wtorek, 21 września 2010

Woody Allen, oświecenie, dorosłe myślenie i bielmo schodzące z oczu

Zazwyczaj ludzkie myślenie jest zakładnikiem różnych form, czy utartych schematów. Często np. mówi się, że ludzie uwięzieni w kanciastych bryłach myślą kwadratowo. Jednak to nie przestrzeń fizyczna zdaje się mieć tu kluczowe znaczenie, znacznie poważniejsze konsekwencje mają ograniczenia w myśleniu związane z rozmaitymi schematami kulturowymi.


Przykładem człowieka świadomego owych ograniczeń może być Woody Allen. W swoich filmach niejednokrotnie pokazywał on, ze nasz sposób myślenia o wielu sprawach nie przystaje do rzeczywistości (nie do „wymagań rzeczywistości” – bo to byłoby tworzenie nowych schematów tym razem modernistycznych, lecz do rzeczywistości jako takiej).

W filmie „Zbrodnie i wykroczenia” (Crimes and Misdemeanors) widzimy bogatego człowieka Judaha (znakomity Martin Landau), który żyje szczęśliwie z żoną, ale zdarzył mu się dwuletni romans. Gdy chce się z niego wycofać, kochanka imieniem Dolores (Angelica Huston) go szantażuje (że powie o wszystkim żonie, przy czym Judah uważa, że jego zona tego „nie przeżyje”). Przyparty do ściany ulega namowom brata by wynająć bandziora, który zamorduje Dolores. Po dokonaniu owego strasznego czynu, Judah oczekuje kary bożej (odzywa się odsunięty na bok judaizm na którym go wychowali), jest bliski załamania i przyznania się policji, lecz mija kilka miesięcy i znów czuje się szczęśliwy w gronie rodziny, którą niejako obronił przed niebezpieczeństwem (zdrada, skandal, rozpad), które sam na nią ściągnął. Zbrodnia zostaje przypisana włóczędze, który zabił 4 inne osoby („więc co za różnica jedna mniej czy więcej?”). Judah opowiada to w konwencji materiału na film (nie mówiąc oczywiście, ze chodzi o jego własny żywot) reżyserowi (w tej roli sam Allen), który twierdzi, że w takiej sytuacji zbrodniarz będzie przytłoczony przez odpowiedzialność, bowiem wybrał samodzielne kształtowanie moralności wyrzekając się boskiej. Judah na to: „tak, ale mam na myśli rzeczywistość” i wyraża opinię, że jego rozmówca naoglądał się za dużo filmów.



Skąd inąd wiemy, że ów reżyser (nie Allen lecz reżyser, którego Allen gra w „Brodniach i wykroczeniach”) ma kłopoty ze zrozumieniem rzeczywistości (cały czas osądza od czci i wiary szwagra producenta seriali, a sam kręci dokument o pisarzu Levi’m, który godzinami prawi o tym, ze ludzie powinni być szczęśliwi, że żyją po czym popełnia samobójstwo dyskredytując wszystkie nagrane przez reżysera taśmy).

Widz „Zbrodni i wykroczeń” myśli schematem antycznej tragedii; zbrodnia MUSI być ukarana! A gdzie to tak jest w życiu. Należy zaznaczyć, że Allen nie pochwala Judaha (podobnie jak nie jest lewicowcem-konstruktywistą i nie pochwala ateizmu, lecz poprzestaje na sceptycznym liberalizmie), lecz suponuje, iż prawdopodobnie uszłoby mu wszystko płazem.

Podobny żart z konwencji tragedii znajdziemy w „Hannah i jej siostry”; mąż Hannah (Mia Farrow), Elliot (znakomity jak zawsze Michael Caine) zakochuje się w jej siostrze Lee – i to z wzajemnością. Ma on oczywiście wyrzuty sumienia i myśli by przyznać się zonie do zdrady, lecz jako człowiek tchórzliwy ma tendencję do działania wbrew własnym myślom, a zgodnie z emocjami-popędami, więc się nie przyznaje i brnie w romans. Widz oczekuje tragedii, scen itp. lecz oto Lee sama zakochuje się w niejakim Douglasie, a Elliot jedynie początkowo smutny, powraca do żony, którą kochał bardziej niż myślał.


Antyczna tragedia jest źródłem naszych nieporozumień ze światem, jak każdy schemat nie pasujący do rzeczywistości. Czy grecy byli głupi i tego nie widzieli? Być może; w końcu 9/10 „Dialogów platońskich” to bełkot; ale może znajdowali oni uciechę w konstruktywizmie moralnym. Być może mądrości i popularność filmów Allena wśród elit umysłowych polega na m.in. zdejmowaniu bielma z oczu ludzi myślących schematami.


Minerwa - bogini mądrości jako symbol tolerancji wyznaniowej - rycina pruskiego artysty Daniela Chodowieckiego z XVIII wieku.

Religia niestety też jest takim właśnie schematem. Dopiero od czasów oświecenia (wyjęcie rozumu spod kurateli księży, dlatego do dziś religijna prawica zachowuje się jak banda rozjuszonych guwernantek) religii wyznaczono takie miejsce, że może ona czynić niemal wyłącznie dobro nie przytłaczając człowieka i nie zniewalając go zakazami i nakazami. Liberał Voltaire i konserwatysta Burke obaj traktowali religię instrumentalnie; jako twór ludzki, który ma polepszać życie społeczne a nie zwalniać od myślenia. Paul Henry Thiry, baron d'Holbach (1723-1789) próbował z kolei łączyć pragmatyzm z ateizmem i moralnością:

„...Ateista jest człowiekiem, który ma przyrodę i jej prawa; zna też własną naturę i wie, jakie obowiązki nakłada na niego...”.

D’Holbach nie doceniał moralnej siły religii, która jest jedynym moralnym fundamentem ludzi prostych nie mających czasu deliberować o etyce i pracować nad sobą w sposób intelektualno-etyczny. Warto jednak zwrócić uwagę na twierdzenie, iż ateista zna prawa przyrody; czyli zna rzeczywistość, podczas gdy człowiek religijny jej nie dostrzega mając całą głowę zapchaną gotowymi mądrościami przyczynowo-skutkowymi, których nie kwestionuje, lub rzadko kwestionuje.

Zawsze istnieje ryzyko, iż człowiek religijny jest moralny bo religia mu karze a nie dlatego, iż to przemyślał. Co najwyżej te obie moralności mogą się uzupełniać, ale jedna nie wynika z drugiej. W klasycznym katolicyzmie tylko księża zajmowali się obiema.

Tak wykpiwany przez koła katolicko-konserwatywne praktycyzm, jest jednak jak się zdaje najlepszym sposobem myślenia. Przykładowo ja jestem monarchistą (ale monarchia oświecona!), gdyż uważam, że monarchia implikuje lepszą organizację życia społecznego niż demokracja, a nie dlatego, że stanowi rodzaj powrotu do „szlachetnego” czegoś tam (p. Nikiel np. bredzi o oczyszczeniu serc niezbędnym do przywrócenia monarchii czyli o rekatolicyzowaniu niezbędnym do przywrócenia sojuszu ołtarza i tronu - a przecież najlepsi monarchowie nie byli dewotami, lecz traktowali religię praktycznie - czyli "instrumentalnie").

Na koniec warto zauważyć, że człowiek religijny myśli, że ateista czy deista (wierzacy w Boga ale odrzucający dogmaty religijne), którego też bierze za ateistę, musi znaleźć sobie „religię zastępczą”, prawdopodobnie dlatego, że sam nie mógłby żyć bez jakiejkolwiek religii; tj. bez sytemu, który zwalniałby go od myślenia (przychodzi tu na myśl to ciągłe narzekanie prawicy na intelektualną wyższość „lewicy”, przy czym jako lewica są tu rozmieni także wolnorynkowi liberałowie (co jest przekłamaniem, ponieważ prawicę w czasie rewolucji francuskiej tworzyli nie tylko dewoci/zwolennicy tradycji Ludwika XIV, ale przede wszystkim liberalni monarchiści - feuillanci z markizem de La Fayette na czele). Ta niższość intelektualna z pewnością nie dotyczy prawicy laickiej, czyli wolnorynkowych demo-sceptycznych liberałów, bo oni – Hume, Bastiat, Tocqueville, Mikke, Ziemkiewicz, R. Aron, Guy Sorman itd. jakoś się na to nie skarżą, ani objawów takiej niższości nie przejawiają – wręcz przeciwnie). Głupi ateiści z pewnością szukają religii zastępczej (Shaw – pacyfizm, M. Środa – feminizm, Hemingway i Sartre – socjalizm), lecz to dowodzi, że tak naprawdę nie są intelektualistami, lecz dewotami, którzy wyłączają myślenie i podążają za stadem (anty?)religijnym. Rozsądniejszym deistom i liberałom wystarczy bóg pojęty filozoficznie, podstawowa tolerancja, wolny rynek, umiłowanie ładu społecznego i swobodnej dyskusji - myślenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz