poniedziałek, 25 października 2010

Kolejny atak niemieckich intelektualistów na ideę wolności

Trzy lata temu opublikowano książkę Franza von Kutschery, niemieckiego filozofa urodzonego w 1932 roku w Hanowerze, pt: "Wielkie pytania". Książka jest typowym nudnym i przewidywalnym dziełem o wszystkim i o niczym, lecz jest to bełkot sympatyczny. Niesympatyczny robi się, wtedy gdy autor podejmuje temat wolności.

Według opisu książka von Kutschery jest "wynikiem refleksji autora na temat sensu życia, naszej przyszłości i we wszechświecie", i rzeczywiście tym jest, choć te refleksje mógłby snuć każdy inny niemal autor, tak bardzo mała jest ich oryginalność. Nie czuję się kompetentny do opisywania czy oceniania wszystkich tematów poruszonych w niej, lecz zbulwersował mnie,, jako badacza XVIII wieku i jako prawicowego liberała, fragment dotyczący spuścizny oświecenia w kulturze Zachodu.

Otóż von Kutschera pisze, że koncepcja wolności jaką przyjęli Locke, Hume czy Voltaire, iż wolność jest to niezależność od przymusu zewnętrznego, jest definicja wysoce wadliwą, gdyż stawia, zdaniem autora, znak równości między autonomią jednostki a wolnością. Znacznie wyżej ceni autor, co typowe dla niemieckiego intelektualisty, Immanuela Kanta i jego koncepcję wolności, jako poczucia posiadania owej wolności w nas samych. Tą koncepcję wolności uważa się powszechnie za blisko spokrewnioną z ta jaką miał Rousseau, który postulował by ludzie wyrzekli się własnej wolności typu anarchistycznego i wstąpili do wspólnoty politycznej działającej na zasadzie umowy społecznej. Kant, Rousseau i von Kutschera stoją na stanowisku, że poczucie wolności jest ważniejsze niż autonomia fizyczna od przymusu zewnętrznego.



Jest to skandaliczne przekłamanie umożliwiające budowania gmachów tyranii opartej na zgodzie skołowanych ludzi, którzy czują się wolni i pod butem, który ich przygniata. Zapewne i w Korei Północnej niektórzy czują się wolni, lecz nie sposób regulować mechanizmów społecznych za pomocą subiektywnego poczucia wolności jednostki. Liberalna koncepcja wolności jako autonomii jednostki jest prostsza, co może drażnić niemieckich intelektualistów, mających post-kantowską zresztą skłonność do opisywania zjawisk przeintelektualizowanym, przeciążonym subiektywizmem i bełkotliwym językiem, lecz ta liberalna koncepcja dotyczy czegoś konkretnego widocznego gołym okiem. Lepiej obserwować, czy ktoś nie zagraża materialnie naszej swobodzie, niż znaleźć się nagle wśród tłumu, który czuje się wolny nawet w ustroju totalitarnym; zapewne wtedy szefowie tego tłumu, będą nam tłumaczyć, ze i my powinniśmy skupić się na pielęgnowaniu naszego wewnętrznego abstrakcyjnego poczucia wolności niż domagać rzeczywistych swobód.

Lessing, który walczył o liberalne społeczeństwo przewraca się w grobie. Niemcy wolą tego czarodzieja Kanta, który nie znał ani życia, ani ludzi i codziennie wstawał o tej samej porze, i który cenił subiektywizm (zwłaszcza własny) wyżej od Jeffersonowskiego przykazania by władzy patrzeć na ręce, gdyż ta dzień i noc będzie zabierać man wolność. Być może Kant pisał jak pisał by przypodobać się władzom, jak to potem czynił niewątpliwie Hegel. Oczywiście można czuć się wolnym pod ustrojem autorytarnym, jeśli ów ustrój nie wkracza we wszystkie dziedziny życia. Stare monarchie nie miały środków ni potrzeby by to czynić, ale w obecnej rzeczywistości rozdętych aparatów państwowych ("wszystkie dzieci są nasze", podatki i akcyzy w wysokości 70 % ceny) bajanie o poczuciu wolności i pisanie bzdur, że idea autonomii jednostki jest jakoby przestarzała, daje nieco upiorne wrażenie.

Niemcy mają poważne problemy z liberalizmem i wolnością. Kutchera, Groys i inni wznoszą habermasowski gmach niewoli na naszych oczach. Dopóki nie wybiorą Lessinga, a Kanta i Hegla nie poślą na śmietnik historii, gdzie ich miejsce, dopóty kraj ten będzie pozostawał niebezpieczny zapewne nie tylko dla swoich obywateli, ale i dla sąsiadów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz