środa, 27 października 2010

Instytut Zachodni - Dyskusja panelowa nad tomem "Moje Niemcy - moi Niemcy"

Dziś o godzinie 11.00 obyła się (Instytut Zachodni, ul. Mostowa 27) dyskusja panelowa nad tomem "Moje Niemcy - moi Niemcy". W dyskusji udział wzięli: dr. Andrzej Byrt (dyplomata, dwukrotny ambasador RP w RFN), prof. Waldemar Łazuga (IH UAM), dr. Łukasz Musiał (IFG UAM), prof. Hubert Orłowski (IZ, członek rzeczywisty PAN) i prof. Waldemar Pfeiffer. Po wprowadzeniu dyrektora Instytutu Zachodniego prof. Andrzeja Saksona, dyskusję dalej prowadził prof. Henryk Olszewski.



Dyskusja dotyczyła dopiero co wydanego tomu: "Moje Niemcy - moi Niemcy. Odpominania polskie", pisanego przez kilkudziesięciu autorów, pod redakcją prof. Huberta Orłowskiego. Obok tekstów badaczy w antologii znalazły się również refleksje pisarzy, tłumaczy i publicystów. Antologia gromadzi czterdzieści osiem narracji, reprezentujących twórców o różnym doświadczeniu pokoleniowym. Autorzy sięgają z jednej strony do doświadczeń osobistych w spotkaniach i kontaktach z Niemcami, z drugiej zaś wnikają swą refleksją profesjonalną (ze strony wydawnictwa).

Zamiarem prof. Orłowskiego było uratowanie jednostkowych indywidualnych wizji Niemiec, ich kultury i polityki niemieckiej przed zapomnieniem. Pomysł na publikację zrodził się u niego, jak sam mówił, z buntu przeciw nadużywaniu pojęcia pamięć zbiorowa w dyskursie intelektualnym. Sam redaktor jest zwolennikiem, tezy, iż pamięć może dotyczyć wyłącznie jednostek, a termin "pamięć zbiorowa" jest konstruktem często używanym w niewłaściwy sposób.

Dr. Andrzej Byrt opowiedział, jak jego negatywne wyobrażenie o Niemcach jakie wyniósł z rodzinnego domu zmieniło się gdy zaczął pracę na Targach Poznańskich, na których zetknął się z życzliwym wobec Polaków zachowaniem członków niemieckiej ekspozycji, oraz z niemiecką organizacją, chociaż wspominał także o niesympatycznych działaniach ambasady RFN. Opowiadał również o tym, jak reminiscencje ze sztuki Brechta w wykonaniu Łomnickiego doprowadziły do tego, że recytując jako ambasador RP w RFN wiersz "Lokomotywa" po niemiecku zaczął podświadomie krzyczeć niczym oficer SS, lecz wkrótce potem zauważył to i przeprosił zgromadzonych. Kilkukrotnie zaznaczał, iż Polska w kontaktach z Niemcami, a także Francją i Rosją musi pamiętać, iż jej głos nie zawsze jest słyszalny, ze względu na mały potencjał gospodarczy (PKB Polski - 420 mld dolarów, a samego niemieckiego landu Hesji - 216 mld $).

Prof. Waldemar Łazuga w swoim wystąpieniu nawiązał do swojego dziecięcego wyobrażenia, iż niemiecki język służy wyłącznie do wykrzykiwaniu rozkazów, i że jego brzmienie jest wyjątkowo odpychające. Zrewidował swój pogląd natykając się na przedwojenną spisaną wierszem niemiecką bajkę. Matka pochodząca z Wilna miała zwyczaj czynić niekorzystne dla poniemieckiej zabudowy Pomorza, architektoniczne porównania z jej miastem rodzinnym. Sympatia do Niemiec kształtowała się u profesora Łazugi dopiero później, a związana była z osobą Rudolfa Virchowa (1821-1902), urodzonego tak jak Łazuga - w Świdwinie na Pomorzu.

Jego wyobrażenia z młodości o Niemczech i niemczyźnie kontrastowały z wyobrażeniami, jakie miała jego córka, która kojarzyła ten kraj z prezentami, jakie przywoził jej ojciec (nawiasem mówiąc mam identyczne wspomnienia prezentowe związane z moim ojcem i z Wielką Brytanią, gdzie pracował przez parę lat, więc zdaję sobie sprawę z potencjalnej siły takich wspomnień) i uwielbiała brzmienie języka niemieckiego, przedkładając go przez jakiś czas ponad język angielski. Na koniec debaty profesor Łazuga wyraził nadzieję, że autorzy polityki międzynarodowej będą mieli w przyszłości więcej wyobraźni, co dopomogłoby wprowadzeniu nieco normalności w kontakty miedzy narodami.

dr. Łukasz Musiał wspominał o swoim zetknięcie się z niemczyzną w kontekście akademii dotyczącej zbrodni hitlerowskich, a prof. Waldemar Pfeiffer (jako jedyny z prelegentów częściowo pochodzenia niemieckiego - ze strony pradziadka Prusaka) wspominał swoje doświadczenia z niemczyzną po zakończeniu kariery wojskowej i przy rozpoczynaniu kariery akademickiej.

Osobiście uważam, że gros naszych polskich negatywnych skojarzeń dotyczących Niemiec pochodzi stąd, że postrzegamy je zwykle w kategorii Berlina i polityki wielkoniemieckiej. Jako autor książki o Hesji-Darmstadt w XVIII stuleciu, i miłośnik regionalnej kultury niemieckiej, widziałbym sposób na oswojenie się z tym krajem i narodem poprzez zainteresowanie się czymś innym poza odwiecznymi historiograficznymi problemami Drezna, Berlina, Kulturkampfu, Chadecji, nazizmu i niemieckiego: Griff nach der Weltmacht.

Piotr Napierała

Czy niepodległa Szkocja jest do pomyślenia?

M.in. Norman Davies wróży rozpad Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej wskazując na szkocki separatyzm. W maju 1999 Szkoci wybrali swój własny parlament, w odpowiedzi na referendum z 1997, w którym chęć posiadania własnej władzy ustawodawczej wyraziło 75% głosujących. W 1998 parlament brytyjski zgodził się na istnienie szkockiego. Wydarzenia te Sean Connery uznał za najważniejsze w jego życiu (aktor znany jest z odmowy przyjęcia tytułu sir za swe zasługi dla brytyjskiej sztuki, podczas gdy jego przyjaciel inny znakomity aktor; Anglik Michael Caine nie miał oczywiście podobnych oporów).

W kompetencji władz lokalnych jest oświata, kultura, zdrowie publiczne i w dużym stopniu gospodarka i podatki. Polityka zagraniczna pozostaje domeną Londynu. Powołanie pierwszego od 1707 roku szkockiego parlamentu było możliwe dzięki premierowi Zjednoczonego Królestwa Tony'emu Blaira, który realizując swe obietnice przedwyborcze złagodził politykę w stosunku do mniejszych krajów Wielkiej Brytanii. W 2007 premier mniejszościowego narodowego rządu szkockiego, Alex Salmond ze Szkockiej Partii Narodowej (SNP) przedstawił projekt ustawy o przeprowadzeniu referendum niepodległościowego, które miałoby umożliwić odłączenie się Szkocji od Wielkiej Brytanii. Ma on nadzieję, że referendum takie odbędzie się przed 2011 rokiem. Badania opinii publicznej przeprowadzone jeszcze w 2007 wskazywały, że 40% zagłosowałoby za niepodległą Szkocją, a 44% za pozostaniem w Unii z Anglią. partie unionistyczne (Labour, Conservative i Liberal Democrats) zareagowały utworzeniem komisji, która ma blokować działania mniejszościowego szkockiego rządu narodowego.



Jak widać unioniści nie zasypiają gruszek w popiele. Ich akcja całkowicie blokuje SNP, jako, że rozkład partii w Parlamencie Szkockim wygląda następująco:

partia: liczba posłów (MSPs)
SNP (47) - za niepodległą Szkocją
Lab (46) - za Unią
Con (16) - za Unią
Lib Dem (16) - za Unią
Green (2) - neutralni


Szefowa szkockich Labourzystów p. Wendy Alexander była spiritus movens tego unionistycznego ruchu. zob: Roseanna Cunningham z SNP wyraziła się o debacie laburzystowskiej w Holyrood i wniosku posłanki Alexander: [the plan offered] "no ideas, no policies, no future". Wendy Alexander takimi słowami przemawiała do posłów szkockiego parlamentu:

"I believe that Scots seek a future that gives them the chance to walk taller without having to walk out... "And I say to the SNP, be very careful before you attempt to strangle at birth an initiative based on what the people of Scotland want."


Liderka Torysów Annabel Goldie uznała całą kwestię za: "darcie konstytucji brytyjskiej i rozrywanie Wielkiej Brytanii na części" (tearing up our constitution and ripping Britain apart), a posłom SNP powiedział, iż "nie mają monopolu na szkocki patriotyzm".

Takimi słowami przemawiała Wendy Alexander:

"The majority presence in this chamber comprising the Labour, Scottish Conservative and Liberal Democrat parties, supports our continuing partnership with the United Kingdom," she told parliament... "The majority desire is to build on what we have and to take that forward."


Wygląda na to, że mimo sympatii Unii Europejskiej wobec projektu niepodległej Szkocji, kraj ten pozostanie w Unii z Anglią. Unioniści wyraźnie chcą nadrobić czas nieopatrznie dany szkockim nacjonalistom na działanie, i naprawić błąd Blaira, który nota bene choć sam Szkot uważa się za Anglika.



W XVI wieku Szkocja była wrogiem Anglii i sojusznikiem Francji. W XVII wieku Anglicy storpedowali plan utworzenia szkockiej kolonii w Darien. W 1707 posłów przekupiono by zabezpieczyć poparcie szkockich elit dla unii. M.in. Daniel Defoe brał udział w tym przekupywaniu. Pod koniec XVIII wieku szkocki poeta Robert Burns stwierdzi: "kupiono nas za angielskie złoto". Unia nie zmieniła tego, że o Szkotach wyrażano się pogardliwie. Oto wypowiedź radykalnego wiga Johna Wilkesa (1725-1797):

„Rzeka Tweed jest linią demarkacyjna między wszystkim, co szlachetne, i wszystkim, co nikczemne. Na południe od tej rzeki jest tylko honor, cnota i patriotyzm. Na północ od niej nie ma niczego poza kłamstwem, złością, podłością i służalczością. Szkocja jest krajem pozbawionym drzew i kwiatów; jest utworzona z odpadów wszechświata, a zamieszkuje ją najpodlejsza forma stworzenia".


Szkotów uważano za dzikich en gros za prymitywów, ci zaś dzielili się do połowy XVIII wieku zasadniczo na mieszkających w południowoszkockich miastach takich jak Edynburg (jak D. Hume i A.Smith) i Glasgow: lowlanders i dzikich górali z Północy: highlanders. Ci drudzy byli uważani za dzikusów, piratów (rzeczywiście rabowali czasem lowlandersów), gwałcicieli owiec i nieokrzesanych olbrzymów o skórze pokrytej świerzbem. Ci dzicy ludzie popierali skierowane przeciw rządzącej Wielką Brytanią od 1714 roku dynastii hanowerskiej, powstania jakobickie (1715, 1719, 1745). Stłumienie ostatniego z nich przez ks. Cumberlandu oznaczało koniec zagrożenia dla Londynu z tamtej strony. Dziś raczej nie śpiewa się ostatniej szóstej zwrotki pieśni: God save the King (zwykle śpiewa się w ogóle tylko 3 pierwsze) powstałej właśnie w 1745 roku. Oto ona:

Lord grant that Marshall Wade
May by thy mighty aid
Victory bring.
May he sedition hush,
And like a torrent rush,
Rebellious Scots to crush.
God save the King!


i jej polskie tłumaczenie:

Panie, spraw, by marszałek Wade
Z Twą pomocą
Przyniósł nam zwycięstwo.
Niech stłumi bunt
I jak rwący potok
Niech porwie buntowniczych Szkotów.
Boże, zbaw Królową!


Nawet w tym historyzującym wykonaniu tej pieśni wykonano tylko pierwsze 3 zwrotki:
zob:

W drugiej połowie XVIII wieku Szkotów zaciągano już masowo do armii brytyjskiej, a w XIX wieku, wraz z rozwojem Imperium Brytyjskiego Szkotom opłacało się brać udział w jego biurokratyzacji i w kolonizacji. Ostatnia wielka postać szkockiego złotego wieku Sir Walter Scott wzywał do pojednania z narodem angielskim.

hymn Szkocji od niedawna formalny pochodzi z 1965 roku

W UE a także w Polsce nie brak ludzi lubiących podchwytywać popularne, a fałszywe przeświadczenie, o tym, ze większość wybitnych Brytyjczyków była Szkotami.

Faktycznie jest tych Szkotów sporo: Hume, Smith, William Paterson, William Napier, James Boswell, James Macpherson, Walter Scott. Nie brakuje też wybitnych irlandzkich lub anglo-irlandzkich Brytyjczyków: Wellington, Swift, Oliver Goldsimth, Burke i Wilde. Ale Anglicy mogą odpowiedzieć zawsze Locke'm, Danielem Defoe, Jane Austen, Dickensem, Thackerayem, Addisonem, dr, Samuelem Johnsonem, Edwardem Elgarem, Henry Purcellem, Thomasem Arne, Robertem Peelem, więc nie należy popadać w przesadę pisząc o tej rzekomej nadreprezentacji kulturowej Szkotów.

Wysiłki SNP i UE zapewne spełzną na niczym, lecz warto zastanowić się czy Szkocja dałaby sobie radę sama? Przypomnijmy, że Szkoci zyskali na unii 1707 roku gospodarczo, a Anglicy - politycznie. I tak też jest do dziś.


z wikipedii:
"Szkocja jest obok Irlandii centrum przemysłu whisky. Ważnym elementem gospodarki jest rybołówstwo i wydobycie ropy naftowej z dna Morza Północnego. Siedzibą wielu kompanii naftowych jest Aberdeen. Przemysł skupiony jest w centralnej części kraju, na terenach Niziny Środkowoszkockiej i na wschodnim wybrzeżu. Rozwinięty jest przemysł metalurgiczny (hutnictwo żelaza i aluminium), elektrotechniczny, elektroniczny, maszynowy, chemiczny, włókienniczy, papierniczy i spożywczy. Urodzajne tereny rolnicze ciągną się od pasa centralnych nizin, poprzez wschodnie wybrzeże, aż do Fraserburgha. Uprawia się głównie jęczmień i owies. Szkocja posiada własne banknoty i monety emitowane przez trzy szkockie banki. Obowiązującą walutą jest Funt szterling. Funtami Szkockimi płacić można na terenie całej Wielkiej Brytanii jednakże poza jej granicami nie zawsze są honorowane...".


Jak widać Szkocja ma bazę surowcową, lecz jej gospodarka jest od tak dawna połączona z angielską, że trudno byłoby jej przestawić się na inne tory. PKB (dane z 2006 r.) szkockie (całkowite: 194 mld USD, per capita: 39 680 USD) jest właściwie takie samo jak angielskie (całkowite: 1900 mld USD, per capita: 38 000 USD), Szkocja nie jest więc uboższym krewnym jak Walia (30 546 USD) czy Irlandia Północna (19 603 USD) (razem Całe Zjednoczone Królestwo w 2009 r. - 35,082 USD; dla porównania: Niemcy w 2009 r. - 34,212 USD, Francja w 2009 r. - 33,678 USD, USA w 2008 r. - 46 820 USD).

Mimo to gospodarka szkocka jest mała, gdyż całe państwo jest niewielkie - populacja wynosi 5,194,000 osób, z czego Szkoci to 4.5 mn osób (dane z 2009 r.). Na świecie żyje około 30 milionów ludzi pochodzenia szkockiego (9 mln w USA, 4 mln w Kanadzie - co daje wyobrażenie o skali dawnej emigracji szkockiej) Dla porównania Anglików i ludzi pochodzenia angielskiego jest na świecie ok. 90 milionów (z czego 26 mln w USA i po 6 mln w Kanadzie i Australii, ciekawostka: potomkowie emigracji niemieckiej w USA to 51 mln - co czwarty biały obywatel USA, a francuskiej - 16 mln osób).

Reasumując, uważam, że szumne zapowiedzi (buńczuczność mają Szkoci we krwi i dewizie swego kraju: Nemo me impune lacessit
(Nikt nie zadziera ze mną bezkarnie), nie doprowadza do niczego szczególnego, a rzeczywistość będzie miała pierwszeństwo nad idealizmem, jak już wielokrotnie w historii bywało. SNP nie ma wystarczającego poparcia społecznego, a UE musi się miarkować także ze względu na Hiszpanię i jej problem baskijski; równica polega na tym, że Baskowie są eurosceptyczni a Szkoci euroentuzjastyczni.

Piotr Napierała

wtorek, 26 października 2010

Holandia i Australia a Japonia

see:

Japan summons Dutch ambassador
The Japanese ministry of foreign affairs called the Dutch and Australian ambassadors to account on Monday after an anti-whaling action by the Sea Shepherd organisation.

3 March 2008

TOKYO – The Japanese ministry of foreign affairs called the Dutch and Australian ambassadors to account on Monday after an anti-whaling action by the Sea Shepherd organisation.

Sea Shepherd is waging a campaign using the ship the Steve Irwin, which is registered in the Netherlands and has its home port in Australia.

Japan says that three crew members on a Japanese whaling ship were injured on Monday by a corrosive acid with which members of the radical environmentalist group Sea Shepherd sprayed the Japanese ship for an hour.

The Japanese ministry of foreign affairs then urged the Dutch and Australian ambassadors to take measures to prevent further violence.

[Copyright Expatica News + ANP 2008]

http://www.nfia.nl/news.html?id=305

poniedziałek, 25 października 2010

Kolejny atak niemieckich intelektualistów na ideę wolności

Trzy lata temu opublikowano książkę Franza von Kutschery, niemieckiego filozofa urodzonego w 1932 roku w Hanowerze, pt: "Wielkie pytania". Książka jest typowym nudnym i przewidywalnym dziełem o wszystkim i o niczym, lecz jest to bełkot sympatyczny. Niesympatyczny robi się, wtedy gdy autor podejmuje temat wolności.

Według opisu książka von Kutschery jest "wynikiem refleksji autora na temat sensu życia, naszej przyszłości i we wszechświecie", i rzeczywiście tym jest, choć te refleksje mógłby snuć każdy inny niemal autor, tak bardzo mała jest ich oryginalność. Nie czuję się kompetentny do opisywania czy oceniania wszystkich tematów poruszonych w niej, lecz zbulwersował mnie,, jako badacza XVIII wieku i jako prawicowego liberała, fragment dotyczący spuścizny oświecenia w kulturze Zachodu.

Otóż von Kutschera pisze, że koncepcja wolności jaką przyjęli Locke, Hume czy Voltaire, iż wolność jest to niezależność od przymusu zewnętrznego, jest definicja wysoce wadliwą, gdyż stawia, zdaniem autora, znak równości między autonomią jednostki a wolnością. Znacznie wyżej ceni autor, co typowe dla niemieckiego intelektualisty, Immanuela Kanta i jego koncepcję wolności, jako poczucia posiadania owej wolności w nas samych. Tą koncepcję wolności uważa się powszechnie za blisko spokrewnioną z ta jaką miał Rousseau, który postulował by ludzie wyrzekli się własnej wolności typu anarchistycznego i wstąpili do wspólnoty politycznej działającej na zasadzie umowy społecznej. Kant, Rousseau i von Kutschera stoją na stanowisku, że poczucie wolności jest ważniejsze niż autonomia fizyczna od przymusu zewnętrznego.



Jest to skandaliczne przekłamanie umożliwiające budowania gmachów tyranii opartej na zgodzie skołowanych ludzi, którzy czują się wolni i pod butem, który ich przygniata. Zapewne i w Korei Północnej niektórzy czują się wolni, lecz nie sposób regulować mechanizmów społecznych za pomocą subiektywnego poczucia wolności jednostki. Liberalna koncepcja wolności jako autonomii jednostki jest prostsza, co może drażnić niemieckich intelektualistów, mających post-kantowską zresztą skłonność do opisywania zjawisk przeintelektualizowanym, przeciążonym subiektywizmem i bełkotliwym językiem, lecz ta liberalna koncepcja dotyczy czegoś konkretnego widocznego gołym okiem. Lepiej obserwować, czy ktoś nie zagraża materialnie naszej swobodzie, niż znaleźć się nagle wśród tłumu, który czuje się wolny nawet w ustroju totalitarnym; zapewne wtedy szefowie tego tłumu, będą nam tłumaczyć, ze i my powinniśmy skupić się na pielęgnowaniu naszego wewnętrznego abstrakcyjnego poczucia wolności niż domagać rzeczywistych swobód.

Lessing, który walczył o liberalne społeczeństwo przewraca się w grobie. Niemcy wolą tego czarodzieja Kanta, który nie znał ani życia, ani ludzi i codziennie wstawał o tej samej porze, i który cenił subiektywizm (zwłaszcza własny) wyżej od Jeffersonowskiego przykazania by władzy patrzeć na ręce, gdyż ta dzień i noc będzie zabierać man wolność. Być może Kant pisał jak pisał by przypodobać się władzom, jak to potem czynił niewątpliwie Hegel. Oczywiście można czuć się wolnym pod ustrojem autorytarnym, jeśli ów ustrój nie wkracza we wszystkie dziedziny życia. Stare monarchie nie miały środków ni potrzeby by to czynić, ale w obecnej rzeczywistości rozdętych aparatów państwowych ("wszystkie dzieci są nasze", podatki i akcyzy w wysokości 70 % ceny) bajanie o poczuciu wolności i pisanie bzdur, że idea autonomii jednostki jest jakoby przestarzała, daje nieco upiorne wrażenie.

Niemcy mają poważne problemy z liberalizmem i wolnością. Kutchera, Groys i inni wznoszą habermasowski gmach niewoli na naszych oczach. Dopóki nie wybiorą Lessinga, a Kanta i Hegla nie poślą na śmietnik historii, gdzie ich miejsce, dopóty kraj ten będzie pozostawał niebezpieczny zapewne nie tylko dla swoich obywateli, ale i dla sąsiadów.

czwartek, 21 października 2010

Samuel Johnson o współczesnym świecie

Brytyjczycy wpadli na pomysł opisania współczesnego świata w stylu imitującym styl wielkiego brytyjskiego XVIII-wiecznego leksykografa:

"Dr Johnson's Dictionary Of Modern Life , published by Square Peg, is a provoker of great MIRTH, eminently suitable for a gift in festive HOSIERY and can be purchas'd from Amazon's emporium of th'AETHER thus for a mere £9.99"



Oto definicja hasła: "HIP HOP":

Hip-Hop is oft defin'd as rhythmick Oratory set to a Beat; heralded as the inventive Poetry of the Streets & then condemn'd for all the Ills of Mankind.

A Man who does pracktice Hip-Hop is in equal Part a Town-Crier, Poet, Peacock & Highwayman. Pracktitioners of Hip-Hop do include lisping Numismatist Mister Fifty CENT, Mister Grand-Master FLASH & his Quintet of FURY & double-barrel'd Canine Mister Snoop DOGGY-DOGG.

Such amotley of Titles does indicate a most high Self-Regard amongst the aristockracy of Hip-Hop. Indeed, it is most certain that the aforesaid Rappers are in keen Want of a Wife, or to secure Entry unto polite Society, for they do boast most ardently of their Prowess in the Bed-Chamber & their Reserves of GOLD. The Poets of Hip-Hop do advertise their esteem'd Status by riding in what they deem Pimp'd Carriages, with Cart-Wheels gilded in Silver-Plate, while they adorn themselves with such a Surfeit of Gold, Diamonds, sundry Plate & TREASURE that they might provoke a raid 'pon themselves from a Barbary Pirate or from the Spanish NAVY.


więcej informacji



Oto okładka tego interesującego dzieła.

Lewica i Kosciół - konkurenci o elektorat emocjonalny

George Orwell powiedział kiedyś, że "lewicowość jest rodzajem fantazji masturbacyjnej, dla której świat faktów nie ma większego znaczenia".

Rzeczywiście, choćby nie wiem ile razy tłumaczyć czerwonym i różowym, że socjalizm nigdy nie działał, nie działa nigdzie i nie będzie działał, nie przyjmują tego do wiadomości, tylko dumnie zadzierają nosa twierdząc: "tym razem będzie inaczej, ważne by nie powrócić do metod konserwatywnych", przy czym jak warto zauważyć - chodzi tu o fantazję "przyjemnościową".

Męczennicy chrześcijańscy, teokraci (Kalwin, Savonarola) mieli podobny brak poważania dla świata faktów, kierując swe nosy w stronę wartości wyższych podobnie jak lewicowcy; nic dziwnego, że np. Thomas Carlyle z fanatycznego kalwinisty został fanatycznym socjalistą, a Boris Groys upomina się w imieniu antyliberalnego socjalizmu o nową religię.

Stąd zapewne bierze się nienawiść na linii: Kościół-lewica. Traktują one siebie nawzajem jak zarazę, a pragmatycznymi liberałami (jak niżej podpisany) tylko pogardzają. Pragmatyczny liberał nigdy nie zostanie ani fanatykiem religijnym, ani socjalistycznym (że socjalizm jest religią wiadomo od dawna), bowiem nastawiony jest na argumenty, a nie na krzyki i powtarzanie w kółko tych samych haseł.

Boże chroń nas od zaklinaczy rzeczywistości, i ześlij nam świecką prawicę (czyli konserwatywnych liberałów)!

wtorek, 19 października 2010

Świętoszkowatość polskich polityków

Ktoś ostatnio zwrócił mi uwagę na ten fenomen. Polscy politycy istotnie są znacznie bardziej świętoszkowaci niż ich koledzy z zagranicy. Opowiadają z namaszczeniem swoje wystudiowane kwestie, syczą ze świętym oburzeniem odpowiedź. Układają nawet usta w rurkę by wolniej cedzić słowa. Zachowują się jak ewangelizujący prałaci. Dość trudno znaleźć nieświętoszkowatych polskich polityków; takich, którzy maja własną a nie pożyczoną (tj. żadną) moralność.

Największymi świętoszkami są chyba; Kurski, Kamiński i Ziobro (gdzieś w połowie drogi znajduje się Bartoszewski i Giertych). Za to normalnie mówią Miller, Mikke, Palikot i Cimoszewicz. Być może burzą oni większe oburzenie dlatego, że nie mówią w świętoszkowaty sposób niż tym co mówią.

Moda na Habermasa

Obecnie wśród intelektualistów nastała moda na tego przynudzającego niemieckiego neomarksistę.

Mimo, iż np. Roger Scruton opisał Habermasa jako człowieka prowadzącego czytelnika po neomarksistowskiej pustyni intelektualnej, obiecując mu poznanie wielkiej tajemnicy bytu i cywilizacji i nigdy nie dotrzymując słowa, wielu uważa, że dodaje sobie splendoru jeśli w dyskusji o czymkolwiek doda "jak powiedział H...s". Przykładowo natknąłem się na autora, który cytował go omawiając rzeczywistą sprawę - że we Francji końca XVIII w. pojawiła się niezależna od dworu opinia publiczna. Ano prawda, ale to wszyscy wiedzą, nie tylko H-s.

Kim jest Habermas? Otóż jest on szefem szkoły krytycznej
wikipedia:

"Teorią krytyczną Max Horkheimer określał swoje stanowisko filozoficzne. Została zastosowana po raz pierwszy w explicite pt. „Teoria tradycyjna a teoria krytyczna” z 1937 roku. Teoria krytyczna jest integralną częścią postawy krytycznej, która zdaje się nakazem czasu. Według Horkheimera nad ludzkością zawisła groźba katastrofy w związku ze schyłkiem epoki burżuazyjnej, znajdującej wyraz w ekspansji faszystowskiego totalitaryzmu. Twórca teorii nie sądzi, by postawa krytyczna była tylko sposobem myślenia czy też manifestowała się tylko, jako teoria krytyczna. Z założenia materializmu, który jest przez Horkheimera akceptowany – myślenie nie oznacza działania ani też nie może go zastąpić jak i osiągnięcie celu nie jest możliwe bez rozeznania w sytuacji i uświadomienia sobie jej zagrożeń. Według Alvina W. Gouldnera, wybitnego socjologa krytycznego, orientacja krytyczna może istnieć tylko wtedy, gdy są powody do krytykowania a powody te, jak dotąd łączyły wszystkie istniejące społeczeństwa. Teoria krytyczna nie przez przypadek pojawiła się w Niemczech, gdyż to przede wszystkim krytyka dominacji, krytyka, która ma służyć ludziom a nie manipulatorom. Teoria krytyczna służy dogłębnemu zbadaniu i filtrowaniu społeczeństwa tak, aby ujrzeć jego wszystkie aspekty, zwłaszcza te starannie ukryte." - a więc podglądactwo i antropologia. Stary żart opowiadał, że "antropologia jest nauką o gorszym i prymitywniejszym ode mnie", a więc pp. Krytycy (najpierw była Krytyka czystego rozumu Kanta, potem: Święta rodzina czyli krytyka krytycznej krytyki – napisana w 1844 roku wspólnie przez Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, w której poddali krytyce teorię heglizmu., Habermas to już zapewne krytyk krytyki krytycznej krytyki - ufffff...) uważają się zapewne za bogów wobec zwykłych liberałów takich jak choćby ja.

dalej wikipedia: "Żeby dobrze zrozumieć, czym jest teoria krytyczna najlepiej porównać ją do innej, przedstawić różnice w poglądach i założeniach. Najbardziej skrajną do teorii krytycznej jest teoria tradycyjna. Założycielem kanonu tej ostatniej jest Kartezjusz, postrzega ona podmiot i przedmiot, jako dane niezmienne a zarówno sztywno od siebie oddzielone. Stara się poprzez obserwację wykalkulować i zobiektywizować dane zjawisko. Natomiast teoria krytyczna sprawia, że podmiot odnajduję się przedmiocie, jest ściśle powiązany ze społeczeństwem i historią oraz że każdy z nich odznacza się społecznym charakterem i nie można faktom przyznać statusu bezpośrednich danych tak jak w teorii tradycyjnej podczas procesu badawczego. Poznanie życia społecznego i jego mechanizmów w złożoności i bogactwie jego przejawów, wymaga nie tylko zwykłych faktów, ale dogłębnej analizy." no, to chyba nie tylko pp. kkkk rozumieją takie rzeczy, i zapewne nie oni na to wpadli lecz raczej H. Spencer i A. Comte, ale niech im będzie; chcą oni powiedzieć : "światu nie jest potrzebnych 300 naszych książek, lecz 456778 naszych książek" - każdy orze jak może...

Cegiełką jaką dołożył Habermas do kkkk jest teoria komunikacji, czyli praca nad sposobem w jakim nowoczesne państwa (np. UE które zamówiły projekty u H-sa i u skrajnego indywidualisty Derridy, przy czym tylko ten H-sowski się do czegokolwiek nadaje - tzn. do gadania, a czy do wdrażania to już inna kwestia). Habermas podobnie jak Derrida pisze specjalnie trudno (tak jak napisano konstytucję UE) by nie dało się go zrozumieć, i by mógł napisać na ten sam temat nie 2 ale 20 ksiąg. Chciałby też, by decyzje polityczne następowały po uzgodnieniu wszystkich stanowisk i przedstawieniu interesów wszystkich grup - ergo zamiast parlamentu proponuje powrót do wiecu... nie ma to jak antropologia...

Rozumiem, że Descartes, Montesquieu, Marks, Spencer, Kant, Voltaire, Nietzsche, a nawet Koneczny i Fromm elektryzowali rodzaj ludzki, ale Habermas???? Trochę tego wszystkiego mało jak na rozgłos wokół tego bełkoczącego (dosłownie i na papierze) i wtórnego filozofa.

Elementarny brak zdrowego populizmu w KK

Jeden z komentarzy pod artykułem o usztywnieniu stanowiska Kościoła w sprawie in vitro wyglądał tak:

"czasami wstydzę się tego, że jestem chrześcijanką... nie widzę nic złego z zapłodnieniu in vitro... dla tysięcy kobiet to jedyna nadzieja, którą chce się im odebrać... Sądzę, że władze Kościoła powinny się zastanowić a nie zaczynać rozmów od groźby ekskomuniki... Bo to śmieszne...".

Zaś posłowie pracujący nad uregulowaniem ustawy o in vitro mówili:

"To mocne słowa, bardzo je przeżyłam, ponieważ zrobiliśmy wszystko, by uregulować kwestię in vitro, skończyć z wolnoamerykanką, z jaką teraz mamy do czynienia w Polsce - skomentowała słowa arcybiskupa Hosera w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" poseł Małgorzata Kidawa-Błońska. - In vitro wykonuje się na świecie od ponad 30 lat. Nie potrafiłabym powiedzieć, że jest to metoda zła. Przecież urodziło się dzięki niej tyle dzieci, tylu wspaniałych ludzi. Trzeba dbać o zarodki, nie wolno ich niszczyć - i to wszystko jest w naszym projekcie. Rozumiem, że Kościół stoi na straży życia, ale wielokrotnie było tak, że Kościół w swojej ostrożności czegoś zakazywał, a potem zmieniał zdanie..."

Kościół wydaje się zabiegać jedynie o maluczkich i głupiutkich, którzy zrobią co im się każe, osłabiając elity katolickie, które czasem wola wybrać zdrowy rozsądek, od tymczasowo usztywnionych wyroków Watykanu. KK sam osłabia swoją pozycję polityczną , skończy się to zapewne zapateryzmem w polskim wydaniu.

Wybory cenzusowe w Polsce

Gdyby w RP do wyborów szli tylko ci, którzy mają jako-takie pojęcie o polityce (może z 300-400.000 osób)...

to zapewne JKM formowałby właśnie swój trzeci gabinet, ewentualnie w koalicji z PO, która pod naciskiem wymagających wyborców pozbyłaby się ze swych szeregów aferałów i idiotów, i przypomniałaby sobie czym jest liberalizm.

Zapewne skład sejmu wyglądałby mniej więcej tak: 50% UPR/WiP, 30 % PO, 10 % SLD (elity PRL) i może jeszcze kilka procent fanatyków religijnych - PR i narodowców - LPR.

Masy moherów nie mogłyby wybrać PiS, który znalazłby się poza sejmem, podobnie jak PSL (masy chłopsko-nauczycielskie) i "Samoobrona".

Taka mała political fiction...

Watykan i "The Simpsons"

"L'Osservatore Romano" gazeta chwali animowany serial Matta Groeninga, za porzucenie typowej dla Disney’owskich produkcji stylistyki, w której dobro jest zawsze oddzielone od zła a całość wieńczy szczęśliwe zakończenie. Gazeta chwali też serial za ośmieszanie dziwactw zachodu i za pytania o Boga i wiarę". Homer J. Simpson jest katolikiem - czytamy w "L'Osservatore Romano".

Nie tylko OR się myli; Lisa jest buddystką, a Marge i Homer protestantami. Tak samo jak ich sąsiedzi Ned i Moude Flanders. , ale Matt Groening jest lewicowym liberałem, który ośmieszał ulubieńca Watykanu Johna McCaina w wyborach prezydenckich...

Jak widać głupota zamieszkuje nawet rzymskie wzgórza.

piątek, 15 października 2010

Człowiek totalny - Boris Groys

W dodatku "Europa" do edycji NEWSWEEKa-Polska (paźdz. 2010 nr 10 (295) zamieszczono wywiad z Borisem Groysem profesorem estetyki, urodzonym w NRD rosyjsko-niemieckim intelektualistą. Wywiad dotyczył rzekomych kwestii sprzeczności religii z liberalnym światopoglądem.



Kiedy widzę wywiad udzielany przez człowieka wychowanego w intelektualnej tradycji NRD spodziewam się wywiadu z człowiekiem zagubionym w pluralistycznym świecie. Tak było i tym razem.

Groys zarzuca liberalizmowi, że odpowiada tylko na potrzeby związane z życiem jednostki, całkowicie negując potrzeby związane ze sferą śmierci, skąd, jego zdaniem ma wypływać obecny powrót religii do ideologii państwowych (islam i ewangelikalne chrześcijaństwo). Boris Groys zauważa, że liberalizm pojmuje świat linearnie jako stały Condorcetowski postęp (co jest błędna, jak twierdzi Groys, gdyż prowadzi do nieudanych prób wyzerowania rzeczywistości i czasu jak za rewolucji francuskiej czy rosyjskiej), podczas gdy religia ujmuje go cyklicznie; rodzimy się, rośniemy, dojrzewamy, pobieramy, starzejemy, umieramy, rośnie kolejne pokolenie), stad wnioskuje, że tylko nieśmiertelność (tj. jeśli medycyna zapewni ją człowiekowi) "zabije religię", tj. ta ostatnia nie będzie już potrzebna, bo liberalizm czyli postęp odpowie na wszystkie potrzeby.

Groys wpada w neo-marksistowski dyskurs, gdy mówi o tym, że liberalizm "interesuje się człowiekiem tylko tak długo jak ów żyje, gdyż martwy niczego już nie kupi", sprowadzając wzorem Marksa liberalizm do doktryny czysto ekonomicznej i wspomina, że intelektoaliści lewicy tacy jak np. Slavoj Zizek przynajmniej próbują odpowiedzieć jakoś na problem śmierci nawiązując do tekstów religijnych np. Św. Pawła. (dla mnie jako deistycznego prawicowego liberała jest to naturalny moment gdy irracjonalna zideologizowana lewica czerpie z przestarzałych religijnych wizji świata, dla p. Groysa to (typowo marksistowska) ciekawa koncepcja zaatakowania liberalizmu "z prawej strony" (jakby religijność stanowiła o prawicowości to co powiemy o wyrównywaniu społecznym Savonaroli).

Problem Groysa polega na tym, że jest on "człowiekiem totalnym" (napisał nawet szereg książek wymierzonych przeciw hipokryzji i jedną o Stalinie jako o Gesamtkunstwerk), tj. takim, który chciałby by człowiek żył w ramach jednej "spójnej" ideologii. Liberalizm, jak sam zauważa, oddający sferę śmierci/cykliczności religii nie jest w tym sensie spójny.

Pan Groys nie pojmuje (lu udaje, że nie pojmuje), że liberalizm nie polega na konsumpcjonizmie, lecz na wolności. Z założenia nie wtrąca się on do sfery prywatnej (Locke, Voltaire) i pozwala jednostce czcić to co mu się podoba uznając utylitarną moralną rolę religii (Burke), która jest dziełem ludzkim tak samo jak filozofia (Hume). Siła liberalizmu polega właśnie na tym podziale, i na tym braku pretensji do objęcia wszystkich sfer życia materialnego i duchowego, tak jak siła cywilizacji europejskiej polegała na tym, że prawo przyszło do na z pogańskiego Rzymu, Anglii i Skandynawii, a religia z Judei. Ten wewnętrzny niepokój intelektualny jest niesamowicie twórczy; a przynajmniej tak samo twórczy, jak wielki jest marazm świata muzułmańskiego, gdzie religia kontroluje wszystkie dziedziny życia (zupełnie jak komunizm czy nazizm/rasizm państwowy), a problem religijny roztrząsany przez imamów staje się od razu problemem społecznym. Liberalizm sprzeciwił się "politycznej władzy religii" (Pierre Manent) i chwała mu za to. Świat Savonaroli szczęśliwie odszedł do lamusa osierocając różne słabe umysły w rodzaju Groysa, odgrywającego rolę kieszonkowego Habermasa.

Kapitalizm państwowy kontra kapitalizm wolnorynkowy

W dodatku "Europa" do edycji NEWSWEEKa-Polska (paźdz. 2010 nr 10 (295) zamieszczono wywiad z amerykańskim politologiem, analitykiem i publicystą Ianem Bremmerem (ur. 1969), specjalistą w dziedzinie transformacji ustrojowych .



W wywiadzie z Maciejem Nowickim poruszył on wiele ciekawych tematów, spośród których dominującym była ekonomiczna walka świata kapitalizmu państwowego (reprezentowanego głównie przez Chiny, w których państwo opiekuje się firmami prywatnymi, a w mniejszym stopniu przez mało zdywersyfikowaną gospodarkę autorytarnej Rosji) z kapitalizmem wolnorynkowym USA i Europy (gdzie interwencjonizm państwowy jest tylko tymczasowym mechanizmem przywrócenia normalnego funkcjonowania wolnego rynku - co nie znaczy, że szefowie np. British Petroleum czy Goldman Sachs nie mieliby chrapki na jakąś formę państwowo-prywatnego monopolu).

Jest to walka nie tylko ekonomiczna, ale również konkurencja dwóch wizji państwa. Na Zachodzie, wg. Bremmera, wolny rynek jest zawsze połączony z prawami jednostki, stabilnymi zasadami prawa i z ustrojem demokratycznym, kapitalizm państwowy Chin daje sobie radę bez tego wszystkiego. Stosunki między Chinami a USA, Brenner widzi jako obraz wzrastającej nieufności - w czasie kryzysu Chiny dużo straciły na spadku siły nabywczej swojego największego odbiorcy towarów, firmy musiały zostać wzmocnione pakietem stabilizacyjnym z kasy państwa, co, wg. Bremmera wzmogło w Chinach wiarę w skuteczność kapitalizmu państwowego.

Bremmer jest zdecydowanym przeciwnikiem teorii o rychłym przegonieniu USA przez Chiny, gdyż te ostatnie raczej nadrabiają ekonomiczne opóźnienia (PKB per Capita: USA - 46381 $, CHRL - 3678) niż rzeczywiście ścigają się z USA.

Ian Bremmer wieszczy krótkoterminowy sukces kapitalizmu państwowego (większa stabilizacja polityczna niż wolnorynkowo-demokratycznej Europy czy USA, mimo możliwości zmieniania praw do woli), po czym ma nastąpić porażka kapitalizmu państwowego, ponieważ, jak twierdzi amerykański analityk, państwo nie jest najlepszym zarządcą gospodarki, a kapitalizm państwowy nie ma takiej siły ideologicznej jak komunizm, ponieważ nie opowiada potrzebom ideologicznym rzesz ludzi biednych i sfrustrowanych.



Na pozór rozumowanie Bremmera wydaje się spójne i klarowne; jeśli się jednak dobrze przyjrzeć widać w nich całą mieszankę rozmaitych demokratycznych amerykańskich mitów i pobożnych życzeń:

1. dlaczego p. Bremmer nazywa państwo kapitalizmu państwowego zarządcą gospodarki, skoro tak naprawdę aparat państwowy CHRL wtrącił się do niej dopiero w dobie kryzysu, a więc wtedy kiedy zrobiły to USA i kraje Europy?

2. Dlaczego ma być jakimkolwiek problemem i przyczyną niestabilności państwa to, że kapitalizm państwowy nie ma takiej siły ideologicznej jak komunizm, ponieważ nie opowiada potrzebom ideologicznym rzesz ludzi biednych i sfrustrowanych? Kapitalizm wolnorynkowy też tym potrzebom nie odpowiada, a jeśli chodzi o system prawny to konfucjańsko posłuszny Chińczyk czuje się równie dobrze pod rządem autorytarnym, jak Anglosas pod parlamentarnymi.

3. P. Bremmer ma absolutną rację, że kapitalizm może się obyć bez parlamentaryzmu, demokracji (choćby wilhelmińskie Niemcy z ich atrapowym parlamentem, czy Austro-Węgry, kartelowy system Włoch pod rządami duce), a nawet bez klarownych przepisów prawnych (pozostaje kwestia prawo zwyczajowe czy prawo skodyfikowane), więc skąd jego żądanie by odpowiadał on jakimkolwiek potrzebom ideologicznym? Kapitalizm to system ekonomiczny opierający się na wymianie, tak jak feudalizm na autarchii, oba systemy są ideologicznie neutralne (w XVII, XVIII i XIX wieku znakomicie współegzystowały i uzupełniały się).

4. stwierdzenie, że Chiny tylko nadrabiają opóźnienia, a więc tak naprawdę ich dwucyfrowy wzrost gospodarczy nie stanowi dowodu na przegonienie USA, jest co najmniej dziwne. Tajwan ma również dwucyfrowy wzrost gospodarczy, podobnie jest w Malezji, przy czym Tajwan jest krajem wysoce rozwiniętym gospodarczo. Można sobie wyobrazić Chiny AD 2050 z PKB per capita ok. 10000 $ i nadal dwucyfrowym wzrostem gosp. Można też być krajem z wielkim PKB per capita i mieć dwucyfrowy wzrost gospodarczy - wystarczy zacząć od redukcji budżetowych i obniżki podatków.

Wydaje się, że tekst ma raczej służyć "pokrzepieniu serc" europejskich i amerykańskich niż faktycznej ocenie sytuacji. Osobiście uważam, że chińskie połączenie kapitalizmu i silnej władzy autorytarnej za znakomity pomysł systemowy w sensie jego skuteczności (dotychczas w historii władze autorytarne i despotyczne - sułtani Maroka, szachowie Perscy - drenowały ludzi podatkami i nieustannie groziły utratą przywilejów i monopoli państwowych) , o wiele gorszym jest np. europejskie połączenie gospodarki wolnorynkowej z rozbudowanym systemem świadczeń socjalnych wynikającemu z typowego dla demokracji dążenia do wyrównywania szans i praw. A tak wygląda właśnie przyczyna obecnego anemicznego wzrostu gospodarczego europejskich socjaldemokracji (to, że dawna ekonomiczna lokomotywa Europy - Niemcy mają wzrost gosp. ledwie przekraczający 1 % jest wstydem i skandalem, a przykład np. Szwajcarii czy Norwegii pokazuje, że nawet w Europie z jej przesyconymi rynkami nie musi być tak dojmująco).

Na koniec ciekawostka: Ian Bremmer podał w wywiadzie również prawdziwą przyczynę kłopotów z Google w Chinach - nie chodziło o łamanie praw człowieka, lecz o chińską przeglądarkę Baidu, której marzy się chiński monopol. Nie oburzajmy się już więc na Sarkozy'ego, który woli spotkanie z chińskimi przedsiębiorcami niż z pewnym tybetańskim mnichem...