przed bandyckimi metodami (dopiero w 2008 roku USA skreśliły go ze swej oficjalnej listy terrorystów) i nie robiący nic w sprawie białych farmerów masowo mordowanych przez czarnych w RPA. Kiedy wreszcie Zachód przestanie przepraszać? Kiedy przestanie chwalić mięczaka de Klerka i bandytę Mandelę? Kiedy elity Zachodu przestaną krytykować Sarkozyego za wyrzucenie kilku złodziejaszków i włóczęgów? Kiedy zastanowią się czy może ten Wilders ma trochę racji? Może kiedy muzułmanie zaczną mordować członków Akademii Francuskiej... Do tego może nie dojdzie, ale nasza cywilizacja jest słaba (czyżby lewicowi intelektualiści uprawiają głupią politykę chrześcijańskiego drugiego policzka"?) w porównaniu z np. islamską czy żydowską - przekonanymi o własnej doskonałości wbrew wielu oczywistym niedociągnięciom. Tu nie chodzi o to by od razu uważać się za pępek świata i bełkotać o krwi i ziemi, lecz o jakieś wyważenie miedzy skrajnościami.

Obawy Europejczyków nie powinny być stale ośmieszane jako "ksenofobia" czy "szowinizm bogaczy" jak w tej recenzji książki Habermasa, Obywatelstwo a tożsamość narodowa. Rozważania nad przyszłością Europy, Warszawa 1993
atorstwa Moniki Świdy-Biedy

"...Habermas podkreśla odpowiedzialność Europy Zachodniej związaną z warunkami życia w bloku postkomunistycznym, a także oczekiwaną falę migracji z tych krajów. Jedną z reakcji jest szowinizm dobrobytu, związany z możliwościami gospodarczymi krajów zachodnich oraz z radykalnymi reakcjami obywateli danych krajów na imigrantów. W tych krajach imigranci, dzięki oparciu konstytucji na prawach człowieka, mają prawa i obowiązki podobne do tych, którymi dysponują rdzenni mieszkańcy, wzmocnione również przez prawa ponadnarodowe (takie jak europejskie prawo obywatela). Stąd wynika dyskusja nad tym, czy można uzasadniać wyższość zobowiązań tzw. szczególnych, związanych z przynależnością państwową, wobec tych uniwersalnych, ponadnarodowych. Stanowisko utylitarystyczne w tej dyskusji przywołuje argument korzyści obustronnych, tzn. sankcjonuje brak obowiązków wobec tych, którzy wspólnocie korzyści nie przysparzają – w przełożeniu na sytuację migracyjną oznaczałoby to pozwolenie na wjazd do kraju tylko dla tych, którzy nie stanowią ryzyka straty, a tylko obietnicę korzyści. Inny model opiera się na koordynacji centralnie ustanowionego moralnego podziału pracy, który szczególe zobowiązania przenosi w sferę podziału pracy, w przypisanie pewnej odpowiedzialności. W trzeciej opcji w centrum znajduje się punkt widzenia imigranta i prawo do migracji postrzegane przez niego jako wolność podstawowa, prawo do lepszego życia. Czwarta postawa to przyznanie, iż prawo do imigracji może być ograniczone jedynie przez prawo wspólnoty do ochrony integralności jej formy życia – a zatem obok obostrzeń o charakterze administracyjnym lub ekonomicznym pojawiają się ograniczenia chroniące tożsamość kulturową wspólnoty, przy czym chodzi tutaj raczej o kulturę polityczną niż o całość etniczno-kulturową. Imigranci musieliby się zatem zgodzić nie na odrzucenie całości własnej, rodzimej formy życia, a jedynie na polityczną akulturację. Dochodzi Habermas do wniosku, iż wobec fal imigrantów z biedniejszych krajów państwa zachodnie powinny kierować się raczej liberalną polityką imigracyjną niż szowinizmem dobrobytu. Istnieje przy tym zawsze prawo do obrony własnej kultury politycznej, jednak nie obejmuje ono także pozostałych elementów składających się na daną formę życia – przeciwnie, pluralizm jest tu uznany za wartość. Status obywatela świata ma szanse zaistnieć tylko w społeczeństwie demokratycznym, pozbawionym takich ograniczeń..."

http://www.iphils.uj.edu.pl/~m.kuninski/Juergen%20Habermas,%20Obywatelstwo%20i%20tozsamosc%20-%20Monika%20Swida-Bieda.htm

Nauka za III Rzeszy służyła dowodzeniu, że Europejczycy są najlepsi, dziś - równie nonsensownie - dowodzi, że mają się we wszystkim dostosować do innych. Popper był przeciwny temu, by nauka służyła rządom - słusznie, lecz chyba nie chciał by była wroga społeczeństwom, które na tą naukę łożą pieniądze.

Intelektualistów świeckich stworzyła sekularyzacja czasów Oświecenia. Niejako skazani są oni na konflikt z Kościołem i na walkę z nim o przysłowiowy rząd dusz, lecz i ta walka powinna mieć jakieś rozsądne granice. Niedługo będziemy słuchać wykładów pt. "Kościół Katolicki, III Rzesza i inne reżymy opresyjne". Ta niechęć do Kościoła, kolonializmu itd. wynika prawdopodobnie ze skrajnego demokratyzmu - w końcu jeśli wszyscy są równi to nie ma dobrych i złych - by sparafrazować Thackeraya, dlatego elity zapewne uważają, że należy poniżać wszystkich uważających się za lepszych. Niedawno czytałem recenzję filmu o twórcy portalu Facebook - napisanego, tak jakby prowadził on jakąś demokratyczną rewolucję przeciwko rządom "gentlemen of Harvard", a nie stworzył rozrywkowy portal.



- BEŁKOT CZYLI OSZUKAŃSTWO LUB PROPAGANDA

Intelektualiści-oszuści to spora część historii. Podam kilka przykładów z epoki na której znam się najlepiej czyli z wieku XVIII. W roku 1776 włoski oszust Guiseppe Balsamo używający wymyślonego nazwiska hrabiego Alessandro di Medina Cagliostro, przybył do Londynu wraz z żoną, sekretarzem, 3.000 funtów w złocie i kufrem z klejnotami. Zamieszkał przy Whitcomb Street nieopodal Pall Mall i otworzył tam swój kram okultysty-jasnowidza, reklamującego w dodatku niezliczone recepty i terapie medyczne na wszystkie dolegliwości. Program leczenia składał się z 40 dni kąpieli, wypoceń, głodówki, przyjmowania leków, przy stałej diecie na korzonkach. Miał mnóstwo zadowolonych pacjentów, którym głodówka po stałym, typowym dla epoki przejadaniem się (dlatego upuszczanie krwi też przynosiło ulgę) na pewno pomagała. Cagliostro zaszkodził sobie dopiero gdy zaczął się obnosić jako przedstawiciel nieistniejącej egipskiej masonerii, co wywołało zaniepokojenie tej angielskiej. Przed jej atakami i śledztwem, które wykazało, że Cagliostro jest znanym na kontynencie oszustem, obronili okultystę wpływowi przyjaciele, tacy jak lord George Gordon. Kolejnym awanturnikiem tego rodzaju był George Psalmanazar. Jego prawdziwe imię nie jest znane, ale przypuszcza się, że był Francuzem. Udawał mieszkańca wyspy Formoza (Tajwan) i mówił bełkotliwym pseudo-językiem, twierdząc, że jest to japoński. Niejaki Innes, kapelan wojskowy, człowiek bez skrupułów, zorientował się, że ma do czynienia z oszustem, który jednak może się do czegoś przydać. Wydostał Psalmanazara z wojska, gdzie ten służył i namówił do oficjalnego przejścia na chrześcijaństwo i napisał w tej sprawie list do biskupa Londynu Henry’ego Comptona (1632-1713), który chętnie powitał Innesa i „Japończyka-konwertytę”. Innes namówił go potem do napisania historii jego rzekomej ojczyzny – Formozy. Ten napisał tą kompletną bzdurę po łacinie w uczonym stylu, a jej angielskie tłumaczenie było bestsellerem. Była to bzdura trudna do zweryfikowania ponieważ z europejskich narodów z Japonią do czynienia mieli w zasadzie jedynie Holendrzy. Lord Pembroke był jednym z niewielu, którzy mieli pewne wątpliwości. Psalmanazar przetłumaczył następnie katechizm na „japoński”, co oczywiście nie mogło stać się bestsellerem, ale zapewniło mu prestiż wśród naukowców i duchownych. Gdy Innes go opuścił by zostać kapelanem generalnym wojsk, Psalmanazar wdał się w rozmowę z wybitnym astronomem Halley’em, który zadawał mu trudne pytania o położenie słońca w zenicie na Formosie, na które oszust oczywiście nie umiał odpowiedzieć składnie, w przedmowie do nowego wydania historii Formosy napisał jednak, że Halley był zadowolony z jego wynurzeń, co zdenerwowało astronoma. Publicznie oświadczył, że Psalmanazar jest oszustem. Ten zaś opublikował szybko pamiętniki, w których sam się przyznał do tego i wyraził skruchę. Słynny leksykograf i pisarz Samuel Johnson dowiedział się kogo przyjmował w swoim klubie i kogo chwalił za pobożność .
Podobnie jak biskup Compton „naiwny” był król Francji Ludwik XIV udzielając w 1715 roku audiencji fikcyjnej ambasadzie perskiej, która była wytworem fantazji kilku francuskich i włoskich oszustów . Wiek XVIII był wiekiem awanturników. Wielu ludzi podawało się np. za wypłacalnych bogatych szlachciców, byle tylko uniknąć płacenia w oberży z góry, a potem uciec nie płacąc w ogóle. Tego rodzaju podstępy licznie występują zarówno w osiemnastowiecznej literaturze faktu (np. „Pamiętnikach” Casanovy), jak i w książkach fabularnych (np. Alaina-René Lesage’a (1668-1747), czy Antoine’a-Françoisa Prévost d'Exiles’a (1697 -1763)).Gustavus Katterfelto był niemieckim oszustem udającym lekarza i entomologa. Najął on pokoje przy Piccadilly 22 w Londynie, i 31 lipca 1782 roku zamieścił ogłoszenie w Morning Post. Zachwalał w nim swoje laboratorium, mikroskopy i pomysł leczenia chorób za pomocą żywych organizmów – owadów. Można było zobaczyć to wszystko za „jedyne” 1-3 szylingów. Jego idee korespondowały z przeświadczeniem co starszych lekarzy angielskich, którzy wierzyli, że epidemie są wywoływane przez upał i inne zjawiska przyrodnicze. Katterfelto twierdził, że choroby są przenoszone przez drobinki powietrza zwane „formitami”, które można i należy niszczyć za pomocą mydła, wody i różnych płynów owadobójczych. Katterfelto jako jedyni „widział” je pod mikroskopem. Francuski dr miał przynajmniej opinie dobrego lekarza. Leczył za darmo w czwartki w Covent Garden, gdzie on i jego służący w liberii rozkładali swój kram. Była to darmowa reklama jego umiejętności. Niejaki Mr. Lattese był z koeli Piemontczykiem, który twierdził, że wynalazł niemal stuprocentowo skuteczną metodę planowania rodziny; tzn. każdy kto przestrzegał pewnych reguł życia i postepowania mógł mieć niemal pewność, że urodzi mu się syn (czego prawie wszyscy wówczas pragnęli) lub córka. Mr. Lattese odbierał zgłoszenia od zainteresowanych w Antigallican Coffee-House niedaleko Giełdy (Royal Exchange). Interes szybko się skończył – za często rodziły się córki. Należy te oszustwa odróżnić od nieświadomych błędów nauki. Niemiec Franz Anton Mesmer (1734-1815) na serio uważał, ze poprzez dotyk ręka chorej części ciała można pobudzić odpowiedni „fluid” w ciele, by pokonać większość chorób. W 1784 roku komisja powołana przez Ludwika XVI zaprzeczyła możliwości istnienia „fluidu”.

Oszustwa intelektualne to i dziś chleb powszedni. Wiele z nich obnaża Richard Dawkins w artykule: "Postmodernizm obnażony". Cytował on niejakiego Gary'ego Kamiya, który zauważył, że:


"Każdy, kto poświęcił czas na przedarcie się przez świętoszkowate, obskuranckie, pełne żargonu banały, które uchodzą obecnie za „nowoczesną" myśl w naukach humanistycznych, wie, że musiało się to zdarzyć wcześniej lub później: jakiś bystry uczony, uzbrojony w niezbyt utajnione hasła („hermeneutyka", „transgresja", „lacanowskie, "hegemonia" — żeby wymienić tylko kilka), napisze fałszywy artykuł, wyśle go do całkowicie au courant pisma, które go zaakceptuje (...) Sokal posługuje się w swoim artykule wszystkimi właściwymi terminami. Cytuje najlepszych. Wali jak w bęben w grzeszników (białych mężczyzn, „realny świat"), przyklaskuje cnotliwym (kobietom, ogólnie metafizycznemu szaleństwu) (...) I jest kompletnym, niezafałszowanym stekiem bzdur — co jakoś uszło uwagi odpowiedzialnych redaktorów „Social Text", którzy muszą teraz doświadczać takiego samego uczucia mdłości, jak Trojanie po tym, kiedy wciągnęli do miasta tego ładnego, dużego, podarowanego im konia."
, zob: http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,4007/k,2

Istnieje nawet Generator Postmodernizmu - program komputerowy Andrew Bulhaka z Melbourne, który tworzy na zawołanie "uczone" rozprawy zupełnie bez sensu, lecz mające pozór postmodernistycznej rozprawy, która może brzmieć tak:


...Badając teorię kapitalizmu stajemy przed wyborem: albo odrzucamy materializm neotekstualny, albo wnioskujemy, że społeczeństwo ma wartość obiektywną. Jeśli trzymamy się dialektycznego desytuacjonizmu, musimy wybrać między Habermasowskim dyskursem a subtekstualnym paradygmatem kontekstu. Można powiedzieć, że przedmiot jest kontekstualizowany w nacjonalizm tekstualny, w który włączona jest prawda jako rzeczywistość. W pewnym sensie przesłanka paradygmatu subtekstualnego stwierdza, że rzeczywistość wyłania się z kolektywnej nieświadomości...


Jako żywo przypomina to rozprawy np. Jacquesa Derridy, którego filozofia jest ponoć "jedną wielką bzdurą i bełkotem". Derrida pisze dla pieniędzy i z próżności. Prócz Dawkinsa jego hochsztaplerstwo odkryli też m.in. Roger Scruton i Neil Postman. W przypadku modernisty np. J. Habermasa mamy zwykle do czynienia z sensownym tekstem, ale niekoniecznie tak odkrywczym jakby sugerowały wielkie nowe słowa użyte przez autora. Scruton w "Intelektualistach nowej lewicy" opisywał styl Habermasa jako styl autora, który każe czytelnikowi czekać długo w poczekalni obiecując niesamowite mądrości", by w końcu poczęstować go jakąś banalną post-marksowską konstatacją.

Tak zaczyna się Dawkinsowska recenzja z książki Modne bzdury Alana Sokala i Jeana Bricmonta:

"Załóż, że jesteś intelektualnym hochsztaplerem i nie masz nic do powiedzenia, ale masz wielkie ambicje. Chcesz odnieść sukces na uniwersytecie, zgromadzić koterię pełnych czci uczniów i skłonić ludzi na całym świecie, by z szacunkiem podkreślali zdania w twoich książkach. Jaki styl wybierzesz? Z pewnością nie przejrzysty, ponieważ przejrzystość ujawniłaby brak treści. Jest prawdopodobne, że stworzysz coś w tym stylu:

Widać tu wyraźnie, że pomiędzy łańcuchami linearnymi znaczącymi, czyli według autorów arche-pismem, a tą machinistyczną wielowymiarową i wieloznaczeniową katalizą, nie istnieje żadna wzajemnie jednoznaczna relacja odpowiedniości. Symetryczność skali, przeciwzwrotność, niedyskursywny patyczny charakter ekspansji — oto wymiary, które każą nam opuścić logikę zasady wyłączonego środka, a dla nas wystarczają do porzucenia przy tym ontologii binarnej, wspomnianej powyżej.


Jest to cytat z pracy psychoanalityka Féliksa Guattariego, jednego z wielu modnych francuskich „intelektualistów" zdemaskowanych przez Alana Sokala i Jeana Bricmonta w znakomitej książce Modne bzdury [ 1 ]. Guattari kontynuuje w podobnym duchu i zdaniem Sokala i Bricmonta „jest to najwspanialsza mieszanina naukowego, pseudo-naukowego i filozoficznego żargonu, z jaką się zetknęliśmy". Bliski współpracownik Guattariego, nieżyjący już Gilles Deleuze miał podobny talent pisarski:

Po pierwsze osobliwości odpowiadają szeregom różnorodnym, które tworzą układ ani stabilny, ani niestabilny, lecz „metastabilny", mający energię potencjalną [...] Po drugie, wszystkie osobliwości przechodzą proces auto-unifikacji, a proces ten pozostaje w ciągłym ruchu, który przemierza układ i sprawia, że szeregi rezonują, pokrywając odpowiednie osobliwe punkty w tym samym punkcie aleatoryjnym i wszystkie emisje, wszystkie uderzenia, w tym samym rzucie...".


zob: http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,4007

Dawniej np. w wieku XIX przynajmniej stosowano bełkot w celach propagandowych tak jak czynił to np. Hegel, kiedy starał się wmówić czytelnikom, iż nie trzeba walczyć o wolność, ponieważ rzekomy "rozum dziejów" zrobi to za nich. Karl Popper w swojej książce "Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie" (t. II) obnażył styl Hegla. Hegel zwykł wypluwać z siebie pompatyczne i jałowe zdania takie jak to zdanie z "Wykładów o filozofii dziejów":

"Jedyną myślą, jaką wnosi filozofia jest ta prosta myśl, że rozum panuje nad światem, że przeto i bieg dziejów powszechnych był rozumny. To przekonanie i ten pogląd ... w filozofii ... nie mają charakteru założenia. Drogą spekulatywnego poznania zostaje w filozofii udowodnione, że rozum...jest zarówno substancją, jak i nieskończoną mocą... nieskończonym tworzywem...jak i nieskończoną formą... że taka "idea" jest prawdą, wiecznością i absolutną mocą i że nie objawia się w niej nic poza nią samą i jej dostojeństwem i wspaniałością - to właśnie, jak już wspomniałem, dowiedzione jest w filozofii, a tu przez nas przyjęte za dowiedzione".


Hegel, uważany często za "największego niemieckiego filozofa", postrzegany jest przez Poppera jako nie tylko fałszywy prorok i propagandysta ale i anty-racjonalista udający zakochanego w racjonalizmie. Marksa, Popper uważa również za fałszywego proroka, choć przynajmniej szczerego wobec czytelnika. Podobny irracjonalny romantyzm, jak u Hegla, wychwycił już wcześniej Kant u Herdera, czyniąc go swym wrogiem. Kant zarzucił Herderowi, że w swych "Myślach o filozofii dziejów" przedstawiał on rozmaite analogie pozyskując dla nich emocje czytelnika trzymając część tajemnicy tylko dla siebie. Herder, według Kanta, przedstawiał swe uczucia tak jakby były wynikiem potężnej i głębokiej myśli by "budziły one więcej nadziei, niż usprawiedliwiałby to chłodny rozum".

Podobnym romantycznym pseudofilozofem jak Hegel i (czasem) Herder był jak już powszechnie wiadomo Fichte, o czym jako o rzeczy oczywistej pisze choćby Jerzy Krasuski w swej "Historii Niemiec". Trudno powiedzieć jak często dziś mamy do czynienia z odwoływaniem się do irracjonalnych emocji by przemycić pewne 'prawdy' jako naukowe fakty. Pisałem już o książce Franza von Kutschery, niemieckiego filozofa urodzonego w 1932 roku w Hanowerze, pt: "Wielkie pytania", w której atakuje on liberalną koncepcję wolności przemycając socjaldemokratyczne hasła Rousseau i innych. Pisałem o Groysie i o jego obrzydliwej skłonności do redukowania filozofii liberalizmu do garści prawideł ekonomicznych i o Normanie Daviesie, który uprawia propagandę pro-polską i anty-brytyjską. Pisałem o Habermasie i teorii krytycznej, która jest tak niejasna, że można ją wyjaśnić tylko w porównaniu do innej:

"Żeby dobrze zrozumieć, czym jest teoria krytyczna najlepiej porównać ją do innej, przedstawić różnice w poglądach i założeniach. Najbardziej skrajną do teorii krytycznej jest teoria tradycyjna. Założycielem kanonu tej ostatniej jest Kartezjusz, postrzega ona podmiot i przedmiot, jako dane niezmienne a zarówno sztywno od siebie oddzielone. Stara się poprzez obserwację wykalkulować i zobiektywizować dane zjawisko. Natomiast teoria krytyczna sprawia, że podmiot odnajduję się przedmiocie, jest ściśle powiązany ze społeczeństwem i historią oraz że każdy z nich odznacza się społecznym charakterem i nie można faktom przyznać statusu bezpośrednich danych tak jak w teorii tradycyjnej podczas procesu badawczego. Poznanie życia społecznego i jego mechanizmów w złożoności i bogactwie jego przejawów, wymaga nie tylko zwykłych faktów, ale dogłębnej analizy."
(z wikipedii) Wydaje się, że na to wpadli już w XIX wieku A. Comte i H. Spencer, a więc teoria krytyczna nic tu nie wnosi poza zamieszaniem i zaszczepianiem marksizmu.

Generator postmodernizmu:
http://www.elsewhere.org/pomo/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz