czwartek, 23 grudnia 2010

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!



Hallelujah!

wtorek, 21 grudnia 2010

Kolejna recenzja mojej książki o XVIII-wiecznym Londynie

Kolejna recenzja mojej książki: "Światowa metropolia. Życie codzienne w osiemnastowiecznym Londynie".


Piotr Napierała, Światowa metropolia. Życie codzienne w osiemnastowiecznym Londynie, Novae Res, Gdynia 2010. ISBN 978-83-61194-43-9

"...Niezbyt obszerne, ale ciekawe kompendium wiedzy o osiemnastowiecznym Londynie zadowoli wszystkich tych, którzy fascynują się historią Anglii, a także tych, którzy kraj ten znają z powieści Jane Austen czy sióstr Bronte. Autor podzielił książkę na kilka rozdziałów opisujących, między innymi: politykę, tło historyczne, wydarzenia kulturalne, postrzeganie obcokrajowców przez Anglików i vice versa, rolę kobiet, fenomen popularności Haendla. Rozdziały ilustrowane są adekwatnymi fotografiami związanymi tematycznie z zagadnieniem aktualnie omawianym przez autora. Całość napisana jest przystępnym językiem i nie przytłacza nadmiarem informacji, zagęszczeniem faktów historycznych czy hermetycznością języka....".


zobacz dalszy ciąg


A oto nieco dawniejsza recenzja:

"...Bardzo cieszę z pojawienia się na rynku wydawniczym nowej pozycji dotyczącej życia codziennego. Tym razem czytelnik zostaje przeniesiony w czasy osiemnastowiecznego Londynu. Dzięki autorowi przenosimy się w przeszłość i wędrujemy uliczkami osiemnastowiecznego miasta. Poznajemy ówczesne domy arystokracji, dzielnice biedoty, sklepy, tawerny, zajazdy, targi, giełdy, pałace, teatry, ogrody. Czytamy o angielskiej ksenofobii, wrogości Anglików do cudzoziemców, popularnych rozrywkach, codziennych zwyczajach i przyzwyczajeniach, warunkach życia, higienie, ówczesnej przestępczości i wymiarze sprawiedliwości. Zaznajamiamy się z opinią publiczną tamtych czasów i prasą. Nie ominiemy także tematów ze świata polityki, bowiem w mieście miał siedzibę parlament. Poznamy sławne osobistości odwiedzające Londyn, dwór, grające pierwsze skrzypce w polityce czy sztuce. Wymienić tu należy miedzy innymi: malarza Williama Hogartha, Roberta Walpole’a, Samuela Johnsona, Beniamina Franklina. Wśród odwiedzających Londyn było wielu Polaków. Jeden z rozdziałów poświęcony jest Georgowi Friedrichowi Händlowi i jego powiązaniom z Londynem. Autor poświęca również nieco miejsca modzie, kobietom i ich miejscu w ówczesnym społeczeństwie oraz sposobowi życia. Poznajemy również londyńczyków od strony moralności i ich powiązań z kościołami.



Wraz z upływem stron wzrasta ciekawość u czytającego. Wiele tu znaleźć, bowiem można ciekawostek i anegdot. Uwagę przyciągają szczególnie rozdziały poświecone obyczajom. Dowiadujemy się o rozkładzie dnia typowego zamożniejszego londyńskiego mieszczanina, edukacji, angielskiej kuchni, zarobkach i ówczesnych cenach. Służący pomagający przy karecie ośmiu służąca pracująca ośmiu domu dostawali około ośmiu funtów rocznie, a pensja pierwszego lorda skarbu wynosiła około 4000 rocznie. W latach 1740-1770 można było upić się w pubie dżinem za dwa pensy, kupić bochenek chleba za pensa, zjeść obiad za osiem pensów, zapłacić 10-15 szylingów za perukę. W tym funt szterling = 20 szylingów = 240 pensów. Dowiadujemy się, że damy angielskie miały słabość do cudzoziemców cudzoziemców, że w XVIII wieku posiadanie dzieci uważano za podstawową funkcję małżeństwa. Za problemy przy porodzie lub słabowite dziecko obwiniano kobiety. To tylko niektóre kwestie wymienione w książce...".

z: http://slowemmalowane.blogspot.com/2010/07/piotr-napieraa-swiatowa-metropolia.html

Dziękuję za obie recenzje.

dla zainteresowanych nabyciem książki

wtorek, 14 grudnia 2010

Rządy patrycjatu w przedrozbiorowym Poznaniu na tle innych miast europejskich

Mój opublikowany artykuł o wczesnonowożytnym Poznaniu.




Piotr Napierała, "Rządy patrycjatu w przedrozbiorowym Poznaniu na tle innych miast europejskich", w: W. Łazuga, S. Paczos, Poznań-Szczecin-Wrocław, Trzy uniwersytety, trzy miasta, trzy regiony, Libron Kraków 2010, s. 397-412. ISBN: 978-83-62196-13-5

Ustrój wielu miast europejskich czasów nowożytnych jest dobrze znany historiografii, lecz rzadko dokonuje się porównań miedzy systemem władzy w poszczególnych miastach i miedzy sytuacją polityczną w jakiej się owe miasta znajdowały.
Na przełomie XIII i XIV wieku Poznań pod względem gospodarczym i politycznym należał już do warstwy kupieckiej pochodzenia śląsko-niemieckiego, a po części także czeskiego . To obce pochodzenie spowodowało było jedną z przyczyn zatargu z rycerstwem polskim i królem Władysławem I (bunt wójta Przemka). Istniały jednak również lokalne rody patrycjuszowskie, jak Naramowscy, którzy dzielili się władzą i wpływami z takimi przybyszami jak śląska rodzina Zytów (Sitten ?) i Strosbergów, Peszlów i prawdopodobnie przybyłymi z Niemiec Fafkami (Phaffe). Prawie zawsze scenariusz ich marszu ku bogactwu i wpływom był podobny. Przybyły z zagranicy kupiec lub rzemieślnik gromadził dobra, dzięki swej profesji, następnie drugie lub trzecie pokolenie lokowało majątek w ziemi, a tą z kolej traciło zwykle na spekulacjach lub z wianem córek . Stąd w XVI wieku już zupełnie inne rody trzęsły Poznaniem, m.in. Heltowie rodem z Norymbergii i von Endowie z Akwizgranu, a także Szylingowie, których główna gałąź współtworzyła mieszczańską elitę Krakowa.

Przed przywilejem Zygmunta I z 1518 roku sprawami miasta Poznania kierowali wójt z ławnikami, czyli sędziami (utrzymanie porządku w mieście) i burmistrz na czele rady miejskiej (sprawy administracyjne). Królewski przywilej nadał miastu bardziej demokratyczny ustrój. Odtąd starsi cechowi (kolegium dwunastu mężów) mogli wybierać swoich 24 kandydatów na burmistrzów. Tych zaś miało być dwóch, których z owych 24 wybierał starosta generalny (zwykle 21 września dokonywał owego wyboru). Pierwszy burmistrz sprawował swą funkcję od września (jeśli wybory odbyły się terminowo) do Wielkiej Nocy roku następnego, czyli przez około pół roku, a jego kolega od Wielkiej Nocy do wyznaczenia przez starostę składu nowej rady. Aktualnie przewodzącego radzie nazywano „prezydującym” (presidens) czyli prezydentem miasta. Burmistrzom przydzielono do pomocy 6 ławników, stanowiących nową, zmieniającą się z każdymi dwoma kolejnymi burmistrzami, radę miejską. Ława z wójtem (też wybierani co roku) na czele przetrwała jako organ władzy sądowniczej. Ustrój ten stanowił silny kontrast z Krakowem, gdzie władza znajdowała się stale w rękach kilkunastu osób. Krakowski model patrycjat poznański próbował bezskutecznie wprowadzić przed reformą Zygmunta I. Dopiero 7 sierpnia 1693 roku Jan III Sobieski wprowadził dożywotnią radę miejską, co wzmocniło ten organ a osłabiło wpływ cechów. Właśnie temu okresowi po 1693 roku poświęcony jest przede wszystkim ten artykuł.

Wyrok królewski 1693 roku stanowił prawdziwą odgórną rewolucję. Bezpośrednim powodem tej decyzji była skarga instygatora koronnego Gilbaszewskiego wniesionej do sądu asesorskiego. Instygator stwierdzał, ze coroczne wybory wynoszą do władzy ludzi słabo wykształconych, nieudolnych i co gorsza nieskutecznych (w 1692 roku tłum podburzony przez szlachtę złupił ratusz zupełnie nie licząc się z powagą władz miasta). Od 1693 roku nadal urzędować miało 2 burmistrzów po pół roku każdy, którzy mieli do pomocy 10 dożywotnich rajców. Ława sądowa z arcyławnikiem (nowy urząd) na czele i dożywotni ławnicy pełnili funkcje sądownicze. Wójt zyskał prawo głosowania i zabierania głosu na zebraniach rady miejskiej, nawet kiedy nie omawiano spraw sadowych, lecz administracyjne. Wójta wybierała rada, ona też dobierała skład kolegom dwudziestu mężów (szefów cechów i szanowanych mieszczan) również zasiadających dożywotnio w kolegium. Kolegium przewodniczył – na wzór rzymski – trybun ludowy. Dotychczas funkcję kolegium pełniło tzw. pospólstwo – organ liczniejszy (60 osób), lecz wyłącznie cechowy. Rezultatem była większa różnorodność opinii i wyjście z tyranii cechów.

Co roku wybierano 2 burmistrzów i wójta. Burmistrzów wybierał starosta generalny Wielkopolski spośród 4 rajców wytypowanych przez wójta, arcyławnika, ławę, trybuna i reprezentantów kolegium. Gdyby starosta nie mógł tego uczynić, wówczas uczyniłaby to sama rada. Przywilej Jana III ustanawiał też zasadę, że w razie śmierci rajcy, rada wybierała na jego miejsce któregoś z ławników, a ława zatykała powstałą lukę przedstawiając do wyboru radzie dwóch wytypowanych członków kolegium. Rada podporządkowała sobie też cechy. Każdy cech przedstawiał 4 kandydatów na starszych cechowych, z których rada wybierała dwóch. Starsi cechowi nie mogli już jednak, jak dotychczas brać udziału w wyborach rajców i wypowiadać się o polityce, chyba, że jednocześnie należeli do kolegium 20 mężów – uznanym za jedynych reprezentantów ogółu obywateli. W ten sposób urzędnicy dostali pod swój but ludzi przedsiębiorczych, a demokrację miejska zastąpiła oligarchia, co było typowe dla wielu miast polskich tej epoki, a co w Krakowie, jak wiemy nastąpiło już dużo wcześniej. Powołując się na przywilej z 1693 roku, rada uchwaliła w 1711 roku wilkierz, przydzielając każdemu cechowi jednego deputata rady miejskiej, bez obecności którego cech nie mógł obradować. Deputat był więc de facto szpiegiem rady. Finanse miasta podlegały 3 reprezentantom (po jednym) rady, ławy i kolegium . Ten stan trwał aż do zmian wprowadzonych przez Komisję Dobrego Porządku w 1779 roku.
Dożywotniość urzędów miejski pogłębiła podziały między „trzema porządkami” (rada, ława, kolegium); dwoma elitarnymi i jednym plebejskim. Mimo, iż ławnik mógł zostać rajcą, a członek kolegium – ławnikiem, wiadomo, że będzie się to zdarzało rzadko.
Porządek Jana III oznaczał, że wpływ ludzi aktywnie zajmujących się działalnością gospodarczą na sprawy miasta zmniejszy się, zaś bogatych patrycjuszy – rentierów ulegnie znacznemu zwiększeniu . Podobne zjawisko nastąpiło w tych czasach w kraju, a właściwie w federacji na wpół niezależnych krajów, w których miasta często pełniły, pod każdym względem, rolę pierwszoplanową – w Republice Zjednoczonych Prowincji Niderlandów.

Mieszkańcy Republiki Zjednoczonych Prowincji uważali się za ludzi wolnych mieszkających w wolnym państwie, jednak władza w nich była faktycznie zmonopolizowana przed tzw. „regentów” – regenten. Byli to członkowie potężnych wzbogaconych na handlu, bądź produkcji (traffieken - manufaktury) rodów. Tak pisał o nich w 1740 roku pewien Anglik od dawna zamieszkały w Republice:

„…Rządy mają arystokratyczne, przeto nie należy rozumieć owej tak bardzo zachwalanej wolności Niderlandczyków w znaczeniu powszechnym i absolutnym, lecz cum grano salis. Burmistrzowie i senat stanowią władzę; jeśli wskutek czyjejś śmierci otworzy się wakans, burmistrz poczytałby sobie za wielką obrazę, gdyby jakiś rozdrażniony mieszczanin ośmielił się szemrać przeciwko osadzeniu na tym stanowisku jednego z synów lub krewniaków onegoż burmistrza …”.

Ich sposób życia był w XVII wieku typowy dla zamożnych mieszczan (skromne jadło, mieszkanie w kamienicach, najwyżej jeden sługa podający posiłki i napoje), by z czasem coraz bardziej upodabniać się do stylu życia cudzoziemskiej szlachty (nabywanie majątków ziemskich, wykwintne dania, francuskie surduty i peruki). Spośród 24 regentów zajmujących w latach 1718-1748 stanowisko burmistrza Amsterdamu, tylko 2 było czynnymi kupcami. Zamach oranżystowski z 1748 roku, zmienił nieco te proporcje, aż 13 z 37 burmistrzów z lat 1752-1795 było albo czynnymi kupcami, albo ludźmi dopiero co porzucającymi profesje kupca (np. w związku z obowiązkami burmistrza).

Nie we wszystkich prowincjach górne piętro drabiny społecznej zajmowali regenten, w prowincjach pozbawionych dostępu do morza o zdecydowanie rolniczej gospodarce ich rolę grała typowa ziemiańska szlachta, podobna do niemieckiej. Chociaż dewizą zawiązanej w 1581 antyhiszpańskiej unii utrechckiej, która powołała do życia Republikę Zjednoczonych Prowincji było: Eendracht maakt macht (W jedności siła), to już w wieku XVII wiadomo było, iż Utrecht, Holandia, Zelandia, Overijsel , Fryzja, Groningen i Geldria tworzą raczej rodzaj politycznego sojuszu niż faktyczną federację. Prowincje miały oddzielny skarb i siły zbrojne , władzę ustawodawczą –stany prowincjonalne. Tym co łączyło poszczególne prowincje była legenda Domu Orańskiego, bowiem to pod wodzą Wilhelma I Orańskiego (1533-1584) Holendrzy oderwali się od Hiszpanii króla Filipa II.

Do 1650 stadhouderzy wybierali skład rad miejskich, potem uprawnienie to przejęły Stany Generalne, a więc de facto regenci, przeciw czemu w XVIII wieku zaczęli protestować rozmaici „demokraci” lub „patrioci” chcący ich wybór uzależnić, jak to było w średniowieczu, od woli lokalnych gildii lub cechów, lub od głosowania mieszkańców.

Faktycznymi przywódcami regentów, jako warstwy społecznej byli wielcy pensjonariusze (rodzaj głównych radców) prowincji Holandii i Zelandii (tzn. najsilniejszych ekonomicznie prowincji, w których w dodatku regenci stanowili elitę) - Raadpensionaris van Holland/Zeeland. W czasach gdy nie było stadhoudera (1650-1672 i 1702-1747), lub gdy ich pozycja była słaba (nie byli namiestnikami wszystkich prowincji, lub nie mieli charyzmy) pensjonariusze byli głównymi decydentami politycznymi Republiki. Do Orańczyków odwoływano się w sytuacjach zagrożenia. Wówczas niechętni im regenci godzili się (pod naciskiem biedoty i duchownych) uznać ich namiestnictwo, co wiązało się z uznaniem ich naczelnymi dowódcami sił zbrojnych Republiki. Za Orańczykami murem stała biedota miast i chłopi, liczący na ich ochronę przez zdzierstwem regentów i duchowni kalwińscy uważający regentów za zbyt liberalnych. Historia Republiki to w dużej mierze dzieje zmagań regentów (w tym pensjonariuszy) z namiestnikami z dynastii Orańskiej.
Regenci nigdy nie cieszyli się sympatią tłumów, wręcz przeciwnie uważano ich powszechni za chciwców. W XVII wieku wyjątkiem od reguły był cieszący się powszechną sympatią Reinier Pauw (1564-1636) .
Amsterdamscy regenci dysponowali około 3200 urzędami, z których większość obsadzana była przez czterech burmistrzów. Nie patrzono na zdolności lecz na koneksje. W pierwszej połowie XVIII wieku prawie wszyscy regenci Amsterdamu należeli do rodów: Trip, Corver i Hooft, miastem Delft trząsł ród Bleiswijk, a miastem Gorcum – ród van Hoey . Niektórzy regenci obawiali się nie bez podstaw, że rozdawnictwo urzędów szybko zamieni się w ich sprzedaż, także ludziom spoza kasty. W Geldrii, stany rządzące tą prowincją postanowiły w 1717 roku urzędy miejskie uczynić dożywotnimi, ustawę tą przeprowadzono mimo silnego oporu „małych ludzi” (tj. mieszczan . Po raz pierwszy (od 1702 roku) zabrzmiał wówczas krzyk o powrót silnej władzy stadhoudera, który wziąłby regentów w karby .

Uosobieniem rządów oligarchicznych regentów mógłby być bogaty rentier Jan Six II (1668-1750), syn Jana Sixa I (1618–1700), amsterdamskiego regenta i pisarza. Jan Six II był od roku 1719 szesnastokrotnie (sic!) wybierany na urząd jednego z czterech burmistrzów Amsterdamu, a od 1745 pełnił funkcję bibliotekarza miasta.
Taka sytuacja była możliwa także w dawnym Poznaniu, i to nawet w tym „demokratycznym” Poznaniu sprzed 1693 roku, w którym patrycjusze nie dawali rady zmonopolizować ani składu rady miejskiej ani ławy, co pokazuje przykład Jana Wielżyńskiego, który od 1514 do roku swej śmierci, czyli 1549 stale urzędował jako ławnik i rajca. Burmistrzem był w latach 1522-1524, 1528, 1533-1534 i 1536 . Podobnie było po nadaniu przywileju Jana III Sobieskiego. Przykładowo kupiec Jan Eyberle był jednym z dwóch burmistrzów m.in. w latach: 1696, 1697, 1699, 1710 i 1718. Później jego potomkowi również zdarzało się pełnić tę funkcje w latach pięćdziesiątych, zaś z samym Eyberle „konkurowali” również wielokrotni burmistrzowie Jan Barczewski i Paweł Pathun. Jeśli Eyberle, Pathun czy Barczewski nie byli burmistrzami, to pełnili funkcję rajców – tak czy owak władza skupiona była w rekach dość łatwo policzalnej liczby ludzi .

Niemal cała historia Niderlandów północnych w XVIII wieku przebiegała pod znakiem walki przeciw i w obronie praw regentów, którzy m.in. sprzeciwiali się silniejszej integracji prowincji (propozycje Simona van Slingelandta z 1717 roku, zresztą regenta) w jeden silniejszy organizm państwowy, co zaowocowało spadkiem znaczenia Republiki Zjednoczonych Prowincji na forum międzynarodowym . Przypadek Holenderski pokazuje jak może wyglądać państwo, w którym władzę przejmie jedna klasa nastawiona jedynie na lokalne i krótkoterminowe cele i przy tym niekontrolowana przez żaden organ odmienny pod względem swej natury, jak np. dwór książęcy.
Polskie miasta XVIII wieku, z wyjątkiem na wpół niezależnego od władzy centralnej, Gdańska, podlegały dość ściśle woli sejmu i króla, o czym przypominała rola starosty generalnego w wyborach burmistrzów.

Dziś sprawy obsady urzędów w XVIII-wiecznych miastach wydają się sprawą bardzo przebrzmiałą i wyobrażamy sobie ten proces jako coś najłagodniejszego pod słońcem, podczas gdy bardzo częste dzielenie wpływów pomiędzy poszczególne grupy, warstwy i kasty pokazują, że pod spokojną fasadą pięknych ratuszy, kipiał nierzadko wulkan emocji i indywidualnych ambicji. Walka o stanowiska odbywała się jednak zdecydowanie mniej na poziomie haseł, a zdecydowanie bardziej wokół kwestii urzędniczych i przywilejów konkretnych warstw społecznych. Skoro tak bardzo dbano o to by każda warstwa społeczna, czy grupa nacisku (w Poznaniu tzw. trzy „porządki”) miały dostęp do funkcji administracyjnych i skarbowych, widać wyraźnie głęboką nieufność między nimi, połączoną ze skłonnością do łączenia urzędu z indywidualnymi korzyściami, nie wspominając o całkowicie zrozumiałym prestiżu tych stanowisk. Gospodarka była regulowana ograniczeniami i zakazami, więc połączenie jej z polityką było oczywiste.
Walka o obsadę stanowisk nie pociągało za sobą haseł zmiany całego ustroju miasta tylko, jeśli miasto stanowiło siedzibę dworu i było odeń gospodarczo zależne, tak jak to było w przypadku Darmstadt, stolicy Landgrafstwa Hesji-Darmstadt od 1567 roku, powstałego w wyniku podziału Hesji. Prawa miejskie przyznał mu cesarz Ludwik IV Bawarski dekretem (Stadtprivileg) z 23 lipca 1330 roku . W dokumencie jest mowa o tym, że miast, ze Darmstadt ma cieszyć się takimi samymi przywilejami jak Frankfurt (…ze gleiche Weis als User und des (richs)stat Franchenfurt hat und auch stet …). Wówczas miasto należało do hrabiów von Katzenelnbogen, którzy wznieśli zamek do jego obrony, nieco na południe od Darmstadt. Ówczesny samorząd miejski składał się z 14-osobowej rady pod przewodnictwem sołtysa (Schultheiß). W mieście rządził patrycjat. Przedstawiciele klasy rządzącej piastowali swe urzędy dożywotnio. W roku 1457 hrabia Katzenelnbogen kazał podwoić liczbę członków rady. Od połowy XV wieku istniał też urząd burmistrza (Bürgermeister), początkowo zarządzającego jedynie skarbem miasta (Stadtkammer). Z początkiem XVI wieku urząd rozdwoił się; Ratsbürgermeister (potem zwany: Oberbürgermeister), wybierany był spośród radców i przez nich, a „młodszy burmistrz: - jüngerer Bürgermeister (potem: Unterbürgermeister), przez ogół mieszczan . Rada i plebs miejski z zasady nie ufali sobie wzajem . Landgraf Ernest Ludwik, władający Hesją-Darmstadt w latach 1678-1739 uczynił wiele dla rozwoju swej stolicy. Dnia 4 maja 1695, gdy położył kamień węgielny pod budowę nowych przedmieść . Miasto jednak w dużym stopniu rządziło się samo. 29 marca 1721 roku władze miejskie wydały regulamin (Stadtreglement), by wprowadzić bardziej regularną obsługę finansową poszczególnych miejskich potrzeb , Po 1724 roku kandydat na Unterbürgermeister był najpierw akceptowany przez radę, co zmniejszało jego samodzielność.

By zrozumieć jak bardzo miasto i jego gminy były uzależnione od dworu wystarczy krótkie zestawienie. Darmstadt w roku 1772 liczyło 9.800 mieszkańców, lecz liczba ta obejmuje także administrację landgrafa, dwór, jego służbę, urzędników, dość niewielką ilość dworaków, po ich odjęciu zostawało równo 6.600 mieszkańców. W 1777 roku minister Friedrich Karl von Moser (1723-1798) oceniał liczbę ludności na 9038, lecz z tego dworzan, urzędników i dworaków było 1.305, a żołnierzy aż 3045 . Darmstadt było wiec prawdziwym Residenzstadt – miastem w cieniu dworu. Prawdziwą władzą była zawsze jedynie landgraf i to do niego zgłaszano się w razie jakichkolwiek trudności, na przykład takich jakie wynikły wokół wyborów burmistrzowskich w grudniu 1789 roku. Tak jak w średniowieczu, tak i w tych czasach burmistrzów było dwóch, obu wybierano na rok; ważniejszy Oberbürgermeister i podległy mu de facto Unterbürgermeister. Pierwszego wybierała od czasów średniowiecznych rada spośród swego grona. Drugiego przed XVIII wiekiem wybierał lud, czyli de facto cechy rzemieślnicze, w XVIII wieku rada wybierała go spośród kandydatów przez te cechy zaproponowanych. Z wyborem Unterbürgermeister nie było w 1789 roku problemu. 17 grudnia tego roku odbyły się wybory Oberbürgermeistera i pojawiły się kłopoty. Czterej członkowie rady; Johann Justus Netz, Johann Philipp Dessel, Sparschneider i Dambmann poparli Johanna Wilhelma Beckera, który był już raz burmistrzem w 1779 roku. Pięciu członków rady; dotychczasowy Oberbürgermeister Schmidt, Johann Nicolaus Morneweck, Böhler, Schwarz i Orttenburger poparli Johanna Valentina Hessemera. Becker poparł Netza, a Hessemer Böhlera. Becker uważał, że teraz jest jego kolej na objecie urzędu, ponieważ nie chcąc się wzajem urazić rada wybierała burmistrza według pewnego określonego porządku; jeśli Becker był burmistrzem w 1779 roku, to teraz powinien być nim znów, dlatego już 18 grudnia 1789 roku poskarżył się landgrafowi , że motywy wyboru Hessemera zamiast niego były polityczne. Ze swej strony Hessemer dowodził, że większość poparła właśnie jego, ponieważ Becker bardzo nieudolnie zarządzał miastem w 1779 roku; poza tym przez dwa lata przed grudniem 1789 roku pojawiał się w siedzibie rady tylko na wybory burmistrzów. Syndyk miejski Wilckens popierał Beckera .

29 grudnia landgraf Ludwik IX (pan. 1768-1790) zwołał komisję do rozpatrzenia tych kwestii. Przewodniczył jej znany nam dobrze minister i asesor rządowy (Regierungsassessor) Andreas Peter von Hesse. Sporządzono 90-ciostronicowy raport, który przedłożono ministrom 16 stycznia 1790 roku, a 20 stycznia landgrafowi. Przyznano rację po trosze obu stronom, a wybór dano do potwierdzenia Ludwikowi IX. Władca odrzucił sugestię komisji o możliwym współrządzeniu obu burmistrzów i zarządził (29 stycznia) by Becker i Hessemer rzucali kośćmi; kto wyrzuci więcej oczek zostanie burmistrzem.
30 stycznia o godzinie 14:00 wszystko było już w ratuszu gotowe, lecz Becker odmówił rzucania kośćmi o urząd, podobnie zresztą uczynił zaraz po nim jego przeciwnik. Sprawa zakończyła się zarządzeniem landgrafa by na rok 1790 burmistrzem uczynić Beckera. Ten był zachwycony, że władca przyznał rację jego argumentom, nie wiedząc, że Ludwik IX po prostu sam rzucał kośćmi.
Zależność miasta-siedziby dworu z tym ostatnim musiały wyglądać podobnie w Poczdamie, który nie istniałby bez zamówień dworu i podobnych miastach. Bywało i odwrotnie. Niedostatek władzy centralnej, jak na przykład w Elektoracie Hanoweru po 1714, gdy elektor Jerzy Ludwik został królem Wielkiej Brytanii i wyjeżdżając do Londynu, przekazał rządy ministrom. Sama stolica – miasto Hanower wykorzystało zaistniałą sytuacje dla znacznego usamodzielnienia się, a nawet wtrącania się w sprawy prowincjonalne. Zdolny Christian Ulrich Grupen (1692-1767), długoletni (1725-1767) burmistrz miasta Hanoweru, w zabiegach o polepszenie bytu mieszkańców, nie bał się nawet ostrych słów wobec ministrów skupionych wokół Gerlacha von Münchhausena.

Jednak, jak zauważa polska znawczyni nowożytnych dziejów Rzeszy niemieckiej Maria Wawrykowa, już w ciągu XVII wieku niemal wszystkie niemieckie miasta, ongiś prawdziwe średniowieczne państewka o znacznym wpływie dyplomatycznym, zostały opanowane przez niemieckie świeckie i duchowne państwa terytorialne, jak to się stało z m.in. Erfurtem (W 1664 roku urząd miasta przejął arcybiskup moguncki Johann Philipp von Schönborn), Kolonią czy Bambergiem, które czasem nawet teoretycznie zachowywały tytuł wolnych miast Rzeszy podległych jedynie cesarzowi, lecz tak naprawdę podlegały przede wszystkim wpływowym sąsiednim księstwom, często z powodu czysto gospodarczych . Znacznie większą autonomią cieszyły się paradoksalnie duże handlowe miasta francuskie takie jak Marsylia czy Bordeaux, które w praktyce nie musiały oglądać się nawet na zdanie „absolutnego” króla Ludwika XIV. Zwłaszcza Rada kupców marsylskich zwykła wówczas prowadzić własną, czasem sprzeczna z wersalką, politykę handlową . W Niemczech właściwie jedynie Hamburg, Lipsk (który zachował znaczna autonomię od decyzji elektorów saskich) i Frankfurt cieszyły się jeszcze w XVIII wieku polityczną niezależnością.

Miasta cesarskie i stany księstw niemieckich mogły apelować do cesarza do Wiednia. Jeszcze w latach 1765-1790 wiedeńska Rada Nadworna (Hofrat) rozpatrywała ok. 10.500 procesów. Najwięcej dotyczyło stosunków w Meklemburgii, wolnym mieście cesarskim Frankfurcie i biskupstwie Liège . Na te apelacje władcy terytorialni patrzyli niechętnym okiem. Na przykład stany Wirtembergii nie pozwoliły tamtejszym książętom wprowadzić pełnego absolutyzmu władzy, dzięki poparciu płynącego dla nich z Wiednia i Hofratu . Był to jednak przypadek dość odosobniony. Patrycjat miasta cesarskiego Frankfurtu prowadził własną politykę niemiecką. Teoretycznie miasto stało murem za cesarzem, ale w praktyce było z tym różnie. Dziadek Goethego ze strony matki, Johann Wolfgang Textor (1693-1771), członek rady miasta (od 1727 roku) i burmistrz (od 1747 roku), był także radcą cesarskim, dzięki honorowemu nadaniu cesarza Karola VI, dlatego czuł się w obowiązku być lojalnym wobec niego, ale już jego zięć Johann Caspar Goethe (1710-1782), również urodzony Frankfurtczyk, który nabył tytuł radcy za 313 guldenów był miłośnikiem Prus i Fryderyka II, któremu życzył szczęścia w wojnie o austriacką sukcesję. We Frankfurcie obserwujemy ten sam proces życia po szlachecku wśród patrycjatu, co w Poznaniu i Krakowie (nabywanie ziemi, pałace miejskie).

Jeszcze większą niezależnością niż Frankfurt cieszył się w omawianych czasach Hamburg, co powodowało, iż musiał on stale manewrować między takimi potęgami jak Prusy, Dania, Szwecja, Wielka Brytania i Rosja dla których z różnych względów stanowił łakomy kąsek lub bezpardonowo zwalczaną konkurencję. Hamburg był potężnym graczem politycznym z własną flotą wojenną (wiadomo, że w 1594 roku miał już własne kolegium admiralicji) i armią lądową (własny garnizon od 1614 r.).
Polityczną głową Hamburga była rada (w latach 1663-1710 24 rajców i 4 burmistrzów plus 3 syndycy jedynie z głosem doradczym) , lecz już od XV wieku jej autorytet w mieście stale spadał, stąd w 1712 cesarz Karol VI Habsburg (pan. 1711-1740) interweniował by wzmocnić jej pozycje wobec licznych mieszczańskich kolegiów , czyniąc właściwie to samo co nieco wcześniej Sobieski wobec Poznania. W lutym 1767 roku już wysokie pensje rajców podniesiono jeszcze dodatkowo o ¼ . Trudno powiedzieć czy był to bardziej skutek stale rosnącej siły rady czy ekonomicznego wzrostu osiągniętego w okresie wojny siedmioletniej (1756-1763). To zainteresowanie dochodami związanymi z pełnieniem urzędu jest charakterystyczne dla epoki. Rajcy z kupców stawali się urzędnikami, często wykształconymi na najznakomitszych uniwersytetach Niemiec i coraz bardziej oddalonymi mentalnie od spraw kupieckich. Podobne zjawisko miało nastąpić w tych czasach również w Gdańsku.

Gdańsk, inaczej niż Hamburg wyszedł z „wieków ciemnych” z silną radą miejską (w XVII w - 14 rajców, 4 burmistrzów i 5 rajców Starego Miasta), której pozycja pozostawała właściwie niezachwiana aż do czasów potopu szwedzkiego. Własne siły zbrojne miasta były bardzo silnie zaangażowane w walki ze Szwedami. Prowadzenie wojny było rzecz jasna kosztowne stąd tzw. Trzeci Ordynek (pierwszy i drugi stanowiły patrycjuszowska rada i ława), który reprezentowali przede wszystkim mistrzowie poszczególnych cechów rzemieślniczych wykorzystał w lipcu 1655 roku wysuniętą przez radę propozycję rady uchwalenia nowych źródeł dochodów by zmusić rajców do przeprowadzenia reformy ustrojowej. Rada nie mogła stosować zwyczajowej taktyki przemilczania i zaniechania, ponieważ wojsko gdańskie stało nieopłacone a ze strony szwedzkiej groziło stałe niebezpieczeństwo. Trzeci Ordynek domagał się połączenia dwóch kas miejskich: dochodów zwyczajnych (kamlaria) i nadzwyczajnych (Hilfsgelderkasse) w jedną, nad którą pieczę sprawowaliby pieczę delegaci wszystkich trzech ordynków. Mamy tu więc do czynienia ze wspominaną już analogiczna sytuacją w poznaniu gdzie wzajemna nieufność między przedstawicielami poszczególnych warstw społecznych objawiała się przede wszystkim w dyskusjach o dysponowanie środkami finansowymi miasta. W 1658 roku rada zaczęła zgadzać się na postulaty Trzeciego Ordynku . Musiała się zgodzić nawet na to by każdy wydatek w wysokości ponad 20.000 florenów wymagał kolejnej zgody ordynków .

Rajcy czyli patrycjat gdański stanowili odrębna grupę społeczną lokującą swój kapitał w ziemi, często przejmując majątki, a nawet całe wioski w zamian za niespłacony kredyt . Kupcy apelując do króla o wsparcie dla postulowanych przez nich reform, przedstawiali rajców jako tych którzy wprowadzają w mieście rządy absolutne naruszając, co pewnie szczególnie przykuło wzrok króla, prerogatywy królewskie , mimo, iż dotychczas protestowali, gdy król, korzystając z owych prerogatyw otaczał na przykład swą opieką rzemieślników pozacechowych. Jednocześnie wszystkie trzy ordynki odcięły się od żądań cechów i nawet sugerowały by nie potwierdzał on przywilejów cechowych. Tak silna była niechęć między stronnikami rady i cechami. Jan III Sobieski potwierdził je jednak w kwietniu 1676 roku, a w 1677 wprowadził zasadę, że cztery najsilniejsze cechy mają przedłożyć 16 kandydatów na dożywotnich członków Trzeciego Ordynku, z których ta miała wybrać 8. Sam król, dbając o „prawdziwą wiarę” w odpowiedzi na dotychczasowe skargi katolików, wprowadził jeszcze 6 wyznawców katolicyzmu do ordynku . Trzeba zauważyć, że król nie poparł cechów, choć miał ku temu okazję. Poprzestał jedynie na drugorzędnych decyzjach, jak na przykład złamanie monopolu rady do dostępu do archiwum miejskiego. Edmund Cieślak sądzi, że ugodowa postawa Sobieskiego wobec rady wynikała z jego obawy przed osłabieniem całego Gdańska-jedynego naprawdę silnego ośrodka mieszczańskiej władzy i kultury w szlacheckiej Rzplitej . Temu monarsze z reguły przypisuje się najlepsze chęci i dalekowzroczność, choć miał obsesję na punkcie Turcji, nie umiał wyzyskać zwycięstw i kilkukrotnie był na jurgielcie obcych mocarstw w swej młodości . Być może po prostu bał się spadku wpływów podatkowych z Gdańska, a może po prostu wolał rozmawiać z wąska elitą niż z szerokim gremium, gdy chodziło o sprawy miast, w końcu tak prawdopodobnie rozumował w odniesieniu do Poznania. Rajców dzieliło z kupcami to jeszcze, że otrzymywali wysokie pensje, które przeszkadzały im w zrozumieniu kupców i ich interesów .
Prusy Królewskie, prowincja, do której należał Gdańsk i w której sejmiku zasiadali przedstawiciele tego miasta, Torunia oraz Elbląga miały specyficzny status częściowej autonomii wobec władzy królewskiej i sejmu. Miasta te były obrońcami interesów mieszczan w całej prowincji. Gdy przykładowo w 1688 roku Toruń popadł w ostry spór z biskupem Chełmińskim, uzyskał poparcie Gdańska . Poza tym rada gdańska starała się przeforsować tezę, że miasto podlega jedynie królowi ale sejmowi już nie (m.in. traktat Ernsta von der Lindego, burmistrza w latach 1712-1721: Ius Publicum Civitatis Gedanensis z II połowy XVII w.), gdyż ten jako ciało szlacheckie nie rozumiał interesów gdańska. Sytuację ratował fakt, iż sejm, choć uważał się za w pełni uprawnionego do ingerowania w sprawy miasta, nie robił tego zbyt często .
W połowie XVIII wieku w Gdańsku doszło do potężnego konfliktu społecznego, którego nasiona zostały zasiane wcześniej. Wówczas wąska elita miasta zmieniła się w grupę nazywaną „uczonymi” (die Gelehrten, litterati), była ona związana z radą i silnie w niej reprezentowana (mimo protestów Trzeciego Ordynku). „Uczeni” stanowili nową kastę, do której można było wejść kształcąc się w najlepszych europejskich uniwersytetach i/lub żeniąc się z córką „uczonego”. W latach 1699-1749 z 74 rajców urzędujących w owym okresie, aż 62 rekrutowało się z grupy „uczonych”. W 1749 roku król August III polecał wybitnemu gdańskiemu prawnikowi i historykowi Gottfriedowi Lengnichowi (1689-1774) dopomóc gdańszczanom zamierzającym złożyć skargę na „uczonych” . Ten zaś, choć uzyskał stanowisko syndyka miejskiego dzięki poparciu królewskiemu, już w 1750 roku zmieni front i będzie w składzie delegacji rady do Warszawy starał się wpłynąć na decyzje królewskie wobec ustroju Gdańska, które były w tym roku wydane, pokrywając się z reguły z nienawistnymi radzie, postulatami Trzeciego Ordynku . Delegacja mimo prób przekupienia wpływowych arystokratów i ministrów saskich i polskich nie odniosła sukcesu i w lipcu 1750 roku Gdańsk miał już radę i ławę, w której co najmniej 1/3 zasiadających miała być, zgodnie z wolą Augusta III, kupcami, aktywnie prowadzących interesy . Warto nadmienić, że wśród Gelehrten nie brakowało nawet ludzi pochodzenia szlacheckiego jak pruski szlachcic Joachim Hoppe, który dzięki studiom w kilku krajach został profesorem w gdańskim gimnazjum akademickim, a potem kolejno syndykiem i burmistrzem .
Bardzo interesujące, że podobnej ewolucji społecznej elit czyli rady i odwrotnie nie można zaobserwować we Wrocławiu, mieście o równie wysokich jak Gdańsk, pretensjach kulturalnych. Stolica Śląska była od 1526 roku posiadłością Habsburgów związaną ekonomicznie i politycznie z Królestwem Czech. Wrocław cieszył się autonomią, z której skwapliwie korzystał podporządkowując sobie inne śląskie miasta. W XVII wieku Habsburgowie patrzyli zwykle krzywym okiem na wrocławski protestantyzm, ale gdy próbowali wprowadzić kontrreformację musieli podstępem przemycać agentów kontrreformacji – tak bardzo bali się rady. Dopiero w drugiej połowie XVII wieku kontrreformacja przyniosła pewne postępy. Elita pozostała jednak w znacznej mierze potężna i niezależna i być może „wariant gdański” (Gelehrten) by się powtórzył, gdyby nie przejecie miasta wraz z cała prowincją przez scentralizowane państwo pruskie (1740-1741) . Tak to wariant holendersko-gdański przeszedł w darmsztadzko-berliński.

W Krakowie sprawy wyglądały jeszcze inaczej. Patrycjat z prawdziwego zdarzenia powstał w tym mieście w XV wieku z przybyszów z Niemiec (np. Betman z alzackiego Wissemburga), Włoch a nawet Węgier. Wszyscy polonizowali się. Najtrudniej przychodziło to Włochom . Rada Krakowska dominował w życiu politycznym miasta przynajmniej od roku 1475 , patrycjusze zaś byli związani z królewskimi urzędnikami i szlachtą, co było tym naturalniejsze, że Kraków był główna siedzibą dworu, wiec już w XVI wieku całym miastem trzęsło 20-25 rodzin głównie pochodzenia włoskiego i niemieckiego . I znów ważną rolę odegrał Jan III Sobieski, który w 1676 bawiąc w mieście przekazał w ręce rady kwestie wyboru składu nowych rajców, co dotychczas należało do kompetencji wojewody krakowskiego . Dzięki listom opłat na rzecz Szwedów (1701) okupujących Kraków pod wodzą gen. Magnusa Stenbocka, wiadomo, że najbogatszymi ówczesnymi krakowianami byli ludzie pochodzenia włoskiego: Merchetti, Belli, Meglioruci. Przynajmniej ta elita miejska zachowała mieszczański charakter bycia, choć wznosili oni wille poza miastem na wzór florencki i mediolański. Czynili tak nawet ci o nie-włoskim pochodzeniu . W 1747 roku ubożsi mieszczanie skarżyli się Augustowi III, że radni wyprawiają na sejm posłów, „którzy tylko z magistratem trzymają a mieszczan biją” . Jak widać problem konfliktów elit z kupcami był nieobcy i temu miastu. W mniejszych miastach takich jak na przykład Kościan nie mogła wykształcić się elita, której interesy byłyby sprzeczne z interesami najaktywniejszej klasy czyli kupców . Sam Poznań zresztą również, w porównaniu z Gdańskiem czy Krakowem był w opisywanych czasach miastem mało ludnym, dlatego tak wielkim wysiłkiem dla jego mieszkańców było goszczenie i utrzymywanie kilku tysięcy królewskich żołnierzy w 1711 roku, w sytuacji, gdy niedawna zaraza zredukowała liczbę poznaniaków do zaledwie 4 tysięcy (w 1777 roku – 8-9 tysięcy) . A mimo tej niewielkiej liczby mieszkańców elita żyjąca na sposób szlachecko-podobny wykształciła się.



W 1756 roku ordynacja sądu asesorskiego wprowadziła pewne niewielkie zmiany w ustroju w datującej się od czasów Sobieskiego formy ustroju miasta. Większe zmiany przyniosła dopiero działalność stanisławowskiej Komisji Dobrego Porządku. W 1779 roku władzę najwyższą w mieście miał stanowić magistrat w osobach prezydenta, wiceprezydenta, wójta i 5 radców. Wójt nadal przewodniczył sądowi miejskiemu wraz z 7 ławnikami, a kolegium 12 mężów straciło w zasadzie wszelkie swe kompetencje poza prawem wyborczym. Do tego należy dodać fakt, że dziedziczność miejsc w radzie została utrzymana. Wszystko to razem oznaczało kolejne wzmocnienie rady i miejscowej elity. Co skłania do zadania pytań czyżby ruch w drugą stronę (ograniczenie polityczne elity) był w ogóle niemożliwy? Nie tylko w Poznaniu ale gdziekolwiek? Dopiero sejm czteroletni wprowadzi w 1791 roku wybory władz miejskich. Wyborcami byli obywatele-posesjonaci . Autorka pracy o Komisji Dobrego Porządku, Bogna Tyszkiewicz do rady po reformach komisji zaliczała prezydentów , wójta, 2 radnych i 12 mężów, do ławy – ławników, a do Trzeciego Porządku – koła gminne kupców i rzemieślników, dowodząc, że to KDP przywróciła w Poznaniu rządy trzech porządków, jednocześnie podkreślając, że pospólstwo całkowicie straciło wszelki wpływ na bieg spraw miejskich. Jak widać nie ma zgody jak naprawdę wyglądał ustrój stanisławowskiego Poznania ale tendencje elitarystyczne widoczne są w obu wersjach. Warto też wspomnieć, że KPD bardzo zaostrzyła kary za znieważenie urzędnika magistratu a tumulty i nawoływanie do nich nakazała karać śmiercią .
Poznań jak widać nie był miastem wyjątkowym, ani pod względem ustrojowym, ani pod względem mentalności elity mieszczańskiej. W epoce, gdy bogactwo kojarzyło się ze szlacheckim sposobem życia, nie dziwi, że mieszczanie naśladowali ten styl. Najbardziej mieszczańskie państwo tych czasów – Republika Zjednoczonych Niderlandów także ulegała tej tendencji. Tak jak w XVII wieku kupcy obracający wielkimi sumami gotówki i towarami wartymi fortunę, specjalnie odżywiali się skromnie stosując dietę marchwiowo-rybną, tak w XVIII-wieku poczęli spożywać wykwintne frykasy na wzór arystokracji francuskiej i niemieckiej . Przypomina to niedawne doświadczenia Norwegów, narodu pamiętającego biedne czasy i nawet dziś jadającego skromnie, choć stać ich na luksusy.
To oszczędzanie na przyjemnościach, umiar i tendencja do stałego inwestowania własnych pieniędzy stanowiło przez wieki rdzeń mieszczańskiego etosu. Wykpiwał go m.in. rosyjski nacjonalista Dostojewski w swej powieści: „Gracz”, w której opisywał walkę i wyrzeczenia niemieckich mieszczan przez wiele pokoleń, aby po kilkuset latach rodzina mogła się wreszcie cieszyć luksusami. Johan Huizinga wspominał, że nawet bohater walki gandawskich mieszczan przeciw hrabiemu Flandrii i jego lennikom i przez wieki bohater mieszczańskiej historiografii, Jacob van Artevelde (1290-1345) żył jak baron, a nie jak miejski urzędnik . Skłania to do zadania sobie pytania w jakim stopniu etos starego mieszczaństwa był sztuczną konstrukcją wymyśloną przez antyszlacheckich intelektualistów, a w jakim stopniu czymś konkretnym i namacalnym. Czy na przykład niedawno wydana niemiecka książka: „Ludzie prości ludzie niepokorni”, chce ukazać, jak pisze autor Norbert Schindler społeczeństwo poza mieszczaństwem, tj. plebs, ma na myśli społeczeństwo nie-mieszczańskie jako to, które nie podziela mieszczańskich wartości, czy konkretne grupy nie należące do mieszczan . Schindler zdaje sobie sprawę z tych komplikacji, gdyż trafnie zauważa, że nowożytną, kulturę niemiecką (a zwłaszcza jej dzisiejszy oświeceniowy rdzeń) tworzyli przede wszystkim mieszczanie w oparciu o mieszczańskie wartości w znacznie większym stopniu, niż np. angielską czy francuską. Powracając do patrycjuszy. Wydaje się, że elity miejskie przez całe wieki przejawiały nie tylko, dość naturalna tendencję do zawłaszczania władzy, ale także do porzucania, kiedy tylko było to możliwe, mieszczańskiego sposobu bycia, co czasem nawet skutkowało ich niechęcią wobec mieszczaństwa i wobec prowadzenia interesów. W pogoni za czymś wznioślejszym i lepiej widzianym społecznie poszukiwali innych zajęć, niż to, które dały im, lub ich przodkom, bogactwo. Tak jak patrycjusze Gdańska w XVIII wieku uciekali w naukę i szczycili się, ze nie są już kupcami, tak elity innych miast naśladowały szlachecki sposób bycia i życia. Pod tym względem Poznań nie był żadnym wyjątkiem lecz podążał ścieżka typową dla dużych wczesno nowożytnych ośrodków miejskich.
Można by pokusić się o to co dzisiaj jest tym lepszym zajęciem do którego elity miejskie uciekają w pogoni za uznaniem, z kogoś lepszego. Jest nim, jak się zdaje już od XIX wieku filantropia i mecenat kulturalny. Być może właśnie to miał na myśli Oscar Wilde twierdząc, że „nikt nie ma tak nieczułych serc jak ludzie zakładający towarzystwa charytatywne” – czyniąc tak z wyrachowania i próżności. W kontekście dzisiejszych dyskusji o mentalności kapitalistycznej lub jej braku, warto zastanowić się dlaczego nawet w krajach, gdzie mieszczaństwo miało wysoką pozycję, mieszczański sposób życia był uważany za niegodny prawdziwych ludzi sukcesu i prawdziwych patrycjuszy.





BIBLIOGRAFIA:
• Balicki J., Bogucka M., Historia Holandii, Ossolineum Wrocław 1989.
• Battenberg F., Darmstadts Geschichte. Fürstenresidenz und Bürgerstadt im Wandel der Jahrhunderte. Eduard Roether Verlag, Darmstadt 1984.
• Bieniarzówna J., Małecki J. M., Dzieje Krakowa t. 2. Kraków w wiekach XVI-XVIII, Wydawnictwo Literackie Kraków 1984.
• Boxer C.R., Morskie imperium Holandii 1600-1800, Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1980.
• Bromley J., Meyer J., „The Second Hundred Years War (1689-1815)” in: Britain and France Ten centuries, Folkestone (Kent) 1970.
• Cieślak E. (red.), Historia Gdańska t. III/1, Gdańsk 1993.
• Darmstadt in der Zeit de Barock und Rokoko, Magistrat der Stadt Darmstadt, 1980.
• Davies N, Moorhouse R., Mikrokosmos. Portret miasta środkowoeuropejskiego. Wrocław. Breslau. Vratislavia, Wydawnictwo Znak Kraków 2002.
• Deppert F., Darmstädter Geschichte(n), Verlag H.L. Schlapp Darmstadt 1980.
• Dziesięć wieków Poznana. I. Dzieje społeczno-gospodarcze, Sztuka Poznań/Warszawa 1956.
• Florkowski H. (red.), Kościan rzemiosłem stał, Kościan 1974.
• Gallois J.G., Geschichte der Stadt Hamburg nach den besten Quellen bearbeitet, B. II., Stern Hamburg 1854.
• Gaxotte P., Rewolucja francuska, Wydawnictwo ARCHE, Gdańsk 2001.
• Gersdorff D. von, Matka Goethego, Warszawa 2005.
• Goslinga A., Slingelandt's efforts towards European peace, M. Nijhoff The Hague 1915.
• Huizinga J., Jesień średniowiecza, PIW Warszawa 1961.
• Jarochowski, Zdobywcy i okupanci staropolskiego Poznania, Wydawnictwo Miejskie Poznań 2007.
• Lademacher H., Geschichte der Niederlande. Politik-Verfassung-Wirtschaft, Wissenschaftliche Buchgesellschaft Darmstadt 1983.
• Łukaszewicz J., Obraz historyczno-statystyczny miasta Poznania w dawniejszych czasach, Wydawnictwo Miejskie Poznań 1998.
• Mika M. J., Studia nad patrycjatem poznańskim, Wydawnictwo Miejskie Poznań 2006.
• Napierała P., Hesja-Darmstadt w XVIII stuleciu. Wielcy władcy małego państwa, Wydawnictwo Naukowe UAM Poznań 2009.
• Noël J. F., Święte cesarstwo, Volumen Warszawa 1998.
• Przywileje miasta Poznania XIII-XVIII wieku, Wydawnictwo PTPN Poznań 1994.
• Rischsbieter H., Hannoversches Lesebuch oder: Was in Hannover und über Hannover geschrieben, gedruckt und gelesen wurde. Bd. 1, 1650-1850, Hannover 1986.
• Schindler N., Ludzie prości, ludzie niepokorni. Kultura ludowa w początkach dziejów nowożytnych, Wiedza Powszechna Warszawa 2002.
• Schramm P.E., Hamburg, Deutschland Und die Welt. Leistung Und Grentzen hanzeatischen Bürgertums in der Zeit zwischen Napoleon I. und Bismarck. Ein Kapitel deutsche Geschichte, Universitätsverlag Georg D.W. Callwey München 1943.
• Suchodolski S., Ostapowicz D., Obalanie mitów i stereotypów. Od Jana III Sobieskiego do Tadeusza Kościuszki, Bellona Warszawa 2008.
• Topolski J. (red.), Dzieje Poznania do roku 1793, T 1**, PIW Warszawa/Poznań 1988.
• Tyszkiewicz B., Komisja Dobrego Porządku w Poznaniu 1780-1784, Wydawnictwo Miejskie Poznań 2005.
• van Huffel W., Willem Bentinck van Rhoon, zijn persoonlijkheid en leven, 1725-1747, 's-Gravenhage 1923.
• Vann, J.A., Württemberg auf dem Weg zum modernen Staat 1593-1795, Stuttgart 1986.
• Wawrykowa M., Niemcy 1648-1789, PWN, Warszawa 1976.
• Wielgosz Z., Zimniewicz K. (red.), Kościan zarys dziejów, PWN Warszawa/Poznań 1985.
• Wiesiołowski J., Wojciechowska Z., Władze miasta Poznania. Tom I. 1253-1793, Wydawnictwo Miejskie Poznań 2003.
• Zientara W., Gottfried Lengnich ein danziger Historiker in der Zeit der Aufklärung. Teil 1, Wydawnictwo UMK Toruń 1995



SUMMARY


Political system of particular more economically important early modern european cities is well known in historiography. It does not mean however that those systems are often a subject of a comparative study. This article is an attempt to analyse how patrician families used to control their cities and to consolidated their power within the representative bodies of the city. I have used the example of various Polish German and Dutch cities granting the most import ant place to early modern Poznań. The separate and characteristic ethos of patrician families and officials were also of great interest of mine but the article is maliny foused on monopolizing power by patricians and ways of depriving other townsmen of any political influence. Very interesting is the fact that patrician families of 18th century Europe tended to give up the profession of tradesmen and the way of life which was typical for them. This article refers also to the relationship between the political situation of various countries and the policy of urban authorities.

piątek, 10 grudnia 2010

Moja promocja doktorska

Moja promocja doktorska odbyła się wczoraj 9 grudnia 2010 r.



temat pracy doktorskiej: „Kraj wolności” i „kraj niewoli” – brytyjska i francuska wizja wolności – XVII-XVIII wiek
promotor: prof. Waldemar Łazuga





SUMMARY pracy doktorskiej
In my doctoral thesis: „Kraj wolności” i „kraj niewoli” - brytyjska i francuska wizja wolności – XVII i XVIII wieku (A ‘country of liberty’ and a ‘country of slavery’ – The British and French Concept of political Liberty in 17th and 18th Century) I attempted to compare the British and the French concepts of political freedom which were being developed in course of the 17th and 18th centuries. My idea was to examine if the popular vision of the early modern France as the ‘county of political slavery’ and – in the same time – of Britain as a mecca for every freedom-lover is really justified. In this case both political thought and ideas of various thinkers and informations about the reality of that era were of great interest of mine.
To achieve this goal I had to define which of the two main existing ideas of political liberty I myself support. Authors of the majority of already existing monographs about it are inclined to the so-called: ‘positive liberty’ which consists mainly in giving to the huge number of people the possibilyty to somehow control the government by participating in it (voting). For those who believe in ‘positive liberty’ (a concept developer first and foremoste by Thomas Paine and John Stuart Mill) the best way to secure it - is to transform every autocratic rule into a more democratic one. I am far more inclined to akcept the idea of ‘negative liverty’ prefered among other by Isaiah Berlin who was the first to distinguish between the two main concepts. ‘Negative liberty’ is refering to the necessity to secure as Little interference from the governments side into the people’s everyday life as possibile. Because of this two ways of under standing political Liberty we can divide all thinkers who have liberal inclinations in two groups: democratic liberals and aristocratic (or conservative) liberals (as Henry Spencer or Frideric Bastiat), who normally treat the demoratic administration as the same potential threat for individual freedom as any other administration – everything depends on the steps taken by minister, kings or parliaments. From the democratic perspective the concept of this thesis would be pointless but it is not from the point of view which I prefer as a more real perspective.
My PhD Thesis is divided into six chapters. In the first chapter I attempted to present an abstract of the general history of possibile Liberty concepts. In the next chapter my aim was to discover why so many British (not only political) political authors of the 17th and 18th centuries are so much concerned about the problem of individual and public liberty. I have analysed the so-called „whiggish historical myth”, according to which the whole English (after 1707 – British) political history is perceived as a great struggle for freedom against various ‘oppressors’ such as: Roman Empire, the Papacy, Spain of Charles V and Philip II, France of Louis XIV, Louis XV, Robespierre and Napoleon Bonaparte. I dealt with the koncept of the so much praised English „monarchia mixta’ in which the aristocratic, the democratic and the monarchical elements of the government co-exist in a splendid harmony, whithout which, as it was believed, England would have fallen into a state of horrid tyranny and its people – into slavery. I tried to understand why the Britons living in the early modern era called the French: pope-ridden, wooden-shoed slaves. On the other hand I analised the first absolutist treatises written in England (Robert Filmer, Thomas Hobbes etc.) to observe the arguments used in them especially those concerning political liberty. The same I did in the third chapter with French treatises written by local adherents of ‘king’s divine rights’ (Domat, Bossuet, Le Bret etc.) and its relation to individual liberty. The ‘voice of nobility’ of both nations was also of great interest to me because diffrent historical experiences defined different koncept of liberty of the rich and powerful. In the post-norman Britain the nobility was accustomed to co-operate in the king’s government whereas in France they used to fight against him especially when he attempted to extend his political influence. The aristocratic version of political freedom is best represented by Sunderland’s and Boulainvilliers’ concepts developed independently on both sides of the Channel in the first half of the 18th century.
In the fourth chapter I analysed the new ideas concerning freedom and political Liberty created by the Anglo-Scottish enlighenment. The koncept of the freedom of the press (Defoe, Hume), the individualisation of a subject, new vision of the just law and new thoughts on mutiny (Johnson, Burke) and slavery. The following chapter is devoted to the various concepts of French political thought in the 18th century, such as: the monarchical idea of Voltaire, the thèse nobiliaire of Montesquieu and Boulainvilliers, the plan of administrative decentralisation of d’Argenson, the ‘american’ vision of Diderot, Mercier and Condorcet, as well as the first clearly democratic and pre-ocialist ideology represented by Meslier, Rousseau an Morelly. The diversity of al. those thinkers used to thundestand by ‘liberty’ convinces me that there was no national ideas of liberty but merely a number of various ideas created by a number of political philosophers and this fact makes even today very hard to define what we perceive as ‘liberal thinking’.
All the aforementioned ideas are confronted with facto stated by historians specialising in the 17th and 18th centuries. In sixth and the last chapter I have presented the evolution in French vision of the ‘English liberty’ and the other way round and how they looked like prom perspective of several 19yh and 20th century thinkers of various ideological background.

Piotr Napierała

Praca dotyczy problematyki zarówno myśli politycznej i teorii ustroju jak i historii społecznej. Interesowała mnie wolność polityczna rozumiana jako zbiór idei dotyczących przestrzeni między rządzącymi a rządzonymi czy miedzy administracją a poddanymi/obywatelami. Wolność religijna czy kwestie związane z uciskiem jakichś mniejszości etnicznych czy wyznaniowych były dla mnie istotne jedynie wówczas, gdy były one ściśle powiązane z ogólną wizją wolności politycznej danego myśliciela czy stronnictwa. "Wolność", o jakiej mowa w tytule to przede wszystkim ta wolność, którą Isaiah Berlin określał mianem "negatywnej" ("wolność od"), postulującej uniezależnienie jednostki od państwa, i pozbawienie aparatu państwowego możliwości nadmiernej ingerencji w życie poddanych/obywateli.Pracę podzieliłem na sześć rozdziałów. W rozdziale pierwszym umieściłem niezbędny zarys historii myśli politycznej dotyczącej problemu wolności politycznej, jak i form ustrojowych, zarówno tych które miały być realizacją koncepcjo wolnościowych jak i tych, które krytykowano powołując się na wolność.W rozdziale drugim poddałem analizie proces kształtowania się angielskich wyobrażeń i idei związanych z problemem wolności. Zwróciłem w nim uwagę na takie problemy jak: - elżbietański mit historyczny; -post-normańska więź łączącą angielskich arystokratów, wypływającą z zasady "wasal mego wasala jest moim wasalem", -wigowski mit historyczny, a więc postrzeganie dworu królewskiego jako ośrodka dążącego do absolutyzmu.- długo utrzymująca się, wbrew obiegowym opiniom, wiara w skuteczność ekonomicznego merkantylizmu W rozdziale trzecim omówione zostały kwestie na pograniczu historii francuskiego ustroju absolutystycznego, tworzonego w teorii przez Bodina, Domata i Bossueta, a w praktyce przez Richelieugo i Colberta, a kwestią wolności poddanych Ludwików francuskich. Rozdział IV poświęciłem kwestiom związanym z wolnością w XVIII-wiecznej Wielkiej Brytanii. Podkreśliłem w nim angielskie przywiązanie do wolności prasy, której płomienne mowy poświęcali m.in. Hume i Defoe, przy jednoczesnym niedostatku tolerancji religijnej (w końcu sam Locke odmawiał jej katolikom). Uwagę moją przykuły zaskakująco małe różnice między Torysami i Wigami w kwestii konieczności zachowania "wolności negatywnej". Rozdział V zawiera rozważania nad zakresem swobody poddanych Ludwika XV i Ludwika XVI, a także takich kwestii jak neofeudalizm (min. Henri de Boulainvillersa); wypływający z francuskiego tradycyjnego sposobu rozumienia wolności w pewnym stopniu odpowiadającemu postulatom "wolności negatywnej" - arystokratycznemu marzeniu o niezależności od stolicy i o tym, że powinna się ona nie wtrącać do ich spraw. W rozdziale IV znaleźć można również omówienie koncepcji reform opartych na postulacie osiągnięcia możliwie daleko posuniętej wolności; od "angielskich" planów Voltaire'a i Vauvenarguesa po proto-socjalistyczne Rousseau i d'Holbacha i centralistyczne fizjokratów. Tak jak w rozdziałach tych świadkowie omawianych czasów będą wypowiadać się o swoim państwie i swojej tradycji politycznej, tak rozdział VI i ostatni poświęcony jest wyobrażeniom dotyczącym wolności; Anglików/Brytyjczyków o Francji i odwrotnie.

wtorek, 23 listopada 2010

Czemu nie pod własnym nazwiskiem ?

Paracelsus - Phillippus Aureolus Theophrastus Bombastus von Hohenheim
Philip Melanchton - Philipp Schwartzerd
Farinelli - Carlo Broschi
Canaletto - Giovanni Canal
Canaletto - Bernardo Belotto
Voltaire - François-Marie Arouet
Novalis - Georg Philipp Friedrich Freiherr von Hardenberg
Jean Paul - Johann Paul Friedrich Richter

Harry Lillis "Bing" Crosby
Gene Kelly - Eugene Curran Kelly
Marilyn Monroe - Norma Jeane Mortenson
Zero Mostel - Samuel Joel Mostel
Woody Allen - Allan Stewart Konigsberg
Michael Caine - Maurice Joseph Micklewhite
Lady Gaga - Stefani Joanne Angelina Germanotta
Madonna - Madonna Louise Veronica Ciccone
Cher - Cherilyn Sarkisian LaPiere ( ՇԵՐԻԼԻՆ ՍԱՐԳԻՍԵԱՆ ԼԱ ՓԵՌ)
Nicolas Cage - Nicolas Kim Coppola
Michael J. Fox - Michael Andrew Fox

Frederick Muhlenberg - czy niemiecki mógł zostać oficjalnym językiem USA?

Frederick Muhlenberg (1750-1801) był amerykańskim politykiem niemieckiego pochodzenia. Jego ojcem był luterański pastor Henry Melchior Muhlenberg (1711-1787) ur. w Einbeck w Dolnej Saksonii, który przybył w 1742 roku do Filadelfii na życzenie luterańskich niemieckich emigrantów. W 1743 roku Henry Muhlenberg zbudował kościół luterański w pensylwańskim miasteczku Trappe. Był uważany za patriarchę luteran amerykańskich. Jedo syn Frederick Muhlenberg pojechał do Niemiec, by studiować teologię w Halle. Od 1770 roku rozpoczął posługę w Pensylwanii. W latach 1774-1776 mieszkał i nauczał w Nowym Jorku. Gdy Brytyjczycy zajęli Nowy Jork wyjechał do miejswowości New Hannover w Pensylwanii. W roku 1771, Muhlenberg poślubił Catherine Schaeffer, córkę bogatego filadelfijskiego właściciela rafinerii cukru Davida Schaeffera. Catherina dała Muhlenbergowi 7 dzieci.



Muhlenberg został wybrany członkiem Kongresu Kontynentalnego w 1779 i 1780 roku. Od 1780 do 1783 był posłem Pennsylvania House of Representatives (3 listopada 1780 roku wybrano go jej speakerem). W 1787 roku był delegatem stanu Pensylwania na konwencji konstytucyjnej. Jako pierwszy złożył swój podpis pod tzw. Bill of Rights, Jeffersonowskim dodatkiem do konstytucji USA, który potem będzie uznawany za pierwsze 10 poprawek.

Muhlenberg był speakerem Izby Reprezentantów I i III Kongresu USA (1789–1791 i 1793–1795). Nie ubiegał się o ponowny wybór w 1796 roku. W roku 1794 Izba przegłosowała wynikiem 42:41, że nie będzie się tłumaczyć niektórych praw na j. niemiecki. Muhlenberg, który sam powstrzymał się od oddania głosu, później powiedział: "the faster the Germans become Americans, the better it will be.". Późniejsza legenda przypisywała mu rolę tego, który zahamował akcję uczynienia języka niemieckiego oficjalnym językiem USA. Inna legenda przypisywał mu sugestię, że do prezydenta USA należałoby zwracać się per: "Mr. President", a nie: "His High Mightiness" lub "His Elected Majesty."

Mimo iż w XIX wieku do USA przybyły miliony emigrantów z Niemiec, i że dziś co czwarty biały obywatel USA (ponad 43 mln) ma niemieckie pochodzenie. co czyni ich największą grupą etniczną tego kraju. Język niemiecki ani wtedy, ani w 1794 roku nie miał szans stać się oficjalnym językiem USA.

środa, 10 listopada 2010

"Wspaniała" Republika i "straszni" królowie

Żyjemy w demokracji i pod ustrojem republikańskim, nic więc dziwnego, że zewsząd słyszymy demokratyczno-republikańską anty-monarchiczną propagandę. Wychwalane są np. Ateny (te same Ateny, których wódz Perykles najpierw sam się poranił, potem przyleciał z krzykiem na agorę, zażądał ochrony, i za pomocą ochroniarzy sterroryzował obywateli), a demonizowana Sparta (jedyne co można jej zarzucić to nadmiar militaryzmu).

Demonizowani są też cesarze Rzymu (bardzo niedoskonała monarchia, ni to dziedziczna , ni to elekcyjna), choć wg Rolanda Agueta najbardziej "bestialski" cezar - Caligula stracić kazał ok. 40 osób (głównie knujących przeciw niemu republikańskich senatorów) - nie można zapominać, że Svetonius był republikańskim propagandzistą. Za to wychwalana jest Republika Rzymska.

A jak się żyło w tej Republice?

-bunty wojskowe: np. 68 p.n.e. - bunt Claudiusa w szeregach armii Lucullusa
-przekupne sądy
-mafiokracja: np. 57 p.n.e. Clodius (trybun ludowy sprzed roku) oskarża niejakiego Milona ("zbrojne ramię Pompejusza na rzymskich ulicach") o zakłócanie porządku publicznego, mimo iż sam robił to samo co Milon - tzn. terroryzował miasto za pomocą bandy swych drabów
-zamieszki (często krwawe) przy każdym wyborze konsulów i pretorów (a wybierano ich co roku!)

Wniosek: przemoc monarchy skierowana jest zazwyczaj NA ZEWNĄTRZ (tzn. za granicę - przeciw innym krajom), lub PUNKTOWA (czyli przeciw konkretnym osobom). Przemoc demokratyczno-republikańska jest skierowana zwykle WEWNĄTRZ (zamieszki, mafie), gdyż pewne grupy równiejszych walczą o władzę w społeczeństwie, gdzie teoretycznie wszyscy są równi. Republika oznacza więc nieustanną wojnę domową, toczoną zwykle po cichu (belgijski minister każe albańskim bandziorom zabić drugiego ministra, RAF, anarchiści, los Th. van Gogha, mafie itd.), a z rzadka - otwarcie. Demokracja jest filozoficznym żartem - nigdy nie istniała i nigdy nie zaistnieje; ludzie dzielą się bowiem m.in. na przebiegłych i wpływowych i na kretynów, którzy nie wiedzą co się dzieje.

JKM pisał, że demokratyczny rząd woli łupić własnych obywateli niż inne narody (metier du roi). Król zwykle łupił sąsiadów, po czym (zdaniem JKM) dzielił się z narodem zdobyczami. Pomijając fakt, iż wojna jest bardzo niepewnym biznesem (na pewno nie sprzyja kapitalizmowi - handel zawsze odżywa PO wojnie), ale kto wie czy to nie bomba A jest odpowiedzialna za koniec świata monarchii? Łupienie innych narodów jest obecnie zbyt ryzykowne lepiej opodatkować własny (umiłowany przez lud król nie zrobi tego tak skutecznie jak demokratyczni bonzowie).

niedziela, 7 listopada 2010

Krzywe zwierciadło romantyzmu

Poznanie i zrozumienie przeszłej i obecnej rzeczywistości polityczno-historycznej jest w obecnych czasach utrudnione z powodu pewnej dziwacznej maniery w myśleniu pochodzącej od romantyzmu.

Romantyzm był ruchem buntu znacznie szerszego niż nam się obecnie wydaje. Czasy przedromantyczne charakteryzowały się docenianiem ludzi decydujących o życiu innych ludzi. Urzędnik świecki czy duchowny, oficer, polityk, władca byli postrzegani w pierwszym odruchu (en gros - bo oczywiście zdarzały się wyjątki, którym nie ufano) jako osoby odpowiedzialne, godne, którym należy się szacunek za to kim są. Uwielbiani dziś aktorzy i muzycy byli tylko ludźmi, którzy umilali egzystencję tym ważnym personom, w których rękach były losy setek i tysięcy.

Romantyzm to wszystko zniszczył wprowadzając dozę sceptycyzmu. Romantykami byli często ci, dla których nie starczyło miejsca wśród grona urzędników, oficerów, polityków i władców. Dopóki w naszej cywilizacji ceniono wyżej fakty (trudy dnia codziennego) niż rojenia (książki filozoficzne, wielkie idee) romantyzm nie mógł się narodzić. Romantycy zaatakowali w końcu jednak świat ludzi odpowiedzialnych; małżeństwa kontraktowe jakie narzucali im rodzice z grupy ludzi odpowiedzialnych za losy innych (urzędnicy, politycy, władcy) i inne rzeczy "ograniczające" ich egzystencję indywidualną. Spójrzmy na obrazy Francisco de Goi; ludzie prości są na nich przedstawiani za darmo, bogaci i wpływowi - gdy zapłacili. A rodzina Karola IV Burbona została przedstawiona fatalnie, mimo, iż za dzieło zapłaciła.



Oświecenie (czyli mówiąc po dzisiejszemu: liberalizm), o którym się tyle mówi w kontekście rewolucji było ruchem konserwatywnym w porównaniu z romantyzmem. Zwalczało ono to co nadprzyrodzone, a raczej zwyczaj przykładania większej wagi do nadprzyrodzonego niż do tego co wyjaśnialne, ziemskie i typowe ("polityczną władzę religii" - Pierre Manent), nie zmieniając specjalnie układu sił w świecie realnym. Nadal aktor nie był ważniejszy od polityka (najczęściej arystokratycznego pochodzenia). Najwięksi ludzie oświecenia; Voltaire, d'Argenson byli monarchistami i zwolennikami arystokracji. Zdarzały się oczywiście wyjątki takie jak postulujący utworzenie sztucznego społeczeństwa umowy społecznej Rousseau. Dziwnym trafem jednak o takich jak on mówi się - "ojcowie romantyzmu".



Romantyzm podzielić by można na indywidualny i kolektywny. Ten pierwszy kazał gloryfikować robotnika w samotnej małej kopalni, samotnego kowboja czy śpiewaka. Drugi odpowiada za nacjonalizm i demokrację (czyli przekonanie, że ludzie są równi, zwłaszcza jeśli pochodzą z tego samego pnia genetycznego/rasowego choć wiemy, że ludzie mają różne możliwości kształtowania swojego moralnego charakteru, a etniczny Grek może być najbardziej brytyjskim z Brytyjczyków - a więc obie te ideologie nie oddają warunków panujących w rzeczywistości). Oba zwrócone były przeciw "ludziom odpowiedzialnym". Dlatego dziś jak słyszymy o politykach czy urzędnikach to już podejrzewamy ich o korupcję. Gdy mowa o businessmenach od razu mówi się też o "pierwszym nieuczciwie zarobionym milionie", natomiast robotnik, mnich, kowboj, piosenkarz są postrzegani jako ci "dobrzy", którzy robią coś konkretnego. A przecież sama ilość ludzi, od których nie zależą żadne większe decyzje powoduje, że ich działania grożą strasznymi skutkami, często równie wielkimi jak działania "ludzi odpowiedzialnych za...". To samo przekłada się na stosunki koscielne' ludzie darzą szacunkiem prostego księdza parafialnego, a biskupa podejrzewają o politycznie uwarunkowane działania (sama polityka uważana jest za "brudną", a polityka to nic innego jak świat decyzji, które czy tego chcemy czy nie, trzeba podejmować). Warto pamiętać o tych romantycznych okularach jakie nosi ludzkość od czasów Rousseau i Byrona.

Piotr Napierała

poniedziałek, 1 listopada 2010

Elitaryści i egalitaryści

Pamiętam tekst autorstwa p. Adama Wielomskiego, w którym opisywał on umysł lewicowca jako egalitarny, a prawicowca jako elitarny, co ma powodować, że lewicowiec szukał okazji do bycia takim jak inni powodując się zazdrością, podczas gdy prawicowiec, che być inny niż wszyscy, lepszy i dążyć do doskonałości i oryginalności.

O ileż ten podział lepszy jest od typowego podziału na lewicę i prawicę! Lewica i prawica oznaczały pierwotnie, tylko tyle, że "czarni i feuillanci siedzieli podczas obrad Zgromadzenia Narodowego po prawicy Ludwika XVI, a jakobini i żyrondyści po lewicy. Dziś zalicza się konserwatystów do prawicy, a socjalistów do lewicy. Lecz co począć z elitarystycznymi myślicielami socjalistycznymi takimi jak Saint-Simon? Co począć z tymi konserwatystami, dla których najważniejsze jest wspólne, masowe przeżywanie świąt, pielgrzymek i procesji? Co począć z liberałami? Zarówno demo-liberałowie, którzy pragną demokracji wszędzie i zawsze, jak i konserwatywni (dawniej nazywano ich arystokratycznymi) liberałowie, którzy demokrację traktują jako niepotrzebny dodatek do zwykłego konstytucjonalizmu.



Jeśli wykorzystamy podział na elitarystów i egalitarystów, wtedy zapanuje wreszcie ład. Skończy się sytuacja, w której socjaliści nazywają liberałów prawicą, a konserwatyści - lewicą. Hitler jako szef ruchu masowego objawi się wreszcie jako egalitarysta. Jedna cywilizacja już wpadła zresztą na ten pomysł. Rzymskimi elitarystami byli optymaci (w tym pochodzący z ekwickiej klasy średniej Marcus Tulius Cicero), a egalitarystami - popularzy (w tym zradykalizowany patrycjusz - Lucius Sergius Catilina).

Ira et Studio czyli wkurz i rządź

Władza demokratyczna uwielbia utrzymać obywateli w złym nastroju, by nie pozostawiali oni bierni i chodzili do wyborów, by wybrać znowu tych samych polityków tylko w nieco innej konstelacji. Zdenerwowanie ma wywołać emocje i kontrolowaną frustrację.

Dawni królowie starali się nie drażnić zbytnio ludu, ale rządzący demokraci posługują się mandatem przyzwolenia ludu na podejmowanie przez nich decyzje. Ciekawe, że również Kościół stosuje tą dziwną demokratyczną działanie. Denerwuje i terroryzuje wiernych strasząc ich piekłem (obecnie mniej), lub zakazując im tego czy owego, mimo iż Biblia raczej nic nie mówi o mieszkaniu ze sobą bez ślubu czy o in vitro. Postępuje tak i prasa, która nawet o zwykłych zdarzeniach pisze zazwyczaj jak o wielkim skandalu.

W dzisiejszych czasach tylko liberałowie (nie demokratyczni liberałowie, a wiec demokraci, lecz ci nieliczni zwykli liberałowie np. ci spod znaku UPR czy WiP) chcą by ludzie byli spokojni o swój byt i szczęśliwi i by spokojnie uprawiali własny ogródek. Tak więc jeśli chcemy się wkurzać i mieć na co narzekać (Polacy podobno to uwielbiają) - głosujmy na demokratów w wersji socjalistycznej lub chadeckiej, jeśli chcemy żyć godnie z dala od rządowej kołowacizny wybierzmy liberałów.

Krótka historia demokratyzmu

Wielu pseudoliberałom (PD, PO, UW itd.) wydaje się, że wolność jest tożsama z demokracją. Nic bardziej mylnego. Demokratyzm głosi równość, a wolność jest zazwyczaj składana na ołtarzu najważniejszej idei.

Człowiek rozsądny chce by rządzono DOBRZE, a nie by rządzono z jego udziałem. Chce by w jego państwo nie wtrącało się zanadto. By mógł mieć prawo wyboru i jakieś gwarancje, że to co ma nie zostanie mu odebrane.

Demokraci widzą w kontroli demokratycznej władzy (przez wybory), lecz takie gwarancje mogą być różnego rodzaju. Np. można poprzestać na zadekretowaniu czegoś w konstytucji. Teraz demokrata spyta; a skąd wiemy czy niedemokratyczna władza będzie ją respektować? na co monarchista odpowie: a skąd wiemy, czy demokratyczna władza będzie ją respektować? Zawsze liczy się dobra wola i chęć władzy pozyskania sobie przychylności ludu dla swych decyzji.

Demokracja to ustrój naturalny w tym sensie, że jest prymitywny i typowy dla klanowego rozstrzygania spraw. Władza oligarchiczna czy monarsza wymagają pewnej sublimacji myśli.

W XVIII wieku w Europie istniało kilka arystokratycznych republik i wiele monarchii. Oświeceni tacy jak Voltaire, chcieli by król zadekretował i potwierdził swobody obywatelskie np. na podobnej zasadzie jak Locke dzielił życie społeczne na sferę publiczną i prywatną. Nie widziano sprzeczności między monarchią a wolnością; bo takich nie ma czego dowodzi brak większego zainteresowania dawnych monarchów życiem prywatnym obywateli (wyjątki to np. zarządzenia o szkodliwości nadmiernego picia kawy lub preferowanie jednego wyznania ponad drugie - czego bał się Voltaire - piewca tolerancji), oraz trendy związane z połączeniem absolutyzmu z oświeceniem (józefinizm, rządy fryderycjańskie, reformy markiza de Pombal itd. przy czym: - Napoleon wprowadzający równość wobec praw to raczej przykład demokratycznego prezydenta nacjonalisty prowadzącego "patriotyczne" wojny).

Na przełomie XVIII i XIX wieku przybyło ludzi chcących i wolności i równości utożsamiając jedno z drugim (państwa absolutystyczne również zrównywały poddanych w prawach, ale zbyt wolno jak dla pp. demokratów). ludzi noszących krótkie włosy (fryzura demokraty) i obszarpany strój ("z przodu łata z tyłu łata, jesteś Panie demokrata"), o grubiańskich manierach (ks. Ludwik Filip Orleański "Pamiętniki z czasów Wielkiej Rewolucji", jego ojciec zauważał , że niegrzeczne grubiańskie zachowanie urosły w czasie rewolucji do rangi "republikańskiej cnoty", zaś Sebastien Mercier pisał, że w republice ludzie nawet chodzą w bardziej zamaszysty sposób). Ci nietypowi ludzie zdominowali nas obecny światopogląd każąc nam nienawidzić jednowładztwa (chyba. że będzie to Garibaldi).

Demokraci XIX wieku zachwycali się wszystkim co proste" kultura ludowa piosenki pijackie zbójnickie (Schiller i jego "Zbójcy", parobek z Ferdydurke, realizm powieściowy, ciężka dola chłopa itd. ) a nienawidzili wszystkiego co wytworne, wyjątkowe i elitarne. Nauczyli nas nacjonalizmu; tzn. kochać bardziej Jana Kowalskiego i Andrzeja Nowaka niż Michalangelo Buonarottiego i Johanna Sebastiana Bacha, uwielbiać wszystko co typowe ("jestem sobie zwykły gość") i zabijać się na frontach I wojny Światowej; kiedy to każdy francuski piekarz miał obowiązek nienawidzić każdego niemieckiego murarza. Demokratyczni narodowcy obalili w XIX i XX wieku wszystkie monarchie wyganiając papieża z Rzymu i Wilhelma II z Berlina. Socjaliści to tylko radykalni demokraci - nic więcej.

Demokraci nauczyli nas też gardzić prawdą i fachowością, a kochać słupki popularności i opinię społeczną. To co zwykle przedstawia się jako wynaturzenia systemu demokratycznego jest jego immanentnym składnikiem; tak jak socjalizm jest winny a nie jego rzekome "wypaczenia" (NEP był przykładowo takim "wypaczeniem", a dał Rosjanom odetchnąć) Demokratyzm jest chorobą kultury Zachodu. JKM napisał kiedyś, że dziś działają tylko Kościół, firmy prywatne, wojsko i mafie; bo w nich nie ma demokracji; a decyzje podejmują ci, którzy cośkolwiek wiedzą o tym co robią.

Bajania Vaclava Havla o cywilizacji pychy

Ostatnio były prezydent Czech Havel uaktywnił się jako "myśliciel" religijny. W sobotę GW przedrukowała wywiad udzielony przezeń, w którym czeski polityk nazwał obecna naszą cywilizację pierwszą cywilizacją ateistyczną oraz cywilizacją pychy.

Co bardziej katoliccy ewangelicznie nastawieni konserwatyści zapewne pochwalą to wystąpienie Havla, lecz nie zmienia to faktu, iż zawiera ono dwa mocne przekłamania.

Po pierwsze nasza obecna cywilizacja wcale nie jest cywilizacją ateistów. Ludzi wierzących jest obecnie sporo więcej niż niewierzących. Jest to wprawdzie epoka państw świeckich, ale w żadnym wypadku nie można mówić o wszechobecnym ateizmie, lecz raczej o spokojnym sceptycyzmie, deizmie i agnostycyzmie.

W dawnych czasach światopogląd religijny często dominował ponieważ stosował przymus i różne formy nacisku społecznego; kto wie ile więcej znalazło by się de Brergerac'ów, gdyby nie sojusz tronu i ołtarza. Monarchowie oświeceni nadal korzystali ze swej pozycji jako obrońców wiary, lecz wprowadzili pluralizm społeczny i świeckie wartości obok religijnych (np. patriotyzm).

Czy obecna cywilizacja jest cywilizacją pychy? Ludzie nie są już niewolnikami przyrody i chorób (przynajmniej niektórych) - może p. Havel chciałby umrzeć na poranny katar?) a ludzie nie boją się kary boskiej (socjaliści pewnie dlatego bardziej kradną, ale to już inna sprawa), co wykorzystują i ludzie mądrzy i głupcy. Nie warto jednak oddać wolności od strachu przed nadprzyrodzonym w zamian za zamkniecie ust tym drugim. Cezar jako pontifex maximus w zabobonnym Rzymie wykorzystywał religię do celów politycznych, samemu będąc pewnie ateistą. Tak czyniło wielu ludzi w czasach zdominowanych przez religijny światopogląd - to jest dopiero pycha - MÓWIĆ ŻE ZNA SIĘ ZAMIARY BOGA! jak czynił Cezar, a po nim Savonarola, Kalwin itd. Nikt nie zna zamiarów Boga - powiedzą agnostycy - przyznać to to oznaka SKROMNOŚCI a nie pychy.

środa, 27 października 2010

Instytut Zachodni - Dyskusja panelowa nad tomem "Moje Niemcy - moi Niemcy"

Dziś o godzinie 11.00 obyła się (Instytut Zachodni, ul. Mostowa 27) dyskusja panelowa nad tomem "Moje Niemcy - moi Niemcy". W dyskusji udział wzięli: dr. Andrzej Byrt (dyplomata, dwukrotny ambasador RP w RFN), prof. Waldemar Łazuga (IH UAM), dr. Łukasz Musiał (IFG UAM), prof. Hubert Orłowski (IZ, członek rzeczywisty PAN) i prof. Waldemar Pfeiffer. Po wprowadzeniu dyrektora Instytutu Zachodniego prof. Andrzeja Saksona, dyskusję dalej prowadził prof. Henryk Olszewski.



Dyskusja dotyczyła dopiero co wydanego tomu: "Moje Niemcy - moi Niemcy. Odpominania polskie", pisanego przez kilkudziesięciu autorów, pod redakcją prof. Huberta Orłowskiego. Obok tekstów badaczy w antologii znalazły się również refleksje pisarzy, tłumaczy i publicystów. Antologia gromadzi czterdzieści osiem narracji, reprezentujących twórców o różnym doświadczeniu pokoleniowym. Autorzy sięgają z jednej strony do doświadczeń osobistych w spotkaniach i kontaktach z Niemcami, z drugiej zaś wnikają swą refleksją profesjonalną (ze strony wydawnictwa).

Zamiarem prof. Orłowskiego było uratowanie jednostkowych indywidualnych wizji Niemiec, ich kultury i polityki niemieckiej przed zapomnieniem. Pomysł na publikację zrodził się u niego, jak sam mówił, z buntu przeciw nadużywaniu pojęcia pamięć zbiorowa w dyskursie intelektualnym. Sam redaktor jest zwolennikiem, tezy, iż pamięć może dotyczyć wyłącznie jednostek, a termin "pamięć zbiorowa" jest konstruktem często używanym w niewłaściwy sposób.

Dr. Andrzej Byrt opowiedział, jak jego negatywne wyobrażenie o Niemcach jakie wyniósł z rodzinnego domu zmieniło się gdy zaczął pracę na Targach Poznańskich, na których zetknął się z życzliwym wobec Polaków zachowaniem członków niemieckiej ekspozycji, oraz z niemiecką organizacją, chociaż wspominał także o niesympatycznych działaniach ambasady RFN. Opowiadał również o tym, jak reminiscencje ze sztuki Brechta w wykonaniu Łomnickiego doprowadziły do tego, że recytując jako ambasador RP w RFN wiersz "Lokomotywa" po niemiecku zaczął podświadomie krzyczeć niczym oficer SS, lecz wkrótce potem zauważył to i przeprosił zgromadzonych. Kilkukrotnie zaznaczał, iż Polska w kontaktach z Niemcami, a także Francją i Rosją musi pamiętać, iż jej głos nie zawsze jest słyszalny, ze względu na mały potencjał gospodarczy (PKB Polski - 420 mld dolarów, a samego niemieckiego landu Hesji - 216 mld $).

Prof. Waldemar Łazuga w swoim wystąpieniu nawiązał do swojego dziecięcego wyobrażenia, iż niemiecki język służy wyłącznie do wykrzykiwaniu rozkazów, i że jego brzmienie jest wyjątkowo odpychające. Zrewidował swój pogląd natykając się na przedwojenną spisaną wierszem niemiecką bajkę. Matka pochodząca z Wilna miała zwyczaj czynić niekorzystne dla poniemieckiej zabudowy Pomorza, architektoniczne porównania z jej miastem rodzinnym. Sympatia do Niemiec kształtowała się u profesora Łazugi dopiero później, a związana była z osobą Rudolfa Virchowa (1821-1902), urodzonego tak jak Łazuga - w Świdwinie na Pomorzu.

Jego wyobrażenia z młodości o Niemczech i niemczyźnie kontrastowały z wyobrażeniami, jakie miała jego córka, która kojarzyła ten kraj z prezentami, jakie przywoził jej ojciec (nawiasem mówiąc mam identyczne wspomnienia prezentowe związane z moim ojcem i z Wielką Brytanią, gdzie pracował przez parę lat, więc zdaję sobie sprawę z potencjalnej siły takich wspomnień) i uwielbiała brzmienie języka niemieckiego, przedkładając go przez jakiś czas ponad język angielski. Na koniec debaty profesor Łazuga wyraził nadzieję, że autorzy polityki międzynarodowej będą mieli w przyszłości więcej wyobraźni, co dopomogłoby wprowadzeniu nieco normalności w kontakty miedzy narodami.

dr. Łukasz Musiał wspominał o swoim zetknięcie się z niemczyzną w kontekście akademii dotyczącej zbrodni hitlerowskich, a prof. Waldemar Pfeiffer (jako jedyny z prelegentów częściowo pochodzenia niemieckiego - ze strony pradziadka Prusaka) wspominał swoje doświadczenia z niemczyzną po zakończeniu kariery wojskowej i przy rozpoczynaniu kariery akademickiej.

Osobiście uważam, że gros naszych polskich negatywnych skojarzeń dotyczących Niemiec pochodzi stąd, że postrzegamy je zwykle w kategorii Berlina i polityki wielkoniemieckiej. Jako autor książki o Hesji-Darmstadt w XVIII stuleciu, i miłośnik regionalnej kultury niemieckiej, widziałbym sposób na oswojenie się z tym krajem i narodem poprzez zainteresowanie się czymś innym poza odwiecznymi historiograficznymi problemami Drezna, Berlina, Kulturkampfu, Chadecji, nazizmu i niemieckiego: Griff nach der Weltmacht.

Piotr Napierała

Czy niepodległa Szkocja jest do pomyślenia?

M.in. Norman Davies wróży rozpad Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej wskazując na szkocki separatyzm. W maju 1999 Szkoci wybrali swój własny parlament, w odpowiedzi na referendum z 1997, w którym chęć posiadania własnej władzy ustawodawczej wyraziło 75% głosujących. W 1998 parlament brytyjski zgodził się na istnienie szkockiego. Wydarzenia te Sean Connery uznał za najważniejsze w jego życiu (aktor znany jest z odmowy przyjęcia tytułu sir za swe zasługi dla brytyjskiej sztuki, podczas gdy jego przyjaciel inny znakomity aktor; Anglik Michael Caine nie miał oczywiście podobnych oporów).

W kompetencji władz lokalnych jest oświata, kultura, zdrowie publiczne i w dużym stopniu gospodarka i podatki. Polityka zagraniczna pozostaje domeną Londynu. Powołanie pierwszego od 1707 roku szkockiego parlamentu było możliwe dzięki premierowi Zjednoczonego Królestwa Tony'emu Blaira, który realizując swe obietnice przedwyborcze złagodził politykę w stosunku do mniejszych krajów Wielkiej Brytanii. W 2007 premier mniejszościowego narodowego rządu szkockiego, Alex Salmond ze Szkockiej Partii Narodowej (SNP) przedstawił projekt ustawy o przeprowadzeniu referendum niepodległościowego, które miałoby umożliwić odłączenie się Szkocji od Wielkiej Brytanii. Ma on nadzieję, że referendum takie odbędzie się przed 2011 rokiem. Badania opinii publicznej przeprowadzone jeszcze w 2007 wskazywały, że 40% zagłosowałoby za niepodległą Szkocją, a 44% za pozostaniem w Unii z Anglią. partie unionistyczne (Labour, Conservative i Liberal Democrats) zareagowały utworzeniem komisji, która ma blokować działania mniejszościowego szkockiego rządu narodowego.



Jak widać unioniści nie zasypiają gruszek w popiele. Ich akcja całkowicie blokuje SNP, jako, że rozkład partii w Parlamencie Szkockim wygląda następująco:

partia: liczba posłów (MSPs)
SNP (47) - za niepodległą Szkocją
Lab (46) - za Unią
Con (16) - za Unią
Lib Dem (16) - za Unią
Green (2) - neutralni


Szefowa szkockich Labourzystów p. Wendy Alexander była spiritus movens tego unionistycznego ruchu. zob: Roseanna Cunningham z SNP wyraziła się o debacie laburzystowskiej w Holyrood i wniosku posłanki Alexander: [the plan offered] "no ideas, no policies, no future". Wendy Alexander takimi słowami przemawiała do posłów szkockiego parlamentu:

"I believe that Scots seek a future that gives them the chance to walk taller without having to walk out... "And I say to the SNP, be very careful before you attempt to strangle at birth an initiative based on what the people of Scotland want."


Liderka Torysów Annabel Goldie uznała całą kwestię za: "darcie konstytucji brytyjskiej i rozrywanie Wielkiej Brytanii na części" (tearing up our constitution and ripping Britain apart), a posłom SNP powiedział, iż "nie mają monopolu na szkocki patriotyzm".

Takimi słowami przemawiała Wendy Alexander:

"The majority presence in this chamber comprising the Labour, Scottish Conservative and Liberal Democrat parties, supports our continuing partnership with the United Kingdom," she told parliament... "The majority desire is to build on what we have and to take that forward."


Wygląda na to, że mimo sympatii Unii Europejskiej wobec projektu niepodległej Szkocji, kraj ten pozostanie w Unii z Anglią. Unioniści wyraźnie chcą nadrobić czas nieopatrznie dany szkockim nacjonalistom na działanie, i naprawić błąd Blaira, który nota bene choć sam Szkot uważa się za Anglika.



W XVI wieku Szkocja była wrogiem Anglii i sojusznikiem Francji. W XVII wieku Anglicy storpedowali plan utworzenia szkockiej kolonii w Darien. W 1707 posłów przekupiono by zabezpieczyć poparcie szkockich elit dla unii. M.in. Daniel Defoe brał udział w tym przekupywaniu. Pod koniec XVIII wieku szkocki poeta Robert Burns stwierdzi: "kupiono nas za angielskie złoto". Unia nie zmieniła tego, że o Szkotach wyrażano się pogardliwie. Oto wypowiedź radykalnego wiga Johna Wilkesa (1725-1797):

„Rzeka Tweed jest linią demarkacyjna między wszystkim, co szlachetne, i wszystkim, co nikczemne. Na południe od tej rzeki jest tylko honor, cnota i patriotyzm. Na północ od niej nie ma niczego poza kłamstwem, złością, podłością i służalczością. Szkocja jest krajem pozbawionym drzew i kwiatów; jest utworzona z odpadów wszechświata, a zamieszkuje ją najpodlejsza forma stworzenia".


Szkotów uważano za dzikich en gros za prymitywów, ci zaś dzielili się do połowy XVIII wieku zasadniczo na mieszkających w południowoszkockich miastach takich jak Edynburg (jak D. Hume i A.Smith) i Glasgow: lowlanders i dzikich górali z Północy: highlanders. Ci drudzy byli uważani za dzikusów, piratów (rzeczywiście rabowali czasem lowlandersów), gwałcicieli owiec i nieokrzesanych olbrzymów o skórze pokrytej świerzbem. Ci dzicy ludzie popierali skierowane przeciw rządzącej Wielką Brytanią od 1714 roku dynastii hanowerskiej, powstania jakobickie (1715, 1719, 1745). Stłumienie ostatniego z nich przez ks. Cumberlandu oznaczało koniec zagrożenia dla Londynu z tamtej strony. Dziś raczej nie śpiewa się ostatniej szóstej zwrotki pieśni: God save the King (zwykle śpiewa się w ogóle tylko 3 pierwsze) powstałej właśnie w 1745 roku. Oto ona:

Lord grant that Marshall Wade
May by thy mighty aid
Victory bring.
May he sedition hush,
And like a torrent rush,
Rebellious Scots to crush.
God save the King!


i jej polskie tłumaczenie:

Panie, spraw, by marszałek Wade
Z Twą pomocą
Przyniósł nam zwycięstwo.
Niech stłumi bunt
I jak rwący potok
Niech porwie buntowniczych Szkotów.
Boże, zbaw Królową!


Nawet w tym historyzującym wykonaniu tej pieśni wykonano tylko pierwsze 3 zwrotki:
zob:

W drugiej połowie XVIII wieku Szkotów zaciągano już masowo do armii brytyjskiej, a w XIX wieku, wraz z rozwojem Imperium Brytyjskiego Szkotom opłacało się brać udział w jego biurokratyzacji i w kolonizacji. Ostatnia wielka postać szkockiego złotego wieku Sir Walter Scott wzywał do pojednania z narodem angielskim.

hymn Szkocji od niedawna formalny pochodzi z 1965 roku

W UE a także w Polsce nie brak ludzi lubiących podchwytywać popularne, a fałszywe przeświadczenie, o tym, ze większość wybitnych Brytyjczyków była Szkotami.

Faktycznie jest tych Szkotów sporo: Hume, Smith, William Paterson, William Napier, James Boswell, James Macpherson, Walter Scott. Nie brakuje też wybitnych irlandzkich lub anglo-irlandzkich Brytyjczyków: Wellington, Swift, Oliver Goldsimth, Burke i Wilde. Ale Anglicy mogą odpowiedzieć zawsze Locke'm, Danielem Defoe, Jane Austen, Dickensem, Thackerayem, Addisonem, dr, Samuelem Johnsonem, Edwardem Elgarem, Henry Purcellem, Thomasem Arne, Robertem Peelem, więc nie należy popadać w przesadę pisząc o tej rzekomej nadreprezentacji kulturowej Szkotów.

Wysiłki SNP i UE zapewne spełzną na niczym, lecz warto zastanowić się czy Szkocja dałaby sobie radę sama? Przypomnijmy, że Szkoci zyskali na unii 1707 roku gospodarczo, a Anglicy - politycznie. I tak też jest do dziś.


z wikipedii:
"Szkocja jest obok Irlandii centrum przemysłu whisky. Ważnym elementem gospodarki jest rybołówstwo i wydobycie ropy naftowej z dna Morza Północnego. Siedzibą wielu kompanii naftowych jest Aberdeen. Przemysł skupiony jest w centralnej części kraju, na terenach Niziny Środkowoszkockiej i na wschodnim wybrzeżu. Rozwinięty jest przemysł metalurgiczny (hutnictwo żelaza i aluminium), elektrotechniczny, elektroniczny, maszynowy, chemiczny, włókienniczy, papierniczy i spożywczy. Urodzajne tereny rolnicze ciągną się od pasa centralnych nizin, poprzez wschodnie wybrzeże, aż do Fraserburgha. Uprawia się głównie jęczmień i owies. Szkocja posiada własne banknoty i monety emitowane przez trzy szkockie banki. Obowiązującą walutą jest Funt szterling. Funtami Szkockimi płacić można na terenie całej Wielkiej Brytanii jednakże poza jej granicami nie zawsze są honorowane...".


Jak widać Szkocja ma bazę surowcową, lecz jej gospodarka jest od tak dawna połączona z angielską, że trudno byłoby jej przestawić się na inne tory. PKB (dane z 2006 r.) szkockie (całkowite: 194 mld USD, per capita: 39 680 USD) jest właściwie takie samo jak angielskie (całkowite: 1900 mld USD, per capita: 38 000 USD), Szkocja nie jest więc uboższym krewnym jak Walia (30 546 USD) czy Irlandia Północna (19 603 USD) (razem Całe Zjednoczone Królestwo w 2009 r. - 35,082 USD; dla porównania: Niemcy w 2009 r. - 34,212 USD, Francja w 2009 r. - 33,678 USD, USA w 2008 r. - 46 820 USD).

Mimo to gospodarka szkocka jest mała, gdyż całe państwo jest niewielkie - populacja wynosi 5,194,000 osób, z czego Szkoci to 4.5 mn osób (dane z 2009 r.). Na świecie żyje około 30 milionów ludzi pochodzenia szkockiego (9 mln w USA, 4 mln w Kanadzie - co daje wyobrażenie o skali dawnej emigracji szkockiej) Dla porównania Anglików i ludzi pochodzenia angielskiego jest na świecie ok. 90 milionów (z czego 26 mln w USA i po 6 mln w Kanadzie i Australii, ciekawostka: potomkowie emigracji niemieckiej w USA to 51 mln - co czwarty biały obywatel USA, a francuskiej - 16 mln osób).

Reasumując, uważam, że szumne zapowiedzi (buńczuczność mają Szkoci we krwi i dewizie swego kraju: Nemo me impune lacessit
(Nikt nie zadziera ze mną bezkarnie), nie doprowadza do niczego szczególnego, a rzeczywistość będzie miała pierwszeństwo nad idealizmem, jak już wielokrotnie w historii bywało. SNP nie ma wystarczającego poparcia społecznego, a UE musi się miarkować także ze względu na Hiszpanię i jej problem baskijski; równica polega na tym, że Baskowie są eurosceptyczni a Szkoci euroentuzjastyczni.

Piotr Napierała

wtorek, 26 października 2010

Holandia i Australia a Japonia

see:

Japan summons Dutch ambassador
The Japanese ministry of foreign affairs called the Dutch and Australian ambassadors to account on Monday after an anti-whaling action by the Sea Shepherd organisation.

3 March 2008

TOKYO – The Japanese ministry of foreign affairs called the Dutch and Australian ambassadors to account on Monday after an anti-whaling action by the Sea Shepherd organisation.

Sea Shepherd is waging a campaign using the ship the Steve Irwin, which is registered in the Netherlands and has its home port in Australia.

Japan says that three crew members on a Japanese whaling ship were injured on Monday by a corrosive acid with which members of the radical environmentalist group Sea Shepherd sprayed the Japanese ship for an hour.

The Japanese ministry of foreign affairs then urged the Dutch and Australian ambassadors to take measures to prevent further violence.

[Copyright Expatica News + ANP 2008]

http://www.nfia.nl/news.html?id=305

poniedziałek, 25 października 2010

Kolejny atak niemieckich intelektualistów na ideę wolności

Trzy lata temu opublikowano książkę Franza von Kutschery, niemieckiego filozofa urodzonego w 1932 roku w Hanowerze, pt: "Wielkie pytania". Książka jest typowym nudnym i przewidywalnym dziełem o wszystkim i o niczym, lecz jest to bełkot sympatyczny. Niesympatyczny robi się, wtedy gdy autor podejmuje temat wolności.

Według opisu książka von Kutschery jest "wynikiem refleksji autora na temat sensu życia, naszej przyszłości i we wszechświecie", i rzeczywiście tym jest, choć te refleksje mógłby snuć każdy inny niemal autor, tak bardzo mała jest ich oryginalność. Nie czuję się kompetentny do opisywania czy oceniania wszystkich tematów poruszonych w niej, lecz zbulwersował mnie,, jako badacza XVIII wieku i jako prawicowego liberała, fragment dotyczący spuścizny oświecenia w kulturze Zachodu.

Otóż von Kutschera pisze, że koncepcja wolności jaką przyjęli Locke, Hume czy Voltaire, iż wolność jest to niezależność od przymusu zewnętrznego, jest definicja wysoce wadliwą, gdyż stawia, zdaniem autora, znak równości między autonomią jednostki a wolnością. Znacznie wyżej ceni autor, co typowe dla niemieckiego intelektualisty, Immanuela Kanta i jego koncepcję wolności, jako poczucia posiadania owej wolności w nas samych. Tą koncepcję wolności uważa się powszechnie za blisko spokrewnioną z ta jaką miał Rousseau, który postulował by ludzie wyrzekli się własnej wolności typu anarchistycznego i wstąpili do wspólnoty politycznej działającej na zasadzie umowy społecznej. Kant, Rousseau i von Kutschera stoją na stanowisku, że poczucie wolności jest ważniejsze niż autonomia fizyczna od przymusu zewnętrznego.



Jest to skandaliczne przekłamanie umożliwiające budowania gmachów tyranii opartej na zgodzie skołowanych ludzi, którzy czują się wolni i pod butem, który ich przygniata. Zapewne i w Korei Północnej niektórzy czują się wolni, lecz nie sposób regulować mechanizmów społecznych za pomocą subiektywnego poczucia wolności jednostki. Liberalna koncepcja wolności jako autonomii jednostki jest prostsza, co może drażnić niemieckich intelektualistów, mających post-kantowską zresztą skłonność do opisywania zjawisk przeintelektualizowanym, przeciążonym subiektywizmem i bełkotliwym językiem, lecz ta liberalna koncepcja dotyczy czegoś konkretnego widocznego gołym okiem. Lepiej obserwować, czy ktoś nie zagraża materialnie naszej swobodzie, niż znaleźć się nagle wśród tłumu, który czuje się wolny nawet w ustroju totalitarnym; zapewne wtedy szefowie tego tłumu, będą nam tłumaczyć, ze i my powinniśmy skupić się na pielęgnowaniu naszego wewnętrznego abstrakcyjnego poczucia wolności niż domagać rzeczywistych swobód.

Lessing, który walczył o liberalne społeczeństwo przewraca się w grobie. Niemcy wolą tego czarodzieja Kanta, który nie znał ani życia, ani ludzi i codziennie wstawał o tej samej porze, i który cenił subiektywizm (zwłaszcza własny) wyżej od Jeffersonowskiego przykazania by władzy patrzeć na ręce, gdyż ta dzień i noc będzie zabierać man wolność. Być może Kant pisał jak pisał by przypodobać się władzom, jak to potem czynił niewątpliwie Hegel. Oczywiście można czuć się wolnym pod ustrojem autorytarnym, jeśli ów ustrój nie wkracza we wszystkie dziedziny życia. Stare monarchie nie miały środków ni potrzeby by to czynić, ale w obecnej rzeczywistości rozdętych aparatów państwowych ("wszystkie dzieci są nasze", podatki i akcyzy w wysokości 70 % ceny) bajanie o poczuciu wolności i pisanie bzdur, że idea autonomii jednostki jest jakoby przestarzała, daje nieco upiorne wrażenie.

Niemcy mają poważne problemy z liberalizmem i wolnością. Kutchera, Groys i inni wznoszą habermasowski gmach niewoli na naszych oczach. Dopóki nie wybiorą Lessinga, a Kanta i Hegla nie poślą na śmietnik historii, gdzie ich miejsce, dopóty kraj ten będzie pozostawał niebezpieczny zapewne nie tylko dla swoich obywateli, ale i dla sąsiadów.