niedziela, 23 stycznia 2011

O trzech cywilizacjach - ich cechach, wadach i zaletach

Gdy Huntington pisał o zderzeniu cywilizacji wszyscy zainteresowali się problemem, ale mało kto w sposób wyważony i kompleksowy rozwijał go dalej. Nauka Zachodu nie potrafi wyjść czasem poza swą jałową spekulatywność i dążność do moralnych rozróżnień, podczas gdy cywilizacji jako takich nie obowiązują prawa i normy ludzkie, ale raczej prawa zbliżone do praw rynku; atrakcyjność, spójność, siła, zdolność do rozwoju i przetrwania itd. Przypatrzmy się więc trzem głównym cywilizacjom globu.

CYWILIZACJA EUROPEJSKA

Cywilizacja Europejska (Europą w sensie ideowym są także USA i inne kraja kolonialne) jest cywilizacją (post)chrześcijańską, utylitarną i demokratyczną. Cywilizacja ta jest rozrywana przez wewnętrzny konflikt między ludźmi religijnymi i sceptykami (w starożytnym Rzymie tak nazywano deistów i ateistów), którzy zrzucają na siebie wzajemnie odpowiedzialność za wszystkie problemy społeczne. Jest to cywilizacja chrześcijańskiej communitas z jednej strony i liberalnych autonomicznych jednostek z drugiej strony. Politycznie Europa jest zdominowana przez demokratyzm.

mocne strony:

Europa wypracowała kryteria naukowości oparte na empiryzmie i sceptycyzmie, co powoduje, że za elitę uchodzą w niej ludzie kultywujący te dwie skłonności w myśleniu. Autonomizacja nauki i wiara w naukę jako wartość nadrzędną (nawet ignoranci i fanatycy w Europie powołują się na naukę) właściwie świętą dały Europie możliwość dokonania wspaniałych odkryć i skonstruowanie wspaniałych wynalazków, które uczyniły życie przyjemnym, a Zachodowi dały pierwszeństwo militarno-polityczne na świecie. Inaczej niż np. w Starożytnym Rzymie z jego strukturą klanową, obecna Europa jest cywilizacją człowieka indywidualnego, którego "sfera prywatna" (Locke) jest chroniona prawami i przyjmowana zwykle jako oczywista. Daje to warunki do pewności o swój byt, a co za tym idzie poczucie sensu wytężonej pracy i dalszego polepszania swego losu. Wielka waga przypisywana jednostce i jej przekonaniom przekłada się na oryginalność w myśleniu i wiarę, że jednostka może zmieniać świat.

słabe punkty:

Indywidualizm prowadzi także niestety do atomizacji społeczeństwa, a co za tym idzie do osłabienia oddolnej inicjatywy społecznej - votum separatum cenimy sobie bardziej niż wspólne działanie, dlatego w konfrontacji z bardziej "stadną" cywilizacją - np. islamską, Europa stoi na pozycji słabszej. Demokracja odpowiada w Europie za krótko-terminowość polityki, brak umiejętności przewidywania u polityków i kompletny bezład decyzyjny. Przykładowo: gdyby zamieszki na tle religijnym wybuchły w Europie, mało który polityk zmierzy się z problemem, którego czas trwania nie przyniesie wymiernych korzyści dla jego partii w cyklu wyborczym (myślenie o przyszłej kadencji a nie o nadchodzącym 20-leciu). Politycy są skupieni na walkę o władzę, wiec nie mogą na serio zająć się problemami wymagającymi skoordynowanych długotrwałych działań. Poprzez kadencyjność władzy nie czują się też trwale związani z racją stanu. Wyobraźmy sobie np. prezydenta i rząd deportującego 3 miliony muzułmanów. Nie jest to łatwe. Monarcha nie ma takich problemów (np. 1685 rok, Ludwik XIV i hugenoci). Demokracja musiała by być jakoś wzmocniona zgodnie z założeniami decyzjonizmu, by taki problem pokonać. Słabością Europy są jej elity hołdujące, prócz przesądu demokratyczno-równościowego (choć przecież ludzie nie są w żadnym stopniu równi sobie nawzajem) jeszcze dwóm innym. Pierwszym z nich jest przekonanie, ze wartości europejskie (prawa człowieka, współczucie, wiara w jednostkę, w edukację) są uniwersalne - tj., że przyjmie je tak samo dobrze i Holender i Niemiec i Bułgar i Arab i Żyd i Palestyńczyk i Hindus i Chińczyk i Aborygen. Naukowcy zapominają, że nauka jaką uprawiają, bez Europy w sensie kulturowym, nie ma prawa istnieć, a bez liberalno-chrześcijańskiego podłoża ich praca nie mogłaby zbliżać się do prawdy. Drugim przesądem jest "współczucie", tzn. skłonność do usprawiedliwiania antyeuropejskich postaw reszty świata, przyjmowania jej punktu widzenia i jednoczesna skłonność do negacji wartości na jakich Europa została zbudowana; honor, hierarchia, posłuszeństwo, wiara, odwaga, przedsiębiorczość, gospodarność, indywidualizm. Tym należy tłumaczyć np. wyciszanie informacji o prześladowaniu chrześcijan (czasem jak w Sudanie są to setki tysięcy ofiar) w krajach nie-chrzescijańskich przy jednoczesnym ciągłym przepraszaniu za Holokaust, los Indian itd. Większość intelektualistów (np. Dawkins, Szczuka, Terlikowski) jest zbyt pochłonięta sporem sceptycyzmu z chrześcijaństwem by zrozumieć przesłanie Samuela Huntingtona, Oriany Falacci czy prof. Wolniewicza, dowodzącym, że spór ten jest jedynie kłótnią w rodzinie, której z zewnątrz zagraża zupełnie inna rodzina. By móc dalej radośnie kontynuować spory wewnętrzna trzeba najpierw uporać się z zagrożeniami zewnętrznymi. Niedawno redaktor Terlikowski mówił, że ateizm europejski jest anomalią, czego ma dowodzić rzekomo niezłomna katolickość Ameryki Południowej i protestantyzm Północnej, tymczasem w katolickiej (tylko w 62 %!) Brazylii, niewierzący stanowią 7,4-10% społeczeństwa. Ateiści mają wbrew pozorom podobny system moralny jak katolicy czy protestanci, choć jako sceptycy zwykle wykazują mniejszą dozę przekonania co do słuszności własnych działań (poza tymi odnoszacymi się do ich anty-ewangelizmu). Kolejną wadą Europy jest socjalizm i system socjalny, zniechęcający do pracowitości, rzetelności, zakładania rodzin i myślenia o przyszłości, korumpujący jednocześnie władzę, która zamiast chronić obywateli - okrada ich z owoców ich pracy. W Meksyku i na Nowej Zelandii, gdzie nie ma socjału nie ma również połowy typowych dla "Zachodu" problemów. Słabością "Zachodu" jest także brak ustalenia ról społecznych kobiety i mężczyzny, oraz brak wiary tak typowej dla np. wieku XIX - w posłannictwo/misję Europy. Zgodnie z duchem poszanowania praw jednostki powinny być to zalety, jeśli jednak patrzymy na siłę cywilizacji są to wady. Elity krajów kolonialnych z USA na czele wpadają do tego wszystkiego w pewną schizofrenię intelektualną, grając rolę wiecznych antykolonialistów, co, jak pisał Erik von Kuehnelt-Leddin świadczy o niewłaściwym rozumieniu przez nich własnej historii. Niebezpieczny jest permisywizm zachodni i nadmierna wyrozumiałość wobec bandytów. Europa też przez swą wygodę i preferowaniu dumpingu, zamiast zakasania rękawów do uczciwej konkurencji z tańszymi towarami z Azji,RPA czy Chin, pozbawiła się twardej bazy przemysłowej. Jeszcze gorsza jest zależność energetyczna (m.in. wobec Arabów) i surowcowa (zwł. od Rosji). Na takie bolączki najlepsza jest energia jądrowa, lecz tu trzeba trzymać żelazną ręką bandy ekorrrorystów. Dobrze, że nie było ich wtedy gdy wchodziły nawozy sztuczne, bo pewnie dziś woleliby wygłodzić ludzkość by ratować lasy, łąki i pola...



CYWILIZACJA ISLAMU (teokratyczna)

mocne strony:

Silną stroną cywilizacji islamu jest skupienie ludzi ją reprezentujących na wspólnej sprawie, jaką jest promowanie i narzucanie islamu innym cywilizacjom. To skupienie na wspólnej walce odwraca skutecznie uwagę ludności od innych problemów. Innym czynnikiem spajającym ludzi islamu są duże rodziny i klanowy system społeczny. W państwach islamskich religia i prawo są tym samym, co oszczędza wielu sporów, lub raczej kanalizuje je (w Europie można powoływać się na chrześcijaństwo, prawo rzymskie, liberalizm, w krajach islamu - wszyscy - zarówno fanatycy jak i umiarkowani muzułmanie mogą się powoływać tylko na islam). Głęboka wiara większości muzułmanów w połączeniu z zanikiem sfery prywatnej i wszechobecną kontrolą moralną (islam miał być moralną odpowiedzią na zepsucie Babilonu) powoduje, że muzułmanie zachowują się jak jedno ciało, a apostazja jest aktem nadzwyczajnej odwagi. Muzułmanie są sfrustrowani dominacją "niewiernych" Europejczyków i Chińczyków na świecie, więc łatwo można ich wykorzystać jako masę polityczną, zwłaszcza przy ich zbyt częstej pogardzie dla wykształcenia i samodzielnego myślenia. Muzułmanie są niestety ignorantami. Prawdopodobnie rzeczywiście wierzą, że wojska amerykański i brytyjskie skrycie mordują muzułmanów tylko dlatego, że są nimi, lub, że policja zachodnia ich prześladuje z tego samego powodu. Stąd zapewne te transparenty z napisami: "Islam will dominate the world" i "Freedom can go to Hell". Wolność europejska według radykalnych muzułmanów jest nie tylko "bezbożna" ale i oszukańcza. Spiskowa teoria antyzachodnia jednoczy muzułmanów. Muzułmanie mieszkający w Europie i USA ograniczają swoje i swoich dzieci kontakty z "niewiernymi" do minimum. Niektóre kobiety siedząc ciągle w domu pozostają w sensie kulturowym w Algierii mieszkając w Sztokholmie...

słabe punkty:

To, że islam prowadzi swą ekspansję niemal wyłącznie drogą gwałtu wynika właśnie na zbyt częstej pogardy muzułmanów dla wykształcenia i samodzielnego myślenia. Zauważmy, że w odniesieniu do cywilizacji islamu mówi się wiele o sztuce i kulturze, ale prawie nigdy o edukacji... Liczby mówią same za siebie. Spójrzmy na liczbę artykułów wikipedii - encyklopedii tworzonej przez zwykłych obywateli - w różnych językach:

# Anglojęzyczna (3 490 842)
# Niemiecka (1 155 426)
# Francuska (1 039 482)
# Polska (753 194)
# Włoska (750 000)
# Japońska (678 191)
# Hiszpańska (677 056)
# Niderlandzka (656 137)
# Portugalska (638 846)
# Rosyjska (627 392)
# Szwedzka (378 238)
# Chińska (309 978)
# Norweska (282 710)
# Katalońska (243 790)
# Fińska (239 190)
# Ukraińska (208 455)
# Czeska (163 679)
# Węgierska (162 114)
# Turecka (152 286)
# Rumuńska (144 417)
# Koreańska (136 439)
# Esperanto (129 660)
# Duńska (129 310)
# Arabska (127 128)
# Indonezyjska (124 576)

Zauważmy, że Arabów jest ok. 300-340 mln, a Duńczyków - 7 mln... Często uznaje się Arabów nie za jeden naród, ale za wspólnotę kulturową. Pogląd ten jest spowodowany tym, że większość Arabów jest potomkami ludów podbitych w trakcie arabskich podbojów (m.in. Aramejczyków, Egipcjan, Wandalów, Berberów, zhellenizowanych mieszkańców Bliskiego Wschodu i zromanizowanych mieszkańców północnej Afryki), ale nie zmienia to faktu, że język arabski reprezentuje 300-340 mln krtani, a duński - 7 mln. Po prostu wśród Arabów jest zbyt mało wykształconych ludzi do tego stopnia by być w stanie napisać artykuł encyklopedyczny. Indonezja z jej 242 968 342 obywatelami (2010), kraj w 86% islamski, również wypada słabiutko. Znajomy bałkanista mówił mi, że stambulscy profesorowie mają zwykle wiedzę i umiejętności polskich magistrów. Są teorie głoszące, że pierwsi Arabowie jak ibn-Sina byli ucywilizowani przez wpływy bizantyjskie, ale potem powrócili do swego nomadycznego trybu życia, jak i niezbyt kompatybilne z nimi teorie głoszące, że radykalni islamiści to ci, którzy pozostali przy wierze nomadycznych stronników Proroka, zaś reszta poszła naprzód. Chodzi tu zawsze o stopień bycia islamistą. Stąd zapewne Geert Wilders porównywał islam do europejskich świeckich "religii" totalitarnych. To samo jednak można powiedzieć w odniesieniu do niektórych epizodów chrześcijańskiej historii Europy; prześladowania humanistów itd. Problem polega na tym, że rozwój intelektualno-naukowy musi w islamie polegać na rozwodnieniu samego islamu, który jako ideologia totalistyczna z trudem akceptuje obecność obcych ideologicznie składników. Na razie jedyną "udaną" próbą był kemalizm, choć uważa się, że jego dni są policzone. Monarchia absolutna oświecona w stylu europejskim Rezy Pahlawiego i tzw. "Era Tulipanów" (tur: Lâle Devri - okres w historii Turcji trwający od 1718 do 1730 roku, kiedy rządził Ahmed III i wielki wezyr Nevşehirli Damat İbrahim Pasha (zm. 1730) charakteryzujący się bezprecedensowym zainteresowaniem i zafascynowaniem europejskością) pozostały epizodami. Jak więc pogodzić islam z wymaganiami współczesnej technologii i nauki? Czy muzułmanie są skazani na wieczną frustrację pomiędzy własnym poczuciem ekonomicznej niesprawiedliwości a poczuciem moralnej wyższości?



CYWILIZACJA DALEKOWSCHODNIA (materialistyczno-konfucjańska)

mocne strony:

Na pierwszy rzut oka cywilizacja chińsko-japońska ma same mocne strony. Mowa tu o cywilizacji konfucjańsko-buddyjsko-ateistycznej (konfucjanizm to kodeks etyczny stworzony w VI w p.n.e. przez chińskiego mędrca Konfucjusza, według którego najistotniejszymi cnotami są: pokora, oszczędność, szczodrość, umiarkowanie, szacunek dla starszych i przestrzeganie tradycji). W Japonii dochodzi jeszcze składnik sintoistyczny. W dzisiejszych czasach coraz większa liczba Japończyków uznaje światopogląd materialistyczny, tym niemniej ponad 90% z nich praktykuje zarówno sintoizm (obrządek narodzin i małżeństwa) jak i buddyzm, zarezerwowany na ceremonie pogrzebowe. Sintoizm jest rdzennie japońską religią politeistyczną, a nazwę shintō tłumaczy się jako drogę bóstw. Ów powstały w czasach prehistorycznych system animistycznych wierzeń ludowych oddaje cześć zamieszkującym wszędzie bóstwom kami i nie posiada żadnej doktryny czy filozofii. Jak głosi japoński mit stworzenia świata, cesarz jest potomkiem bogów, a spośród różnych odmian sintoizmu wiele głosi wiarę w pośmiertną boskość wszystkich ludzi, w związku z czym winni być czczeni przez potomnych. Dzięki temu sintoizm nie przeszkadza konfucjanizmowi i materialistycznemu utylitaryzmowi budować nowe fabryki Toyoty i Hondy... Chińczycy po rozstaniu się z komunizmem, pojmowanym tam o wiele bardziej totalnie niż w Europie, zdecydowali się na kombinację własnego pomysłu autorytaryzmu z europejskim kapitalizmem, co jak na razie daje zadziwiające efekty. Japończycy są nacjonalistami. Zwykle uważają się za lepszych od Europejczyków, lub im równi, choć nie okazują tego. Jako konfucjaniści sądzą ludzi po wynikach ich działań; czy są oszczędni, porządni i pracowici. Voltaire i oświeceniowcy podziwiali konfucjanizm również za owe wyniki. Tradycja tego wzajemnego uznania liberalnych (post)chrześcijan i konfucjanistów trwa do dziś. Voltaire, d'Holbach i XVIII-wieczni ekonomiści byli zafascynowani Chinami, które jawiły im się jako oświecona monarchia absolutna (Islam zaś budził jedynie lęk, na równi z fanatyzmem chrześcijańskim). Japończycy mają podobne uznanie dla europejskiej kultury z muzyką (Bach, Chopin) na czele. Chińskie władze mają do europejskiej kultury podejście bardziej wyrachowane i cyniczne; przejmują jedynie te jej elementy, które pozwalają Chinom podnieść się gospodarczo, podobnie czynił car Piotr Wielki, który europeizował Ruś by zdominować Europę, a dopiero Katarzyna Wielka rozpoczęła (kilkadziesiąt lat potem) kulturalną europeizację Rosji na podobną modłę jak czynią to dziś Japończycy. Ciekawe, że to Amerykanie wymusili otwarcie się Japonii na Zachód. Szogun Tokugawa Ieyasu (1543–1616) początkowo sprzyjający kupcom zagranicznym, przestraszył się nadmiernej chrystianizacji kraju. Od 1636 wszystkie kontakty z kupcami europejskimi (z wyjątkiem Holendrów) i misjonarzami zostały zakazane, chrześcijanie japońscy byli prześladowani. Jedynym miejscem kontaktów handlowych stała się faktoria na sztucznej wyspie Dejima usytuowanej w zatoce Nagasaki. Dopiero w 1853 komandor marynarki USA Matthew Perry zakotwiczył okręty nazwane przez Japończyków "czarnymi" w zatoce Yedo (ob. Zatoka Tokijska), a w lutym 1854 Amerykanie wymusili na Japonii pierwszy traktat łamiący jej izolację. Później doszło do interwencji połączonej floty brytyjsko-francuskiej i ostrzału japońskich portów. Brytyjczycy wysłali potężną armadę, która zakotwiczyła w okolicach Kōbe w 1866. W końcu cesarz, Mutsuhito otworzył granice Japonii. Japończycy jednak często uważają się za lepszych. Głośny był kiedyś program tv, w którym Europejczycy i Amerykanie wygłupiali się ku uciesze japońskich widzów. Chiny również w XIX zostały nieco przymuszone do europeizacji. Chińczycy są skrajnymi nacjonalistami. Ich kraj wyznaje nawet doktrynę "imperium zewnętrznego", wg. której w zasadzie cały Daleki Wschód nie licząc Indii, Malezji i Indonezji jest tak naprawdę chiński. Pewnym dziwnym wyjątkiem jest osobliwy chiński rasizm wobec czarnej rasy (tak jak do chińskich wieśniaków o ogorzałej skórze) i uwielbieni białej skóry (wg. Radosława Pyffela poślubienie Europejczyka lub obywatela USA jest uważane w Chinach za sukces matrymonialny). Chińczycy są pracowici, grzeczni i doceniają rolę nauki. W odróżnieniu od Japończyków nie skorzystali z europejskiego ustawodawstwa socjalnego; Opieka zdrowotna w Chinach jest płatna. Ubezpieczenie zapewniają zakłady pracy, ale w ostatnich latach pokrywają one jedynie niewielką część opłat, w związku ze wzrostem kosztów leczenia i ograniczonym współfinansowaniem państwa. Od niedawna osoby starsze powyżej 70 roku życia są wspomagane przez państwo w postaci 60 procentowego pokrycia kosztów leczenia. Większość ludności wiejskiej pozbawiona jest ubezpieczenia i musi ponosić pełne koszty opieki medycznej. Nie będąc demokracją Chiny nie mają problemów z podejmowaniem koniecznych niepopularnych decyzji politycznych. Od jakiegoś czasu dbają nawet o ekologię a prześladowanie dysydentów ogranicza się do demokratycznych utopistów, w rodzaju tego, któremu nadano właśnie zaocznie Nobla (była to nagroda nie za postawę wolnościową lecz tak naprawdę za postawę demokratyczną). Chiny nie cierpią na socjalizm. Również kary dla przestępców nie są tam tak operetkowe jak w Europie (kara śmierci utrzymana), a system socjalny nie nagradza lenistwa, ponieważ japoński jest inaczej skonstruowany, a Chińczycy go nie wprowadzili. Japonia i Chiny nie przepraszają za to, że istnieją, i nie wstydzą się ekspansji. Nie żyją więc w schizofrenii moralnej i śmiało spoglądają w przyszłość nie zapominając jednak o swych korzeniach (Chiny skończyły już z szaleństwem rewolucji kulturowej).

słabe punkty:

Do słabych punktów Japonii zaliczyłbym jedynie socjaldemokratyzm, a Chin - tłumienie niezależności myślenia w szkołach. Dawniej, gdy naukę napędzali pojedynczy geniusze był to większy problem, dziś, gdy na pierwszy plan wysuwa się laboratoryjna praca zespołowa, Azjaci dominują.


Reasumując rekomendowałbym Europie wzbogacenie swego stylu myślenia o pewne elementy dalekowschodniego stylu myślenia..

piątek, 14 stycznia 2011

Europa oświecona a świat islamu


Piotr Napierała, "Europa oświecona a świat islamu"; w: Adam Nobis, Piotr Badyna (red.), Historia - Kultura - Globalizacja, vol. II, Gajt, Wrocław 2010, ss.175-184.

Czym był islam i kim byli muzułmanie dla Europejczyków XVIII stulecia; kimś zupełnie obcym czy znajomym? Od XVI wieku muzułmańskie Imperium Osmańskie było stałym elementem europejskiej gry politycznej i dyplomatycznej, dlatego trzeba było przejść nad tym faktem do porządku dziennego. Duch krucjatowy właściwie wygasł, dlatego na przykład niemieccy protestanci mogli cieszyć się z postępów tureckiej armii, które nie pozwalały cesarzowi Karolowi V wysłać wszystkich swych sił na tłumienie „herezji” (Bues 1998).

Wydaje się, że dla zachodnioeuropejskich elit przełomu XVII i XVIII wieku Turcja nie stanowiła większej egzotyki niż Rosja (Chaunu 1989); którą traktowano niczym małe niemieckie (nie tylko z ducha, ze względu na armię niemieckojęzycznych urzędników z Rzeszy i Kurlandii) oświecone Księstwo Petersburga otoczone bizantyjsko-stepowo-azjatyckim morzem ciemnoty i fanatyzmu (Chaunu 1989). Z jednej strony wypieranie prawosławnej Rusi przez „niemiecką” Rosję (reformy Piotra Wielkiego) traktowano na Zachodzie jako postęp, który cywilizował Rosjan, z drugiej; Rosjanie pojawiali się obok Huronów, Persów, Chińczyków i Hindusów w politycznych pismach politycznych epoki („Listy Perskie” Montesquieu, „Prostaczek” Voltaire’a itp.) (Montesquieu 1979, Voltaire, Powiastki filozoficzne 2003). W tym charakterze nie mógł pojawić się Turek ponieważ strach przed tureckimi wyprawami wojennymi – Tűrkenfurcht był zbyt świeży.

Turkom i w ogóle muzułmanom nie odmawiano jednak pewnych zalet. Przypisywano im prostotę i prawość charakteru (Hen 1978). Przypisywano im też szeroko pojętą wstrzemięźliwość, co być może wynikało ze znanych Europejczykom nakazów Koranu przy jednoczesnej nieznajomości stanu faktycznego. Wydaje się, że gorszą prasę wśród łacińskich Europejczyków miał na początku XVIII wieku „barbarzyński” Moskal (niem: Moskowiter), niźli nieco „zniewieściały” noszący długie szaty Turek czy (sturczony) Grek. Tak własnie Turka/Greka przedstawiały dwie „tablice narodów” pochodzące z Augsburga (wydana przed 1726 r.) i nieco ponad dekadę późniejsza „wiedeńska tablica narodów” (Stanzel 1999). Poniżej graficznych przedstawień „typowego” przedstawiciela danego narodu (Hiszpana, Francuza, Włocha, Anglika, Szweda, Polaka, Węgra, Moskala i Turka/Greka) prezentowane były ich cechy „narodowe”; przy czyn wyniosły i dostojny Hiszpan we wszystkich poruszanych aspektach wypadał najkorzystniej; za nim zwykle plasował się waleczny Francuz. Znacznie gorzej wypadały ludy wschodnie, zwłaszcza Moskal (Stanzel 1999). Nie znaczy to jednak, że zawsze utożsamiano Greka z jego okupantem – Turkiem, czego dowodzi uwaga Davida Hume’a z jego eseju: Of National Characters („O cechach narodów”), że: „ uczciwość, powaga i dzielność Turków kontrastują z zepsuciem, tchórzostwem i lekkomyślnością nowoczesnych greków” (Stanzel 1999).

Turcję przeżywającą w drugiej połowie wieku XVIII ciężki kryzys wewnętrzny nazywano często „chorym człowiekiem Europy” (Reychman 1973), a więc uznawano ją w jakiś sposób za jej część. Dziś odmawia się Turcji szans na udział w integracji europejskiej, choć jest daleko bardziej europejska niż była w „wieku świateł”. Pewien ślad Tűrkenfurcht pozostał do dziś; na południu Włoch dzieci widząc groźnie wyglądających mężczyzn wołają: mammina Turchi - „mamusiu Turcy” (Fallaci 2004), z drugiej strony mamy opinię oświeconego Fryderyka II, że dobrze pracujących muzułmanów witałby w swym Królestwie równie chętnie jak protestantów.
Opinie oświeconych europejskich o islamie bywały różne. Do wielbicieli tej religii należał hrabia Henri de Boulainvillers (1658-1722). W wydanej pośmiertnie (1731) biografii Mahometa – Vie de Mahomet, filozof przedstawił proroka jako roztropnego deistycznego wolnomyśliciela (Armour 2004). Hrabia twierdził iż założenia pierwotnej racjonalistycznej religii zostały następnie wypaczone przez teologów islamskich (Cardini 2006). Być może hrabia uczynił z islamu broń przeciw nauce chrześcijańskiej nie wnikając w jego założenia. Sami w naszych czasach widzimy wielu chwalców islamu, będących tak naprawdę jedynie krytykami chrześcijaństwa. John Locke (1632–1704) nakazał filozofom szukać „religii bez tajemnicy” (tj. bez objawienia). Niektórym wydawało się (i wydaje, lub przynajmniej udają, że tak myślą), że islam spełnia ten warunek.

Pisarzom epoki Oświecenia jako tako znana była jedynie bliskowschodnia i północnoafrykańska (ewentualnie jeszcze) cywilizacja muzułmańska; dlatego w odniesieniu do tych czasów tylko o niej warto wspominać, pomijając drugi ogromny obszar opanowany wówczas i dziś przez islam; Azję południowo-wschodnią. Z tym rejonem najwięcej do czynienia mieli koloniści holenderscy, którzy uwagę swą skupiali głównie na szokujących dla nich ludowych zwyczajach Indonezyjczyków. Zazwyczaj jednak w uszach europejskiego intelektualisty słowo „islam” przywodziło na myśl Koran, Arabie, Mahometa i Mekkę.

Voltaire zmieniał kilkakrotnie swe poglądy na islam; tępiąc każdy fanatyzm religijny, również islamski, określał uwielbianą przezeń madame de Pompadour jako „żonę sułtana”, co nie budziło jej sprzeciwu. Słynny Mahomet Voltaire’a (Le fanatisme, ou Mahomet) (Voltaire, The Dramatic works of M. de Voltaire 1763) wystawiony w 1741 roku, był jak sama nazwa wskazuje sztuką o fanatyzmie. Złośliwy filozof zadedykował ją Benedyktowi XIV (pont. 1740-1758). Papież „zemścił się” odsyłając filozofowi swe błogosławieństwo.

Voltaire i Diderot przyczynili się do narodzin europejskiego orientalizmu (haremy-erotyka, okrucieństwo-fanatyzm-tyrania, wywyższenie władców i poniżenie poddanych, egzotyka krajobrazu). Diderot w swych: Les bijoux indiscrets z 1748 roku (Diderot 1992) użył atrakcyjnej orientalnej scenerii do przemycenia czytelnikom swych filozoficznych poglądów, przy czym co chwila wychodzi w niej na jaw płytkość wiedzy Diderota o świecie muzułmańskim. Orientalne motywy są, w mojej ocenie, u Voltaire’a o wiele dokładniej opracowane i dowodzą większego rozeznania w temacie (por: Zadig z 1748 roku, Księżniczka Babilonu z 1766, Listy Amabeda z 1769). Giacomo Casanova pysznił się, iż udało mu się uwieźć Turczynkę podczas nieuwagi jej męża, co jego biograf (Gervaso 1990) uważa za mało prawdopodobne.

Gotthold Ephreim Lessing (1729-1781) w swej sztuce: Nathan Der Weise (1779) (Lessing 2002) przedstawił swą wizję zróżnicowanej religijnie Palestyny czasów krucjat; w jego cywilizacyjnym porównaniu najkorzystniej wypadli Żydzi, co wynikało zapewne z faktu, iż bliskim przyjacielem autora był żydowsko-niemiecki filozof Moses Mendelssohn (1729-1786), główny teoretyk żydowskiego Oświecenia czyli haskali (השכלה), a najgorzej chrześcijanie. Islam w „Natanie” reprezentował wódz Turków seldżuckich Saladyn (zm. 1193), władca rozsądny i tolerancyjny, choć trudno dopatrzyć się przeniesienie tych cech na samą religię islamską, czy cywilizację muzułmańską.

Słynny historyk brytyjski Edward Gibbon (1737-1794) w swej pracy: „Zmierzch i upadek imperium rzymskiego” (Gibbon 2002), w której m.in. przypisuje chrześcijaństwu negatywny wpływ na spoistość imperium, wspominał o islamie jako o ważnym ogniwie w dziejach ludzkości (Armour 2004), lecz np. Koran określił jako „mieszaninę bajek i recytacji” o małej wartości intelektualnej czy nawet literackiej.
Motywy islamskie były atrakcyjne dla artystów epoki późnego baroku. Powszechnie znany i wykonywany jest wspaniały koncert Antonia Vivaldiego; Grosso mogul („Wielki Mogoł” RV 208) oddający potęgę muzułmańskiego władcy Indii. W operze Reinharda Kaisera (1674-1739), szefa opery hamburskiej: Croesus („Krezus”) z 1711 roku, opowiadającej o starciu antycznej Lidii i Persji, pojawia się Tanz persischer Soldaten – „taniec perskich żołnierzy” najbardziej chyba zbliżony do autentycznej muzyki muzułmańskiej utwór baroku. Nikomu nie trzeba przypominać o „Uprowadzeniu z Seraju” i marszu alla turca Mozarta. Brzmienie orkiestr janczarskich było znane w Europie już w XVI wieku. Innym znakomitym kompozytorem inspirującym się ich wysokimi tonami był mistrz austriackiego baroku Johann Joseph Fux (1660-1741), który napisał kilka turcarii.

Również w zdobnictwie europejskim naśladowano styl orientalny. Nie wnikano jednak w jego moralne aspekty; gdy Hiszpanie podarowali sułtanowi Maroka Mohammedowi Ben Abdallahowi (pan. 1757–1790) karety z malunkami przedstawiającymi nagie ciała ludzkie, sułtan skorzystał z niej dopiero gdy malunki zamalowano (Dziubiński 1977).
Początki prawdziwie naukowego zainteresowania islamem przypadają właśnie na wiek osiemnasty. Niemiecki badacz i podróżnik Carsten Niebuhr (1733-1815) stanął w roku 1761 na czele ekspedycji badawczej wysłanej przez króla Danii Fryderyka V, która miała przeprowadzić badania archeologiczne Bliskiego Wschodu. Dotarłszy w 1762 roku do Jemenu, ekspedycja przewędrowała w latach 1763-1767 cały półwysep arabski i Persję. Po powrocie Niebuhr napisał: Reisebeschreibung von Arabien (Opis podroży do Arabii) w 1772 roku, a wydane w dwóch tomach w 1774 i 1778 (Scurla 1961). W dziele tym opisy prac archeologicznych przeplatają się z uwagami o ówczesnych warunkach w odwiedzanych krajach Imperium Osmańskiego, do którego należała Arabia, Jemenu i Persji; w tym przykładowo relacja o bardzo dociekliwych arabskich (czyli osmańskich) celnikach, którzy w poszukiwaniu niemile widzianych przedmiotów pocięli nawet materace członków ekspedycji. Podobne ekspedycje organizowali Brytyjczycy.
Korsarstwo marokańskie, tunezyjskie i algierskie przez cały wiek XVIII dawało się we znaki europejskim okrętom kursującym po Morzu Śródziemnym. W przeciwieństwie do europejskich kaprów, którzy atakowali obce floty jedynie w czasie wojny, muzułmańscy korsarze rabowali nawet w czasie pokoju, dlatego takie egzotyczne z punktu widzenia Maroka państwa jak Szwecja czy Dania zawierały z tym jego władcami traktaty handlowe wsparte kosztownymi prezentami by ochronić własne interesy śródziemnomorskie. Skąpstwo nie opłacało się. Hojni Francuzi i Hiszpanie mieli zazwyczaj znacznie lepsze stosunki z Marokiem niż oszczędni Brytyjczycy i Amerykanie (Dziubiński 1977). Podobnie na Oceanie Indyjskim piraci pracujący dla rodziny Angria zagrażali w pierwszych trzech dekadach XVIII wieku statkom Kompanii Wschodnioindyjskiej. Bywało i odwrotnie; jeden z angielskich kapitanów pirackich obrabował w 1697 roku flotę Wielkiego Mogoła płynącą z darami do Mekki, po czym indyjski władca omal nie zawiesił kupcom przywilejów handlowych (Cordingly 2006).

Korsarze porywali jeńców obojga płci. Holenderska niewolnica Maria ter Meetelden mieszkająca w haremie sułtana Maroka, opisała w swych pamiętnikach wszystkich władców panujących za jej czasów, dzięki czemu (Maroko nie prowadziło archiwów), znamy charaktery panujących i wiemy także m.in., że wiele kobiet w haremie cierpiało na otyłość. Przeczy to popularnym orientalistycznym mitom o wyjątkowej urodzie żon sułtańskich (Dziubiński 1977). Ucieczka do Turków, Persów czy Berberów była deską ratunku dla europejskich awanturników politycznych, którzy przechodzili na islam by znaleźć się pod opieką muzułmańskich władców; a więc życie w świecie muzułmańskim nie było dla nich aż takie niewyobrażalne (Dziubiński 1977).

Kontakty dyplomatyczne z Turcją Europa nawiązywała już w XV-XVI wieku (Wenecja, Polska, Moskwa, Francja, Anglia, Austria). Sułtani Turcji byli przekonani, że ambasady są wiernopoddańczymi poselstwami dla nich. Ambasadorzy dla dobra swych interesów nie rozwiewali tych złudzeń i poddawali się dość upokarzającemu ceremoniałowi dworskiemu; zwykle wystarczał ukłon, ale czasem żądano padnięcia na twarz przed sułtanem (Dyplomaci w dawnych czasach 1959). W XVIII wieku wszystkie potężniejsze państwa europejskie miały w Turcji swych ambasadorów. Niektórzy, jak przyjaciel Goethego, Heinrich Friedrich von Diez (1750-1817) pruski ambasador w Stambule w latach 1784-1791, byli wybitnymi orientalistami.
Po Turcji najważniejszym dla dyplomatów europejskich państwem Orientu był sułtanat Maroka, graniczący z nominalnie turecką (a w praktyce – opanowaną przez hersztów pirackich) Algierią (Dziubiński 1977).

W roku 1605 do Maroka wybrał się holenderski dyplomata Pieter Coy. Brytyjczycy zainteresowali się tym krajem, gdy uzyskali Gibraltar (1704). Ponieważ Hiszpanie blokowali twierdzę, niezbędne były dobre stosunki z Marokańczykami by ja zaopatrywali. W tej m.in. sprawie pojechał w 1707 roku do Maroka George Delaval (1667-1723), który był wówczas także posłem w Lizbonie.
Francuzi utrzymywali w Maroku konsulat już w drugiej połowie XVI wieku; pierwszym konsulem był tam od 1577 roku Bérard. W 1693 roku przybył tam w randze ambasadora François Pidoux de Saint-Olon. Miedzy początkiem XVIII wieku a latami sześćdziesiątymi nastąpiła długa przerwa w kontaktach między obu krajami, aż w 1767 roku pojawił się w Maroku ambasador hrabia de Breugnon, który negocjował nowy traktat handlowy. By uzyskać lepsze warunki rząd księcia Étienne-François de Choiseul (1758-1770) postanowił zbombardować miasta nadmorskie i tu wyszła na jaw różnica miedzy francuskim a marokańskim sposobem myślenia. Mohammed III ibn Abdullah (pan. 1757–1790) dowiedziawszy się o kosztach ekspedycji francuskiej kazał przekazać Ludwikowi XV, że król mógł mu dać połowę tych pieniędzy, w zamian za co on sam chętnie zburzyłby te miasta (Dziubiński 1977). Sułtan ten był skądinąd dalece inteligentniejszy i bardziej ciekawy świata niż jego poprzednicy i następcy. Uwielbiał prowadzić długie rozmowy o sprawach Europy z europejskimi kupcami i dyplomatami; podpisał umowy handlowe z Danią (1751-1765), Anglią (1790), Szwecją (1773), Francją (1773) i Portugalią. W 1767 roku sułtan podpisał traktat pokojowy z Hiszpanią, która w teorii i oficjalnie kontynuowała rekonkwistę. W 1766 roku do Maroka pojechał hiszpański poseł i inżynier Jorge Juan y Santacilia (1713-1773), pierwszy ambasador Madrytu na marokańskim dworze w Meknesie. Dla Hiszpanów nawiązanie stosunków w 1766 roku z Marokiem stanowiło koniec pewnej epoki. Primero Secretario de Estado (w l. 1776-1792) José Moniño, hrabia Floridablanca (1728-1808) twierdził, że „z Marokańczykami należy tak rozmawiać jak z Włochami czy Brytyjczykami”. Religia przestała mieć znaczenie - Oświecenie zwyciężyło nad duchem rekonkwisty (Dziubiński 1977). W 1777 roku Maroko jako pierwszy kraj na świecie uznało niepodległość USA.

Warto wspomnieć o uwadze księcia de Saint-Simon w jego Pamiętnikach (Saint-Simon 1984) o fikcyjnej ambasadzie perskiej, którą przyjął na audiencji Ludwik XIV w 1715 roku, a która była wytworem fantazji kilku francuskich i włoskich oszustów. Prawdziwa Persja pozostawała raczej na uboczu uwagi brytyjskich planistów politycznych, aż w końcu szach perski Karim Chan (pan. 1750-1779) pozwolił Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej na założenie placówki handlowej w południowym Iranie.

Panującemu w latach 1783-1786 imamowi Omanu Saidowi Ibn Hamadowi Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska pomagała w walce z buntującymi się plemionami, co związało kraj z Wielką Brytanią, Brytyjczycy przejmowali też kontrolę nad administracją Wielkiego Mogoła w Indiach (Hansen 1972). Jak widać w stosunkach z państwami islamskimi panowały podwójne standardy; wobec państw silnych postępowano z szacunkiem, z rozpadającymi się rozmawiano z pozycji siły.

Ahmed III, sułtan turecki w latach 1703-1730 zapoczątkował w Turcji modę na wszystko co europejskie, z architekturą barokową na czele. Była to tak zwana „era tulipanów”. W armii tureckiej wprowadzono mundury (bezskutecznie próbowali je wówczas wprowadzić także sułtani Maroka). Otworzono wówczas pierwszą drukarnię w Stambule, ale książki w niej drukowane nie korespondowały w żaden sposób z myślą europejską, również technologia pozostała w tym samym punkcie w którym była do tej pory. „Era tulipanów”, która wzbudzała w Europie oświecenia ogromne zainteresowanie pozostała niestety niezbyt trwałym epizodem (Reychman 1973).

Warto dodać, że dyplomaci tureccy i marokańscy wysyłani bardzo nieregularnie do Europy kierowali się podobnym pragmatyzmem jak hrabia Floridablanca; chociaż marokańskich posłów szokowały wydekoltowane panie i niektóre zwyczaje dworów europejskich (Dziubiński 1977). Posłowie tureccy potrafili swym hałaśliwym zachowaniem (tańce, zabawy) zdenerwować europejskich gospodarzy, którymi najczęściej bywali Austriacy (Arenth 1864).

Jak widać, nie było czegoś takiego jak wspólna postawa oświeconych wobec islamu. Z pewnością nie upatrywano w jego wyznawcach wroga w tym stopniu co w czasach baroku, lecz niektóre z dawnych przekonań czy uprzedzeń pozostały właściwie do dziś częścią europejskich wyobrażeń o innych cywilizacjach. Podobnie jak w europejski grunt głęboko wrósł romantyczny orientalizm „wynaleziony” przez Voltaire’a i Rousseau (Said 1991). Z drugiej strony mający upodobanie w podkreślaniu swej intelektualnej niezależności pisarze i intelektualiści do dziś manifestują swą sympatię wobec islamu, jak czynili to Boulainvilliers i Hume, mimo iż ich poglądy byłyby w świecie muzułmańskim nie do przyjęcia.



BIBLIOGRAFIA
• Arenth A., Prinz Eugen von Savoyen, Wiedeń 1864.
• Armour R., Islam, Chrześcijaństwo i Zachód. Burzliwe dzieje wzajemnych relacji, Wydawnictwo WAM Kraków 2004.
• Bues A., Historia Niemiec XVI-XVIII wieku, Warszawa 1998.
• Cardini F., Europa a islam. Historia nieporozumienia, Kraków 2006.
• Chaunu P., (1971), Cywilizacja wieku Oświecenia, PIW, Warszawa 1989.
• Cordingly D., Życie i zwyczaje Piratów, Warszawa 2006.
• Diderot D., Niedyskretne klejnoty, PIW Warszawa 1992.
• Dziubiński A., Między mieczem, głodem i dżumą - Maroko w latach 1727-1830, Ossolineum Wrocław 1977
• Dziubiński A., Afryka północna i zachodnia w relacjach z XVIII i XIX wieku, PIW Warszawa 1980.
• Dziubiński A., Historia Maroka, Ossolineum Wrocław 1983.
• Dziubiński A., Encyklopedia Historyczna Świata, tom IX Azja -cz. 2, Kraków 2002.
• Fallaci O., Siła rozumu, Warszawa 2004.
• Gervaso R., Casanova, PIW Warszawa 1990.
• Gibbon E, Upadek Cesarstwa Rzymskiego na Zachodzie, PIW Warszawa 2002.
• Hansen W, Pawi Tron: Dramat Indii Wielkich Mogołów, Warszawa 1972.
• Hen J., Ja, Michał z Montaigne, Warszawa 1978.
• Hof U. im, Europa Oświecenia, Warszawa 1995.
• Koneczny F., Obronić cywilizacje łacińską, Lublin 2002.
• Lessing G.E., Natan mędrzec, Universitas Kraków 2002.
• Montesquieu Ch, Listy Perskie, Warszawa 1979.
• Przyboś A., Żelewski R. (red.), Dyplomaci w dawnych czasach : relacje staropolskie z XVI-XVIII stulecia, Kraków : Wydaw. Literackie, 1959.
• Reychman J., Historia Turcji, Ossolineum Wrocław 1973.
• Said E.W., Orientalizm, PIW Warszawa 1991.
• Saint-Simon L. de, Pamiętniki, PIW Warszawa 1984, t. I-II.
• Scurla H (Hrsg.), Reisen im Orient. Carsten Niebuhr, Ulrich Jasper Seetzen, Richard Lepsius, Heinrich Brugsch – Berichte deutscher Forscher aus dem 18. und 19. Jahrhundert ausgewählt von Herbert Scurla, Verlag der Nation Berlin 1961.
• Stanzel F.K., Europäischer Völkerspiegel. Imagologisch-etnographische Studien zu den Völkertafeln des frühen 18. Jahrhunderts, Uviversitätsverlag C. Winter Heidelberg 1999.
• Taracha C., Szpiedzy i dyplomaci. Wywiad hiszpański w XVIII wieku, Lublin 2005.
• Voltaire, Księżniczka Babilonu, Opolpress Opole 1993.
• Voltaire, Powiastki filozoficzne, Kraków 2003.
• Voltaire, The Dramatic Works of M. de Voltaire : Mahomet. Socrates. Alzira, Printed for J. Newbery, R. Baldwin, W. Johnston, S. Crowder, T. Davies, J. Coote, G. Kearsley, and B. Collins, at Salisbury., 1763.

czwartek, 13 stycznia 2011

Błędy współczesnych intelektualistów

Dziwne twierdzenia intelektualistów jakie możemy dziś obserwować wynikają nie tyle z folgowania jakimś ideologiom, lecz raczej z mało racjonalnej, mało wyważonej, bardzo emocjonalnej, histerycznej i nieżyciowej orientacji ich tekstów.

- UPROSZCZONY ŚWIATOPOGLĄD:

Wyraźnie manifestuje się wśród współczesnych intelektualistów skłonność do tworzenia ideowych polaryzacji, lub innych manichejskich konstrukcji. Intelektualiści o tzw. "lewicowej wrażliwości" (nota bene bardzo rzadko mówi się o "prawicowej wrażliwości"), których w Polsce najlepsze egzemplarze można znaleźć przede wszystkim w magazynach kulturowych typu "Film" i "Wysokie Obcasy", a w mniej "czystej" odmianie w gazetach, mają skłonność zaliczania wszystkiego - co nie jest awangardą - do konserwatyzmu. Piszą więc np. o "konserwatywnej większości" społeczeństw zachodnich. Większość ta jakoś się nie ujawnia podczas wyborów - ciągle rządzą socjaldemokraci, a czasem chadecy, czyli socjaldemokraci chodzący do Kościoła. Intelektualiści sprzyjający prawicy częstokroć, każdego, kto krytykuje Kościół uznają za marksistę, tymczasem warto pamiętać, że liberał klasyczny będzie tylko pilnował by Kościół nie łamał zasad tolerancji, podczas gdy lewicowy demo-liberał i socjaldemokrata będą się starać by Kościół grał minimalną rolę w życiu społecznym. Pamiętam jak dostało mi się od "towarzyszy", gdy krytykowałem nacjonalizm (patriotyzm dla jednych nacjonalizm dla drugich), a przecież nacjonaliści zaczynali w XIX wieku jako sprzymierzeńcy radykalnych lewicowych demokratów. Warto też pamiętać o różnicy między konserwatywnym klasycznym liberałem (UPR, FDP, UKiP), który chce byśmy płacili niższe podatki, a demokratycznym (socjal)liberałem (DPL, Liberal Party), który walczy o "standardy demokracji" itp. Tymczasem tu na PN wielokrotnie widzimy szalone tezy jakoby "liberalizm był pierwszym socjalizmem" - liberałowie (sam się do nich zaliczam) NIENAWIDZĄ socjalizmu! Być może ta skłonność do manichejskich konstrukcji bierze się z samej demokracji z ich partiami parlamentarnymi - w parlamencie ważne jest kto jest "na lewo od nas", a nie: "Kto jest rzeczywiście lewicowy" - i o tym warto pamiętać (socjaldemokratyczna PO uchodzi u nas za liberalną, a nacjonalistyczna socjaldemokratyczna PiS za konserwatywną).

Ta sama skłonność widoczna jest w generalizowaniu dotyczącym zjawisk historycznych. Jeśli powiemy, że np. "Oświecenie doprowadziło do ograniczenia roli Kościoła" to jest to zdanie poprawne, lecz jeśli powiemy "Oświeceniowcy zamierzali zlikwidować Kościół", albo: "Oświeceniowcy stanowili przodków lewicy", to wtedy zapala się czerwona lampka pt: "zależy którzy". Oświecenie było ruchem bardzo niejednorodnym. Oświeceniowcy zasadniczo byli sceptykami i kierowali się utylitaryzmem. Przedkładali ulepszenie życia na ziemi od kontemplacji teologicznych i metafizycznych. Zamierzali kształcić społeczeństwo, lecz jak owo kształcenie ma wyglądać było już sprawą sporną. Słowo „polityka” dla ludzi XVIII wieku oznaczało to samo co dla Arystotelesa – sztukę rządzenia, a nie to co dla nas dziś; sztukę zdobycia władzy w gąszczu demokratycznych procedur. Pisarze polityczni oświecenia doradzali więc monarchom, ministrom i reformatorom, rzadziej kierując swe słowa do rodzącej się wówczas opinii publicznej. Pomysły były rozmaite. „Król filozofów” Voltaire (właść. François-Marie Aruet, ur. 1694, zm. 1778) był zwolennikiem monarchii absolutnej lub konstytucyjnej zachowującej tolerancję religijną i szanującą „strefę prywatną” (termin zapożyczył od Locke’a) poddanych o, a więc był monarchistycznym liberałem . Baron Charles de Montesquieu (zw. W Polsce Monteskiuszem, ur., 1689, zm. 1755) miał podobne poglądy z tą różnicą, że wierzył, że silna pozycja arystokratów i sędziów stanowi najlepszą gwarancję swobód poddanych. Voltaire wierzył, że jedynie silny i nieskrępowany w swym działaniu monarcha zabezpieczy owe swobody. Hrabia Henri de Boulainvilliers (1658-1722) był zwolennikiem rządów starej szlachty o średniowiecznym (frankijskim) pochodzeniu, zaś Montesquieu, sam należący do nowej „szlachty sukni” (noblesse de robe), uważał ją właśnie za zdolniejszą i lepiej nadającą się do rządzenia. Przyjaciel i kolega szkolny Voltaire’a, markiz Rene d’Argenson (1694-1757) chciał decentralizacji monarchii wraz z umocnieniem pozycji króla i osłabieniem arystokracji, a także wprowadzenia jakiejś formy reprezentacji ludu prowincji. Voltaire popierał projekty przyjaciela. Denis Diderot (1713-1784) i baron Paul Thiry d’Holbach (1723-1789) różnili się od poprzednich wymienionych promowaniem ateizmu, choć pierwszy z nich był umiarkowanym demokratą (zwłaszcza po utworzeniu USA), a drugi monarchistą. Podobnie jak Diderot myśleli Jean Nicolas de Caritat, markiz Condorcet (1743-1794) i Louis-Sébastien Mercier (1740-1814). W jednym ze swych dzieł Mercier opisywał futurystyczny Paruż roku 2440 (sic!), racjonalnie zarządzany z nisko opodatkowaną ludnością i pozbawiony mnichów, żebraków. Kłócono się o politykę ekonomiczną. André Morellet (1727-1819), zwolennik wolności prasy na modłę angielską promował wolny handel bez dozoru państwa. Ekonomiści, później zwani fizjokratami chcieli wzmacniać przede wszystkim rolnictwo (jako rzekomo najbardziej produktywne) a resztę gospodarki poddać kontroli. Oprócz liberałów takich jak Voltaire czy Montesquieu, byli także radykałowie - utopijni zwolennicy przekształcenia całego społeczeństwa i ustroju, jak Jean-Jacques Rousseau (1712-1778) ze swoim uwielbieniem wybieralnej arystokracji i „społeczeństwa politycznego” zakładanego na zasadzie zgody wszystkich, lecz totalistycznego (wnikającego we wszystkie dziedziny życia członków wspólnoty), gdy już miało powstać, i proto-komuniści tacy jak Gabriel Bonnot de Mably (1709-1785). Do tych ostatnich nawiązywali radykałowie rewolucji francuskiej tacy jak Maximillien Robespierre (1758-1794) zwalczający liberałów tej doby; markiza Condorceta i Guillaume’a de Malesherbesa (1721–1794). Obaj Condorcet i malesherbes byli ofiarami rewolucji francuskiej. Malesherbes znany jest z opieki nad encyklopedystami; zwł. Diderotem i de Jaucourtem. Słabsi od liberałów byli konserwatyści tacy jak Lotaryńczyk Charles Palissot de Montenoy (1730-1814). atakujący utopijność pomysłów radykalniejszych „filozofów”, czy wróg Voltaire’a i zwolennik dominacji światopoglądu katolickiego Élie Catherine Fréron (1718-1776). Siła francuskiej myśli politycznej wynikała z siły samej Francji jako państwa (ok. 20 mln mieszkańców na początku wieku, ok. 28 mln pod koniec wieku; w tych czasach Imperium Habsburgów, Hiszpania, Polska i Wielka Brytania liczyły nieco ponad 10 milionów mieszkańców, i ze statusu francuskiego języka jako języka międzynarodowego. Jednak inne narody wydały również wielu oryginalnych myślicieli.

- NADUŻYWANIE WIELKICH SŁÓW I MNOŻENIE BYTÓW

Wystarczy sobie przypomnieć Francisa Fukujamę, który najpierw przepowiadał "koniec historii" - tzn. trwałą liberalizację i demokratyzację Świata, a kilka lat potem się z tej tezy wycofał. Nikt nie wie co się tak naprawdę wydarzy, ale każdy chce być sławny, a więc tworzy słowa i hasła, które będą się kojarzyć z nim jak np: "nadzorować i karać" kojarzy się z M. Foucaultem, a "społeczeństwo otwarte" z R. Popperem, lecz oni przynajmniej nie stworzyli nowych słów, tam gdzie ich nie było potrzeba. Ciągle słyszymy jakieś bzdury typu: homo sovieticus, homo ludens - komu to potrzebne? Chyba tyko autorom tych wytrychów. Czasem mnożenie bytów wynika z błędnego tłumaczenia np. gdy Popper pisał o "historicism" to nie miał na myśli "nędzy historycyzmu", lecz nędzę starego dobrego XIX-wiecznego historyzmu! (na tej samej zasadzie jak polski "romantyzm" to po ang.: romanticism). A tak mamy dwa słowa na opisanie jednej i tej samej rzeczy. Jednak mnie już nic nie zdziwi od kiedy tłumacz książki Kuehnelta-Leddina: "Ślepy tor" przetłumaczył londyńskie zamieszki wywołane przez Lorda George'a Gordona - gordon riots ("rozruchy Gordona"), jako "zamieszki Gordona Riota". Ciekawe kim był ten mr. Riot? Niby wszyscy wiedzą, że komplikować jest łatwo a upraszać trudno, ale i tak wszyscy komplikują. Socjologowie polecają czytanie najnowszych książek opisujących gorzej, to co stare często opisywały lepiej, ale za to z wykorzystaniem "nowoczesnych" (nowoczesne MUSI być dobre...) "metod badawczych" czyli kilku nowych wykresów i słów-kluczy. Przeciwko konstruktywizmowi intelektualnemu walczył już David Hume.


- "WSPÓŁCZUCIZM" - ŹLE POJĘTA RÓŹNORODNOŚĆ - IDEOLOGIZACJA ZAMIAST CHŁODNEJ RACJONALNEJ OCENY

Nie zamierzam pisać tu o takich dziwolągach jak "kultura martwych białych samców", anie o feminizmie ani postmodernizmie, ale o ogólnej tendencji współczesnych elit intelektualnych świata Zachodu do przepraszania za wszystko co Europa uczyniła w przeszłości; kolonializm, handel niewolnikami, inkwizycja, rekonkwista, holokaust itd. Wzór współczesnego człowieka elit to wiecznie przepraszający mięczak, który ma szacunek do wszystkiego co obce, a zapomina o tym co jego czyli co europejskie. I tu występuje pewien paradoks. Jeśli naszą obecną moralność bazujemy na zachodnim naukowym obiektywizmie, to dlaczego nie możemy przyznać głośno, że ten obiektywizm dowodzi WYŻSZOŚCI naszej cywilizacji nad innymi, a nawet (o zgrozo!) jej LEPSZOŚCI - w końcu dlaczego ciągle zachodni intelektualiści krytykują Chiny? Skoro należy szanować filozofię innych kultur może należałoby zamknąć wreszcie usta? Chyba, że otwarcie przyznamy, że Chiny Dalajlamy są LEPSZE niż Chiny prezydenta Hu. Swoją drogą ciekawe dlaczego my Europejczycy jesteśmy miękcy wobec mahometan a twardzi wobec Chińczyków? Dlatego, że nie stoją u naszych bram czy dlatego, że słyną z grzeczności i mało kłopotliwego dla gospodarzy stylu bycia?

Europa jest nadal przerażona holokaustem i myśli, że zagrożenie może przyjść tylko z wewnątrz, tj. ze strony Europejczyków, dlatego elity mają skłonność do wybielania takich postaci jak np. Mahatma Ghandi, który zwalczał rządy brytyjskie, ale był też antysemitą, ksenofobem i hipokrytą (jego słynne słowa: "Nic nie kosztuje tyle zabiegów i pieniędzy, co stworzenie pozorów ubóstwa i prostoty"), lub Nelson Mandela nie cofający się przed bandyckimi metodami (dopiero w 2008 roku USA skreśliły go ze swej oficjalnej listy terrorystów) i nie robiący nic w sprawie białych farmerów masowo mordowanych przez czarnych w RPA. Kiedy wreszcie Zachód przestanie przepraszać? Kiedy przestanie chwalić mięczaka de Klerka i bandytę Mandelę? Kiedy elity Zachodu przestaną krytykować Sarkozyego za wyrzucenie kilku złodziejaszków i włóczęgów? Kiedy zastanowią się czy może ten Wilders ma trochę racji? Może kiedy muzułmanie zaczną mordować członków Akademii Francuskiej... Do tego może nie dojdzie, ale nasza cywilizacja jest słaba (czyżby lewicowi intelektualiści uprawiają głupią politykę chrześcijańskiego drugiego policzka"?) w porównaniu z np. islamską czy żydowską - przekonanymi o własnej doskonałości wbrew wielu oczywistym niedociągnięciom. Tu nie chodzi o to by od razu uważać się za pępek świata i bełkotać o krwi i ziemi, lecz o jakieś wyważenie miedzy skrajnościami.

Obawy Europejczyków nie powinny być stale ośmieszane jako "ksenofobia" czy "szowinizm bogaczy" jak w tej recenzji książki Habermasa, Obywatelstwo a tożsamość narodowa. Rozważania nad przyszłością Europy, Warszawa 1993
atorstwa Moniki Świdy-Biedy

"...Habermas podkreśla odpowiedzialność Europy Zachodniej związaną z warunkami życia w bloku postkomunistycznym, a także oczekiwaną falę migracji z tych krajów. Jedną z reakcji jest szowinizm dobrobytu, związany z możliwościami gospodarczymi krajów zachodnich oraz z radykalnymi reakcjami obywateli danych krajów na imigrantów. W tych krajach imigranci, dzięki oparciu konstytucji na prawach człowieka, mają prawa i obowiązki podobne do tych, którymi dysponują rdzenni mieszkańcy, wzmocnione również przez prawa ponadnarodowe (takie jak europejskie prawo obywatela). Stąd wynika dyskusja nad tym, czy można uzasadniać wyższość zobowiązań tzw. szczególnych, związanych z przynależnością państwową, wobec tych uniwersalnych, ponadnarodowych. Stanowisko utylitarystyczne w tej dyskusji przywołuje argument korzyści obustronnych, tzn. sankcjonuje brak obowiązków wobec tych, którzy wspólnocie korzyści nie przysparzają – w przełożeniu na sytuację migracyjną oznaczałoby to pozwolenie na wjazd do kraju tylko dla tych, którzy nie stanowią ryzyka straty, a tylko obietnicę korzyści. Inny model opiera się na koordynacji centralnie ustanowionego moralnego podziału pracy, który szczególe zobowiązania przenosi w sferę podziału pracy, w przypisanie pewnej odpowiedzialności. W trzeciej opcji w centrum znajduje się punkt widzenia imigranta i prawo do migracji postrzegane przez niego jako wolność podstawowa, prawo do lepszego życia. Czwarta postawa to przyznanie, iż prawo do imigracji może być ograniczone jedynie przez prawo wspólnoty do ochrony integralności jej formy życia – a zatem obok obostrzeń o charakterze administracyjnym lub ekonomicznym pojawiają się ograniczenia chroniące tożsamość kulturową wspólnoty, przy czym chodzi tutaj raczej o kulturę polityczną niż o całość etniczno-kulturową. Imigranci musieliby się zatem zgodzić nie na odrzucenie całości własnej, rodzimej formy życia, a jedynie na polityczną akulturację. Dochodzi Habermas do wniosku, iż wobec fal imigrantów z biedniejszych krajów państwa zachodnie powinny kierować się raczej liberalną polityką imigracyjną niż szowinizmem dobrobytu. Istnieje przy tym zawsze prawo do obrony własnej kultury politycznej, jednak nie obejmuje ono także pozostałych elementów składających się na daną formę życia – przeciwnie, pluralizm jest tu uznany za wartość. Status obywatela świata ma szanse zaistnieć tylko w społeczeństwie demokratycznym, pozbawionym takich ograniczeń..."

http://www.iphils.uj.edu.pl/~m.kuninski/Juergen%20Habermas,%20Obywatelstwo%20i%20tozsamosc%20-%20Monika%20Swida-Bieda.htm

Nauka za III Rzeszy służyła dowodzeniu, że Europejczycy są najlepsi, dziś - równie nonsensownie - dowodzi, że mają się we wszystkim dostosować do innych. Popper był przeciwny temu, by nauka służyła rządom - słusznie, lecz chyba nie chciał by była wroga społeczeństwom, które na tą naukę łożą pieniądze.

Intelektualistów świeckich stworzyła sekularyzacja czasów Oświecenia. Niejako skazani są oni na konflikt z Kościołem i na walkę z nim o przysłowiowy rząd dusz, lecz i ta walka powinna mieć jakieś rozsądne granice. Niedługo będziemy słuchać wykładów pt. "Kościół Katolicki, III Rzesza i inne reżymy opresyjne". Ta niechęć do Kościoła, kolonializmu itd. wynika prawdopodobnie ze skrajnego demokratyzmu - w końcu jeśli wszyscy są równi to nie ma dobrych i złych - by sparafrazować Thackeraya, dlatego elity zapewne uważają, że należy poniżać wszystkich uważających się za lepszych. Niedawno czytałem recenzję filmu o twórcy portalu Facebook - napisanego, tak jakby prowadził on jakąś demokratyczną rewolucję przeciwko rządom "gentlemen of Harvard", a nie stworzył rozrywkowy portal.



- BEŁKOT CZYLI OSZUKAŃSTWO LUB PROPAGANDA

Intelektualiści-oszuści to spora część historii. Podam kilka przykładów z epoki na której znam się najlepiej czyli z wieku XVIII. W roku 1776 włoski oszust Guiseppe Balsamo używający wymyślonego nazwiska hrabiego Alessandro di Medina Cagliostro, przybył do Londynu wraz z żoną, sekretarzem, 3.000 funtów w złocie i kufrem z klejnotami. Zamieszkał przy Whitcomb Street nieopodal Pall Mall i otworzył tam swój kram okultysty-jasnowidza, reklamującego w dodatku niezliczone recepty i terapie medyczne na wszystkie dolegliwości. Program leczenia składał się z 40 dni kąpieli, wypoceń, głodówki, przyjmowania leków, przy stałej diecie na korzonkach. Miał mnóstwo zadowolonych pacjentów, którym głodówka po stałym, typowym dla epoki przejadaniem się (dlatego upuszczanie krwi też przynosiło ulgę) na pewno pomagała. Cagliostro zaszkodził sobie dopiero gdy zaczął się obnosić jako przedstawiciel nieistniejącej egipskiej masonerii, co wywołało zaniepokojenie tej angielskiej. Przed jej atakami i śledztwem, które wykazało, że Cagliostro jest znanym na kontynencie oszustem, obronili okultystę wpływowi przyjaciele, tacy jak lord George Gordon. Kolejnym awanturnikiem tego rodzaju był George Psalmanazar. Jego prawdziwe imię nie jest znane, ale przypuszcza się, że był Francuzem. Udawał mieszkańca wyspy Formoza (Tajwan) i mówił bełkotliwym pseudo-językiem, twierdząc, że jest to japoński. Niejaki Innes, kapelan wojskowy, człowiek bez skrupułów, zorientował się, że ma do czynienia z oszustem, który jednak może się do czegoś przydać. Wydostał Psalmanazara z wojska, gdzie ten służył i namówił do oficjalnego przejścia na chrześcijaństwo i napisał w tej sprawie list do biskupa Londynu Henry’ego Comptona (1632-1713), który chętnie powitał Innesa i „Japończyka-konwertytę”. Innes namówił go potem do napisania historii jego rzekomej ojczyzny – Formozy. Ten napisał tą kompletną bzdurę po łacinie w uczonym stylu, a jej angielskie tłumaczenie było bestsellerem. Była to bzdura trudna do zweryfikowania ponieważ z europejskich narodów z Japonią do czynienia mieli w zasadzie jedynie Holendrzy. Lord Pembroke był jednym z niewielu, którzy mieli pewne wątpliwości. Psalmanazar przetłumaczył następnie katechizm na „japoński”, co oczywiście nie mogło stać się bestsellerem, ale zapewniło mu prestiż wśród naukowców i duchownych. Gdy Innes go opuścił by zostać kapelanem generalnym wojsk, Psalmanazar wdał się w rozmowę z wybitnym astronomem Halley’em, który zadawał mu trudne pytania o położenie słońca w zenicie na Formosie, na które oszust oczywiście nie umiał odpowiedzieć składnie, w przedmowie do nowego wydania historii Formosy napisał jednak, że Halley był zadowolony z jego wynurzeń, co zdenerwowało astronoma. Publicznie oświadczył, że Psalmanazar jest oszustem. Ten zaś opublikował szybko pamiętniki, w których sam się przyznał do tego i wyraził skruchę. Słynny leksykograf i pisarz Samuel Johnson dowiedział się kogo przyjmował w swoim klubie i kogo chwalił za pobożność .
Podobnie jak biskup Compton „naiwny” był król Francji Ludwik XIV udzielając w 1715 roku audiencji fikcyjnej ambasadzie perskiej, która była wytworem fantazji kilku francuskich i włoskich oszustów . Wiek XVIII był wiekiem awanturników. Wielu ludzi podawało się np. za wypłacalnych bogatych szlachciców, byle tylko uniknąć płacenia w oberży z góry, a potem uciec nie płacąc w ogóle. Tego rodzaju podstępy licznie występują zarówno w osiemnastowiecznej literaturze faktu (np. „Pamiętnikach” Casanovy), jak i w książkach fabularnych (np. Alaina-René Lesage’a (1668-1747), czy Antoine’a-Françoisa Prévost d'Exiles’a (1697 -1763)).Gustavus Katterfelto był niemieckim oszustem udającym lekarza i entomologa. Najął on pokoje przy Piccadilly 22 w Londynie, i 31 lipca 1782 roku zamieścił ogłoszenie w Morning Post. Zachwalał w nim swoje laboratorium, mikroskopy i pomysł leczenia chorób za pomocą żywych organizmów – owadów. Można było zobaczyć to wszystko za „jedyne” 1-3 szylingów. Jego idee korespondowały z przeświadczeniem co starszych lekarzy angielskich, którzy wierzyli, że epidemie są wywoływane przez upał i inne zjawiska przyrodnicze. Katterfelto twierdził, że choroby są przenoszone przez drobinki powietrza zwane „formitami”, które można i należy niszczyć za pomocą mydła, wody i różnych płynów owadobójczych. Katterfelto jako jedyni „widział” je pod mikroskopem. Francuski dr miał przynajmniej opinie dobrego lekarza. Leczył za darmo w czwartki w Covent Garden, gdzie on i jego służący w liberii rozkładali swój kram. Była to darmowa reklama jego umiejętności. Niejaki Mr. Lattese był z koeli Piemontczykiem, który twierdził, że wynalazł niemal stuprocentowo skuteczną metodę planowania rodziny; tzn. każdy kto przestrzegał pewnych reguł życia i postepowania mógł mieć niemal pewność, że urodzi mu się syn (czego prawie wszyscy wówczas pragnęli) lub córka. Mr. Lattese odbierał zgłoszenia od zainteresowanych w Antigallican Coffee-House niedaleko Giełdy (Royal Exchange). Interes szybko się skończył – za często rodziły się córki. Należy te oszustwa odróżnić od nieświadomych błędów nauki. Niemiec Franz Anton Mesmer (1734-1815) na serio uważał, ze poprzez dotyk ręka chorej części ciała można pobudzić odpowiedni „fluid” w ciele, by pokonać większość chorób. W 1784 roku komisja powołana przez Ludwika XVI zaprzeczyła możliwości istnienia „fluidu”.

Oszustwa intelektualne to i dziś chleb powszedni. Wiele z nich obnaża Richard Dawkins w artykule: "Postmodernizm obnażony". Cytował on niejakiego Gary'ego Kamiya, który zauważył, że:


"Każdy, kto poświęcił czas na przedarcie się przez świętoszkowate, obskuranckie, pełne żargonu banały, które uchodzą obecnie za „nowoczesną" myśl w naukach humanistycznych, wie, że musiało się to zdarzyć wcześniej lub później: jakiś bystry uczony, uzbrojony w niezbyt utajnione hasła („hermeneutyka", „transgresja", „lacanowskie, "hegemonia" — żeby wymienić tylko kilka), napisze fałszywy artykuł, wyśle go do całkowicie au courant pisma, które go zaakceptuje (...) Sokal posługuje się w swoim artykule wszystkimi właściwymi terminami. Cytuje najlepszych. Wali jak w bęben w grzeszników (białych mężczyzn, „realny świat"), przyklaskuje cnotliwym (kobietom, ogólnie metafizycznemu szaleństwu) (...) I jest kompletnym, niezafałszowanym stekiem bzdur — co jakoś uszło uwagi odpowiedzialnych redaktorów „Social Text", którzy muszą teraz doświadczać takiego samego uczucia mdłości, jak Trojanie po tym, kiedy wciągnęli do miasta tego ładnego, dużego, podarowanego im konia."
, zob: http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,4007/k,2

Istnieje nawet Generator Postmodernizmu - program komputerowy Andrew Bulhaka z Melbourne, który tworzy na zawołanie "uczone" rozprawy zupełnie bez sensu, lecz mające pozór postmodernistycznej rozprawy, która może brzmieć tak:


...Badając teorię kapitalizmu stajemy przed wyborem: albo odrzucamy materializm neotekstualny, albo wnioskujemy, że społeczeństwo ma wartość obiektywną. Jeśli trzymamy się dialektycznego desytuacjonizmu, musimy wybrać między Habermasowskim dyskursem a subtekstualnym paradygmatem kontekstu. Można powiedzieć, że przedmiot jest kontekstualizowany w nacjonalizm tekstualny, w który włączona jest prawda jako rzeczywistość. W pewnym sensie przesłanka paradygmatu subtekstualnego stwierdza, że rzeczywistość wyłania się z kolektywnej nieświadomości...


Jako żywo przypomina to rozprawy np. Jacquesa Derridy, którego filozofia jest ponoć "jedną wielką bzdurą i bełkotem". Derrida pisze dla pieniędzy i z próżności. Prócz Dawkinsa jego hochsztaplerstwo odkryli też m.in. Roger Scruton i Neil Postman. W przypadku modernisty np. J. Habermasa mamy zwykle do czynienia z sensownym tekstem, ale niekoniecznie tak odkrywczym jakby sugerowały wielkie nowe słowa użyte przez autora. Scruton w "Intelektualistach nowej lewicy" opisywał styl Habermasa jako styl autora, który każe czytelnikowi czekać długo w poczekalni obiecując niesamowite mądrości", by w końcu poczęstować go jakąś banalną post-marksowską konstatacją.

Tak zaczyna się Dawkinsowska recenzja z książki Modne bzdury Alana Sokala i Jeana Bricmonta:

"Załóż, że jesteś intelektualnym hochsztaplerem i nie masz nic do powiedzenia, ale masz wielkie ambicje. Chcesz odnieść sukces na uniwersytecie, zgromadzić koterię pełnych czci uczniów i skłonić ludzi na całym świecie, by z szacunkiem podkreślali zdania w twoich książkach. Jaki styl wybierzesz? Z pewnością nie przejrzysty, ponieważ przejrzystość ujawniłaby brak treści. Jest prawdopodobne, że stworzysz coś w tym stylu:

Widać tu wyraźnie, że pomiędzy łańcuchami linearnymi znaczącymi, czyli według autorów arche-pismem, a tą machinistyczną wielowymiarową i wieloznaczeniową katalizą, nie istnieje żadna wzajemnie jednoznaczna relacja odpowiedniości. Symetryczność skali, przeciwzwrotność, niedyskursywny patyczny charakter ekspansji — oto wymiary, które każą nam opuścić logikę zasady wyłączonego środka, a dla nas wystarczają do porzucenia przy tym ontologii binarnej, wspomnianej powyżej.


Jest to cytat z pracy psychoanalityka Féliksa Guattariego, jednego z wielu modnych francuskich „intelektualistów" zdemaskowanych przez Alana Sokala i Jeana Bricmonta w znakomitej książce Modne bzdury [ 1 ]. Guattari kontynuuje w podobnym duchu i zdaniem Sokala i Bricmonta „jest to najwspanialsza mieszanina naukowego, pseudo-naukowego i filozoficznego żargonu, z jaką się zetknęliśmy". Bliski współpracownik Guattariego, nieżyjący już Gilles Deleuze miał podobny talent pisarski:

Po pierwsze osobliwości odpowiadają szeregom różnorodnym, które tworzą układ ani stabilny, ani niestabilny, lecz „metastabilny", mający energię potencjalną [...] Po drugie, wszystkie osobliwości przechodzą proces auto-unifikacji, a proces ten pozostaje w ciągłym ruchu, który przemierza układ i sprawia, że szeregi rezonują, pokrywając odpowiednie osobliwe punkty w tym samym punkcie aleatoryjnym i wszystkie emisje, wszystkie uderzenia, w tym samym rzucie...".


zob: http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,4007

Dawniej np. w wieku XIX przynajmniej stosowano bełkot w celach propagandowych tak jak czynił to np. Hegel, kiedy starał się wmówić czytelnikom, iż nie trzeba walczyć o wolność, ponieważ rzekomy "rozum dziejów" zrobi to za nich. Karl Popper w swojej książce "Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie" (t. II) obnażył styl Hegla. Hegel zwykł wypluwać z siebie pompatyczne i jałowe zdania takie jak to zdanie z "Wykładów o filozofii dziejów":

"Jedyną myślą, jaką wnosi filozofia jest ta prosta myśl, że rozum panuje nad światem, że przeto i bieg dziejów powszechnych był rozumny. To przekonanie i ten pogląd ... w filozofii ... nie mają charakteru założenia. Drogą spekulatywnego poznania zostaje w filozofii udowodnione, że rozum...jest zarówno substancją, jak i nieskończoną mocą... nieskończonym tworzywem...jak i nieskończoną formą... że taka "idea" jest prawdą, wiecznością i absolutną mocą i że nie objawia się w niej nic poza nią samą i jej dostojeństwem i wspaniałością - to właśnie, jak już wspomniałem, dowiedzione jest w filozofii, a tu przez nas przyjęte za dowiedzione".


Hegel, uważany często za "największego niemieckiego filozofa", postrzegany jest przez Poppera jako nie tylko fałszywy prorok i propagandysta ale i anty-racjonalista udający zakochanego w racjonalizmie. Marksa, Popper uważa również za fałszywego proroka, choć przynajmniej szczerego wobec czytelnika. Podobny irracjonalny romantyzm, jak u Hegla, wychwycił już wcześniej Kant u Herdera, czyniąc go swym wrogiem. Kant zarzucił Herderowi, że w swych "Myślach o filozofii dziejów" przedstawiał on rozmaite analogie pozyskując dla nich emocje czytelnika trzymając część tajemnicy tylko dla siebie. Herder, według Kanta, przedstawiał swe uczucia tak jakby były wynikiem potężnej i głębokiej myśli by "budziły one więcej nadziei, niż usprawiedliwiałby to chłodny rozum".

Podobnym romantycznym pseudofilozofem jak Hegel i (czasem) Herder był jak już powszechnie wiadomo Fichte, o czym jako o rzeczy oczywistej pisze choćby Jerzy Krasuski w swej "Historii Niemiec". Trudno powiedzieć jak często dziś mamy do czynienia z odwoływaniem się do irracjonalnych emocji by przemycić pewne 'prawdy' jako naukowe fakty. Pisałem już o książce Franza von Kutschery, niemieckiego filozofa urodzonego w 1932 roku w Hanowerze, pt: "Wielkie pytania", w której atakuje on liberalną koncepcję wolności przemycając socjaldemokratyczne hasła Rousseau i innych. Pisałem o Groysie i o jego obrzydliwej skłonności do redukowania filozofii liberalizmu do garści prawideł ekonomicznych i o Normanie Daviesie, który uprawia propagandę pro-polską i anty-brytyjską. Pisałem o Habermasie i teorii krytycznej, która jest tak niejasna, że można ją wyjaśnić tylko w porównaniu do innej:

"Żeby dobrze zrozumieć, czym jest teoria krytyczna najlepiej porównać ją do innej, przedstawić różnice w poglądach i założeniach. Najbardziej skrajną do teorii krytycznej jest teoria tradycyjna. Założycielem kanonu tej ostatniej jest Kartezjusz, postrzega ona podmiot i przedmiot, jako dane niezmienne a zarówno sztywno od siebie oddzielone. Stara się poprzez obserwację wykalkulować i zobiektywizować dane zjawisko. Natomiast teoria krytyczna sprawia, że podmiot odnajduję się przedmiocie, jest ściśle powiązany ze społeczeństwem i historią oraz że każdy z nich odznacza się społecznym charakterem i nie można faktom przyznać statusu bezpośrednich danych tak jak w teorii tradycyjnej podczas procesu badawczego. Poznanie życia społecznego i jego mechanizmów w złożoności i bogactwie jego przejawów, wymaga nie tylko zwykłych faktów, ale dogłębnej analizy."
(z wikipedii) Wydaje się, że na to wpadli już w XIX wieku A. Comte i H. Spencer, a więc teoria krytyczna nic tu nie wnosi poza zamieszaniem i zaszczepianiem marksizmu.

Generator postmodernizmu:
http://www.elsewhere.org/pomo/

czwartek, 6 stycznia 2011

Polecam !!! Peter Burke: "Języki i społeczności w Europie wczesnonowożytnej"

Polecam znakomitą książkę brytyjskiego historyka Petera Burke'a (ur. 1937): Languages and Communities in Early Modern Europe (2004), teraz wydaną w Polsce, dotyczącą historii narodów i języków europejskich od XV do XVIII wieku. Na zaledwie 260 stronach czytelnik znajdzie kopalnię informacji o rozwoju języków, stereotypach narodowych odnoszących się do języka, zapożyczeniach językowych, językach uniwersalnych różnych warstw społecznych, wielojęzycznych elitach, i o wybitnych osobach takich jak Orlando di Lasso czy książę Eugeniusz Sabaudzki, którzy przeskakiwali czasem nawet w jednym zdaniu z języka na język, gdyż dany język nadawał się bardziej do jednej dziedziny życia, a inny pasował lepiej do innej. Prof. Burke pokazuje na przykładach jak niemal każdy język bywał wychwalany ponad wszystkie inne przez mówiących w tym języku, i jak przypisywano językom moc zmiany sposobu myślenia i zachowania.



Książka Petera Burke'a jest moim zdaniem lekturą obowiązkową dla wszystkich interesujących się językami oraz tych, którzy chcą zrozumieć europejską cywilizację wczesnonowożytną. Zaletą książki jest panoramiczne spojrzenie na językowe dzieje Europy. Po lekturze dzieła prof. Burke'a czytelnik zmieni swą wizję cywilizacji przednacjonalistycznej tj. tej sprzed 1789 i 1848 roku.

Przereklamowany "hit" - Carl Becker: "Państwo Boże osiemnastowiecznych filozofów"

Książka Carla Beckera dotyczy myśli polityczno-społecznej osiemnastowiecznych filozofów. Autor stawia w niej kilka śmiałych tez. Według Beckera osiemnastowieczni filozofowie byli raczej ostatnimi kontynuatorami myśli średniowiecznej niż intelektualnymi prekursorami i przedstawicielami nowoczesności. Dla poparcia swej tezy przedstawia on czytelnikowi następujące cechy myśli osiemnastowiecznej; dążność do wyrugowania dogmatów wiary z życia społecznego przy jednoczesnej skłonności do zastąpienia ich nowymi dogmatami świeckimi (prawa człowieka, rozum), wzorowanie się na ideach Aten, skłonność do ujmowania tego co naturalne (przyrodzone) jako tego co racjonalne, dążność do traktowania historii jako nauki filozoficznej odwołującej się do faktów, pokładanie nadziei w przyszłych pokoleniach, jako tych, które znajdą się bliżej prawdy.



Tezy Beckera w większości jedynie pozornie są głębokie i warte uwagi. Kontynuacja myśli starożytnej przez XVIII-wiecznych filozofów polityki nie dowodzi braku nowoczesnego ducha w ich dziełach. XIX-wieczni demokraci również odwoływali się do wzoru Aten. Becker zauważa, że do ok. roku 1750 powoływanie się na Ateny uchodziło za przejaw ciasnoty w myśleniu i prowincjonalizmu, wszak cywilizacja wersalska nie ustępowała w opinii większości wykształconych Atenom, zmieniło się to w drugiej połowie stulecia. Być może myśl radykalnego oświecenia sprzeciwiającego się ideom monarchii absolutnej (klasycznej bądź oświeconej)dowodzi pewnego regresu w myśleniu, jednak każda nowa idea musi nawiązać do czegoś znanego i historycznie sprawdzonego, stąd wyidealizowana wizja Aten nadawała się do tego celu znakomicie.

Myśl polityczna oświecenia z całym swym utylitaryzmem, była jak najbardziej myślą nowoczesną i oryginalną. Oświecenie było ruchem bardzo niejednorodnym. Oświeceniowcy zasadniczo byli sceptykami i kierowali się utylitaryzmem. Przedkładali ulepszenie życia na ziemi od kontemplacji teologicznych i metafizycznych. Zamierzali kształcić społeczeństwo, lecz jak owo kształcenie ma wyglądać było już sprawą sporną. Słowo „polityka” dla ludzi XVIII wieku oznaczało to samo co dla Arystotelesa – sztukę rządzenia, a nie to co dla nas dziś; sztukę zdobycia władzy w gąszczu demokratycznych procedur. Pisarze polityczni oświecenia doradzali więc monarchom, ministrom i reformatorom, rzadziej kierując swe słowa do rodzącej się wówczas opinii publicznej. Pomysły były rozmaite. „Król filozofów” Voltaire (właść. François-Marie Aruet, ur. 1694, zm. 1778) był zwolennikiem monarchii absolutnej lub konstytucyjnej zachowującej tolerancję religijną i szanującą „strefę prywatną” (termin zapożyczył od Locke’a) poddanych o, a więc był monarchistycznym liberałem . Baron Charles de Montesquieu (zw. W Polsce Monteskiuszem, ur., 1689, zm. 1755) miał podobne poglądy z tą różnicą, że wierzył, że silna pozycja arystokratów i sędziów stanowi najlepszą gwarancję swobód poddanych. Voltaire wierzył, że jedynie silny i nieskrępowany w swym działaniu monarcha zabezpieczy owe swobody. Hrabia Henri de Boulainvilliers (1658-1722) był zwolennikiem rządów starej szlachty o średniowiecznym (frankijskim) pochodzeniu, zaś Montesquieu, sam należący do nowej „szlachty sukni” (noblesse de robe), uważał ją właśnie za zdolniejszą i lepiej nadającą się do rządzenia. Przyjaciel i kolega szkolny Voltaire’a, markiz Rene d’Argenson (1694-1757) chciał decentralizacji monarchii wraz z umocnieniem pozycji króla i osłabieniem arystokracji, a także wprowadzenia jakiejś formy reprezentacji ludu prowincji. Voltaire popierał projekty przyjaciela. Denis Diderot (1713-1784) i baron Paul Thiry d’Holbach (1723-1789) różnili się od poprzednich wymienionych promowaniem ateizmu, choć pierwszy z nich był umiarkowanym demokratą (zwłaszcza po utworzeniu USA), a drugi monarchistą. Podobnie jak Diderot myśleli Jean Nicolas de Caritat, markiz Condorcet (1743-1794) i Louis-Sébastien Mercier (1740-1814). W jednym ze swych dzieł Mercier opisywał futurystyczny Paruż roku 2440 (sic!), racjonalnie zarządzany z nisko opodatkowaną ludnością i pozbawiony mnichów, żebraków. Kłócono się o politykę ekonomiczną. André Morellet (1727-1819), zwolennik wolności prasy na modłę angielską promował wolny handel bez dozoru państwa. Ekonomiści, później zwani fizjokratami chcieli wzmacniać przede wszystkim rolnictwo (jako rzekomo najbardziej produktywne) a resztę gospodarki poddać kontroli. Oprócz liberałów takich jak Voltaire czy Montesquieu, byli także radykałowie - utopijni zwolennicy przekształcenia całego społeczeństwa i ustroju, jak Jean-Jacques Rousseau (1712-1778) ze swoim uwielbieniem wybieralnej arystokracji i „społeczeństwa politycznego” zakładanego na zasadzie zgody wszystkich, lecz totalistycznego (wnikającego we wszystkie dziedziny życia członków wspólnoty), gdy już miało powstać, i proto-komuniści tacy jak Gabriel Bonnot de Mably (1709-1785). Do tych ostatnich nawiązywali radykałowie rewolucji francuskiej tacy jak Maximillien Robespierre (1758-1794) zwalczający liberałów tej doby; markiza Condorceta i Guillaume’a de Malesherbesa (1721–1794). Obaj Condorcet i malesherbes byli ofiarami rewolucji francuskiej. Malesherbes znany jest z opieki nad encyklopedystami; zwł. Diderotem i de Jaucourtem. Słabsi od liberałów byli konserwatyści tacy jak Lotaryńczyk Charles Palissot de Montenoy (1730-1814). atakujący utopijność pomysłów radykalniejszych „filozofów”, czy wróg Voltaire’a i zwolennik dominacji światopoglądu katolickiego Élie Catherine Fréron (1718-1776). Siła francuskiej myśli politycznej wynikała z siły samej Francji jako państwa (ok. 20 mln mieszkańców na początku wieku, ok. 28 mln pod koniec wieku; w tych czasach Imperium Habsburgów, Hiszpania, Polska i Wielka Brytania liczyły nieco ponad 10 milionów mieszkańców, i ze statusu francuskiego języka jako języka międzynarodowego. Jednak inne narody wydały również wielu oryginalnych myślicieli. Większość z nich kierowała się utylitaryzmem, a nie wzorem dawniejszych epok poszukiwaniem jedynej prawdy np. zawartych w Biblii wskazówek dotyczących życia społecznego. Oświecenie należy więc do nowoczesności, będąc jej źródłem i początkiem.

Zdania Beckera o nowych dogmatach niczego nie dowodzą, ponieważ każda epoka, także dzisiejsza posługuje się własnymi dogmatami. Zmiana dogmatów z średniowiecznych na oświeceniowe przyniosła zmianę optyki politycznej i ostateczne odwrócenie uwagi elit od metafizyki. Nie można też zapominać o optymizmie oświeceniowym kontrastującym mocno z duchem epok poprzednich (jedynie oświeceniowcy anglo-szkoccy zachowani sporo sceptycyzmu wobec przyszłości, co wynikało z pewnego rozczarowania "chwalebną rewolucją" lat 1688-1689). Wizja historii mimo zachowania jej charakteru moralizatorskiego również zmieniła się w XVIII wieku. Przykładowo August Ludwig von Schlözer (1735-1809) atakował dotychczasowy sposób pisania o historii jako o nieustannych podbojach i wojnach (Mordgeschichte), Herder interesował się pochodzeniem narodów. Różni naukowcy, poeci i pisarze wysnuwali idee zjednoczenia Niemiec wokół wspólnej kultury (Kulturnation). Codrorcetowska wizja nieustannego postępu dowodzi, iż wizja przyszłości, a więc i potomności zmieniła się znacznie od średniowiecza i wczesnej nowożytności.

Jedyne co rzeczywiście łączyłoby myśl oświeceniową z dawniejszą to naturalizm, kontrastujący z pozytywizmem XIX wieku, lecz to zdecydowanie za mało, by przyznać rację tezom Beckera.

sobota, 1 stycznia 2011

Światowa Metropolia - Życie codzienne w osiemnastowiecznym Londynie

Moja nowa książka o XVIII-wiecznym Londynie


Piotr Napierała, Światowa metropolia. Życie codzienne w osiemnastowiecznym Londynie, Novae Res, Gdynia 2010. ISBN 978-83-61194-43-9


dla zainteresowanych nabyciem książki

Londyn w XVIII wieku był największym miastem na świecie, stolicą potęgi kolonialnej, liberalizmu, wolnej prasy, wyzwolonych artystów, znakomitej muzyki i światowych finansów. Był jednak również siedliskiem występku, prostytucji i ksenofobii.

Książka ma na celu ukazanie nie tylko świata osiemnastowiecznych arystokratów i artystów, lecz również mieszkających w brytyjskiej metropolii cudzoziemców, turystów oraz biedaków. W mieście panowały zbyt wielkie kontrasty, aby nazywać go pięknym, jednakże było na tyle wspaniałe, by stać się przedmiotem zachwytu całej ówczesnej Europy. Jak mawiał pisarz tamtych czasów, Samuel Johnson: „Być znudzonym Londynem, to być znudzonym życiem, Londyn zawiera bowiem wszystko,
co życie może ofiarować”.

SPIS TREŚCI:
WSTĘP – WYJĄTKOWOŚĆ XVIII-WIECZNEGO LONDYNU - 7
BLASK STOLICY – ARYSTOKRACJA – ŚWIAT ROZRYWEK- SKLEPY - 11
EMIGRANCI I CUDZOZIEMCY A LONDYŃSKA KSENOFOBIA - 41
GEORG FRIEDRICH HÄNDEL JAKO CUDZOZIEMIEC, BRYTYJCZYK I LONDYŃCZYK - 76
INFORMACJA, POLITYKA I OPINIA PUBLICZNA - 97
KULTURA POPULARNA - OBYCZAJE - KOBIETY LONDYNU - 122
WARUNKI ŻYCIA, BEZPIECZEŃSTWO - PRZESTĘPCZOŚĆ I WYMIAR SPRAWIEDLIWOŚCI - 150
BIBLIOGRAFIA – 173



FRAGMENT ROZDZIAŁU II:

Niejaki Zetzner - podróżnik, który przybył do Londynu ze Strasburga w 1700 roku i został w nim 2 lata tak oceniał Brytyjczyków jako naród:
"Są to, ogólnie rzecz biorąc, mili ludzie, obdarzeni dużą inteligencją i politycznym rozeznaniem. Są dobrze wykształceni, a ich umysł widzi sprawy na wylot. Są również muskularni i zręczni we wszystkich ćwiczeniach ciała. Są uprzejmi i jeśli chcą kogoś uhonorować nie szczędzą jakichkolwiek wysiłków. Ale w głębi duszy są dumni, wyniośli i uważają się za dużo lepszych od innych narodów …”.
Na wrogość tłumu skarżył się m.in. Francuz Jean-Pierre Grosley , autor przewodnika po metropolii wydanego w 1772 roku, który słyszał takie określenia jak „francuski pies” i „francuska dziwka”, jakie prześladowały francuskich turystów rozpoznawalnych łatwo po stroju i manierach. Pewien Portugalczyk spacerujący wzdłuż brzegu Tamizy i rozmawiający we własnym języku napotkał przy jednej okazji dwóch rybaków, którzy grozili mu pięściami biorąc go za Francuza i przezywali „francuskim psem”: speak your damned French if you dare! („mów dalej w swoim przeklętym francuskim jeśli się ośmielisz !”). Grosley konfrontuje informacje o takich zdarzeniach z grzecznością brytyjskiej klasy uprzywilejowanej i sprzedawców w sklepach. Biedacy natomiast nieraz obrzucili jajkami powozy, w których jechali francuscy goście . Ciekawe jest to, że tylko w Londynie cudzoziemców tak nie lubiano, być może wynikało to z rozpolitykowania Londyńczyków .


SUMMARY


This book is an attempt to show to the polish reader the richness and diversity of the eighteenth-century London live. First and foremost this book informs, why Lodnon was so unique as the largest city in eighteenth-century Europa, a prototype of the modern multicultural metropolis as we know today. The leading intellectuals of enlightenment esed to look upon London as an example of ‘free’ city ruled by public opinion expressed not only by mighty aristocrats but also humble subjects. In those days London had more to offer to an English or a foreign visitor, than any other city in the continent: parks opened to visitors, rich museum collections, fine shops, elegant partie organized by upper class (beau monde as it used to be called in that century), cosy inns, taverns with good food. Many Frenchmen, Italians and Spaniards used to go to London to see parliamentarism in working, modern manufactures, English and Italian art.
The mob, and even sometimes the political elite of the eighteenth-century London was Rather hostile to foreigners. The Spaniards had a reputation of cruel and canning people, the French were called chattering baboons, the Germans and Dutch were believed to be somewhat ‘primitive’. Very interesting was the evolution of the British-American relations, not only on the political level but also in everyday life. The example of Georg Friedrich Händel or George Frideric Handel naturalised as a British subject in 1727 is used in this book to exhibit how the process of adaptation of a foreigner to living among Britons could have looked like.
The third of the six chapters concernes the eighteenth-century London’s political life, that is; functioning of political clubs, topics of political discussions, the media (press, caricature). The problem of caricature – one of the arts in which the Britons of that era were particularily master ful is in this book strictly connected with life and output of an English great caricaturist William Hogarth. There are also some reference to the army and navy’s world.
From the next chapter the leader can learn what was the time of the breakfast the eighteenth-century londoners used to have and what was actually eaten at this breakfast. The same he or she can learn aobut dinners, favorite English disches including very fine recipes by Benjamin Franklin who was particularily fond of good cuisine. In this very chapter there are many informations about lodging, hotels, inns, education, prices, currency, salaries and wag es, clothes, fashion, morality, religion, enlightenment in London, the poor, the rich and the women of London in cluding the problems of marriage and the al most impossible in those days - divorce.
The last chapter is about the risks and dangers of everyday life in the eighteenth-century London. We are pursuing the Londonem of the era through every stages of his life – from the cradle to the tomb. Here we are refering to the problem of criminality, prostitution, police forces, crime and punishment, medical treatment, diseases, housing and social taboos.
I am fully aware of the fact, that it is not possibile to refer to every kind of human activity and so it is in the case of this book, but I hope still that this book can contribute to a better under standing of the British history and culture of the eighteenth century in Poland.




Piotr Napierała (17. X 2009 r.)