środa, 21 grudnia 2011

Simon van Slingelandt (1664–1736) – ostatnia szansa Holandii


Piotr Napierała, Simon van Slingelandt (1664–1736) – ostatnia szansa Holandii, Wydawnictwo Libron-Filip Lohner, Kraków 2012. ISBN 978-83-62196-37-1

My new book concerns the life and public service of one of the most important Dutch politicians of the 18th Century.

Simon van Slingelandt was one of the best informed Dutch politicians of his era. He tried to reform the administration of the United Provinces of the Netherlands and thereby restore its former military and economical glory. He was also very active preserving peace in Europe. All his life he was adherent of the British alliance, but tried to avoid political dependence on Britain. According to one of the best contemporary Dutch historians of early modern times, A.T. van Deursen , Slingelandt, his views and actions (as secretary of the council of state - Secretaris van de Raad van State, 1690-1725, general treasurer of the Dutch Republic - Thesaurier-Generaal van de Unie, 1725-1727, and the Grand Pensionary of Holland – the mightiest of the seven united provinces - Raadpensionaris van Holland, 1727-1736, an unofficial foreign secretary of the Union is the key to getting known the whole administrative practice of United Provinces in 18th Century.

The war of Spanish succession (1701-1714) ends the era of the Dutch Republic as one of the dominant powers in Europe. Reforms proposed by Slingelandt in 1716 and 1718 to the General Staaten i.e. the parliament of the Republic could have prevented reduction of countries powers, but only minority of the delegates supported his motions. Slingelandt played a role of Cassandra, meanwhile other countries like Prussia have made a huge progress modernizing their administration and imposing various protectionist laws in economy. Slingelandts memorials were printed only in 1784-1785, when most of Dutch political decision makers realized that the lack of reform brought only economical and political losses.

As far as his political views are concerned, Slingelandt was a typical Dutch republican, and also to some extend a conservative, because he was a member of the ruling class of regents, and didn’t want to alter the form of government, but to centralize it and subject existing organs to new ministries based on the French or British model (secretaries of states), nevertheless Slingelandts proposals constituted an inspiration for the ‘patriots’ and even more radical democrats of the second half of 18th century, and Johan Rudolph Thorbecke (1798-1872), the author of a set of liberal reforms, who perceived Slingelandt as one of the central figures in Dutch history.



ZE WSTĘPU:

Jeden z najlepiej poinformowanych i najlepiej wykształconych polityków swojej epoki, reformator z powołania, który chciał utrzymać mocarstwową pozycję Republiki Zjednoczonych Prowincji Niderlandów na arenie międzynarodowej drogą reformy administracyjnej, szef dyplomacji Republiki mocno zaangażowany na rzecz europejskiego pokoju, polityk, który wytrwale dążył do tego, by jego kraj traktowano z szacunkiem, zwolennik sojuszu z Wielką Brytanią, który jednak unikał uzależnienia swojego państwa od silniejszego partnera, obywatel Dordrechtu, skąd pochodził także XVII-wieczny tytan polityki holenderskiej Johan de Witt.

Zdaniem jednego z największych ekspertów od historii Republiki Zjednoczonych Prowincji, A.T. van Deursena, postać Slingelandta i jego działalność urzędnicza jako sekretarza rady stanu (Secretaris van de Raad van State, 1690–1725), następnie generalnego skarbnika unii, czyli Republiki (Thesaurier-Generaal van de Unie, 1725–1727), i w końcu wielkiego pensjonariusza prowincji Holandii – najsilniejszej prowincji Republiki (Raadpensionaris van Holland, 1727–1736), czyli nieoficjalnego ministra spraw zagranicznych Republiki, to klucz do poznania całościowego obrazu praktyki polityczno-administracyjnej dawnej Republiki Niderlandzkiej. Korzystając z owej wskazówki van Deursena, postanowiłem napisać tę książkę, zwłaszcza że w języku polskim zdecydowanie brakuje opracowań dotyczących historii Holandii, a szczególnie jej dziejów w XVIII wieku, okresie często pomijanym, nawet przez badaczy holenderskich, na korzyść tzw. złotego wieku – wieku XVII, kiedy to Republika Zjednoczonych Prowincji była europejską potęgą. Okres ten zakończył się po wojnie o sukcesję hiszpańską (1701–1714). Plany reformy Slingelandta, gdyby wprowadzono je w życie w latach 1716–1717, kiedy przedstawiał je Stanom Generalnym, czyli parlamentowi Republiki, mogły zapobiec stoczeniu się tego kraju do grona państw drugorzędnych. Republika Niderlandzka mogłaby być znowu potęgą. Niestety, inne kraje poczyniły w XVIII wieku znacznie większe postępy w dziedzinie administracji, a Republika pozostała w tyle. Slingelandt był więc w pewnym stopniu Kasandrą dla swego narodu, podobnie jednak jak ona nie został wysłuchany. Jego memoriały o potrzebie reformy państwa zostały wydane w wiele lat po jego śmierci (1784–1785), kiedy wreszcie przypominano sobie o jego radach i przestrogach. Brak reformy przyniósł Republice same klęski i ostateczne osłabienie pozycji kraju na arenie międzynarodowej.

Pod względem ideologicznym Slingelandt był typowym holenderskim republikaninem, ale w pewnym sensie również konserwatystą, ponieważ jako przedstawiciel klasy rządzącej nie starał się zmienić ustroju państwa, lecz wzmocnić efektywność pracy administracji poprzez centralizację i utworzenie ministerstw z prawdziwego zdarzenia o szerokich kompetencjach, których decyzje obowiązywałyby na równi patrycjuszowskich urzędników wszystkich siedmiu prowincji tworzących Republikę. Jak to zwykle bywa, brak reformy przyniósł zmiany rewolucyjne: wystąpienia drobnomieszczan w latach czterdziestych, ruch „patriotów” i demokratów w późniejszych dekadach. Autor liberalnej reformy parlamentarnej w XIX wieku Johan Rudolph Thorbecke (1798–1872) uznał Slingelandta za jedną z postaci będących inspiracją dla obozu reformy i jednego z najwybitniejszych polityków w holenderskiej historii.

Typowo biograficznych opracowań dotyczących Slingelandta brak. Pracując nad tą książką, korzystałem z tekstów jego samego, źródeł drukowanych z epoki na temat jego działalności oraz opracowań holenderskich i brytyjskich dotyczących poszczególnych dziedzin jego działalności, jak również ze źródeł i opracowań holenderskich, brytyjskich, niemieckich i francuskich traktujących o ówczesnej polityce i dyplomacji holenderskiej. Wiele z tych opracowań zostało napisanych już dawno, co wskazuje na to, że postać Slingelandta nie jest obecnie zbyt „modna” wśród historyków, tym bardziej warto przypomnieć ją dziś, gdy w Polsce Simon van Slingelandt, człowiek, który przez niemal 40 lat współdecydował o polityce holenderskiej i europejskiej, jest niemal nieznany.

Na koniec pewna uwaga w kwestii nazewnictwa. Państwo, w którym mieszkał i dla którego pracował Slingelandt, nazywało się Republiką Zjednoczonych Prowincji Niderlandów, obejmującą siedem prowincji Niderlandów Północnych, czyli to, co dziś nazywamy zamiennie Niderlandami lub Holandią, w odróżnieniu od Belgii, tj. Niderlandów Południowych, znajdującej się w czasach bohatera tej książki pod kontrolą Królestwa Hiszpanii (do 1714 r.), a potem cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, będącego jednocześnie głową Domu Austriackiego. W czasach Slingelandta mianem Holandii nazywano tylko jedną z siedmiu prowincji tworzących Republikę, choć przynoszącą 2/3 jej dochodów podatkowych i dominującą politycznie oraz gospodarczo w jej ramach. Właśnie ze względu na tę dominację już w tamtych czasach „Holandią” potocznie nazywano czasem całą republikę i tak zostało do dziś, kiedy w ten sposób określa się całe obecne Królestwo Niderlandów. Jednocześnie mianem Holendrów określam mieszkańców całej Republiki, o ile nie zaznaczam wyraźnie, że chodzi jedynie o mieszkańców prowincji Holandia (ze „stolicą” w Amsterdamie, podczas gdy siedzibą rządu całej Republiki była Haga). Van Slingeland był Holendrem i w szerokim, i w wąskim znaczeniu jako urodzony w południowej części prowincji Holandii, w mieście Dordrecht.

Mam nadzieję, że moja książka przyczyni się, w miarę możności, do wzrostu zainteresowania dość skomplikowanymi i, jak sądzę, ciekawymi dziejami małego, ale silnego i dzielnego państwa – Republiki Zjednoczonych Prowincji.

Piotr Napierała

czwartek, 24 listopada 2011

Dlaczego monarchia oświecona może lepiej chronić wolność niż demokracja



Żyjemy w demokracji, dlatego zewsząd słyszymy głosy, iż jest to najlepszy możliwy ustrój. Wielu z nas przyjmuje to twierdzenie z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ludzi mylą dziś powszechnie tzw. Wolność pozytywną czyli wpływanie swym głosem na rząd, co jest raczej iluzją, z wolnością negatywną czyli realnym zakresem swobód obywatela. Oczywiście nie twierdzę, że demokracja musi być ustrojem fatalnym i, że nie ma żadnych zalet, niemniej jednak uważam, że monarchia absolutna oświecona jest ustrojem znacznie lepszym, przy czym nie mam tu na myśli typowo konserwatywnych argumentów na temat boga i tradycji, ponieważ w monarchii typu oświeconego (Fryderyk II, Józef II, Gustaw III) odgrywają one rolę drugorzędną wobec idei króla-„pierwszego sługi państwa”, jak nazwał się kiedyś Fryderyk II.

Samo pojęcie „monarchia absolutna” dziś kojarzy się wielu ludziom negatywnie, ponieważ łącza oni je zwykle z totalnością władzy. Po drugie wielu myli się monarchia absolutna klasyczna a la Ludwik XIV, a więc ewangelizacyjno-religijna z oświeconą, po trzecie wreszcie w Polsce panuje rozdęty kult Rzeczpospolitej szlacheckiej, archaicznego państwa samolubnej nieuczonej szlachty, rozebranego przez dwie monarchie absolutne i jedną despocję (Rosję). Katarzyna II i Fryderyk II musieli uzasadnić rozbiory względami humanitarnymi i czynili to, przedstawiając konieczność uwolnienia chłopów polskich z jarzma szlachty, warto tu wspomnieć, że np. Ignacy Krasicki się zgadzał z tą argumentacją i cieszył się z przejścia pod pruskie panowanie. Często myśląc o monarchii absolutnej widzimy oczami wyobraźni, XVIII-wiecznych filozofów więzionych za poglądy. Trzeba jednak pamiętać, ze Montesquieu i Voltaire byli monarchistami, domagającymi się zamiany francuskiej monarchii absolutnej chrześcijańskiej w monarchię absolutną oświeconą czyli humanistyczną. Czyli domagali się mniej więcej tego od monarchii czego Janusz Palikot od demokracji.

O przedrewolucyjnej monarchii francuskiej krąży wiele fałszywych mitów . Nieprawdą jest iż absolutyzm oznaczał, że król mógł zrobić co chciał z kim chciał. Absolutyzm oznaczał jedynie, że król ma wyłączność na podjęcie decyzji w sprawach państwa, i że nikt nie może podjąć za niego, lub inaczej niż w jego imieniu, lub za jego zgodą. Absolutyzm nie był totalitaryzmem – monarcha wnikał w życie poddanych mniej niż dzisiejsze demokracje w życie obywateli. Nieprawdą jest, iż władcy dbali tylko o własny dwór. Kiedy pisze się, iż przed rewolucją dwór pochłaniał 10 % wydatków państwa, zapomina się dodać, iż dwór był prze wszystkim siedzibą ministerstw i miejscem pracy głównych urzędników państwa, a nie miejscem dworskich zabaw, nie tak znowu częstych, a okresowo nawet bardzo rzadkich.

Błędem jest też przedstawianie monarchii Ludwików jako państwa skrajnie fiskalnego rabującego swych obywateli. W arystokratyczno-parlamentarnej i liberalnej Wielkiej Brytanii XVIII wieku były 2 razy wyższe podatki niż we Francji, a system podatkowy był dalece lepiej zorganizowany. Fiskalizm brytyjski i centralizm administracji podatkowej (w odróżnieniu np. do niewydolnego i zdecentralizowanego systemu holenderskiego) stanowiły, według m.in. Noama Chomsky’ego główną przyczynę wzrostu potęgi brytyjskiej w wieku Oświecenia . Jak zobaczymy, Francuzi zazdrościli Brytyjczykom jedynie przewidywalności ich obciążeń podatkowych, nigdy zaś ich wysokości. Nieprawdą jest także, że we Francji, w odróżnieniu od Wielkiej Brytanii, „bogaci” nie płacili podatków, a biedni ich utrzymywali, jak głosiła rewolucyjna propaganda, szlachta była jedynie zwolniona z podatków bezpośrednich, przy czym była także coraz bardziej dystansowana przez mieszczańskich finansistów i kupców na polu bogactwa, tak iż stanowiła zaledwie pewien niezbyt duży procent ludzi bogatych.

Niesprawiedliwe jest również osądzanie królów francuskich interesującego nas okresu, w tym zwłaszcza Ludwika XIV o to, że „za bardzo kochali wojnę” – jak rzekł Ludwik XIV na łożu śmierci. Warto tu odwołać się do argumentacji libertarianina Hansa Hermanna Hoppego, który uznał, iż monarchia jest lepszym ustrojem od demokracji, jest to bowiem rząd quasi-prywatny (król uważa się za swego rodzaju właściciela państwa), a więc dba o jego długoletni dobrobyt, a nawet nie stara się specjalnie zaszkodzić wrogim prowincjom, ponieważ ma nadzieje, że kiedyś będą one jego własnymi. Wojny trwały więc krócej, gdyż prowadziły ją zawodowe ochotnicze oddziały. Nie każdy władca tak postępował, ale takie postępowanie leżało w jego dobrze pojętym interesie. W interesie demokratycznych polityków, którzy tylko opiekują się państwem przez 4-8 lat leży powiększenie własnego majątku i nawiązanie znajomości, które mają zapewnić dalszy rozwój kariery politycznej. Wojny "królewskie" w odróżnieniu od religijnych i demokratyczno- nacjonalistycznych nie angażowały całego społeczeństw (Laurence Sterne odwiedzając Francję nie wiedział nawet, że wojna jeszcze się nie skończyła ) i miały jasno sprecyzowany cel (zmiany terytorialne), nie wymagały anihilacji lub totalnego poniżenia przeciwnika. Lud zaś nie żyjąc w demokratycznej iluzji, iż sam jakoby sobą rządzi, patrzył monarsze na ręce i krzyczał, gdy podatki były zbyt wysokie . Jedyną skazą na monarchii francuskiej tego czasu są słynne lettres de cachet i ustawodawstwo anty-protestanckie, które jednak jest porównywalne z współczesnym mu angielskim ustawodawstwem antykatolickim.

Kolejny mit to mit o rozdętej biurokracji królewskiej tego okresu. Według Pierra Chaunu już w roku 1665 monarchia miała 46.247 urzędników „królewskich”, w tym 8.648 sądowych 4968 skarbowych 4245 poborców-płatników i ich kontrolerów, 27.327 niższych urzędników sądowych (woźni, strażnicy notariusze). W XVIII wieku urzędników królewskich było 60.000 (dla porównania pod koniec wieku XIX było ich 600.000, a więc 10 razy więcej ). Parlament Paryża, czyli najwyższy sąd stanowił szczyt tej urzędniczej grupy dlatego jego opozycja wobec decyzji królewskich mogła być bardzo poważna . W samych ministerstwach pracowników było wręcz kilkuset Podobnie wyglądała równie słynna i równie w rzeczywistości skromna XVIII-wieczna biurokracja pruska .

Francuzi byli pod władzą Ludwików dość zadowoleni, dlatego filozofom-reformatorom nie chodziło o żadną tam rewolucję, lecz o korektę i reformę ustrojową. Montesquieu i Voltaire fascynowali się myślą polityczną Locke’a, a zwłaszcza ideą „sfery prywatnej” i neutralności światopoglądowej państwa, jednak Francja była monarchią i to monarchią absolutną (przynajmniej nominalnie, bo jak dowodzili Tocqueville i Pierre Gaxotte wpływ króla na politykę poszczególnych prowincji i na życie codzienne poddanych był niewielki, m.in. z przyczyn technicznych – ograniczenia komunikacyjne i kadrowe), dlatego myśl wolnościową Anglika trzeba było zmodyfikować tak by pasowała do francuskich realiów.

Montesquieu i Voltaire’a, mimo ich wspólnych fascynacji Locke’iem wiele dzieliło. Pierwszy z nich był zwolennikiem thèse nobiliaire, nie rozróżniając czy ma rządzić cała szlachta czy tylko noblesse de robe do której sam się zaliczał. Autor ten wpisywał się w tradycję arystokratycznej myśli anty-absolutystycznej, którą tworzyli tacy autorzy jak: Fénelon, Saint-Simon i Boulainvilliers przedstawiający absolutyzm jako formę ukrytego despotyzmu zagrażającego wszelkim „wolnościom”, czyli przywilejom np. szlachty czy miast . Charles Louis de Secondat baron de la Brède et de Montesquieu urodzony w 1689 roku w La Brède w Akwitanii, kształcił się w latach 1700-1705 uczył się u ojców oratorian w Juilly pod Paryżem. Następnie (1705-1713) studiował prawo w Bordeaux i Paryżu. W 1715 roku ożenił się w obrządku katolickim z hugentotką (od 1685 roku oficjalnie hugenotów we Francji już nie było) Jeanne Lartigue. Od 1714 roku był rajcą parlamentu w Bordeaux, a w latach 1716-1728. Już w 1716 uzyskał niezależność majątkową, dzięki spadkowi po stryju, wtedy też napisał pracę o polityce starożytnych Rzymian względem religii. W 1728 sprzedał urząd prezydenta parlamentu.

Choć powszechnie uważany za (pra)liberała, Montesquieu, jako myśliciel polityczny, miał wiele cech typowego arystokratycznego konserwatysty, który wprawdzie pisał o wolności, lecz rozumiał ją na sposób szlachecki. Był przykładowo niechętny mieszaniu się warstw społecznych, uważając, że każdemu najlepiej jest w tej, w której przyszedł na świat , (zupełnie inaczej niż Voltaire, który jako mieszczanin aspirował do stanu arystokratycznego).

Montesquieu wyraźnie rozróżniał między monarchią a despocją; otóż pierwsza szanuje prawo, a więc i wolność poddanych; a więc i nierówności między nimi, tzn. przywileje niektórych warstw/stanów; a despocja, w której prawem jest jedynie okazjonalny kaprys władcy; czyni wszystkich równymi sobie ... niewolnikami. Mając taki ogląd sprawy, „liberał” Montesquieu szykował grunt pod XIX-wieczne idee konserwatysty Louisa de Bonalda (1754–1840) i jego „ciał pośredniczących” (jak cechy i gildie) między ludem a władcą, które hamowały jego despotyczne inklinacje. Według Pierre’a Manenta, Montesqueiu był jednak prawdziwym twórcą doktryny liberalnej, który wyzwolił liberalizm z oków Locke’owskiej absolutnej suwerenności ludu i oparł swoją myśl liberalną na realnym zakresie swobód jednostki, uzyskanym przez wzajemne ograniczanie się konkurujących ze sobą władz: wykonawczej i ustawodawczej .
Montesquieu dostrzegł fundamentalną dla dalszego rozwoju myśli liberalnej rzecz, mianowicie, że typ ustroju politycznego nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Najważniejszy jest stopień nie wtrącania się rządu (monarchicznego czy republikańskiego) do życia codziennego obywateli. Nieważny nawet jest powód dla jakiego wtrącanie to zostanie ograniczone.

Voltaire był i jest postacią tak sławną, że wszystkie możliwe ideologie starają się odnaleźć swe fundamenty w jego myśli. Według francuskiego historyka André Mauroisa, był on typowym konserwatystą i monarchistą , mającym niezamierzony udział (walka z Kościołem) w przygotowaniu gruntu pod rewolucję, której by z pewnością nie poparł . Inny historyk Pierre Gaxotte – konserwatysta i monarchista – nie dostrzega śladów tych idei w poglądach Voltaire’a, którego atakuje za jego deizm i „nieuzasadnione” pretensje do naukowości. Rosyjski biograf Voltaire’a, K.N. Dzierżawin stara się wyraźnie „umniejszyć” fascynację filozofa Anglią i jej systemem politycznym , z kolei Brytyjczyk Richard Butterwick uważa wpływy brytyjskie za najistotniejsze dla ukształtowania się jego poglądów, (tak samo jak dla poglądów Montesquieu) . Kolejny biograf, Jean Orieux kreuje swego bohatera na miłośnika feudalizmu, który najlepiej czuł się na niemieckich dworach (najmniej na pruskim !), jego babka ze strony matki była pochodzenia niemieckiego co mogłoby tłumaczyć proniemieckie sympatie filozofa i „pewne zniecierpliwienie w stosunku do welszów ”, Anglię zaś podziwiał, ale się tam nudził . Tej proniemieckiej postawy Voltaire’a nie dostrzega. lub przynajmniej nie omawia historyk niemiecki Joachim Leithäuser, który w myśli wolteriańskiej akcentuje przede wszystkim wpływy angielskie .

Peter Gay uważa go za przykład typowego practical philospoher godzącego się na kompromisy polityczne i akceptującego polityczną rzeczywistość, byle tylko posunąć naprzód sprawę oświecenia i tolerancji religijnej , lecz z drugiej strony mającego wyraźne poglądy polityczne , które, o czym już wspomniałem, określa mianem „konstytucyjnego absolutyzmu”.

Konstytucyjny absolutyzm Voltaire’a polegał na tym, iż popierał on wszelkie pomysły zmierzające do osłabienia pozycji i i przywilejów politycznych szlachty, zwłaszcza tej skupionej w parlamentach (dlatego chwalił antyfeudalną wizję historii Francji przedstawioną przez ks. Dubosa), przy jednoczesnym zabezpieczeniu w jakichś sposób praw ludu (tu podobały mu się propozycje gminowładztwa przedstawione przez jego przyjaciela d’Argensona). Stad pochodziła niechęć jaką darzył arystokratycznych pisarzy takich jak Montesquieu (podziwiał jego metody badawcze, choć nie do końca je pojmował, ale krytykował wnioski). Voltaire włączał się w każdą akcję mogącą ograniczyć wpływy parlamentów. Gdy w 1750 roku było widać, że rojalistyczny minister Machault (powiązany z d’Argensonem, markizą de Pompadour i Voltaire’m – tzw. „partią króla”) nie zdoła przeprowadzić tego planu, wskutek braku dostatecznej śmiałości samego króla Ludwika XV, Voltaire był bardzo zrezygnowany (jego pamflet: „Głos mędrca” – La voix du sage nie przekonał stronników „partii króla” ani samego władcy do energiczniejszego działania i parlamenty przetrwały burzę, wyczuwając lęk i niezdecydowanie króla. Rezygnacja przywiodła Voltaire’a do Prus, gdzie miał nadzieję obcować ze skuteczniejszym władcą.

Zupełnie odwrotnie niż Montesquieu, Voltaire pokładał ufność we wzmocnieniu władzy królewskiej, o ile oczywiście władca będzie człowiekiem oświeconym i tolerancyjnym – jakim był np. Fryderyk II Pruski. Miał nadzieję, że frakcja filozoficzna na dworze weźmie w końcu górę (wielkim rozczarowaniem był upadek liberalnego ministra Choiseula w 1770 roku), co doprowadzi do zlikwidowania przejawów nietolerancji religijnej, egoizmu szlachty, „politycznej władzy religii” (określenie Pierre’a Manenta) i zniesienia takich despotycznych elementów rządu jak lettres de cachet. Te cele zostały zrealizowane, lecz niestety dla Voltaire’a nie we Francji, lecz w Austrii, Prusach, Toskanii, Hiszpanii, Szwecji i Portugalii.

Porównajmy przez chwilę dzisiejszą demokrację z XVIII-wieczną monarchią, taką jaka stara się być oświeconą. Zobaczymy zaraz, że np. ówczesny król Sabaudii był bardziej dostępny niż dzisiejszy prezydent Włoch (Rousseau mogący swobodnie rozmawiać z włoskimi książętami versus przepaść społeczno-obyczajowa na linii prezydenci dzisiejszych republik a obywatel). Zobaczymy, że Maria Teresa Habsburg otaczała się doradcami mądrzejszymi od siebie, podczas gdy dziś demokratyczny premier raczej tępi bystrzejszych od siebie jako konkurentów. Król nie musi schlebiać i kadzić narodowi, lecz czyni to co uważa za słuszne. Ta niezależność od ludu jest zaletą rządu a nie wadą, czyni rządy bardziej fachowymi. Pamiętajmy, że filozofowie mogli niemal bezkarnie krytykować monarchów, a handlarze rybami, jak pisze p. Bartyzel, nie słuchali próśb królów by usunęli stragany z dziedzińca Luwru.

Charakterystyczny dla monarchii wyraźny podział na rządzących i rządzonych, powoduje unikniecie demokratycznej schizofrenii politycznej, powodującej, że każdy ukryje przeciwnika króla, ale mało który obywatel ukryje przeciwnika władzy, która „niby” reprezentuje tego obywatela – a wiec demokracja otwiera drogę tyranii. Monarchia może zbankrutować i nie musi to pociągać za sobą bankructwa narodu, bo ten jest w dużym stopniu niezależny od finansów władcy. Mając za sobą mityczne poparcie ludu, demokratyczni politycy w ich imieniu godzą się na wszystko, narzucają wszystko i nawet przepraszają (np. „Francuzi” – „Niemców”) za wszystko nie spytawszy o zdanie obywateli. W monarchii wojsko i wojna ograniczają się do królewskich sił wojskowych i nie angażują całego narodu, podczas gdy demokratyczny pobór powszechny przyniósł rzezie czasów napoleońskich i I wojny światowej (prowadzonej przez demokratycznych ministrów i demokratycznych ministrów marionetkowych cesarzy). Pisarz Laurence Sterne bawiący we Francji w czasach wojny siedmioletniej nie wiedział nawet, ze jest wojna, bo wojna to sprawa książąt – nie ludu. Lud nie ma w niej nic do wygrania, więc takie postawienie sprawy jest uczciwe. Monarcha był w stanie rozsądzić spór między np. władzą ustawodawczą i sądowniczą, dziś takiego arbitra bardzo brakuje. Własność prywatna jest bardziej zagrożona w demokracji niż w monarchii, bo istnieje w niej: „sprawiedliwość społeczna” – tj. kradzież w majestacie prawa.
Dla monarchy etniczność nie ma znaczenia, liczy się za to lojalność, stąd era monarchii nie znała nacjonalizmu, a wiemy jakie mogą być skutki rozbudzonego nacjonalizmu… Z pewna przesadą można tez stwierdzić, że
w demokracji prawda rzadko przebija się w gąszczu ideologii i mitów, bo tylko suwerenny monarcha ma interes w jej poznaniu, gdyż musi on zostawić swe państwo w jak najlepszym stanie dla potomków-dziedziców. Monarchia absolutna nie jest tez tak przegadana jak demokracja, i oszczędza ludzką energię.

Jak już wspomniałem, modne jest przeciwstawianie XVIII-wiecznej mało oświeconej monarchii francuskiej, brytyjskiej quasi-monarchii, będącej tak naprawdę rodzajem parlamentarnej arystokracji podobnej do niderlandzkiej arystokracji burmistrzów miast i innych dostojników tzw. Regentów. Otóż tak jak w Paryżu spalono ręką kata „Listy perskie” Montesquieu, tak w Londynie palono pisma jakobicie również ręka kata. Jak w Paryżu wieziono Diderota za ateistyczne listy o ślepcach, tak w Londynie więziono Wilkesa za zbyt bezpośrednią krytykę polityki króla. W obu państwach, tak jak i w Holandii w XVIII wieku nie można było publicznie krytykować panującego ustroju, co wynikało z prowizoryczności ówczesnych rządów. Dziś nasze demokracje mają – dzięki postępowi technologii – pełną kontrolę nad populacją, więc nie musza już reagować tak ostro.

Na koniec dodać można, że ogromna większość klasycznych filozofów gardziła demokracją lub bała się jej. Jefferson demokracje rozumiał jako rodzaj wybieralnej arystokracji, co do dziś powoduje błędne wnioski. Wyjątkami byli Spinoza, van der Enden i Rousseau; wszyscy trzej nie do końca władni nad własnymi myślami.

Piotr Napierała

Liberalna cywilizacja racjonalistyczna i jej wrogowie



Racjonalista powinien być świadomy niebezpieczeństw grożących wolnej myśli i umieć je rozpoznawać, przy czym nie chodzi tu o zagrożenia oczywiste jak islam, czy ataki katolików na teatry podczas „bluźnierczych" (swoją droga, skoro ich bóg jest wszechmocny, to mogliby zostawić „karę" jemu) przedstawień, ale także te podskórne.


Do takich podskórnych zagrożeń zaliczyłbym konserwatywne biadolenie na upadek obyczajów, szerzącą się przestępczość/amoralność, rozpad więzi rodzinnych itd. Są to wszytko zawoalowane ataki na indywidualizm, racjonalizm, liberalizm i nowoczesne społeczeństwo, ale mają większą szanse sukcesu właśnie dlatego, że nie są atakami frontalnymi i odnoszą się niby do czegoś innego. Przykładem takiego ataku może być artykuł Czesława Walesy w piśmie naukowym: „Horyzonty psychologii" (2011 tom I nr 1). Walesa jawi mi się jako człowiek, który jest bardziej anty-naukowcem niż naukowcem i jest to typowy konserwatywny maruda, który nie akceptuje żadnych zmian w sposobie życia, chociaż pracuje — o ironio — dla Wyższej Szkoły Ekonomii i INNOWACJI w Lublinie, ale na przedstawione przez siebie „problemy" współczesnego świata nie ma żadnego lekarstwa poza przemycaną miedzy linijkami religią.

Tekst jest obraźliwy wobec racjonalistów, a zwłaszcza ateistów, których oskarża o największe nieszczęścia naszych czasów, z obwinianiem o wzrost przestępczości włącznie, znów nie zauważając fanatyzmu religijnego w USA czy w krajach islamskich. Nie zauważa, że poprawność polityczna chroni religię przed jakimikolwiek dowcipami, nie mówiąc już o ostrzejszej krytyce, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto poczuje się śmiertelnie obrażony. Autor nie wie lub udaje że nie wie, że przed przybyciem muzułmanów w ateistycznej Szwecji (80% ateistów ) przestępczości prawie nie było, ani tego, że najczęściej w USA rozwodzą się wierzący Żydzi (22% małżeństw), a ateiści najrzadziej (18%), prawdopodobnie dlatego, że nie mają oporu przed próbnym dopasowaniem seksualnym. Walesa zapomina, że najwięcej kradzieży i więźniów jest w bogobojnych USA. Nie widzi też, że w USA jedynie jeden promil więźniów to ateiści, zaś wśród amerykańskich noblistów jest ich co najmniej 65%. Nietrafiony jest argument, że w jego wyobrażeniu ateista nie ceni życia, właśnie ceni je, bo wie, że jest tylko jedno. W tekście znajdują się bezsensowne twierdzenia, że na dzisiejszym Zachodzie seks wiąże się ze śmiercią, lub jest jej „ideologicznie przedstawiony" choć nie wyjaśnia o co mu właściwie chodzi. Prawdopodobnie chodzi tu, o stare bajania, że służyć on winien jedynie prokreacji. Dalej Walesa pisze, że nowoczesne techniki są przejmowane przez wojsko i służą do zabijania, zatem mamy zrezygnować z techniki? Pisze, że przeludnienie jest fałszywym problemem prasowym, tymczasem na świecie 1 mld ludzi nie ma dziś wystarczającej ilości wody i jedzenia, choć Zachodu to akurat nie dotyczy.

Dalej nasz maruda pisze, że szerzy się obecnie narkomania i przestępczość, ale nie wspomina czy XIX -wieczne opium w Chinach, powszechne pijaństwo w Europie, ulice dickensowskiego Londynu, były lepsze. Pisze, że w pracy króluje niepotrzebny stres, ale wydaje się być całkowicie nieświadomy, że tak niedawno szkoły i fabryki przypominały koszary; z wojskowym, a często więziennym drylem… Pisze o pogardzie wobec „ludzi nieużytecznych". Ja widzę wszędzie podjazdy dla inwalidów, olimpiady dla niepełnosprawnych, zapomogi i nowe przepisy wskazujące na radykalną zmianę myślenia. Pisze nasz Czesław Walesa o konfliktach religijno-etnicznych, że to etnos, a nie religia powodują spory, choć Koran pisze explicite o zabijaniu niewiernych i dominacji nad światem, a i w Biblii są podobne kwiatki, zaś duchowni wszystkich religii nieustanie podżegają do nienawiści. Nie dostrzega oczywiście tego o czym pisał Christopher Hitchens, że dziś prasa i rządy wyciszają aspekt religijny sporów, przedstawiając je raczej jako spory czysto etniczne. Walesa straszy ateizmem i komunizmem, zapominając, że ateizm sowiecki nie był racjonalistyczny, lecz quasi-religijny — dogmatyczny, a dogmatyzm przeczy dyskusji i racjonalizmowi. Nie było natomiast społeczeństwa w historii, które cierpiało na „nadmiar racjonalizmu" jak to kiedyś wyraził Sam Harris. Autor pisze o „łatwiźnie życiowej" racjonalistycznego zachodu — no tak, człowiek powinien się przecież umartwiać itd.:)

Religię uważa ten autor za czynnik dowartościowujący człowieka, ja widzę ją jako sposób na niemyślenie, unikanie logiki i rezygnację z głębokiego przeżywania rzeczywistości. Autor przestrzega przed zabobonami, i New Age'm, ale w okrytych patyną tradycji bredniach nie dostrzega żadnych zabobonów. Jak to konserwa, podkreśla też szkodliwość Internetu, oczywiście net może być szkodliwy, ale chyba jednak jego zalety przeważają.

Walesa rzecz jasna pisze również o zanikaniu sfery sacrum, tak jakby tylko Jahwe mógł być obiektem tej sfery, nie np. sztuka, nauka i świecka kultura. Religia nie jest już dziś potrzebna, swoją rolę odegrała i wyczerpała swój ładunek innowacyjności i ulepszania świata. Religia wprowadza niepotrzebne podziały społeczne, dzieląc ludzi na wiernych i heretycko-ateistyczne quasi-bydło. Autor krytykuje sieczkę w TV, na co ja odpowiem, że dawniej sieczka płynęła tylko z ambon, a dziś widz może zmienić kanał.

Jedyne w czym się zgadzam z Walesą , to, że wychowanie jest ważne i pomaga dzieciakom odnaleźć się w dzisiejszym świecie; jednak na tak wysokim poziomie ogólności ta zgoda może być myląca. W sumie tekst Walesy to strachy na lachy, stek przekłamań i półprawd służących propagowaniu ideologii konserwatyzmu i interesów Kościoła. Jego publikacja w naukowym czasopiśmie wydaje się nieporozumieniem.

Podobne podkopy pod liberalne współczesne społeczeństwo czyni Ryszard Legutko, znów profesor-katolik, który udaje naukowca. Wiedzy odmówić mu nie można, ale jej prezentacja jest nieodmiennie skażona wyznaniową stronniczością.

Podczas pisania mojego doktoratu, pt: „Kraj wolności i kraj niewoli — brytyjska i francuska wizja wolności w XVII i XVIII wieku", cytowałem kilka razy Ryszarda Legutkę. Już wtedy jego przemyślenia na temat wolności i tolerancji w społeczeństwie wydały mi się mocno podejrzane. Legutko nawiązuje do mojego guru Isaiaha Berlina, twórcy koncepcji dwóch wolności; pozytywnej (wpływanie na rządy) i negatywnej (wolności od nadmiernej ingerencji rządu w życie codzienne obywatela/poddanego). Legutko atakuje wolność negatywną (dla Berlina i dla mojej skromnej osoby ta własnej jest wartościowsza), uznając ją za „dążenie do samotności" [ 1 ], większość swego dyskursu o wolności negatywnej oplata wokół idei Hobbesa, Locke’a i Rousseau, mimo iż można by bez trudu znaleźć o wiele bardziej „typowych" obrońców wolności negatywnej, takich jak choćby wymieniani przez Berlina Jefferson i Burke. Rousseau u Berlina jest prekursorem przede wszystkim idei wolności pozytywnej. U Ryszarda Legutki spotykamy zarzut wobec oparcia idei wolności negatywnej na postulacie zachowania ludzkiej godności, ponieważ owo poczucie godności nakazywałoby, jego zdaniem, raczej nie tolerować niż tolerować pewnego typu zachowań [ 2 ]. W kwestii wolności ekonomicznej, Legutko uznaje, że rządzi się ona innymi prawami niż np. wolność nauki czy sztuki, ponieważ rozwój nauki czy sztuki nie musi być bardziej spektakularny w warunkach wolności niż w warunkach kontroli [ 3 ]. Większość kłopotów społecznych dzisiejszych demokracji krakowski filozof uważa za efekt „zbytnio rozpędzonego mechanizmu wolności" i walki z dawno już upadłą tyranią [ 4 ]. Ryszard Legutko interesuje się także problemem tolerancji, polemizując z pochodzącym od Locke’a przekonaniem, że dla sprawy wolności i tolerancji jest lepiej jeśli państwo zajmuje się jedynie „tym co polityczne" resztę zostawiając indywidualnym gustom jednostki, Legutko zaś uważa, że wystarczy jeśli państwo nie narzuca swojego monopolu ideologicznego jednostce, a wtedy może spokojnie wchodzić nawet na teren życia czysto społecznego, moralnego czy kulturalnego nie tłamsząc tolerancji. {P:5R. Legutko, Tolerancja. Rzecz o surowym państwie, prawie natury, miłości i sumieniu, Kraków 1997, s. 48-49 i 194-195.} Widać wyraźną tendencję do utożsamiania myśli liberalnej przez Legutkę z filozofią stanu natury, mimo iż wigowski i liberalny punkt widzenia na państwo i społeczeństwo podzielali także i myśliciele nie wierzący w mit stanu natury jak Hume czy Constant, więc próby zaatakowania liberalizmu z tej strony są nieco nieprzekonujące. Podobnie nieprzekonujące i wątpliwe są zapewnienia Legutki o braku zagrożeń dla tolerancji ze strony szkicowanego przezeń państwa moralnie zaangażowanego opartego na doktrynie chrześcijańskiej. Legutko nie ma więc poważnych argumentów, ale za to jest szanowany i ceniony, więc jego katolicki atak na podstawy liberalnego społeczeństwa, jedynego (prócz monarchii oświeconej), które chroni wolną myśl, nie powinien pozostawać bez odpowiedzi. Racjonaliści powinni zachowywać pewną intelektualną czujność wobec konserwatywnej pseudonauki.

Zagrożeniem dla racjonalizmu i wolnomyślicielstwa jest także brak sprzeciwu wobec kulturowego barbarzyństwa. Mówił o tym Sam Harris, który wspominał na wykładzie na macierzystej uczelni Richarda Dawkinsa, (który był gospodarzem dyskusji), o swej rozmowie z doradcą prezydenta Obamy ds. religijnych, która uważała, że jeśli jakaś społeczność okalecza swych członków z pobudek religijnych, to należy to uszanować. Podobnie jak Harris uważam, że istnieje pewien uniwersalny kod moralny bazujący na unikaniu krzywdzenia, w tym okaleczeń i zadawania bólu. Postmodernistyczny relatywizm kulturowy wydaje mi się być rażąco sprzeczny z humanizmem. Postmodernistów znakomicie przejrzeli Alan Sokal i Jean Bricmont, w swej książce: Modne bzdury. O nadużyciach nauki popełnianych przez postmodernistycznych intelektualistów (Impostures intellectuelles / Fashionable Nonsense). Uniwersalizmu wartości nadrzędnej jaką jest wolność broni też, o czym z przyjemnością przekonałem się, czytając artykuły na naszym portalu, Dirk Verhofstadt. Belgijski liberał występuje przeciw postmodernistom postrzegającym liberalizm i wolność jako wytwór kultury Zachodu, nie adaptowalny dla innych kultur.

Polemiści Verhofstadta i Harrisa uważają po prostu, że należy uznać barbarzyństwo islamu i innych religii za równie prawe i prawomocne jak zachodni liberalizm, a nawet bardziej, ponieważ na Zachodzie dominuje dziś pogląd, że multikulturalizm oznacza zamknięcie członków poszczególnych kultur w ich własnym getcie (zgodnie z wolą ich duchowych przywódców). Pisała o tym Melanie Philips w Londonistanie, pokazując jak doprowadza to obecnie do rozpadu społeczeństwa brytyjskiego, gettyzacji mniejszości i braku utożsamiania się młodych Sikhów czy Arabów z jakimikolwiek brytyjskimi wartościami, tym bardziej, że elity brytyjskie nie przypominają o zasługach brytyjskiej kultury, lecz jedynie przepraszają za kolonializm. (Pamiętam jak Korwin-Mikke skomentował przeprosiny Gerharda Schrödera za kolonializm w Kamerunie, słowami: „powinien jeszcze przeprosić za zbudowanie tam kolei" — komentarz może mocno przekoloryzowany, ale mimo wszystko wart uwagi.)

Postmodernizm nie jest jednolitym nurtem filozoficznym, a właściwie to nawet nie jest nurtem filozoficznym, lecz zlepkiem rozmaitych idei i opinii krytycznych wobec świata wierzącego w linearny postęp i uniwersalne wartości. Dla mnie osobiście postmodernizm to jedynie chwilowa zadyszka pędzącego modernizmu. Postmodernizm faktycznie zrobił nieco dobrego — zaatakował rasizm i mizoginizm (tylko zachodni), a także nadmierne ambicje religii, i dlatego często liberałowie bezmyślnie przyjmują go z dobrodziejstwem inwentarza, tymczasem relatywizm postmodernistyczny najsilniej godzi w ideały oświeceniowe; postęp, wolność, indywidualizm, tak więc, kiedy mówi się o postmodernizmie, warto pamiętać, że występują przeciw niemu nie tylko konserwatyści, ale i liberałowie jak Jan Baszkiewicz czy Neil Postman, uważający dzieło oświecenia za niezakończone, jak i o przestrogach Miltona Friedmanna i Hitchensa o oddalaniu się świata od wolności.

Poprawność polityczna nie ma wiele wspólnego z tolerancją. Voltaire w swoim Traktacie o tolerancji, pisał, że tolerancja, to „stworzenie pozorów wybaczenia sobie nawzajem" — tolerancja to zgoda na to, że ktoś inny ma prawo żyć i myśleć inaczej. Ale to wcale nie oznacza, że nie wolno nam go krytykować, oczywiście kulturalnie i bez sadystycznej powtarzalności. Obecnie poprawność polityczna chroni zabobony, nie chroni natomiast racjonalistów i liberałów. Wprawdzie jej główne ostrze wymierzone jest przeciw nacjonalistom i rasistom, co wynika głównie ze strachu przed powtórzeniem się wojny światowej i holocaustu, ale generalnie każdy wartościujący sąd podpada pod paragraf. Tymczasem człowiek nie jest w stanie myśleć bez wartościowania.

By wspomóc pierwiastek racjonalny w społeczeństwie trzeba zapobiegać bałaganowi pojęciowemu w sprawach istotnych. Podkreślam tu, że chodzi o sprawy istotne z polityczno-społecznego punktu widzenia. System edukacyjny dziś wygląda tak, że za błędne rozróżnienie między np. storge, eros, filia i agape dostaniemy w liceum jedynkę, a nikt nie powie nam na czym polega różnica między tolerancją a poprawnością polityczną, czy między despocją (król Bogiem, a jego słowo prawem) a monarchią absolutną (król ma monopol na sprawowanie władzy wykonawczej, musi jednak respektować prawa królestwa). To jak Grecy dzielili rodzaje miłości nie ma dla nas żadnego znaczenia, tak samo jak nie ma dla nie-fachowca różnicy między deratyzacją i dezynsekcją, właściwie słowo „deszkodnikacja" czy „wybicie szkodników" mogło by zastąpić oba. Tymczasem każdy po studiach humanistycznych powinien pojmować różnicę między tolerancją, a poprawnością polityczną i despocją a monarchią absolutną.

Między racjonalizmem a zabobonem, czyli o deistycznej większości

Pierwsze słowo jakie przychodzi mi na myśl, gdy myślę o racjonalizmie i wolnomyślicielstwie to „odwaga". Racjonaliści mają odwagę by chcieć postrzegać świat takim on jest, bez stosowania umysłowych narkotyków zacierających lub sztucznie uprzyjemniających obraz. Nie używają żadnego opium dla mas (religia, zabobony, mody społeczne, mechaniczne kultywowanie tradycji), ani dla elit (postmodernistyczny relatywizm moralny, socjalizm, anarchizm, libertarianizm, New Age, nacjonalizm), dzięki czemu ich życie jest prawdziwsze. Konflikt z religią oraz z tradycją religijną jest tu nieunikniony.


Religia jak każda ideologia domaga się naginania własnych sądów do swej ideologii oraz pomijania szeregu tematów już na etapie myśli, tak więc racjonalizm mógł zakwitnąć dopiero w momencie kryzysu religii (wskazałbym tu dwie daty kluczowe: 1660 — powstanie Royal Society i 1755 — trzęsienie ziemi w Lizbonie).

Sam Harris znakomicie pokazywał jak religia odwraca uwagę od ważnych problemów, takich jak np. głód na świece, w stronę jałowych rozważań w tzw. kwestiach moralnych takich dotyczących aborcji, eutanazji etc.

Doskonałym przykładem bezmyślnej obrzędowości religijnej jest oszczędzany zwykle przez antyklerykałów judaizm. Pamiętam jak czytałem w „Wysokich obcasach" (nie uznaję bezsensownego podziału na prasę czy literaturę „męską" i „kobiecą") wywiad z polską żydówką, która, choć wychowana bez religii, zapragnęła zostać ortodoksyjną żydówką. Przykryła włosy szmatą, i zaczęła rozglądać się po sklepach w poszukiwaniu tego co koszerne. Jak sama mówiła przestawienie swego gospodarstwa domowego i nawyków kulinarnych na koszerne tory trwało u niej rok, a szkoda, że dziennikarka robiąca wywiad nie zapytała ile ta religijna ekstrawagancja kosztowała… Świeżo upieczona judaistka opisywała z humorem np. koszerne ryby, są to, o ile dobrze pamiętam, te z łuskami. Tak czy inaczej aż mnie ścisnęło, jak zauważyłem jak inteligentna osoba sama z własnej woli ogranicza swoją przestrzeń życiową i intelektualną by dostosować się do wymyślonych przez starożytnych ignorantów tradycji. Wrześniowa „Gazeta Wyborcza" pisała nawet o koszernym sex shopie:

...W sieci pojawił się pierwszy koszerny sex shop. Jak można przeczytać na stronie koshersextoys.net: „.. Nasza strona jest pozbawiona nieprzyzwoitych zdjęć oraz opisów. Wierzymy, że sypialnia należy jedynie do dwójki partnerów, a zdjęcia innych osób mogą jedynie zaszkodzić małżeństwu…". Żeby nie gorszyć klientów, do opisu przedmiotów używana jest terminologia medyczna. Wagina to „miejsce objęte penetracją", a wydłużona erekcja, to „dłuższe chwile przyjemności dla męża i żony".

Kiedy świętoszek nie chce rezygnować z przyjemności, wymyślać musi tysiąc wybiegów intelektualnych. Osobiście nie mam pojęcia co złego jest w słowie „wagina" i myślę, że człowiek, który widzi w nim coś wulgarnego ma duże problemy ze sobą. Ostatnio sąd najwyższy w Izraelu zalegalizował ortodoksyjne linie autobusowe, w których kobiety i mężczyźni muszą siedzieć osobno. Do koszernych autobusów kobiety muszą wsiadać tylnymi drzwiami i zajmować wyłącznie tylną część pojazdu, nawet jeśli brakuje tam foteli. Kobieta musi też odpowiednio ubrana, nosić długą spódnicę i zapiętą pod szyją bluzkę. A myślałem, że Izrael to nowoczesne państwo...

Religia rości sobie pretensje do monopolu na moralność, choć zajmuje się głównie pierdołami, zaś moralność z religia ma niewiele wspólnego, gdyż ta powstaje na drodze procesu historycznego. Drogi moralności oznaczają czasem nawet konkretne daty: 1660, 1755, 1789, 1918 [ 1 ], 1945, 1968 etc. Społeczność, której członkowie traktują się nawzajem niesprawiedliwie nie ma szansy przetrwać — jak mówił Kant: „postępuj tak, jakbyś chciał by twoje postępowanie stały się obowiązującym prawem". Moralność ma sprzyjać zapotrzebowaniu społecznemu, dlatego musi zawierać domieszkę utylitaryzmu. Na co komu moralny asceta czy eremita, który ani z nikim nie porozmawia, ani nie ma uczniów. Na co komu modły, lepiej, jak pisał Hume, zaangażować się w dobroczynność. Religia w tym procesie raczej przeszkadza niż pomaga, tworząc sztuczne problemy i dostarczając sztucznych wydumanych „rozwiązań". Religia dzieli też ludzi na lepszych i gorszych w zależności od stopnia natchnienia przez ducha św., o czym nawet wprost mówi red. Adam Wielomski w ostatnim wywiadzie z nim na konserwatyzm.pl. Racjonalista skazany jest na konflikt z religią

Osobną kategorię ludzi zawieszonych między racjonalizmem a zabobonem stanowią liberalni wierzący i deiści. Osobiście uważam, że Richard Dawkins nie ma racji atakując w swym filmie: „Root of all Evil?" — liberalnych wierzących jako tych, którzy: „zdradzają i rozum i wiarę". Słowa te wyrzekł po rozmowie z przedstawicielem umiarkowanego Church of England, który np. nie potępia gejów, gdyż za dzisiejszą psychologią uważa, że homoseksualizm nie jest jedynie kwestią wyboru czy stylem życia, lecz jest wrodzony. Dlatego umiarkowani anglikanie uważają starożytny pogląd o homoseksualizmie jako o stylu życia za przestarzały i nieaktualny, podobnie postępują w wielu innych kwestiach. Uważam, że w tym przypadku, Dawkins powinien raczej współczuć ludziom zawieszonym między wiarą a rozumem, niż ich atakować i ewentualnie wspomagać ich życzliwą radą. Wykonali oni bowiem już pierwszy najtrudniejszy krok — uwolnili się od tyranii zabobonu, choć nadal są pod jego silnym wpływem, ich wiara utraciła już jednak zęby fanatyzmu, a to jest najważniejsze.

Deiści nie stanowią grupy precyzyjnie określonej. Jest ich dużo wśród tych, którzy nadal uważają się za „dobrych" katolików i protestantów, jak i wśród tych, którzy z religią są raczej na bakier, lecz cenią religię jako część tradycji, lub też po prostu mają do niej słabość. Są też w końcu deiści balansujący na granicy ateizmu lub agnostycyzmu. Są deiści ceniący sobie wielką część lub nawet większość nauk biblijnych (jak Thomas Paine), przekonani o jej wielkim moralnym ładunku, i tacy, którzy ją zupełnie odrzucają, tacy, którzy czują się „kulturowo" chrześcijanami i tacy, którzy traktują boga (nigdy nie wiem czy pisać „Bóg" czy „bóg" — szczęśliwi Niemcy nie maja takich problemów) jako pewną ideę filozoficzną, jak to czynili Toland, Voltaire, Bolingbroke, Hume czy Einstein, odrzucając wiarę w boga osobowego.

Osobiście jestem deistą radykalnym. Biblię uważam za kiepskie dzieło literackie, które nie ma dla mnie większej wartości niż „Mały książę", bóg dla mnie to synonim kosmicznego ładu, nie nazwę się więc wierzącym, bo nie oczekuję niczego ani od boga ani jakiegoś mesjasza, Chrystus dla mnie to jeden z wielu sekciarzy starożytnych, a zwątpienia w mojego boga-filozofa nachodzą mnie każdego dnia. Z jakiejś przyczyny jednak mój umysł „woli myśleć", że ten ład istnieje, widać nie zawsze mamy władzę nad naszymi przekonaniami, ważne byśmy umieli je tolerować (szanować nie, bo to niemożliwe). Jak trafnie spostrzegł Dawkins w Bogu urojonym, w XVIII wieku kościoły zwalczały deistów na równi z ateistami, dziś natomiast łaszą się do nich, by zawrzeć z nimi sojusz antyateistyczny. Moim jednak zdaniem deiści są naturalnym sprzymierzeńcem nie religii, lecz ateistów, ponieważ odrzucają moralną urawniłowkę religijną, i czynienie na ziemi przygotowań do wyimaginowanego życia w raju. Jako deista chciałbym więc zapewnić 10% społeczeństwa, czyli ateistów najjaśniejszej RP, że nie są sami w swej walce z fanatyzmem i ciemnotą, deiści też z tym fanatyzmem walczą, choć często nie do końca świadomie. Obecna wolność religijna jest pochodną triumfu deistycznej większości nad 30-35 % katolickich talibów a la Terlikowski czy Hołownia.

czwartek, 17 listopada 2011

Jak uczyć racjonalizmu



Zastanawiałem się dość długo nad tym jak można by wzmocnić pierwiastek racjonalistyczny i wolnomyślicielski w społeczeństwie, tj. nad tym jak można nauczyć racjonalizmu. Oczywiście najlepsza jest zawsze nauka przez przykład; rozumiany w obu sensach tego słowa, a więc chodzi mi tu zarówno o to, że wykształcony racjonalista stanowić może żywy przykład dla ludzi zawieszonych między zabobonem i stereotypem, a jasnym myśleniem, ale też i o to, że nauka racjonalizmu musi odwoływać się do konkretnych problemów, a nawet do konkretnych stwierdzeń. Racjonalista/wolnomyśliciel nie może poprzestawać na krytyce religii czy tradycji nie proponując niczego w zamian, tym bardziej, że ma wiele do zaproponowania, przede wszystkim życie świadome, czyli życie pełnią życia przynajmniej pod względem intelektualnym, bo życie pełnią życia pod względem fizycznym jest stosunkowo proste, gdy dysponuje ma niezbędnym minimum zdrowego indywidualizmu i nonkonformizmu.

Należałoby starać się kultywować pewien wolterianizm w myśleniu; podejrzliwość wobec idei i autorytetów. Racjonalista może odwołać się do dających do myślenia paradoksów. Wiem z doświadczenia (prowadziłem jako doktorant zajęcia ze studentami historii), że daje to świetne rezultaty; studenci o uśpionym umyśle odkrywali w sobie świadomych członków społeczeństwa. Pierwszy paradoks jaki przychodzi mi do głowy to np. fakt, że racjonaliści tak naprawdę są empirystami, choć historycznie istnieli racjonaliści kartezjańscy opozycyjni wobec takich newtoniańczyków (należałoby wreszcie zrobić takie słowo w polszczyźnie) i empirystów jak Voltaire i madame de Chatelet. Kolejny paradoks to np. fakt, że monarchiści zwykle chcą sojuszu ołtarza z tronem, choć monarchia odnosiła największe sukcesy jako monarchia oświecona (Fryderyk II, Józef II). Dlaczego wolność wymaga porządku politycznego i pomysły anarchistów i libertarian są bez szans? Dlaczego kolonie, łupione przez kolonistów, po ich wyjeździe przędły jeszcze gorzej? Dlaczego do RPA z jej ohydnym apartheidem, uciekali czarni za całej reszty Czarnej Afryki? Skoro ateizm jest niby szkodliwy moralnie, to czemu w więzieniach w USA nie ma ateistów, za to roi się od fanatyków religijnych? Dlaczego o ziółkach pisze się „leki z nowej apteki", ale za AIDS i trzęsienia ziemi odpowiadają już nie bóg a człowiek i natura? Dlaczego marihuana, która w zasadzie nie uzależnia i jest stosowana jako lek, jest nielegalna, a szkodliwe i uzależniające papierosy są legalne? Pisałem też kiedyś o ultrakonserwatyście Davili, który za najprawdziwszą cywilizację uznał brytyjską arystokrację rodem z książek Trevelyana, choć i ta arystokracja i sam Trevelyan byli wigami, czyli liberałami, lub co najwyżej konserwatywnymi/arystokratycznymi liberałami jak Tocqueville. Pytania tego typu można mnożyć z pożytkiem dla tego, który ma odpowiedzieć.

Kolejnym moim postulatem dla edukatorów byłoby upodobanie dla prawdy i niechęć wobec mitów. Zastanawiałem się kiedyś jak by wyglądała odideologizowana historia powszechna. Ludzie z trudem pojmują historię zdemitologizowaną, która musiałaby zostać osnuta wokół czysto intelektualnych rozróżnień i porównań, podczas gdy zazwyczaj historia - tak jak beletrystyka — powstaje z potrzeb emocjonalnych i jest nimi napędzana. Dam tu przykład rozmaitych twierdzeń historycznych, często trudnych do zaakceptowania:

1. Chrześcijaństwo stanowiło w dużym stopniu religię ludzi wyjętych spod prawa; żebraków i quasi-rewolucjonistów występujących przeciwko „prawowiernym" (wierzącym w Jupitera i Junonę) patrycjuszom rzymskim — najgodniejszym mieszkańcom imperium.
2. masoneria i narodowcy to w zasadzie jedno środowisko — demokratów obalających XIX-wieczne monarchie, a wiec skąd ta wrogość ludzi określających się jako narodowcy do masonów? Wrogość to czy konkurencja?
3. Niemal wszyscy ideologowie socjalizmu i pracy nie musieli pracować i chcieli by nikt nigdy nie musiał — stworzyli więc socjalizm — religię nieróbstwa. Egalitaryzm stworzony przez elitę.
4. Konserwatyzm jest w dużym stopniu dzieckiem oświecenia a katolicyzm nie troszczył się kiedyś wiele o zachowanie tradycji.
5. II wojna światowa to wojna Niemców z USA i to wojna ideologiczna reszta krajów praktycznie się tu nie liczy. (Spengler)
6. Lincoln nie myślał o niewolnikach i ich niedoli tylko rękami murzynów pobił armie konfederacji i wreszcie stworzył upragnione centralistyczne państwo narodowe a la Mazzini. (Th. Woods)
7. rewolucja amerykańska wybuchła dlatego, że paniczowie z Wirginii nie chcieli oddać długów zaciągniętych u Brytyjskich kupców. (m.in. Libiszowska)
8. sankiuloci to w dużej mierze byli rzemieślnicy, którzy stracili źródło zarobku gdy wygilotynowano arystokratów.
9. Ludwik XVI popełnił tylko jeden błąd — nie kazał strzelać gdy jeszcze mógł — był za dobry jak na swój naród i swoje czasy. (trad. rojalist.)
10. I Rzeczpospolita była od XVI wieku zupełnym przeżytkiem — jedyni konstruktywni królowie Polski od tego czasu to ci, którzy chcieli zrobić z niej prawdziwą monarchię: Walezy i Sasi — akurat ci, których polska historiografia opluwa.
11. liberalizm od czasów J.S. Milla utożsamia wolność z wrzucaniem kartki do głosowania do urny, a podatki coraz większe… (I. Berlin etc.)
12. Piotr Wielki zrobił z Rosji potęgę, ale najpierw musiała ona przestać być Rosją — czasem tak trzeba.
13. rewolucja francuska wybuchła bo każdy miał pomysł na reformę (Arthur Young)
14. nie ma istotnej różnicy miedzy Robespierrem i Savonarolą — katolikiem co do metod działania
15. nie ma różnicy między Chmielnickim a Washingtonem — dwaj buntownicy, dlaczego więc krytykujemy Jerzego III i lorda Northa ? (M. Franz)
16. I wojna światowa wybuchła bo ludzie wtedy umierali z nudów. (F. Mitterand)
17. Dlaczego w Szczecinie jest ulica Krzywoustego, który rabował i wyrzynał Pomorzan?
18. duch prawicy to duch rycerstwa, a nie Kościoła, który często zbaczał w stronę swoistego komunizmu (monastycyzm) lub rewolucjonizmu — „zostaw wszystko co masz, rozdaj ubogim (jak rozda to będą bogaci) i idź za mną".
19. Ludwik XIV nie wiedział ile zarabiają jego poddani dlatego by ich nie drażnić podatki były niskie (ok 10%). Demokracje współczesne mają ową wiedzę, więc podatki wynoszą 70% (Gaxotte etc.)
20. Monarchiści nie chcą rządzić lecz być dobrze rządzeni, tego demokrata nie rozumie bo on właśnie chce (współ)rządzić. (Piotr Waszkiewicz)

Tak wygląda historia pozbawiona mitów i sprowadzona do zasady: kto? kiedy? co? po co? Myślę, że warto poznawać prawdę historyczną, mimo iż uczy nas ona nie tyle, że historia lubi się powtarzać — bo tak nie jest, ale myślenia, pokazuje bowiem, że wczorajsi mordercy mogą zostać dzisiejszymi świętymi, a to, w co wierzyliśmy świecie, okazuje się zwykle jeśli nie kłamstwem to przynajmniej manipulacją. Prawda jest jednak ważniejsza niż mity — nawet te najpiękniejsze.

Nawet jeśli Elżbieta I, Washington i Fryderyk Wielki nie byli świętymi, Anglicy, Amerykanie i Niemcy mogą być z nich dumni, ale nie powinni ich beatyfikować tak samo jak nie powinno być „absolutnych" autorytetów w postaci świętych KK i papieży. To, że wielcy bohaterowie historyczni raczej świętymi nie byli nie oznacza, że narody i państwa nie mają realizować swojej racji stanu. Zaiste dziwne połączenie się wytworzyło między np. żalem za kolonializm, a obecną polityką Zachodu. Co ma jedno do drugiego? Czy Algierczycy nie mogą spać po nocach, bo ich przodkowie korsarze porywali chrześcijańskich podróżnych do niewoli lub dla okupu?

Moja kolejna rada dla „wychowawców racjonalnego społeczeństwa" to uczyć kwestionowania sentencji filozoficznych. Nosiłem się nawet przez jakiś czas z myślą wydania książeczki z dobranymi sentencjami klasyków tak by przeczyły sobie nawzajem, po czym następowałby opis problemu, którego dotyczą, jednak na razie inne moje aż nadto liczne plany wydawniczo-książkowe nie pozwalają mi powrócić do tego pomysłu. Żeby nie było wątpliwości; są sentencje, których słuszność trudno poddać w wątpliwość jak np. zdanie Edmunda Burke’a: „...do triumfu zła wystarczy by dobrzy ludzie nic nie robili…". Co najwyżej mogę stwierdzić, że lista złych według tego ewolucyjnego konserwatysty, nie do końca pokrywałaby się zapewne z listą takiego liberała jak ja. Nie wiem tylko czy wystarczy, jak by powiedział Voltaire: „uprawiać własny ogródek", no ale w końcu może chodziło tu też o jakąś altruistyczną „pracę u podstaw". Podobnie miał rację Samuel Johnson, jak w XVIII wieku pisał o Amerykanach: „Czy to nie dziwne, że najgłośniejsze skowyty o wolność pochodzą od tych właścicieli niewolników?", ale przyjrzyjmy się innym twierdzeniom o różnym poziomie wysublimowania:

„Cudze chwalicie, swojego nie znacie" — ja znam swoje i obce i np. Holandię uważam za kraj z ciekawszą kulturą niż Polska, w którym lepiej się żyje niż u nas, ale i u nas źle nie jest.

„Nie będziesz miał innych bogów przede mną" - niestety to się tak nie da; mamona, seks, podróże...:)

„Wolnomyśliciele to ludzie, którzy najczęściej w ogóle nie myślą" (Olivier Goldsmith) — zdanie to dobrze brzmi w oryginale, ale — abstrahując nawet od jakości myślenia raczej trudno zaleźć ludzi, którzy myślą więcej niż wolnomyśliciele.

„Lepiej nic nie mówić i zostać posądzonym o głupotę, aniżeli przemówić i rozwiać wszystkie wątpliwości" (Abraham Lincoln) — jeśli ktoś jest głupi, to i tak prawda wyjdzie na jaw.

„Być znudzonym Londynem to być znudzonym życiem, Londyn zawiera bowiem wszystko co życie może oferować" (Samuel Johnson) — byłem w Londynie i skłonny jestem się pod tym podpisać, ale myślę, że np. Paryż niewiele tu ustępuje.

„Lewicowość jest rodzajem fantazji masturbacyjnej, dla której świat faktów nie ma większego znaczenia" (George Orwell) — równie dobrze, można by powiedzieć, że seksualny niezaspokojony apetyt prowadzi do kato-prawicowości, wystarczy spojrzeć na tych dużych chłopców; Hołownię i Terlikowskiego.

Stalin o George’u B. Shaw: „To głupiec, który pluje na własny kraj, który go wychował i wykarmił". Shaw był głupcem, nie dlatego, że pluł (w końcu był socjalistą w konserwatywnym kraju), ale dlatego, że plując nadal w Anglii mieszkał.

„Historia to uzgodniony zestaw kłamstw" (Voltaire) — zestaw kłamstw dotyczy jedynie interpretacji faktów, same fakty kłamliwe nie są, chyba, że przeinaczenia wynikające z niekompletności obrazu uznamy za kłamstwo, co byłoby przesadą.

„Gdyby bóg nie istniał, należałoby go wymyślić" (Voltaire) — to zdanie jest jakby na zamówienie wszystkich twórców świeckich pseudoreligii.

„nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale życie oddam za to byś mógł je spokojnie głosić" (Voltaire) — sam autor tego zdania rozumiał, że są pewne poglądy nie do zaakceptowania. Ja sam nie oddałbym, życia za to, żeby np. talibowie prowadzili wykłady na UAM...

„Nic nie kosztuje tylu zabiegów i pieniędzy, co stworzenie pozorów ubóstwa i prostoty" (Ghandi) — sam wiedział najlepiej, udawał ascetę tak dobrze, że nikt nie widział, że ma kupę kasy. Gdyby się już koniecznie przyczepiać, to trzeba by stwierdzić, że są rzeczy znacznie kosztowniejsze.

Myślę, że ani Reagan nie miał racji mówiąc, że rząd jest problemem, a nie rozwiązaniem", ani Kennedy, kiedy kazał obywatelom zastanawiać się bardziej nad tym co mogą dać państwu niż nad tym co państwo może dać im.

„Ludzie znają się tylko na tym, co sami zrobili" (Giambattista Vico) — znam wielu co nie znają się na tym co zrobili, ale jakoś im się udało. Nie można też wykluczyć, że dotychczasowy teoretyk będzie dobrym praktykiem; Jean-Philippe Rameau był i jednym i drugim...

Dość istotne dla sprawy racjonalizmu, tak jak ja ją widzę, jest też dbanie o należyty status ludzi intelektu; tj. ludzi kreatywnych intelektualnie. Hawking, Hitchens, Huntington i Harris, są mniej znani i cenieni niż Alec Baldwin czy Maradona, choć udało im się przebić. Można by oddać intelektualistom (nie wszystkim bo zdarzają się szarlatani) część tego podziwu dla sportowców i aktorów. Oczywiście to tylko żart bo ludzie sami sobie wybiorą, kogo chcą podziwiać, ale warto czasem wbić małą szpileczkę aktorom i sportowcom. Aktorom dlatego, że stają się oni guru dla milionów ze względu na wygląd i czasem — jakość gry aktorskiej, ale często prowadzi to do traktowania ich jako wyroczni w sprawach naprawdę istotnych. Bardzo rozbawił mnie Jeremy Irons, który w jednym z wywiadów, na jakieś skomplikowane egzystencjalne pytanie odpowiedział mniej więcej tak: „to, że gram intelektualistów i profesorów nie znaczy, że jestem jednym z nich". Sportowcom wbiłbym szpileczkę dlatego, że uwielbienie sportu ma w sobie coś w rodzaju pseudo-ambicji. Moim zdaniem, jest to teoria nawiązująca do walk nerds i bullies w szkołach w USA. Ludzie mało lotni intelektualnie, za to mocno ekstrawertyczni wyładowują swą frustrację biorącą się z niższości intelektualnej na nerdach, ci zaś gardzą sportem. Właściwie obie strony racji nie mają, ale trzeba przyznać, że sport uprawiać może każdy, kto ma zdrowe ręce i nogi (a nawet niekoniecznie), a nerd musi mieć jakieś porządniejsze IQ. Nie chcę kontynuować tego tematu, ani tym bardziej obrażać sportowców, bo ludzie rzucą się tu bronić swoich idoli. To też ciekawe, że ludzie z tłumu zwykłych obywateli często bronią ludzi, którzy tej obrony nie potrzebują, bo nawet o ataku nie wiedzą, a zresztą słowny atak to żaden atak. Chodzi mi tu przede wszystkim o odbudowanie kredytu zaufania dla dobrego rezonowania.

Czego jeszcze brakuje dla dobrego rezonowania w RP, to dowcipu w starym tego słowa znaczeniu, czyli ćwiczenia pewnej lotności umysłowej i sztuki konwersacji. Taki hrabia Marc d'Argenson, przyjaciel Voltaire’a wykazał się dowcipem podczas słynnej rozmowy ze szkalującym go ex-jezuitą Pierre'm Desfontainesem. Rozmowa przebiegała tak:

d'Argenson: — dlaczego szkaluje pan Voltaire’a?
Desfontaines: — przecież muszę z czegoś żyć!
d'Argenson: — nie widzę takiej potrzeby"

Mógłbym przywołać tu jeszcze Montesquieu: „Co to znaczy: "mieć umiarkowane poglądy"? W Anglii uchodzę za zbytnio a we Francji za zbyt mało religijnego", Beumarchaisa: „Panie, liczę na Twą sprawiedliwość, mimo iż jesteś sędzią…", Thackeraya: „Niektórzy nie wybaczają dobrych uczynków" i Oscara Wilde’a: „Moralność stosujemy wobec tych, których nie lubimy". Honoru dzisiejszej RP broni Kazimierz Brakoniecki, autor świetnych aforyzmów takich jak: „płynął z prądem ścieków epoki" i „już za życia był zapomnianym bohaterem historycznym".
Sam jako racjonalista staram się promować myślenie wielotorowe i przeciwstawianie się utartym stwierdzeniom, tak by racjonalizm znów kojarzył się z intelektualną odwagą, a młodzież nie była wydana na pastwę mód, religii i postmodernistycznego nihilizmu.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Piotr Napierała - moje publikacje:

K S I Ą Ż K I:


Piotr Napierała, Sir Robert Walpole (1676-1745) – twórca brytyjskiej potęgi, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2008. ISBN 978-83-232189-8-2


Piotr Napierała, Hesja-Darmstadt w XVIII stuleciu. Wielcy władcy małego państwa, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2009. ISBN 978-83-232-2007-7



Piotr Napierała, Światowa metropolia. Życie codzienne w osiemnastowiecznym Londynie, Novae Res, Gdynia 2010. ISBN 978-83-61194-43-9




Piotr Napierała, "Kraj wolności" i "kraj niewoli" - brytyjska i francuska wizja wolności w XVII i XVIII wieku, Wydawnictwo Libron-Filip Lohner, Kraków 2011. ISBN 978-83-62196-11-1


A R T Y K U Ł Y:


1. Piotr Napierała, "Christian Europe and Enlightened Europe" [w:] EU Enlargement - Chance for all, Collegium Europaeum Gnesnense Foundation, Gniezno 2005, s. 101-105. ISBN 83-922470-6-X
vide:



2. Piotr Napierała, "Die polnisch-sächsische Union (1697-1763) - Polens letzte Hoffnung - Sachsens Traum von der Macht" [w:] Polen und Deutschland. Zusammenleben und -wirken, Bogucki Wydawnictwo Naukowe, Poznań 2006, s. 60-66. ISBN 83-60247-63-3
vide:


3. Piotr Napierała, "Spadek polityczny po szwedzkim Frihetstiden (1718-1772)", w: Współczesność i przyszłość nauk humanistycznych. Problemy i perspektywy badawcze, Instytut Historii UAM Poznań 2008, s. 13-24. ISBN 978-83-89407-53-5
vide:


4. Piotr Napierała, "Europa oświecona a świat islamu", w: Kultura-Historia-Globalizacja Numer 4, rok 2009, s. 13-21.
vide:


5. Piotr Napierała, "Frédéric Bastiat i Herbert Spencer - źródła myśli politycznej Janusza Korwin-Mikkego" [w:] T.Sikorski, A. Wątor (red.), Marzyciele i realiści O roli tradycji w polskiej myśli politycznej od upadku powstania styczniowego do XXI wieku, Szczecin 2009, s. 620-632. ISBN 978-83-751814-0-1
vide:


6. Piotr Napierała, "Germain Louis Chauvelin i rozbrat pomiędzy Francją a Wielką Brytanią, 1727-1737", w: C. Taracha (red), Szpiegostwo, wywiad, państwo, Wydawnictwo Polihymnia, Lublin 2009, s. 45-65. ISBN 978-83-7270-727-8
vide:


7. Piotr Napierała, "Konflikt dwóch światów. Terezjańscy i józefińscy biurokraci w Galicji (1772-1790)", W: G. Pełczyński, K. Święcicki (red.), Polacy wobec wielości kultur. Wczoraj-dziś-jutro, KMB-DRUK Gniezno 2009, s. 91-102. ISBN 978-83-61352-40-2
vide:


8. Piotr Napierała, "Reinhard Keiser (1674-1739) a Hamburg - uniwersalny twórca w europejskiej metropolii", w: R.D. Golianek, P.Urbański, Händel, Haydn i idea uniwersalizmu muzyki, Rhytmos Poznań 2010, s. 191-203 ISBN 978-83-60593-12-7
vide:


9. Piotr Napierała, "Rządy patrycjatu w przedrozbiorowym Poznaniu na tle innych miast europejskich", ", w: W. Łazuga, S. Paczos, Poznań-Szczecin-Wrocław, Trzy uniwersytety, trzy miasta, trzy regiony, Libron Kraków 2010, s. 397-412. ISBN: 978-83-62196-13-5.
vide:


10. Piotr Napierała, "Europa oświecona a świat islamu"; w: Adam Nobis, Piotr Badyna (red.), Historia - Kultura - Globalizacja, vol. II, Gajt, Wrocław 2010, ss.175-184.
vide:


11. Piotr Napierała, "Ah! ça ira, Heart of Oak, Gustafs skål – pieśń patriotyczna jako źródło do badania historii mentalności i propagandy", w: "Monteskiusz. Res Politica et historica", nr. 2, 2010. vide:


12. Piotr Napierała, "Piotr Napierała Spór między historiografią niemiecką i holenderską o miejsce i rolę Holandii w Europie", "Przegląd Zachodni" Październik-Grudzień 2010 Nr 4, s. 228-236. vide:


13. Piotr Napierała, "Karol II Habsburg i wyimaginowana głupota niektórych władców", w: Głupota w zwierciadle humanistyki, Stowarzyszenie „Nowa Humanistyka” kwiecień 2011 ISBN: 978-83-62854-02-8 vide:


14. Piotr Napierała, "Najbardziej rozpolitykowane miasto Europy Życie codzienne w XVIII-wiecznym Londynie", w: M. Moskalewicz, A. Paradowska, Homo sum: Humani nil a me alienum puto. Życie codzienne wczoraj i dziś, Instytut Historii Poznań 2011, s. 129-141 ISBN 978-83-89407-79-5 vide:


15. Piotr Napierała, „Świat Zachodu”, „Wschód” i idea postępu w XVIII-wiecznej Wielkiej Brytanii", w: Kultura-Historia-Globalizacja Numer 10, rok 2011, s. 133-147.
vide:

16. Piotr Napierała, "Wigowski mit historyczny a historia nowożytna Wielkiej Brytanii"

17. Piotr Napierała, "Aktywność dyplomacji brytyjskiej w Europie Środkowo-wschodniej a próby i możliwości naprawy polskiego ustroju w oparciu o brytyjską myśl polityczną"

18. Piotr Napierała, "Protosocjalistyczna koncepcja wolności i własności Rousseau a analogiczne teorie polskiego jakobina Hugo Kołłątaja".

19. Piotr Napierała, "Fabularny film historyczny, propaganda, prawda historyczna i prawda esencjonalna".

20. Piotr Napierała, "William Hogarth (1697-1764) a początki europejskiej karykatury politycznej".

22. Piotr Napierała, "Drogi kariery politycznej w Wielkiej Brytanii przed i po wielkiej reformie wyborczej (Reform Act) 1832 roku".

22. Piotr Napierała, „‘Western World’, ‘East’ and the Idea of Progress in eighteenth century Britain” (w druku UJ)

23. Piotr Napierała, "Elie Freron (1718-1776), Charles Palissot (1730-1814) i francuska prasa konserwatywna XVIII stulecia"

24. Piotr Napierała, "Georg Friedrich Händel jako poddany brytyjski"

poniedziałek, 7 listopada 2011

Jak pomóc racjonalizmowi i wolności



Zastanawiałem się dość długo nad tym jak można by wzmocnić pierwiastek racjonalistyczny i wolnomyślicielski w społeczeństwie, tj. nad tym jak można by nauczyć racjonalizmu. Oczywiście najlepsza jest zawsze nauka przez przykład; rozumiany w obu sensach tego słowa, a więc chodzi mi tu zarówno o to, że wykształcony racjonalista stanowić może żywy przykład dla ludzi zawieszonych między zabobonem i stereotypem a jasnym myśleniem, ale też i o to, że nauka racjonalizmu musi odwoływać się do konkretnych problemów, a nawet do konkretnych stwierdzeń. Racjonalista/wolnomyśliciel nie może poprzestawać na krytyce religii czy tradycji nie proponując niczego w zamian, tym bardziej, że ma wiele do zaproponowania przede wszystkim życie świadome czyli życie pełnią życia przynajmniej pod względem intelektualnym, bo życie pełnią życia pod względem fizycznym jest stosunkowo proste, gdy ma się w sobie niezbędne minimum zdrowego indywidualizmu i nonkonformizmu.

Pierwsze słowo jakie przychodzi mi na myśl, gdy myślę o racjonalizmie i wolnomyślicielstwie to „odwaga”. Racjonaliści mają odwagę by chcieć postrzegać świat takim on jest, bez stosowania umysłowych narkotyków zacierających lub sztucznie uprzyjemniających obraz. Nie używają oni żadnych opium dla mas (religia, zabobony, mody społeczne, mechaniczne kultywowanie tradycji), ani dla elit (postmodernistyczny relatywizm moralny, socjalizm, anarchizm, libertarianizm, new Age, nacjonalizm), dzięki czemu ich życie jest prawdziwsze. Konflikt z religią i tradycją religijną jest tu nieunikniony. Religia jak każda ideologia domaga się naginania własnych sądów do swej ideologii oraz pomijania szeregu tematów już na etapie myśli, tak więc racjonalizm mógł zakwitnąć dopiero w momencie kryzysu religii (wskazałbym tu dwie daty kluczowe: 1660 – powstanie Royal Society i 1759 – trzęsienie ziemi w Lizbonie). Sam Harris znakomicie pokazywał jak religia odwraca uwagę od ważnych problemów jak np. głód na świece, w stronę jałowych rozważań w tzw. kwestiach moralnych takich dotyczących aborcji, eutanazji etc. Doskonałym przykładem bezmyślnej obrzędowości religijnej jest oszczędzany zwykle przez antyklerykałów judaizm. Pamiętam jak czytałem w „Wysokich obcasach” (nie uznaję bezsensownego podziału na prasę czy literaturę „męską” i „kobiecą”) wywiad z polską żydówką, która, choć wychowana bez religii, zapragnęła zostać ortodoksyjną żydówką. Przykryła włosy szmatą, i zaczęła rozglądać się po sklepach w poszukiwaniu tego co koszerne. Jak sama mówiła przestawienie swego gospodarstwa domowego i nawyków kulinarnych na koszerne tory trwało u niej rok, a szkoda, że dziennikarka robiąca wywiad nie zapytała ile ta religijna ekstrawagancja kosztowała… Świeżo upieczona judaistka opisywała z humorem np. koszerne ryby, są to, o ile dobrze pamiętam, te z łuskami. Tak czy inaczej aż mnie ścisnęło, jak zauważyłem jak inteligentna osoba sama z własnej woli ogranicza swoją przestrzeń życiową i intelektualną by dostosować się do wymyślonych przez starożytnych ignorantów tradycji. Wrześniowa Gazeta Wyborcza pisała nawet o koszernym sex shopie:

„…W sieci pojawił się pierwszy koszerny sex shop. Jak można przeczytać na stronie koshersextoys.net: „.. Nasza strona jest pozbawiona nieprzyzwoitych zdjęć oraz opisów. Wierzymy, że sypialnia należy jedynie do dwójki partnerów, a zdjęcia innych osób mogą jedynie zaszkodzić małżeństwu…”. Żeby nie gorszyć klientów, do opisu przedmiotów używana jest terminologia medyczna. Wagina to "miejsce objęte penetracją", a wydłużona erekcja, to "dłuższe chwile przyjemności dla męża i żony".
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114377,10379318,Koszerny_sex_shop.html

Kiedy świętoszek nie chce rezygnować z przyjemności, wymyślać musi tysiąc wybiegów intelektualnych. Osobiście nie mam pojęcia co złego jest w słowie „wagina” i myślę, że człowiek, który widzi w nim coś wulgarnego ma duże problemy ze sobą. Ostatnio sąd najwyższy w Izraelu zalegalizował ortodoksyjne linie autobusowe, w których kobiety i mężczyźni muszą siedzieć osobno. Do koszernych autobusów kobiety muszą wsiadać tylnymi drzwiami i zajmować wyłącznie tylną część pojazdu, nawet jeśli brakuje tam foteli. Kobieta musi też odpowiednio ubrana, nosić długą spódnicę i zapiętą pod szyją bluzkę. A myślałem, że Izrael to nowoczesne państwo…

Religia rości sobie pretensje do monopolu na moralność, choć zajmuje się głównie pierdołami, zaś moralność z religia ma niewiele wspólnego, gdyż powstaje na drodze procesu historycznego. Drogi moralności oznaczają czasem nawet konkretne daty: 1660, 1755, 1789, 1918 , 1945, 1968 etc. Społeczność, której członkowie traktują się nawzajem niesprawiedliwie nie ma szansy przetrwać – jak mówił Kant: „postępuj tak, jakbyś chciał by twoje postępowanie stały się obowiązującym prawem”. Moralność ma sprzyjać zapotrzebowaniu społecznemu, dlatego musi zawierać domieszkę utylitaryzmu. Na co komu moralny asceta czy eremita, który ani z nikim nie porozmawia, ani nie ma uczniów. Na co komu modły, lepiej, jak pisał Hume, zaangażować się w dobroczynność. Religia w tym procesie raczej przeszkadza niż pomaga, tworząc sztuczne problemy i dostarczając sztucznych wydumanych „rozwiązań”. Religia dzieli też ludzi na lepszych i gorszych w zależności od stopnia natchnienia przez ducha św., o czym nawet wprost mówi red. Adam Wielomski w ostatnim wywiadzie z nim na konserwatyzm.pl. Racjonalista skazany jest na konflikt z religią.

Osobną kategorię ludzi zawieszonych między racjonalizmem a zabobonem stanowią liberalni wierzący i deiści. Osobiście uważam, że Richard Dawkins nie ma racji atakując w swym filmie: A Root of all Evil? - liberalnych wierzących jako tych, którzy: „zdradzają i rozum i wiarę”. Słowa te wyrzekł po rozmowie z przedstawicielem umiarkowanej Francji Church of England, który np. nie potępia gejów, gdyż za dzisiejsza psychologią uważa, że homoseksualizm nie jest jedynie kwestią wyboru czy stylem życia, lecz jest wrodzony. Dlatego umiarkowani anglikanie uważają starożytny pogląd o homoseksualizmie jako o stylu życia za przestarzały i nieaktualny, podobnie postępują w wielu innych kwestiach. Uważam, że w tym przypadku, Dawkins powinien raczej współczuć ludziom zawieszonym między wiarą a rozumem, niż ich atakować i ewentualnie wspomagać ich życzliwą radą. Wykonali oni bowiem już pierwszy najtrudniejszy krok – uwolnili się od tyranii zabobonu, choć nadal są pod jego silnym wpływem, ich wiara utraciła już jednak zęby fanatyzmu, a to jest najważniejsze.

Deiści nie stanowią grupy precyzyjnie określonej. Jest ich dużo wśród tych, którzy nadal uważają się za „dobrych” katolików i protestantów, jak i wśród tych, którzy z religią są raczej na bakier, lecz cenią religię jako część tradycji, lub też po prostu mają do niej słabość. Są też w końcu deiści balansujący na granicy ateizmu lub agnostycyzmu. Są deiści ceniący sobie wielką część lub nawet większość nauk biblijnych (jak Thomas Paine), przekonani o jej wielkim moralnym ładunku, i tacy, którzy ją zupełnie odrzucają, tacy, którzy czują się „kulturowo” chrześcijanami i tacy, którzy traktują boga (nigdy nie wiem czy pisać „Bóg” czy „bóg” – szczęśliwi Niemcy nie maja takich problemów) jako pewną ideę filozoficzną, jak to czynili Toland, Voltaire, Bolingbroke, Hume czy Einstein, odrzucając wiarę w boga osobowego. Osobiście jestem deistą radykalnym. Biblię uważam za kiepskie dzieło literackie, które nie ma dla mnie większej wartości niż „Mały książę”, bóg dla mnie to synonim kosmicznego ładu, nie nazwę się więc wierzącym, bo nie oczekuję niczego ani od boga ani jakiegoś mesjasza, Chrystus dla mnie to jeden z wielu sekciarzy starożytnych, a zwątpienia w mojego boga-filozofa nachodzą mnie każdego dnia. Z jakiejś przyczyny jednak mój umysł „woli myśleć”, że ten ład istnieje, widać nie zawsze mamy władze nad naszymi przekonaniami, ważne byśmy umieli je tolerować (szanować nie bo to niemożliwe). Jak trafnie spostrzegł Dawkins w „Bogu urojonym”, w XVIII wieku kościoły zwalczały deistów na równi z ateistami, dziś natomiast łaszą się do nich, by zawrzeć z nimi sojusz antyateistyczny. Moim jednak zdaniem deiści są naturalnym sprzymierzeńcem nie religii, lecz ateistów, ponieważ odrzucają moralną urawniłowkę religijną, i czynienie na ziemi przygotowań do wyimaginowanego życia w raju. Jako deista chciałbym więc zapewnić 10% ateistów najjaśniejszej RP, że nie są sami w swej walce z fanatyzmem i ciemnotą, deiści tez z tym fanatyzmem walczą, choć często nie do końca świadomie. Obecna wolność religijna jest pochodną triumfu deistycznej większości nad 30-35 % katolickich talibów a la Terlikowski czy Hołownia.

Racjonalista powinien być świadomy niebezpieczeństw grożących wolnej myśli i umieć je rozpoznać, przy czym nie chodzi ty o zagrożenia oczywiste jak islam, czy ataki katolików na teatry podczas „bluźnierczych” (swoją droga, skoro ich bóg jest wszechmocny, to mogliby zostawić „karę” jemu) przedstawień, ale także te podskórne. Do takich podskórnych zagrożeń zaliczyłbym konserwatywne biadolenie na upadek obyczajów, szerzącą się przestępczość/amoralność, rozpad więzi rodzinnych itd. Są to wszytko zawoalowane ataki na indywidualizm, racjonalizm, liberalizm i nowoczesne społeczeństwo, ale mają większą szanse sukcesu właśnie dlatego, że nie są atakami frontalnymi i odnoszą się niby do czegoś innego. Przykładem takiego ataku może być niedawno przeze mnie czytany artykuł Czesława Walesy w piśmie naukowym: „Horyzonty psychologii” (2011 tom I nr 1). Walesa jawi mi się jako człowiek, który jest bardziej anty-naukowcem niż naukowcem i typowy konserwatywny maruda, który nie akceptuje żadnych zmian w sposobie życia, chociaż pracuje - o ironio - dla Wyższej Szkoły Ekonomii i INNOWACJI w Lublinie, ale na przedstawione przez siebie problemy i „problemy” współczesnego świata ni ma żadnego lekarstwa poza przemycaną miedzy linijkami religią - jakby mało mu było islamu i kreacjonizmu nachalnie pchającego się do Europy.

Tekst jest obraźliwy wobec racjonalistów a zwłaszcza ateistów, których oskarża o największe nieszczęścia naszych czasów z wzrostem przestępczości, znów nie zauważając fanatyzmu religijnego i wzbierającej fali religii w USA czy państwach islamskich. Nie zauważa, że poprawność polityczna chroni religię przed jakimikolwiek dowcipami, nie mówiąc już o ostrzejszej krytyce, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto poczuje się śmiertelnie obrażony. Autor nie wie lub udaje ze nie wie że przed przybyciem muzułmanów w ateistycznej Szwecji (80% ateistów ) przestępczości prawie nie było, ani tego, że najczęściej w USA rozwodzą się Żydzi (22% małżeństw), a ateiści najrzadziej (18%), prawdopodobnie dlatego, ze nie mają oporu przed próbnym dopasowaniem seksualnym. Walesa zapina, ze najwięcej kradzieży i więźniów jest w bogobojnych USA. Nie widzi też, że w USA jedynie promil więźniów to ateiści, zaś wśród amerykańskich noblistów jest ich co najmniej 65%. Nietrafiony jest argument, że jego ateista nie ceni życia, właśnie ceni je bo wie, że jest tylko jedno. W tekście znajdują się bezsensowne twierdzenia, że na dzisiejszym Zachodzie seks wiąże się ze śmiercią, lub jest jej „ideologicznie przedstawiony” choć nie wyjaśnia o co mu właściwie chodzi. Prawdopodobnie chodzi tu, o stare bajania, że służyć on winien jedynie prokreacji. Dalej Walesa pisze, że techniki dzisiejsze są przejmowane przez wojsko i służą do zabijania, zatem mamy zrezygnować z techniki? Pisze, ze przeludnienie jest fałszywym problemem prasowym, tymczasem na świecie 1 mld ludzi nie ma wystarczającej ilości wody i jedzenia, choć Zachodu to nie dotyczy.

Dalej pisze nasz maruda, że szerzy się obecnie narkomania i przestępczość, a XIX –wieczne opium i ulice dickensowskiego Londynu, były lepsze? Pisze, że w pracy króluje niepotrzebny stres, a zapomina, ze przed rewolucją kulturalna lat 60 szkoły i fabryki przypominały koszary; zapewne w wojsku stresu nie ma… Pisze o pogardzie wobec „ludzi nieużytecznych”. Ja widzę wszędzie podjazdy dla inwalidów, olimpiady, zapomogi i w ogóle poprawność polityczną robiąca z nich święte krowy. Pisze o konfliktach religijno-etnicznych, nie dostrzegając - pisał o tym Christopher Hitchens, ze dziś rządy wyciszają w mediach aspekt religijny sporów, przedstawiając spory czysto religijne jako etniczne. Walesa jednak woli zwodzić czytelnika, że to etnos, a nie religia powodują spory, choć Koran pisze explicite o zabijaniu niewiernych i dominacji nad światem, a i w Biblii są podobne kwiatki. Autor straszy ateizmem i komunizmem, zapominając, ze ateizm sowiecki nie był racjonalistyczny, lecz quasi-religijny – dogmatyczny, a dogmatyzm przeczy dyskusji i racjonalizmowi. Nie było natomiast społeczeństwa w historii, które cierpiało na „nadmiar racjonalizmu” jak to kiedyś wyraził Sam Harris. Autor pisze o „łatwiźnie życiowej” racjonalistycznego zachodu – no tak człowiek powinien się przecież umartwiać itd.:) Religie uważa autor za czynnik dowartościowujący człowieka, ja widzę ją jako sposób na niemyślenie, unikanie logiki i rezygnację z głębokiego przeżywania rzeczywistości. Autor przestrzega przed zabobonami, i New Age’m, a ja postrzegam New Age jako mniej szkodliwy niż stare religie usankcjonowane. Jak to konserwa, podkreśla tez szkodliwość Internetu, oczywiście net może być szkodliwy, ale jest też przydatny więc zostanie i tyle.

Walesa pisze też rzecz jasna o zanikaniu sfery sacrum, tak jakby tylko Jahwe mógł być obiektem tej sfery, nie np. sztuka, nauka i świecka kultura. Religia nie jest już dziś potrzebna swoją rolę odegrała i wyczerpała swój ładunek innowacyjności i ulepszania świata. Religia wprowadza niepotrzebne podziały społeczne, na wiernych i heretycko-ateistyczne quasi-bydło. Autor krytykuje sieczkę w TV, na co ja odpowiem tylko, ze dawniej sieczka ograniczała się do gazet i pism, ale byłą zawsze.
Jedyne w czym się zgadzam z Walesą , to, że wychowanie jest ważne i pomaga dzieciakom odnaleźć się w dzisiejszym świecie, i to, ze niedobrym jest, że dziś ludzie wolą często kontakt ze zwierzętami niż z rodziną. Poza tym tekst Walesy odbieram jako strachy na lachy i stek przekłamań i półprawd służących jedynie ideologii konserwatyzmu i interesom Kościoła. Moim zdaniem nie jest to w ogóle naukowy tekst. To, że za taki uchodzi, świadczy o klerykalizacji naszego społeczeństwa. Tu liczę na Janusza Palikota.

Podobne podkopy pod liberalne współczesne społeczeństwo czyni prof. Ryszard Legutko, znów katolik, który udaje naukowca. Wiedzy odmówić mu nie można, ale jego sposób widzenia świata nie ma wiele wspólnego z światopoglądem humanistycznym. Podczas pisania mojego doktoratu, pt: „Kraj wolności i kraj niewoli - brytyjska i francuska wizja wolności w XVII i XVIII wieku”, cytowałem kilka razy Legutkę, lecz już wtedy jego przemyślenia na temat wolności i tolerancji w społeczeństwie wydały mi się podejrzane. Legutko nawiązuje do mojego guru Isaiaha Berlina, twórcy koncepcji dwóch wolności; pozytywnej (wpływanie na rządy) i negatywnej (wolności od nadmiernej ingerencji rządu w życie codzienne obywatela/poddanego). Inaczej niż ja, Legutko atakuje wolność negatywną (dla Berlina i dla mojej skromnej osoby ta własnej jest wartościowsza), jako „dążenie do samotności” Legutko większość swego dyskursu o wolności negatywnej oplata wokół idei Hobbesa, Locke’a i Rousseau, mimo iż można by bez trudu znaleźć o wiele bardziej „typowych” obrońców wolności negatywnej, takich jak choćby wymieniani przez Berlina Jefferson i Burke. Rousseau u Berlina jest prekursorem przede wszystkim idei wolności pozytywnej, swoją drogą nie wiem jakim cudem Legutko dostrzegł w jego filozofii wolność negatywną… U Ryszarda Legutki widzimy też pewien zarzut wobec oparcia idei wolności negatywnej na postulacie zachowania ludzkiej godności, ponieważ owo poczucie godności nakazywałoby, jego zdaniem, raczej nie tolerować niż tolerować pewnego rodzaju zachowania . W kwestii wolności ekonomicznej, Legutko uznaje, że rządzi się ona innymi prawami niż np. wolność nauki czy sztuki, ponieważ rozwój nauki czy sztuki nie musi być bardziej spektakularny w warunkach wolności niż w warunkach kontroli . Większość kłopotów społecznych dzisiejszych demokracji krakowski filozof uważa za efekt „zbytnio rozpędzonego mechanizmu wolności” i walki z dawno już upadłą tyranią . Ryszard Legutko interesuje się także problemem tolerancji, polemizując z pochodzącym od Locke’a przekonaniem, że dla sprawy wolności i tolerancji jest lepiej jeśli państwo zajmuje się jedynie „tym co polityczne” resztę zostawiając indywidualnym gustom jednostki, Legutko zaś uważa, że wystarczy jeśli państwo nie narzuca swojego monopolu ideologicznego jednostce, a wtedy może spokojnie wchodzić nawet na teren życia czysto społecznego, moralnego czy kulturalnego nie tłamsząc tolerancji. Widać wyraźną tendencję do utożsamiania myśli liberalnej przez Legutkę z filozofią stanu natury, mimo iż wigowski i liberalny punkt widzenia na państwo i społeczeństwo podzielali także i myśliciele nie wierzący w mit stanu natury jak Hume czy Constant, więc próby zaatakowania liberalizmu z tej strony są nieco nieprzekonujące. Podobnie nieprzekonujące i wątpliwe są zapewnienia Legutki o braku zagrożeń ze strony szkicowanego przezeń państwa moralnie zaangażowanego opartego na doktrynie chrześcijańskiej, dla tolerancji. Legutko nie ma więc poważnych argumentów, ale niestety jest szanowany i ceniony, więc jego katolicki atak na podstawy liberalnego społeczeństwa, jedynego (prócz monarchii oświeconej), które chroni wolną myśl nie powinien pozostawać bez odpowiedzi. Racjonaliści powinni zachowywać pewna intelektualną czujność wobec konserwatywnej pseudonauki.

Zagrożeniem dla racjonalizmu i wolnomyślicielstwa są także, czego wielu racjonalistów ich politycznych sojuszników – liberałów nadal zdaje się nie dostrzegać, choć zauważył to Sam Harris, który wspominał na wykładzie na macierzystej uczelni Richarda Dawkinsa, który był gospodarzem dyskusji, o swej rozmowie z doradcą prezydenta Obamy ds. religijnych, która uważała, że jeśli jakaś społeczność okalecza swych towarzyszy z pobudek religijnych, to należy to uszanować. Podobnie jak Harris uważam, że istnieje pewien uniwersalny kod moralny bazujący na unikaniu okaleczeń i sprzeciwu wobec zadawania bólu i gardzę postmodernistycznymi, relatywistycznymi pseudonaukowcami. Postmodernistów też znakomicie przejrzeli Alan Sokal i Jean Bricmont, w swej znakomitej książce: „Modne bzdury. O nadużyciach nauki popełnianych przez postmodernistycznych intelektualistów” (Impostures intellectuelles / Fashionable Nonsense). Uniwersalizmu wartości nadrzędnej jaką jest wolność broni też, o czym z przyjemnością przekonałem się, czytając artykuły na naszym portalu, Dirk Verhofstadt. Belgijski liberał występuje przeciw postmodernistom postrzegającym liberalizm i wolność jako wytwór kultury Zachodu, nie adaptowalnym dla innych kultur.

Polemiści Verhofstadta i Harrisa uważają po prostu, że należy uznać barbarzyństwo islamu i innych religii za równie prawe i prawomocne jak zachodni liberalizm, a nawet bardziej, ponieważ na Zachodzie dominuje dziś pogląd, że każdy powinien się kształcić we własnym języku i zgodnie z własną kulturą, co jak dobitnie pokazała Melanie Philips w „Londonistanie”, doprowadza obecnie do rozpadu społeczeństwa brytyjskiego, gettyzacji mniejszości i braku utożsamiania się młodych Sikhów czy Arabów z jakimikolwiek brytyjskimi wartościami, tym bardziej, że elity brytyjskie nie przypominają o zasługach brytyjskiej kultury, lecz jedynie przepraszają za kolonializm. Pamiętam jak Korwin-Mikke skomentował przeprosiny Gerharda Schrödera za kolonializm w Kamerunie, słowami: „powinien jeszcze przeprosić za zbudowanie tam kolei” – komentarz może nieco przekoloryzowany, ale trafny.

Postmodernizm nie jest jednolitym nurtem filozoficznym, a właściwie to nawet nie jest nurtem filozoficznym, lecz zlepkiem rozmaitych idei i opinii krytycznych wobec świata wierzącego w linearny postęp i uniwersalne wartości. Dla mnie osobiście postmodernizm to jedynie chwilowa zadyszka pędzącego modernizmu. Postmodernizm faktycznie zrobił nieco dobrego – zaatakował rasizm i mizoginizm, a także nadmierne ambicje religii, i dlatego często liberałowie bezmyślnie przyjmują go z całym inwentarzem, tymczasem relatywizm postmodernistyczny najsilniej godzi w ideały oświeceniowe; postęp, wolność, indywidualizm, tak więc, kiedy mówi się o postmodernizmie, warto pamiętać, że występują przeciw niemu nie tylko konserwatyści, ale i liberałowie jak Jan Baszkiewicz czy Neil Postman, uważający dzieło oświecenia za niezakończone, o przestrogach Miltona Friedmanna i Hitchensa o oddalaniu się świata od wolności, i o tym, że socjaldemokrata Habermas zarzuca postmodernistom – konserwatyzm.

Polityczna poprawność również utrudnia życie wolnomyślicielom, racjonalistom i liberałom. Dlaczego nie wolno żartować np. z rzezi Ormian? Rozumiem, że nie należy śmiać się z tego na spotkaniu z Ormianami, a i gdzie indziej może zostać to uznane za obyczajowe faux-pas, ale np. zwalnianie ludzi z pracy za słowa? Mój znajomy, były brytyjski policjant mówił mi, że gdyby nawet biały policjant zażartował, że np. „stłucze pierwszego napotkanego Chińczyka”, może pożegnać się z robotą. Dlaczego karać za słowa? Jeszcze rozumiem, że gdyby nagadał jakiemuś konkretnemu Chińczykowi w twarz, ale penalizacja słów wydaje mi się czymś okropnym. Przy czym okazuje się, że można robić sobie żarty z Żydów, ale z holocaustu już nie, tymczasem z Indianami odwrotnie, można żartować z podboju Ameryki przez Hiszpanów, ale obrażać mniejszości już nie. Ponoć poprawność polityczna bierze się z purytanizmu, tj. uznawania, że istnieje wielka liczba tematów tabu, tak czy inaczej ani to racjonalne, ani liberalne. Karać powinno się za czyny, a nie słowa. Napisał bym tu jeszcze parę dobitniejszych słów, ale lękam się policji myśli, więc podaruję sobie.

Poprawność polityczna nie ma nic wspólnego z tolerancją. Voltaire w swoim „Traktacie o tolerancji”, pisał, ze tolerancja, to „stworzenie pozorów wybaczenia sobie nawzajem” – tym właśnie jest tolerancja, jest to milcząca zgoda na to, że ktoś inny ma prawo żyć i myśleć inaczej. Ale to wcale nie oznacza, że nie wolno nam go krytykować, byle kulturalnie i bez sadystycznej powtarzalności. Obecnie poprawność polityczna chroni: mniejszości, religie (zwł. te importowane do Europy i USA) i zabobony, nie chroni natomiast racjonalistów i liberałów. Wprawdzie jej główne ostrze wymierzone jest przeciw nacjonalistom i rasistom, co wynika głównie strach przed powtórzeniem się wojny światowej i holocaustu, ale generalnie każdy wartościujący sąd podpada pod paragraf. Tymczasem człowiek nie jest w stanie myśleć bez wartościowania.

By wspomóc pierwiastek racjonalny w społeczeństwie trzeba zapobiegać bałaganowi pojęciowemu w sprawach istotnych. Podkreślam tu, ze chodzi o sprawy istotne z polityczno-społecznego punktu widzenia. System edukacyjny dziś wygląda tak, że za błędne rozróżnienie między np. storge, eros, filia i agape dostaniemy w liceum jedynkę, a nikt nie powie nam na czym polega różnica między tolerancją a poprawnością polityczną czy między despocją (król Bogiem, a jego słowo prawem) a monarchią absolutną (król ma monopol na sprawowanie władzy wykonawczej, musi jednak respektować prawa królestwa). Tymczasem to jak Grecy dzielili rodzaje miłości nie ma dla nas żadnego znaczenia, tak samo jak nie ma dla nie-fachowca różnicy między deratyzacją i dezynsekcją, właściwie słowo „deszkodikozacja” czy „wybicie szkodników” mogło by zastąpić oba. Tymczasem każdy po studiach humanistycznych powinien pojmować różnicę między tolerancją a poprawnością polityczną i despocją a monarchią absolutną.

Należałoby starać się kultywować pewien wolterianizm w myśleniu; podejrzliwość wobec idei i autorytetów. Racjonalista może odwołać się do dających do myślenia paradoksów. Wiem z doświadczenia (prowadziłem jako doktorant zajęcia ze studentami historii), że daje to świetne rezultaty; studenci o uśpionym umyśle odkrywali w sobie świadomych członków społeczeństwa. Pierwszy paradoks jaki przychodzi mi do głowy to np. fakt, że racjonaliści tak naprawdę są empirystami, choć historycznie istnieli racjonaliści kartezjańscy opozycyjni wobec takich newtoniańczyków (należałoby wreszcie zrobić takie słowo w polszczyźnie) i empirystów jak Voltaire i madame de Chatelet. Kolejny paradoks to np. fakt, że monarchiści zwykle chcą sojuszu ołtarza z tronem, choć monarchia odnosiła największe sukcesy jako monarchia oświecona (Fryderyk II, Józef II). Dlaczego wolność wymaga porządku politycznego i pomysły anarchistów i libertarian są bez szans? Dlaczego kolonie, łupione przez kolonistów, po ich wyjeździe przędły jeszcze gorzej? Dlaczego do RPA z jej ohydnym apartheidem, uciekali czarni za całej reszty Czarnej Afryki? Skoro ateizm jest niby szkodliwy moralnie, to czemu w więzieniach w USA nie ma ateistów, za to roi się od fanatyków religijnych? Dlaczego o ziółkach pisze się „leki z nowej apteki”, ale za AIDS i trzęsienia ziemi odpowiadają już nie bóg a człowiek i natura? Dlaczego marihuana, która w zasadzie nie uzależnia i jest stosowana jako lek, jest nielegalna, a szkodliwe i uzależniające papierosy są legalne? Pisałem też kiedyś o ultrakonserwatyście Davili, który za najprawdziwszą cywilizację uznał brytyjską arystokrację rodem z książek Trevelyana, choć i ta arystokracja i sam Trevelyan byli wigami, czyli liberałami, lub co najwyżej konserwatywnymi/arystokratycznymi liberałami jak Tocqueville. Pytania tego typu można mnożyć z pożytkiem dla tego, który ma odpowiedzieć.

Kolejnym moim postulatem dla edukatorów byłoby upodobanie dla prawdy i niechęć wobec mitów. Zastanawiałem się kiedyś jak by wyglądała odideologizowana historia powszechna. Ludzie z trudem pojmują historię zdemitologizowaną, która musiałaby zostać osnuta wokół czysto intelektualnych rozróżnień i porównań, podczas gdy zazwyczaj historia – tak jak beletrystyka – powstaje z potrzeb emocjonalnych i jest nimi napędzana. Dam tu przykład rozmaitych twierdzeń historycznych, często trudnych do zaakceptowania:

1. Chrześcijaństwo stanowiło w dużym stopniu religię ludzi wyjętych spod prawa; żebraków i quasi-rewolucjonistów występujących przeciwko "prawowiernym" (wierzącym w Jupitera i Junonę) patrycjuszom rzymskim - najgodniejszym mieszkańcom imperium.
2. masoneria i narodowcy to w zasadzie jedno środowisko - demokratów obalających XIX-wieczne monarchie a wiec skąd ta wrogość ludzi określających się jako narodowcy do masonów? Wrogość to czy konkurencja?
3. Niemal wszyscy ideologowie socjalizmu i pracy nie musieli pracować i chcieli by nikt nigdy nie musiał - stworzyli więc socjalizm - religię nieróbstwa. Egalitaryzm stworzony przez elitę.
4. Konserwatyzm jest w dużym stopniu dzieckiem oświecenia a katolicyzm nie troszczył się kiedyś wiele o zachowanie tradycji.
5. II wojna światowa to wojna Niemców z USA i to wojna ideologiczna reszta krajów praktycznie się tu nie liczy. (Spengler)
6. Lincoln nie myślał o niewolnikach i ich niedoli tylko rękami murzynów pobił armie konfederacji i wreszcie stworzył upragnione centralistyczne państwo narodowe a la Mazzini. (Th. Woods)
7. rewolucja amerykańska wybuchła dlatego, że paniczowie z Wirginii nie chcieli oddać długów zaciągniętych u Brytyjskich kupców. (m.in. Libiszowska)
8. sankiuloci to w dużej mierze byli rzemieślnicy którzy stracili źródło zarobku gdy wygilotynowano arystokratów.
9. Ludwik XVI popełnił tylko jeden błąd - nie kazał strzelać gdy jeszcze mógł - był za dobry jak na swój naród i swoje czasy. (trad. rojalist.)
10. I Rzeczpospolita była od XVI wieku zupełnym przeżytkiem - jedyni konstruktywni królowie Polski od tego czasu to ci, którzy chcieli zrobić z niej prawdziwą monarchię: Walezy i Sasi - akurat ci, kt. polska historiografia opluwa.
11. liberalizm od czasów J.S. Milla utożsamia wolność z wrzucaniem kartki do głosowania do urny, a podatki coraz większe... (I. Berlin etc.)
12. Piotr Wielki zrobił z Rosji potęgę, ale najpierw musiała ona przestać być Rosją - czasem tak trzeba.
13. rewolucja francuska wybuchła bo każdy miał pomysł na reformę (Arthur Young)
14. nie ma istotnej różnicy miedzy Robespierrem i Savonarolą - katolikiem co do metod działania
15. nie ma różnicy między Chmielnickim a Washingtonem – dwaj buntownicy, dlaczego więc krytykujemy Jerzego III i lorda Northa ? (M. Franz)
16. I wojna światowa wybuchła bo ludzie wtedy umierali z nudów. (F. Mitterand)
17. Dlaczego w Szczecinie jest ulica Krzywoustego, który rabował i wyrzynał Pomorzan?
18. duch prawicy to duch rycerstwa, a nie Kościoła, który często zbaczał w stronę swoistego komunizmu (monastycyzm) lub rewolucjonizmu - "zostaw wszystko co masz, rozdaj ubogim (jak rozda to będą bogaci) i idź za mną".
19. Ludwik XIV nie wiedział ile zarabiają jego poddani dlatego by ich nie drażnić podatki były niskie (ok 10%). Demokracje współczesne mają ową wiedzę, więc podatki wynoszą 70% (Gaxotte etc.)
20. Monarchiści nie chcą rządzić lecz być dobrze rządzeni, tego demokrata nie rozumie bo on właśnie chce (współ)rządzić. (Piotr Waszkiewicz)
Tak wygląda historia pozbawiona mitów i sprowadzona do zasady: kto?-kiedy?-co?-po co? Myślę, że warto poznawać prawdę historyczną, mimo iż uczy nas ona nie tyle, że historia lubi się powtarzać - bo tak nie jest, ale myślenia, bo pokazuje, że wczorajsi mordercy mogą zostać dzisiejszymi świętymi, a to, w co wierzyliśmy świecie, okazuje się zwykle jeśli nie kłamstwem to przynajmniej manipulacją. Prawda jest jednak ważniejsza niż mity - nawet te najpiękniejsze.

Nawet jeśli Elżbieta I, Washington i Fryderyk Wielki nie byli świętymi, Anglicy, Amerykanie i Niemcy mogą być z nich dumni, ale nie powinni ich beatyfikować tak samo jak nie powinno być „absolutnych” autorytetów w postaci świętych KK i papieży. To, że wielcy bohaterowie historyczni raczej świętymi nie byli nie oznacza, że narody i państwa nie mają realizować swojej racji stanu. Zaiste dziwne połączenie się wytworzyło między np. żalem za kolonializm, a obecną polityką Zachodu. Co ma jedno do drugiego? Czy Algierczycy nie mogą spać po nocach, bo ich przodkowie korsarze porywali chrześcijańskich podróżnych do niewoli lub dla okupu?

Moja kolejna rada dla „wychowawców racjonalnego społeczeństwa” to uczyć kwestionować sentencje filozoficzne. Nosiłem się nawet przez jakiś czas z myślą wydania książeczki z dobranymi sentencjami klasyków tak by przeczyły sobie nawzajem, po czym następowałby opis problemu, którego dotyczą, jednak na razie inne moje aż nadto liczne plany wydawniczo-książkowe nie pozwalają mi powrócić do tego pomysłu. Żeby nie było wątpliwości; są sentencje, których słuszność trudno poddać w wątpliwość jak np. zdanie Edmunda Burke’a: „…do triumfu zła wystarczy by dobrzy ludzie nic nie robili…”. Co najwyżej mogę stwierdzić, że lista złych według tego ewolucyjnego konserwatysty, nie do końca pokrywałaby się zapewne z listą takiego liberała jak ja. Nie wiem tylko czy wystarczy, jak by powiedział Voltaire: "uprawiać własny ogródek", no ale w końcu może chodziło tu też o jakąś altruistyczną „pracę u podstaw”. Podobnie miał rację Samuel Johnson, jak w XVIII wieku pisał o Amerykanach: "Czy to nie dziwne, że najgłośniejsze skowyty o wolność pochodzą od tych właścicieli niewolników?", ale przyjrzyjmy się innym twierdzeniom o różnym poziomie wysublimowania:

„Cudze chwalicie, swojego nie znacie” – ja znam swoje i obce i np. Holandię uważam za kraj z ciekawszą kulturą niż Polska, w którym lepiej się żyje niż u nas, ale i u nas źle nie jest.

„Nie będziesz miał innych bogów przede mną” – niestety to się tak nie da; mamona, seks, podróże…:)

"Wolnomyśliciele to ludzie, którzy najczęściej w ogóle nie myślą" (Olivier Goldsmith) – zdanie to dobrze brzmi w oryginale, ale – abstrahując nawet od jakości myślenia raczej trudno zaleźć ludzi, którzy myślą więcej niż wolnomyśliciele.

"Lepiej nic nie mówić i zostać posądzonym o głupotę, aniżeli przemówić i rozwiać wszystkie wątpliwości" (Abraham Lincoln) – jeśli ktoś jest głupi, to i tak prawda wyjdzie na jaw.

"Być znudzonym Londynem to być znudzonym życiem, Londyn zawiera bowiem wszystko co życie może oferować" (Samuel Johnson) – byłem w Londynie i skłonny jestem się pod tym podpisać, ale myślę, że np. Paryż niewiele tu ustępuje.

"Lewicowość jest rodzajem fantazji masturbacyjnej, dla której świat faktów nie ma większego znaczenia" (George Orwell) – równie dobrze, można by powiedzieć, że seksualny niezaspokojony apetyt prowadzi do kato-prawicowości, wystarczy spojrzeć na tych dużych chłopców; Hołownię i Terlikowskiego.

Stalin o George'u B. Shaw: "To głupiec, który pluje na własny kraj, który go wychował i wykarmił". Shaw był głupcem, nie dlatego, że pluł (w końcu był socjalistą w konserwatywnym kraju), ale dlatego, że plując nadal w Anglii mieszkał.

"Historia to uzgodniony zestaw kłamstw" (Voltaire) – zestaw kłamstw dotyczy jedynie interpretacji faktów, same fakty kłamliwe nie są, chyba, że przeinaczenia wynikające z niekompletności obrazu uznamy za kłamstwo, co byłoby przesadą.

"Gdyby bóg nie istniał, należałoby go wymyślić" (Voltaire) – to zdanie jest jakby na zamówienie wszystkich twórców świeckich pseudoreligii.

"nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale życie oddam za to byś mógł je spokojnie głosić" (Voltaire) – sam autor tego zdania rozumiał, że są pewne poglądy nie do zaakceptowania. Ja sam nie oddałbym, życia za to, żeby np. talibowie prowadzili wykłady na UAM…

"Nic nie kosztuje tyle zabiegów i pieniędzy, co stworzenie pozorów ubóstwa i prostoty" (Ghandi) – sam wiedział najlepiej, udawał ascetę tak dobrze, że nikt nie widział, że ma kupę kasy. Gdyby się już koniecznie przyczepiać, to trzeba by stwierdzić, że są rzeczy znacznie kosztowniejsze.

Myślę, że ani Reagan nie miał racji mówiąc, że rząd jest problemem, a nie rozwiązaniem”, ani Kennedy, kiedy kazał obywatelom zastanawiać się bardziej nad tym co mogą dać państwu niż nad tym co państwo może dać im.
"Ludzie znają się tylko na tym, co sami zrobili" (Giambattista Vico) – znam wielu co nie znają się na tym co zrobili, ale jakoś im się udało. Nie można też wykluczyć, że dotychczasowy teoretyk będzie dobrym praktykiem; Jean-Philippe Rameau był i jednym i drugim…

Dość istotne dla sprawy racjonalizmu, tak jak ja ją widzę, jest też dbanie o należyty status ludzi intelektu; tj. ludzi kreatywnych intelektualnie. Hawking, Hitchens, Huntington i Harris, są mniej znani i cenieni niż Alec Baldwin czy Maradona, choć udało im się przebić. Można by oddać intelektualistom (nie wszystkim bo zdarzają się szarlatani) część tego podziwu dla sportowców i aktorów. Oczywiście to tylko żart bo ludzie sami sobie wybiorą, kogo chcą podziwiać, ale warto czasem wbić małą szpileczkę aktorom i sportowcom. Aktorom dlatego, że stają się oni guru dla milionów ze względu na wygląd i czasem – jakość gry aktorskiej, ale często prowadzi to do traktowania ich jako wyroczni w sprawach naprawdę istotnych. Bardzo rozbawił mnie Jeremy Irons, który w jednym z wywiadów, na jakieś skomplikowane egzystencjalne pytanie odpowiedział mniej więcej tak: „to, że gram intelektualistów i profesorów nie znaczy, że jestem jednym z nich”. Sportowcom wbiłbym szpileczkę dlatego, że uwielbienie sportu ma w sobie coś w rodzaju pseudo-ambicji. Moim zdaniem, jest to teoria nawiązująca do walk nerds i bullies w szkołach w USA. Ludzie mało lotni intelektualnie, za to mocno ekstrawertyczni wyładowują swą frustrację biorącą się z niższości intelektualnej na nerdach, ci zaś gardzą sportem. Właściwie obie strony racji nie mają, ale trzeba przyznać, że sport uprawiać może każdy, kto ma 2 zdrowe nogi (a nawet niekoniecznie), a nerd musi mieć jakieś porządniejsze IQ. Nie chcę kontynuować tego tematu, ani tym bardziej obrażać sportowców, bo ludzie rzucą się tu bronić swoich idoli. To też ciekawe, że ludzie z tłumu zwykłych obywateli często bronią ludzi, którzy tej obrony nie potrzebują, bo nawet o ataku nie wiedzą, a zresztą słowny atak to żaden atak. Chodzi mi tu przede wszystkim o odbudowanie kredytu zaufania dla dobrego rezonowania.

Czego jeszcze brakuje dla dobrego rezonowania w RP, to dowcipu w starym tego słowa znaczeniu, czyli ćwiczenia pewnej lotności umysłowej i sztuki konwersacji. Taki hrabia Marc d’Argenson, przyjaciel Voltaire’a wykazał się dowcipem podczas słynnej rozmowy ze szkalującym go ex-jezuitą Pierre’m Desfontainesem. Rozmowa przebiegała tak:

"d'Argenson: - dlaczego szkaluje pan Voltaire'a?
Desfontaines: - przecież muszę z czegoś życ!
d'Argenson: - nie widzę takiej potrzeby"

Mógłbym przywołać tu jeszcze Montesquieu: "Co to znaczy: "mieć umiarkowane poglądy"? W Anglii uchodzę za zbytnio a we Francji za zbyt mało religijnego", Beumarchaisa: "Panie, liczę na Twą sprawiedliwość, mimo iż jesteś sędzią...", Thackeraya: "Niektórzy nie wybaczają dobrych uczynków" i Oscara Wilde’a: "Moralność stosujemy wobec tych, których nie lubimy". Honor dzisiejszej RP broni Kazimierz Brakoniecki, autor świetnych aforyzmów takich jak: "płynął z prądem ścieków epoki" i
"już za życia był zapomnianym bohaterem historycznym".

Sam jako racjonalista staram się promować myślenie wielotorowe i przeciwstawianie się utartym stwierdzeniom, tak by racjonalizm znów kojarzył się z intelektualną odwagą, a młodzież nie była wydana na pastwę mód, religii i postmodernistycznego nihilizmu.