wtorek, 23 lutego 2010

List z Paryża - the french way - czyli naród chory na biurokrację

Choć jestem germanofilem w szerszym kontekście (tj. z germanów najbardziej lubię Anglików i Holendrów), lubię też Francję i podziwiam jej kulturę; Moliera, Voltaire'a, Rameau, Dumasa(ów) itd. Wszystko to wspaniałe, ale jednej rzeczy u nich nie trawię - ich ducha biurokratycznego.

Podczas obecnego mojego pobytu w Paryżu natknąłem się na owego ducha kilkukrotnie. Wczoraj przyszedłem do Opery Garnier i chciałem - ni mniej ni więcej - tylko zrobić zdjęcie 4 statuom przedstawiających kompozytorów (Rameau, Lully, Gluck i Haendel), stojącym w hallu. Okazuje się, że już nie można do tego hallu wejść normalnie, tylko trzeba kupić bilet na zwiedzanie wnętrz opery - jakby to był co najmniej Versailles - a to młodziuchna XIX wieczna budowla! Poza tymi statuami to nie ma co oglądać - wszystko jak w operze np. poznańskiej, czy wiedeńskiej, do których można wejść normalnie - wiem bo kiedyś zwiedziłem Opera Garnier bez biletu - kilka lat temu Paryżanom nie odbiło jeszcze do końca...


posągi kompozytorów najbliżej Haendel, dalej Gluck, Lully i Rameau - zdjęcie zrobione z najbliższej "legalnej" odległości ze strony przestrzeni sklepu.

Tym razem do opery wszedłem przez sklep opery, gdzie kupiłem książeczkę o moim ulubionym Rameau, a stamtąd widziałem już upragnione rzeźby i mogłem im zrobić zdjęcie, jednak stałem zbyt daleko od nich by ujęcie było skuteczne, wiec chciałem postąpić kilka kroków do przodu, co okazało się impossible, bo w ten sposób wychodziłem z przestrzeni sklepowej. Na granicy siedziała cerberka i polowała na takich jak ja. Chciałem grzecznie kupić bilet i obszedłem cały budynek by skorzystać z "właściwego" wejścia - ale tam okazało się, ze muszę czekać z tymi, którzy kupują bilety na spektakle czyli ujrzałem przerażającą Warteschlange - wkurzyłem się i zrezygnowałem z całej operacji.


Opera Garnier



Najgorsza jest niechęć Francuzów do maciupeńkiego (przepuścić mnie 3 metry poza przestrzeń sklepową na kilka sekund pod kontrolą cerberki) naciągnięcia reguł. Czy to jest kraj wolności? Nie są oni w ogóle nastawieni na pomoc drugiemu. Coś co wykracza poza utarte reguły wywołuje zdziwienie. Przedstawiciel prawdziwego narodu wolności - pewien Anglik zapędził się w te rejony co i ja chciałem i został zawrócony okrzykami francuskiej cerberki; ze nie wolno tamtędy, a on na to:

-why not?
Ja na to: - it's a good question!
on: - it's always good question!
Opowiedziałem mu o mojej prośbie i frustracjach (byłem juz po lekkim nagadaniu cerberce, że: "wy Francuzi jesteście straszliwie biurokratyczni" - wyprowadzić mnie z równowagi jest dość ciężko, ale im się udało), po czym jego partnerka (żona lub przyjaciółka) - nota bene Francuzka, zaczęła mi i pośrednio także niemu tłumaczyć, że "nie, bo to trzeba tak i tak, tam jest drugie wejście itd..."
on na to do mnie: well, It's the french way
ja: yes, very french...
ona (francuska towarzyszka Anglika): pffff

Właśnie wolność dla Francuzów (La pays de la liberte - koń by się uśmiał) to: pfffff. Oni nawet już tego nie rozumieją, że nie trzeba się wszędzie ustawiać, numerować, czekać i dostosowywać do reguł. Tylko Anglik mnie zrozumiał - i to w lot!
it's always good question czemu nie wolno tego, czy tamtego, co nikomu nie szkodzi, a mnie pomóc może - tak mówi naród wolny, a jak pomyślę, ze Brytyjczycy nie mają dowodów osobistych, to wręcz kocham ten naród! Dla Anglików wolność to konkretne swobody, dla Francuzów - ujadanie na Ludwika XVI, choć za jego czasów nawet kanapki sprzedawano na sali operowej i w ogóle był większy luz.

To samo w BNF czyli narodowej bibliotece Francji. 2 i pół godziny czekania by dostać kartę wstępu dla researchera i potem rozmowa z przedstawicielem BNF. W analogicznej rozmowie w Londynie z przedstawicielem British Library (czekałem 10 minut) we wrześniu ubiegłego roku, Anglik wczuł się w moją sytuację i dał mi rady z czego jako historyk mogę skorzystać, gdzie są manuskrypty, gdzie mikrofilmy a gdzie opracowania. Francuz teraz skupił się na ustaleniu mojej tożsamości i dał mi kilka rad, które były raczej bez wartości. problemem nie była bariera językowa, bo gadałem z nim po francusku (on, jak sam mówił: "very few english", czyli: parlait tres peau anglais), lecz umysłowa - nastawienie na kontrolę, nie na pomoc jednostce.



BNF bibliothèque du site François-Mitterrand

W BNF, inaczej niż w BL, trzeba rezerwować miejsce na dany dzień, co wyklucza jakąkolwiek elastycznosć pracy i planowania dnia. Jak raz dostałem jeden mikrofilm, to okazało się, że muszę dostać miejsce przy odpowiedniej maszynie, a co za tym idzie - nie dostać już normalnego, tylko po zakończeniu korzystania z mikrofilmowej maszyny, zgłosić zakończenie korzystania i otrzymać normalne miejsce. Bibliotekarz, który załatwił mi miejsce przy maszynie mikrofilmowej nie wiedział, ze mnie do niej nie wpuszczą z książkami, bo tych nie można wynosić poza... blablabla. Musiałem chwilowo oddać książki by pójść 10 metrów dalej z mikrofilmem - znowu to co w operze! A właściwie to było wcześniej chronologicznie o kilka dni. Znowu; reguły i utrudnienia. Teraz wiem, ze najlepiej o nic nie pytać, to nikt ci nie zwróci uwagi. Ale naiwnie pamiętałem z Anglii, ze bibliotekarze są empatyczni. Ci - mniej.


czeluści BNF-u

To nie koniec utrudnień, których BL i Anglia nie znają. Dodatkowo sprawa muzeów. Zwykle nie daję się nabrać na chwyty reklamowe, ale tu raz postanowiłem skorzystać, że muzea państwowe, w pierwszą niedzielę miesiąca są darmowe, ale akurat Musee de L'Armee w Hôtel des Invalides - nie - myślałem, że ich kopnę w tyłek! Co miałem robić kupiłem bilet i tyle. Ale sama zasada, jest znów symptomatyczna. Muzea są odpłatne (w Londynie wszystkie państwowe muzea są darmowe z wyj. Mme Tussauds, dzięki pani Thatcher) to niech już będą i koniec, bez takich ochłapów dla ludu!


wojak z czasów Ludwika XV

W Paryżu ludzie są generalnie mili, o wiele lepiej wychowani niż w Polsce, mówią po angielsku często lepiej niż w Polsce i lubią turystów (stereotypy ne fonctionnent pas en ce cas), ale duch kontroli ciągle gdzieś się czai. Czuję się czasem jednak (mimo znajomości francuszczyzny) brytyjskim turystą w obcym mieście...

Hôtel des Invalides

piątek, 19 lutego 2010

List z Paryża - lewicowość po Francusku

Piszę właśnie z Paryża, gdzie zdarzyło mi się dwa razy zawędrować na wspaniały rumsteack do knajpki "Saint Andre" leżącej na rogu ulicy o tej samej nazwie i rue Seguier. Siedząc w środku zauważyłem tablicę upamiętniającą niejakiego Georgesa Pitarda zamordowanego przez nazistów we wrzesniu 1941 roku. Był zakładnikiem (dokładnie znajdował się jak głosi tablica: dans la premier groupe d'otages). Na tą "rolę" świetnie się nadawał; był powszechnie szanowanym prawnikiem. Był też członkiem partii komunistycznej i doradzał prawnie syndykatowi czegoś tam; nie to jest tu istotne - tylko to, że był to mieszczanin, człowiek na pewno szanowany i zamożny urzędujący w pięknym biurze, w którym zapewne był wspaniały gabinet a jednak czerwony...



Pomyślałem sobie wtedy; "Monsieur Pitard-komunista", ale nie taki jak np. "Che" lub Mao, nie barbarzyńca, lecz taki człowiek, z którym można by pogadać przy kawie (no może tylko nie o polityce) to nie bolszewik, lecz raczej Św Franciszek. Była zamożny i chciał się podzielić... dlatego został komunistą - i jak teraz wygląda Herr Marx i jego punkt widzenia i siedzenia???



Zrozummy więc Francję. Tam lewica nosiła meloniki i drogi płaszcze. Tam nie straszyła nacjonalizacją, czystkami - tego Francja nie zna ! (no chyba, ze mówimy o czasach bardzo dawnych - 1789 na przykład), ale współczesna Francja jest wolna od takich kwestii. Zresztą ten kraj jest o wiele bardziej w zgodzie ze swoją historią niż nasz. Ulice Voltaire'a, Diderota, Dantona, Malesherbesa, Colberta jakoś się ze sobą nie "gryzą". My znamy komunizm sowiecki - podły i bezlitosny-zezwierzęcony. Francuzi - komunizm , jako jedną z wielu interesujących koncepcji politycznych, nie do przyjecia dla rozsądniejszych, ale nie jako coś prowadzącego do katastrofy, lecz jako nieco utopijny system w kwestiach gospodarczych; moralnie jednak na poziomie chrześcijańskiej, florenckiej "Misericordia".

a tu przy okazji wspomniana knajpka:



gorąco polecam

niedziela, 14 lutego 2010

Tomasz Gabiś i dziwaczne pomysły postprawicowo-poskonserwatywne

Kontynuując podróże po różnych współczesnych pomysłach prawicowych ostatnio poruszyłem problem personalizmu w ujęciu prof. Kieresia. Jego poglądy przesycone tzw. ładem chrześcijańskim są mało klarowne, ale na pewno mogą stanowić jakąś opcję dla tradycjonalistów i konserwatystów.

Nie da się tego powiedzieć o tym co proponuje p. Tomasz Gabiś. Tak jak jego euroentuzjazm ma pewną wartość jako próba odwojowania EU z rąk robespierrystów typu D. Cohen-Bendita, to jednak jego - że tak powiem - kulturowy obraz współczesnego człowieka prawicy , czy człowieka ładu - albo jak on sam pisze - "postkonserwatysty" jest co najmniej dziwaczny.

Manif(i)esta postkonserwatywna T. Gabisia


Gabisiowy postkonserwatysta to taki filozof ładu, który wałęsa się po ulicach i zachowuje/ konserwuje co się da bez ładu i składu, ciesząc się, że udało mu się dziś stworzyć kolejną wysepkę ładu w oceanie bezładu porewolucyjnego. Godzi się on z tym, że tego oceanu nie osuszy, więc zadowala się swoimi wysepkami.

Postkonserwatysta p. Gabisia to sceptyk wątpiący w możliwość zrekonstruowania świata prawicy w oparciu o Kościół, armię, arystokrację czy mieszczaństwo. Jak widać dla p. Gabisia konserwatyzm klasyczny to nie idea, lecz działania czynników ładu na przestrzeni dziejów. Ciekawe... Ja uważam, że każdy przeciętniak może zostać konserwatystą, bo jest to idea ludzi oszczędnych, zapobiegliwych i odpowiedzialnych, a to przemawia nie tylko do generałów czy biskupów, ale i do przeciętniaków.

Gabisiowy postkonserwatysta czyta dużo literatury; głównie bezwartościowej:

Postkonserwatysta uwielbia intelektualny bricolage — czyta sobie Evolę czytanego przez Derridę i Derridę czytanego przez Evolę, Foucalta przez Szasza i Szasza przez Foucaulta, Gehlena przez Baumana i Baumana przez Gehlena, Rorty`ego przez Schmitta i Schmitta przez Rorty`ego, Dugina przez Kingę Dunin i Kingę Dunin przez Dugina, Chestertona przez Vattimo i Vattimo przez Chestertona, Krąpca przez Ciorana i Ciorana przez Krąpca, Gombrowicza przez Jeske-Choińskiego i Jeske-Choińskiego przez Gombrowicza, Stasiuka przez Iwaszkiewicza i Iwaszkiewicza przez Stasiuka.

I tak sobie żegluje po głębokich, zmąconych i wzburzonych wodach idei, koncepcji i estetyk, pozwala im nawzajem się oświetlać i odsłaniać braki oraz złudzenia, przygląda się z uwagą i zadowoleniem, jak rzucają na siebie podejrzenia, jak się nawzajem demaskują, skaczą sobie do gardła, gryzą, osłabiają i wykrwawiają. A on sobie potem coś znajduje na pobojowisku i magazynuje w swojej szopie.

Nie ma tu ani jednego autora, który by przedstawiał swoje poglądy w sposób w miarę uporządkowany. Na tym nie da się niczego zbudować. Jest to spis ultranowoczesny; nie ma tu nic starego, ergo - mądrego, bo po czym poznać, że np. Machiavelli, Voltaire czy Tocqueville są coś warci ? - po tym, że po 500-200 latach czyta się ich. O tych autorach zapewne za 50 lat nikt nie będzie słyszał - bo nic nie wymyślili - to są impresje na impresjach czyli chimery intelektualne (może z wyj. Chestertona).

Poza tym prawicowiec nie powinien być jakimś "Sartre'm na opak" czy filozofem ładu, lecz prostym człowiekiem, który chce by jego dzieci uczyły się czegoś przydatnego w szkole, by w tej szkole nie lali ich mniej zdolni a zepsuci koledzy, by było w miarę bezpiecznie na ulicach, a rząd był oszczędny w wydatkach.

Najbardziej wartościowy fragment omawianego tekstu p. Gabisia to: Uwaga na portfele! Znowu mówią o demokracji, prawach człowieka i wrażliwości społecznej

Takie hasła powinna nieustannie stosować partia prawicowa. Prawica to nie ma być klub filozofów w skórzanych kurtkach (wychodzi sartryzm-pokolenizm 60' i brechcizm p. Gabisia), lecz silna partia, która wyrwie miliony naiwniaków ufających lewicy z jej łapsk; konserwatywny tradycjonalizm+ oszczędna i liberalna gospodarka.

Profesor Henryk Kiereś, liberalizm i kwestia personalizmu

Henryk Kiereś (ur. 2 lutego 1943) - profesor KUL, polski filozof, bardzo chwalony przez p. Verusa, jest zwolennikiem stosowania podziału sposobów życia społecznego na dwa rodzaje:

1. cywilizację personalistyczną czyli łacińską
2. cywilizację gromadną czyli socjalistyczną

Ta pierwsza została, według niego zbudowana na bazie arystotelesowskiego realizmu politycznego, rzymskiego prawa i chrześcijańskiej koncepcji społecznej. Dla personalisty "polityka" to konkretne działania mające na celu rządzenie (zarządzanie) państwem, a "partia" - to tylko prywatna opinia na jakiś temat. Ludzie łączyli się raczej pod względem zawodowym - stanami, a nie wiarą w taką czy inną utopię (program partyjny).

Cywilizację gromadna czyli socjalistyczna, według prof. Kieresia to pewna liczba systemów politycznych zbudowana na platońskim idealizmie implikującym tworzenie utopii politycznych (dla uszczęśliwienia ludzkości), stąd w owej cywilizacji "partia" to pewna grupa wyznająca i oferująca konkretna utopię (liberalną, socjalistyczną, faszystowską, anarchistyczną etc.), a "polityka" to przechwycenie władzy i wdrażanie utopii. Prawica i lewica mają jako pojęcia sens jedynie w owej cywilizacji socjalistycznej.

Prof. Kiereś nie uważa więc prawicowców za obrońców łacińskości, lecz za reprezentantów cywilizacji socjalistycznej darzących sentymentem trad. wartości. Jednocześnie uważa konserwatyzm za prawicę (prawe skrzydło cywilizacji socjalistycznej) i za coś poza nią stojącego, gdyż jest sceptyczny co do konserwatywnego liberalizmu łączącego łacińskość z gromadnością, co jest jego zdaniem nie do pogodzenia. Tu właśnie sprawa się komplikuje. Rodzą sie pytania:

Kim są konserwatyści? (obrońcy łacińskości czy utopiści)
Czy monarchowie średniowieczni byli personalistami?
Czy Ludwik XIV nim był?
Czy liberalny monarcha jak np. Józef II był jeszcze personalistą czy już socjalistą?
Dlaczego liberalizm ekonomiczny nie da się, jego zdaniem, pogodzić z konserwatyzmem (personalizmem?) społecznym, tzn. czemu uważa on, że liberał (czyli "utopista" ekonomiczny) nie może być personalistą

Osobiście jestem właśnie zwolennikiem silnej monarchii, która uznaje jednak pewne liberalne wartości (wolność od cenzury, tolerancję etc.). dlatego prof. Kiereś stawia mnie w dziwnym położeniu; z jedną nogą w personalizmie a drugą w "socjalizmie".

Według prof. Kieresia "socjalizm" zaczął dominować wraz z modą na filozofię Platona (renesans), a więc z pojawieniem się wiary w możliwość ulepszenia świata. Rzymianie nie chcieli go ulepszać. Nie da się także powiedzieć by jakiś średniowieczny rex ambulans chciał to czynić. Czasem potrafili oni uprawiać politykę na sposób personalistyczny (a więc dobrze zarządzać, a nie przerabiać i reformować) a czasem im to nie wychodziło, ale sama idea personalizmu wydaje się być po prostu pochwałą zaniechania używania ludzkiego rozumu dla polepszania jakości życia. Wiadomo, że ludzki umysł jest zawodny, jednak czy nauka o dobrym rządzeniu da się oddzielić od idei reformatorskich ? Hasła personalizmu brzmią dobrze ( "każdy człowiek jest celem polityki"), ale czy jest moralne zaniechanie starań o polepszenie losu ludzkiego?