piątek, 26 marca 2010

Jan Rokita po konserwatywnemu

Pan Rokita uchodzi za prawdziwego "krakowskiego konserwatystę" i za takiego się podaje. Czy w RP wystarczy mieszkać w Krakowie by za takiego uchodzić?

Przede wszystkim zwraca uwagę jego megalomania:

O ile ja jestem w platformie szarą myszką, to Andrzej Olechowski jest kompletnie szarą myszką, która raz na dwa lata wpada do spiżarni, żeby podeżreć trochę mąki.


(swoją drogą trochę nieładnie mówić tak o założycielu PO)

A także jego nieustanne kreowanie się na tego jedynego kompetentnego trybuna ludowego i ucieleśnienie prawa:

Rząd, w którym wicepremierem został przestępca, skazany na półtora roku więzienia za napad, pobicie i poniewieranie drugim człowiekiem, to jest rząd który stracił moralne prawo do decydowania o losach mojej ojczyzny.


Polska polityka ma generalnie niską jakość i 90 proc. tego, co się mówi w polskiej polityce, polega na bulgotaniu


Na pewno p. Rokita posiada dużą wiedzę i doświadczenie prawnicze i jestem prawie pewien, że jego zatroskanie o Polskę i polską politykę są szczere, jednak dziwi mnie jego zaufanie pokładane w demokracji, jakoby mogła ona dojrzeć i podnieść się na wyższy poziom. Ten demokratyczny optymizm nie pasuje raczej do wizerunku konserwatysty, który powinien być demo-sceptyczny (jak np. p. Marcin Libicki: "demokracja (głosowanie większościowe) tak, ale jako sposób wyboru władz, a nie jako metoda ustalania ważnych kwestii prawno-moralnych") i raczej ratować co się da w obliczu triumfu najmniej konserwatywnego z systemów politycznych - demokracji - tworu protosocjalistycznych filozofów; van Endena, Spinozy i Rousseau (liberałowie Locke i Jefferson rozumieli demokrację jako zwykłą konserwatywną oligarchię).

Pan Rokita to człowiek bardzo zaangażowany w podnoszenie poziom polskiej demokracji, co przywodzi na myśl demoliberalną filozofię J.S. Milla czyli filozofię "dorastania do demokracji" - w ojczyźnie Milla - najstarszej po szwajcarskiej demokracji w Europie wybrana zostanie wkrótce partia która rządziła już wiele wiele lat i rządziła fatalnie, a nic to nikogo nie nauczyło - bo przewaga Conservatives niestety topnieje w oczach. Możemy się spodziewać koalicji niedołęgów z Labour P i LD.

Gdzież jest więc ten mityczny konserwatyzm pana Rokity????

Niezbędna dawka liberalizmu

Uważam konserwatyzm za skarbnicę połowy wiedzy tego świata, ponieważ konserwatyści piszą to co rzeczywiście myślą, w odróżnieniu od demokratycznych demagogów przypodchlebiających się motłochowi vel obywatelom. Konserwatyzm chroni człowieka przed wieloma szaleństwami, przypominając mu stale, ze jest omylny, jego plany mogą zawieźć, a historia jest nauczycielką życia w odróżnieniu od bardzo niedoskonałej filozofii i innych zgadywanek dotyczących tego co niepojmowalne - natury świata.

Jednakże czasami ubolewam, iż konserwatyści, choć jak by się wydawało, zupełnie impregnowani na fanatyzm, weń popadają. Dotyczy to zwłaszcza niestety tych, którzy nie zdają sobie sprawy ile w nich samych jest chrześcijaństwa a ile konserwatyzmu. Chrześcijanin, jeśli traktuje swą wiarę szczerze, jest najlepszym z ludzi - jest wysoce moralny i potrafi przebaczać, jednak ma jedną cechę, która może być w pewnych okolicznościach wadą - wierzy w pewien system społeczny i jest przekonany, że ów system pasowałby wszystkim ("ponieważ jest najlepszy i najbardziej moralny") nawet tym, którzy "jeszcze tego nie dostrzegając" wątpią czy zapragnęliby tego systemu.

Dwóch chrześcijan; dwie epoki. John Milton (ten od "Raju utraconego") walczył o wolność prasy i pochwalał (nawoływał też) Cromwella do zamknięcia "niemoralnych" teatrów londyńskich. Ryszard Legutko z kolei wątpi czy przestrzeń prywatna wydzielona przez Johna Locke'a - ojca liberalizmu, jest potrzebna w sytuacji gdy moralność obowiązująca jest przepełniona szacunkiem dla człowieka jako jednostki.

Nasza obecna cywilizacja jest w znacznej mierze cudem. Udało się stworzyć świat w miarę bezpieczny, tolerancyjny, higieniczny, ujarzmiono przyrodę itd. Wiem, ze wielu prawicowcom włos jeży się na głowie na samo słowo tolerancja, ale to dzięki niej się nawzajem nie mordujemy i warto o tym pamiętać. Przestrzeń prywatna jest zagrożona obecnie z dwóch stron; islamu - z jego niezwykle "moralnymi" kaznodziejami czyniącymi życie w krajach islamskich życiem trudnym do zniesienia (np. reportaż z "Najwyższego Czasu" z Egiptu, w którym kairski hotelarz stwierdzał, że w Egipcie żyć się nie da bo jednostka jest tam niczym) i (w o wiele mniejszym stopniu przez socjalistów i żarliwych chrześcijańskich konserwatystów). Tak krytykowany libertynizm XVII i XVIII wieku umożliwia nam dziś np. umówienie się na randkę z kim chcemy i kiedy chcemy. "Niemoralne"? - być może , ale ludzkie i potrzebne do szczęścia. W konfrontacji z islamem problemem jest nie to, że my jesteśmy nie dość moralni (i przez to np. dzietni), lecz że oni są ultramoralni czyli moralni do bólu.

Jeśli dopuścić "moralną" regulację w jednej dziedzinie natychmiast rozprzestrzenia się ona na pozostałe i mamy nieomal teokrację Kalwina. Oczywiście mogą istnieć kary za obrazę moralności publicznej, ale nie wiem czy jest sens czynić z nich jakikolwiek priorytet dla prawicy. W końcu kary te są jakby bratankami kar za np. całowanie się na ulicy, lub np. nieumyślne upuszczenie papierka po batonie "Mars".
Ciężko gardłować za jednymi nie uwzględniając drugich - a efekt zawsze taki sam - koniec wolności. Regulacja jest ukochanym dzieckiem antychrześcijańskich , ale równie "moralnie" żarliwych socjalistów, więc prawica nie powinna ich wspierać w atakach na liberalizm, lecz właśnie wspierać liberałów.



Oczywiście istnieje też ten drugi fałszywy demokratyczny liberalizm, który również stanowi prawdziwe zagrożenie dla prawdziwego liberalizmu. Łatwo je rozróżnić nawet nie tyle przywołując oklepaną "wolność do" (demoliberalizm) i "wolność od" (konserwatywny lub klasyczny liberalizm) Isaiaha Berlina, lecz XVII wieczne "wolnośći" angielskie - tj. konkretne swobody versus nieco rewolucyjną "wolność" (w l.pojedynczej) francuską, która jako mityczno-filozoficzna nie przystawała do rzeczywistości, choć poświęcono swobody na ołtarzu demokratycznego wszech-wtrącania się w życie codzienne ludzi.

Obrona konkretnych swobód, nawet jeśli wynikają one z pewnego rozluźnienia obyczajowego, wydaje mi się jedyną rzeczą o jaką naprawdę warto politycznie zabiegać. In vitro, homofobia-homopropaganda, eutanazja, aborcja dotyczą w zasadzie tylko bezpośrednio zainteresowanych, natomiast: biurokracja, drożyzna sztuczna (tj. wynikająca z VAT-ów, koncesji, podatków itd.), komplikacje prawne, utrudnienia komunikacyjne dotyczą wszystkich.

poniedziałek, 22 marca 2010

Socjał w USA - koniec potęgi?

Izba Reprezentantów amerykańskiego Kongresu uchwaliła ustawę o reformie opieki zdrowotnej. Zapewnia ona ubezpieczenia medyczne nieubezpieczonym Amerykanom i kładzie kres dyskryminacyjnym praktykom firm ubezpieczeniowych. Senat przegłosował reformę już wcześniej.



Izba uchwaliła ustawę stosunkiem głosów 219 do 212. Przeciw głosowali wszyscy Republikanie i ponad 30 Demokratów.

cd:
Kongres uchwalił reformę ochrony zdrowia

poniedziałek, 1 marca 2010

List z Paryża - Potęga regionalna

W Polsce lubimy dowcipkować sobie z rzekomo minionej potęgi Francji, ale czy słusznie? Wprawdzie Europa nie mówi już po francusku, jak w XVIII i XIX wieku, kiedy nawet Prinz Eugen von Savoyen i John Churchiil, ks. Marlborough (Blennheim - 1704) czy gen. Kutuzow i Weirother (Austerlitz - 1805) po francusku radzili jak zwalczać francuzów, lecz Francja nadal w jakimś senie jest mocarstwem nadal. Wymienię teraz argumenty i spostrzeżenia, które by tą tezę potwierdzały.



Lubimy się porównywać do Francji. Francuzów jest 60 milionów, nas - niemal 40 - niby różnica nieduża, nawet Sarkozy mówił, ze "tak jak Francja jesteście dużym narodem...wiec powinniście chcieć takiego a takiego systemu przeliczania głosów w EU" - pięknie nas podbudował monsieur Sarkozy! A przecież populacja ma się nijak do siły narodu. Konstatacja banalna, ale warto ja przypomnieć. Pytanie brzmi wiec, o ile jesteśmy słabsi od Republiki Francuskiej? Odpowiedź brzmi - dwunastokrotnie! Ponieważ budżet RF jest właśnie 12 razy większy niż budżet RP. Pamiętam za zajęć z dr. Igorem Kraszewskim (UAM), kiedy jeszcze byłem studentem, że budżet RP w 1700 roku równał się mniej więcej 7%-tom budżetu jakim dysponował Ludwik XIV, a więc - nihil novi.

Ale to porównanie Polska-Francja jest dla Francji zbyt łatwe i przewidywalne. A teraz może porównanie z USA? USA zresztą istnieje dzięki pomocy Francji (1778), bez której Brytyjczycy zgnietliby kolonialną bandę farmerów. Armia USA to ok. 1,3 miliona ludzi, Francji 700.000 ludzi. Niewielka różnica prawda? Brytania ma 430 tys żołnierzy, a RFN to już śmieszne 240 tys. Do tego francuska armia jest po brytyjskiej najlepiej uzbrojoną w UE. No i te 270 bomb atomowych i to uzyskanych nie z łaski USA tylko dzięki własnym badaniom.

Francja wygrała, w przeciwieństwie do nas II wojnę światową. Były: Bir-Hakeim i wjazd gen Leclerca do Paryża. Było udane paryskie powstanie. Nie było okupacji ZSRR. Wojna wygrana! Francja mogła uprawiać po wojnie politykę balansowania miedzy ZSRR a USA, na co Brytania nie mogła sobie pozwolić, nawet gdyby chciała.



Francja jest samowystarczalna żywieniowo; dobry i zróżnicowany klimat; i wino i alzacka pieczeń, a dodatkowo egzotyka posiadłości zamorskich.

Francja jest samowystarczalna kulturowo; ma własne kino, sztukę, kompozytorów, architektów, malarzy, którzy jako jedyni w całej właściwie Europie nie małpują Amerykanów.

Jest to kraj pogodzony ze swą historią. Koniec z XIX-wiecznymi tyradami ku czci Robespierre'a i wyśmiewaniem wersalskiej rozpusty - można pisać i pro i anty-rewolucyjnie.

Biurokracja? Socjał? Oczywiście! ale teraz nawet Obama gra w te gierki, wiec...
a na koniec - emigranci to żadne zagrożenie; elitę będą tworzyć biali z Azjatami i częścią Afroamerykanów, a bruki szorować reszta Afroamerykanów i muzułmanie. Afroamerykanie i Azjaci wyraźnie przejmują francuski sposób bycia, więc nie widzę problemu.

Tak więc trochę więcej szacunku dla kraju Ludwika XIV i de Gaulle'a!