niedziela, 27 grudnia 2009

Ciekawe Linki

Julio Loredo: "Rewolucja kulturalna we Włoszech w ciągu ostatnich 50 lat"

Dlaczego monarchia? i art.: "wojna demokracji z monarchią".

konserwatysta i monarchista w PiS

legitymizm

konserwatywny Kraków?

Pięćdziesiąt tez dla Niemiec, Europy i USA

wtorek, 22 grudnia 2009

Gwiazdka w Wielkiej Brytanii

Jako wielki Brytofil (a dokładnie anglofil) postanowiłem przybliżyć rodakom nieco brytyjski wariant obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia.

Brytyjskie zwyczaje bożonarodzeniowe stanowią połączenie wielu tradycji. Zwyczaj dekorowania jemiołą pochodzi z czasów druidów. Ostrokrzew chronił ludzi średniowiecza przed czarami Bluszcz symbolizował nieśmiertelność. Bierwiono palili wikingowie ku czci swego bóstwa Thora, a świece wywodzą się z czasów rozkwitu feudalizmu.

Znacznie młodszą tradycję mają kartki świąteczne z życzeniami, lecz jest to właśnie tradycja typowo brytyjska. Pierwszą tego typu kartkę sporządził w roku 1843 John Calcott Horsley dla Sir Henry'ego Cole'a.



Od około 1840 roku Anglicy zaczęli szerzej adaptować niemiecki zwyczaj dekorowania choinki. Spopularyzowaniu drzewka świątecznego przysłużył się ks. Albert von Sachsen-Coburg-Gotha, mąż królowej Wiktorii. Znany jest rysunek z wydania "Illustrated London News" z 1848 roku przedstawiający rodzinę królewską wokół drzewka.

Każdego roku na Trafalgar Square, obok kolumny lorda admirała Nelsona stawia się ogromną choinkę symbolizującą brytyjsko-norweską współpracę podczas II WŚ.

Anglia ma długą i bogatą tradycję śpiewania kolęd. Naród angielski wydał obok Niemców i Polaków najwięcej tych pieśni świątecznych. Kolędy w WB. śpiewa się przede wszystkim 24 XII (Christmas Eve). Jest to dzień przygotowań- ubierania choinki itd.

Najpopularniejsze i najpiękniejsze angielskie kolędy:
# Coventry Carol (XVI w.) zob.
# Joy to the world (XVIII w., muz. Haendel ) zob.
# Adeste Fideles – lub - O come all ye faithful (XVIII w. muz. Wade) zob.
# Ding Dong Merrily on High (muzyka Jehan Tabourot (1519-1593), tekst XIX w.) zob.
# Hark! The Herald Angels Sing (słowa Charles Wesley – 1739 r, śpiewana zwykle do melodii Felixa Mendelssohna-Bartholdy'ego z 1840 r.) zob.
# God Rest Ye Merry, Gentlemen (XIX w.) zob.

Do tego dnia dzieci piszą listy do Gwiazdora tradycyjnie wrzucane potem do kominka (płomienie powinny go wznieść w otwór wylotowy komina); jeśli list spali się trzeba go napisać raz jeszcze.




Właściwe świętowanie rozpoczyna się 25 XII (Christmas Day). Prezenty otwiera się rankiem, a wieczorem zasiada się do stołu świątecznego. Menu jest zupełnie inne niż w naszym kraju; brukselka, indyk, rozbef, smażone ziemniaki, gęś, śliwkowy pudding. W puddingu chowa się niespodzianki dla dzieci (monety symbolizują bogactwo, pierscień - staropanieństwo, itd). Inne niespodzianki zawiera tzw. christmas cracker przy każdym nakryciu - kolorowa kartonowa tuba zagięta na obu końcach, którą trzeba rozerwać, by dostać się do ukrytych słodyczy, zagadek i małych prezentów.
Od 1932 roku monarchowie brytyjscy wygłaszają bożonarodzeniowe orędzie do narodu.

26 XII to tzw. "Boxing Day" - od dawnego zwyczaju obdarowywania mleczarzy, gazeciarzy, śmieciarzy i pocztowców, dziś daje się im raczej napiwki.
Sezon świąteczny trwa jednak do 6 stycznia nast. roku.

piątek, 18 grudnia 2009

Dobry wg. Polaków, mierny wg. Anglików - czyli czy nie za dużo Normana Daviesa ?

Norman Davies wybrał RP na swą ojczyznę i jest naszym polskim zasłużonym obrońcą przeciw nieuzasadnionej krytyce i kłamliwej polityce historycznej innych państw wymierzonej przeciw Polsce i za to jesteśmy mu wdzięczni i tak też jest spójrzmy choćby na te cytaty:

Historia Polski, Węgier, Czech i wielu innych krajów uznawanych przez lata za znajdujące się w orbicie wpływów rosyjskich, za zacofane czy wręcz barbarzyńskie, została opisana na równych prawach z historią Francji, Niemiec, Anglii czy Rosji. Tym samym Davies stworzył wyłom w europejskiej historiografii; dla wielu jego wizja Europy ma wręcz charakter polityczny
. - independent.pl

Pomnikowa historia Polski God's Playground. A History of Poland (1981), która w Polsce stała się absolutnym bestsellerem (Boże igrzysko. Historia Polski, Znak 1989-1991), uzyskując dotychczas nakład przeszło 150 000 egzemplarzy, ściągała na autora niejednokrotnie gromy nieprzychylnie nastawionych do Polski historyków amerykańskich żydowskiego pochodzenia. Słynna jest już przygoda Daviesa z uniwersytetem w Stanford, na którym Davies starał się o profesurę. Profesury nie otrzymał, a zarzuty dotyczyły właśnie rzekomego "polonofilstwa" historyka, który przecież w swoich pracach nie szczędził Polsce słów gorzkich i prawdziwych.
independent.pl

i jeszcze to:

W 1996 roku Norman Davies przeszedł na emeryturę, poświęcając się wyłącznie pisaniu oraz - niechętnie - promocji swoich książek. Niedawno wydał The Isles. A History (1999), czyli Historię Wysp Brytyjskich. To kolejna książka, która zmusza historyków, głównie brytyjskich, do zmiany spojrzenia na swój kraj, na jego historię i korzenie tworzących go narodów. Davies, od dawna zresztą, przepowiada rozpad brytyjskiej Korony.
independent.pl

Czy jednak polonofilstwo Daviesa jest mitem? Wystarczy wspomnieć jego wypowiedzi na temat I RP youtube , które są wręcz laurkowe na zasadzie: "och jakże cudowny był to kraj, taki wolny, taki demokratyczny, taki wspaniały, taki wielonarodowy -ach och" Nie powinniśmy zapominać, że archaiczny i niewydolny system I RP, połączony z przekupnością polskich "szlacheckich demokratów" doprowadził do rozbiorów, które są - jak naucza szkoła krakowska od niemal 150 lat - naszą własną winą, bo każde państwo powinno przede wszystkim umieć przetrwać - więc cóż z tego, że "wolne" (a chłopi pańszczyźniani?) skoro niewydolne?



Przy okazji warto wspomnieć o raczej kiepskiej prasie Daviesa w Anglii, gdzie jest często uważany za nierzetelnego rewizjonistę. Zresztą przepowiadanie upadku własnego kraju, który go wychował jest co najmniej w złym guście.

Pomijając fakt, że Davies wieszczył też upadek UE - co zapewne jest też częściowo zabiegiem marketingowym, stwierdzić należy, że łatwo krytykować własne mieszkając nad Wisłą. Przy okazji warto zauważyć, że główne anglosaskie pochwały dla "Wysp" Daviesa pochodzą z USA zob., nacjonalistycznych środowisk celtyckich itd, a nie od Anglików.

To, że Davies uchodzi za znawcę dziejów Polski jest słuszne - uchodzi on za takiego także w Wielkiej Brytanii zob., ale czemu w Polsce uważamy go za specjalistę od historii Anglii? Tym na pewno Davies nie jest.

W jego ojczyźnie uważa się go za dekonstruktora historii Wielkiej Brytanii, który dowolnie bawi się dziejami swego kraju:

After toying with various names for the title of his book, such as the Anglo-Irish Archipelago and Europe's Offshore Islands, Davies opted for The Isles. He professes to find the concept of Britain confused and contradictory, because it can apply to the United Kingdom, to Great Britain, or the island of Britain. Motor vehicles, he complains, still drive with “GB” plates whose letters denote “an eighteenth century designation” which is “set in mental stone” when the state has long since become the United Kingdom.
Deconstructing History
Review of The Isles by Norman Davies

profesor Christopher Harvie i to na łamach independent.co.uk, czyli tej samej gazety, której polska edycja tak bałwochwalczo chwali Daviesa.

różne opinie brytyjskie o The Isles Książka bywa oceniana jako staroświecka, nierzetelna, rewizjonistyczna itd.

A oto jak książki Daviesa odbierają zwykli Brytyjcycy:

I don't like Norman Davies, but I have to give this book at least 4 stars.
Davies is another revisionist historian, but unlike most, he gives good justification for most of his revisions, and is a first rate historian when it comes to historiographical criticism. I think all history students should read the part of this book where Davies savages the previous historical writing about the United Kingdom. He obviously writes from a Celtic/catholic viewpoint
bloger Dhsparkman o książce Daviesa

Osobiście odnajduję w książce Daviesa wiele nieuzasadnionych skarg do Anglików za niewspieranie Szkotów przed Unią z 1707 roku. A niby czemu mieliby Anglicy ich wspierać? Przecież to była tak samo obcy kraj jak Francja, a unia personalna z 1603 roku nic tu nie zmieniła. Davies tak silnie walczy z marginalizacją celtyckich narodów w historiografii brytyjskiej, że przesadza niejednokrotnie w drugą stronę i to bardziej niż stara wigowska historiografia anglocentryczna.

Davies mieszkając w Polsce o kraju tym pisze dobrze, nawet czasem zbyt dobrze, natomiast, Anglikom serwuje swoją brutalną "prawdę" (mocno przerysowaną w wielu miejscach), choć sam jest nie Walijczykiem, lecz jak sam przyznaje Anglo-Walijczykiem. Taka postawa włącznie z wieszczeniem rozpadu UK nie powinna budzić sympatii.

wtorek, 8 grudnia 2009

Voltaire - konserwatysta i monarchista

Największy francuski filozof XVIII wieku jest postacią wzbudzającą kontrowersje. Najczęściej za jego spadkobierców uważają się osoby, którymi on sam zapewne by wzgardził – czyli lewicowcy (np. racjonalizm.pl). W moim tekście postanowiłem pozamawiać konserwatystów do wyrwania Voltaire’a z rąk lewicy.



Po pierwsze Voltaire nie był ateistą, lecz deistą, a to, wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu coś zupełnie innego. Ateiści są prawdziwymi przeciwnikami wiary w Boga, bo uważają, że taka wiara nie ma sensu. Deiści w Boga wierzą i to równie mocno, a czasem nawet mocniej niż praktykujący katolicy czy protestanci, lecz uważają podobnie jak ich mistrz, i faktyczny „wynalazca” deizmu, fanatycznie wręcz religijny Issac Newton, iż Bóg po stworzeniu świata i ustawieniu zegara czasu zostawił sprawy rządzenia planetą ludziom. Deista uważa więc, że Bóg istnieje i życie po śmierci również, lecz tu - na ziemi winniśmy zachowywać się tak, jakbyśmy nie mogli liczyć na Jego pomoc. Voltaire był najważniejszym popularyzatorem idei Newtona we Francji i jako popularyzator Newtona właśnie rozpoczął swoją karierę i żywot filozofa.

W przeciwieństwie do wielu filozofów francuskich mu współczesnych (np. teistów Helvetiusa, Diderota i d’Holbacha i komunistów Mably’ego, Mesliera i Morelleta) Voltaire doceniał rolę religii i wieszczył upadek obyczajów na skutek rugowania religii z życia publicznego. Kościoła nie lubił, tak jak wielu arystokratów swojego czasu (rodzina Voltaire’a aspirowała do statusu noblesse de robe i sam filozof dystansował się nieco od mieszczaństwa), jako instytucji wtrącającej się do spraw szlacheckich, czyli politycznych. Nie zapominajmy, że wówczas na prowincji typowa sytuacja było to, iż biskupi-hipokryci często utrzymujący kochanki doprowadzali do uwięzień liberałów z powodów osobistych, kłamiąc, iż liberałowie, z którymi weszli w zatarg „urągali Bogu” itd. Voltaire nie miał zrozumienia dla nietolerancji wynikającej z prywaty i politycznych aspiracji. Ganił zarówno nietolerancję katolicką, jak i protestancką, ortodoksyjną , żydowską czy islamską. Voltaire był bardzo często atakowany „z lewej strony” przez wspomnianych filozofów.

W podręcznikach przedstawiany jest fałszywy obraz Voltaire’a jako mieszczańskiego liberała, anglofila-konstytucjonalisty i kontestatora swoich czasów. Nigdy nie chwalił on jednak angielskiego parlamentaryzmu, przeciwnie drwił sobie z niego. W Londynie podobał mu się klimat tolerancji religijnej, wynikającej z rozsądku (20 religii sekt by mogło się nawzajem powyrzynać), a także to, że ludzie pióra współtworzyli żywą politykę i opinię publiczną – czyli słowem, ze ludzie tacy jak on mają w Wielkiej Brytanii sporo do powiedzenia, a przez instytucje nadawania statusu rycerza – knighthood , granica między szlachcicem a elita gminną jest łatwiejsza do przekroczenia. W ówczesnej Anglii gentlemanem zaczynano nazywać zarówno szlachcica wiejskiego z herbem, jak i wykształconego mieszczanina, zaś we Francji przejście do noblesse de robe odbywało się w ciągu życia kilku pokoleń, a gentilhomme musiał być człowiekiem z herbem.

Voltaire całe życie był zwolennikiem monarchii absolutnej z tolerancyjnym (oświeconym) władcą na czele. Pewne nadzieje wiązał z Fryderykiem Wielkim, władcą Prus, który wykorzystał filozofa do własnej propagandy, a czasem sam niestety urągał ideałom wolteriańskim. Dość powiedzieć, że w 1745 roku, jak podaje Stefan Zabieglik, Voltaire wyraził solidarność z jakobitami, czego jego angielscy wigowscy znajomi z lat 1727-1729 nigdy mu nie wybaczyli. Republikanizmu Voltaire nie znosił zarówno w jego wersji amerykańskiej (stary Diderot, Mercier, Condorcet, Jaucourt), ani protosocjalistycznej (Rousseau – zresztą religijny hipokryta trzykrotnie zmieniający wyznania – typowy pobożny socjalista, Mably, Morellet), w sporze Ludwik XV-parlamenty poparł króla, jako bodaj jedyny intelektualista pierwszego sortu. Choć aspirował do arystokratyzmu, nie akceptował wzmocnienia rządów szlachty kosztem wpływów króla (co postulował Montesquieu zostawiający jednak królowi pozycję sędziego rozstrzygającego spory kompetencyjne między różnymi władzami). Demokracja dla Voltaire’a była szaleństwem.


Voltaire’a interesowała wolność rozumiana jako obrona ludzkiej godności i prywatności, a nie jako wrzucanie karteczki do urn. Stąd nie chwalił Rzeczpospolitej z typowym dla niej upośledzeniem mieszczaństwa i chłopstwa, stad zapewne poparłby pomysły Kołłątaja i Dekerta , by jakieś „wąskie gardło” dla mieszczan aspirujących do stanu szlacheckiego wreszcie otwarto. Rewolucją Voltaire gardził, zresztą połączenie miedzy oświeceniem (reformą) a rewolucją to podział marksistowski odpowiadający fałszywemu lewicowemu obrazowi rzeczywistości; pamiętajmy słowa ks. Saliny z „Lamparta” : - „coś musi się zmienić by wszytko pozostało tak jak jest”.

W przeciwieństwie do hr. Boulainvillersa uważał, że szlachta musi być zasilana wybitnymi mieszczanami. Podobnie jak jego szkolny kolega i wieloletni przyjaciel markiz Rene d’Argenson, czy jeden z ludzi, których zainspirował – Vauvenargues. Voltaire pochwalał decentralizację i ganił hegemonię Paryża w kulturze francuskiej. Zastanawiało go, dlaczego akademia marsylska jest jak grzeczna dziewczyna, że nic o niej nie słychać. Paryż do dziś jak rak toczy całą Francję, tłamsząc nie-stołeczne inicjatywy kulturalne, a więc obawy Voltaire’a jest ciągle aktualne. Filozof ten był znacznie bliżej problemów ludu i prowincji niż każdy inny filozof francuski tego czasu. Angażował się w sprawy prowincji, bronił wiary w Boga przed kretynami, którzy dla dobra ludu, chcieli go pozbawić wpływów Kościoła, widział wyraźnie związki na linii religia-moralność ( jeśli nawet nie stanowiły one głównego tematu jego rozważań jak u np. Burke’a) i nie uciekał do tematów zastępczych, głosząc potrzebę reformy ustroju w konkretnych dziedzinach. Pamiętajmy również, że żył on w czasach , gdy Kościół był nadal wielką siłą polityczną, stąd jego polemiki z tymi, którzy chcieli podtrzymać dotychczasowy ścisły związek ołtarza i tronu (Palissot, Freron).

Moim zdaniem był więc i jest Voltaire patronem prawicy laickiej , tak samo jak np. Hume, Spencer czy Tocqueville, a arystokratyczni liberałowie, doceniający konserwatywne wartości – to prawica. Nie oddawajmy zatem Voltaire’a lewicy, z którą nic go nie, tak naprawdę nie łączy!

Schopenhauer a popularność buddyzmu

Kiedy Kant stwierdził, iż poznając świat, tak naprawdę poznajemy tylko siebie, co jak wspomniałem w innym artykule jest teoria tyleż wątpliwą co szkodliwą, wielu poświęciło się wyłącznie intelektualnemu egoizmowi i zamiast naprawiać świat naprawia po dziś dzień jedynie siebie, a właściwie myśli iż naprawia siebie.
Niemcy wydały słynnego filozofa Schopenhauera, który był człowiekiem łagodnym i nieśmiałym, Zycie więc go nie oszczędzało, a on znosił to z trudem, dlatego, sądząc według własnych kryteriów – jak wielu innych, wymyślił teorię, iż uczestnicząc w społeczeństwie zawsze jesteśmy ograniczani i tyranizowani przez innych lub odwrotnie, stąd zalecał wycofanie się z czynnego życia w społeczeństwie i cichą kontemplację. Nie był hipokrytą, lecz zacnym człowiekiem i sam też zamknął się na cztery spustu we własnym domu ze swymi towarzyszami – pudlami,, głosił bowiem, iż zwierzęta są lepsze od ludzi i nie mają tak złych cech jak oni. Chyba zapomniał, że narzucanie swej przewagi w świecie natury jest normą, ale on jako człowiek, większy, silniejszy i mądrzejszy od swoich pupilów był bezpieczny od wszelkich prób uczynienia z niego niewolnika we własnym domu (czasem słyszymy jednak o domach, w których rządzi pies).

Schopenhauer był też tym, który wprowadził filozofię buddyzmu do świata europejskiego. Buddyzm, jak kiedyś wspominał F. Koneczny, jest skazany na koegzystencję z innymi, bardziej życiowymi ideologiami (np. konfucjanizmem) by w morzu izolujących się od siebie nawzajem kontemplujących jednostek, można było stworzyć jakaś państwowość.

Mamy dziś ekologizm, pro-zwierzęcość (i anty-człowieczość) i przekoanie bardzo wielu ludzi, że ich apolityczność i aspołeczność jest święta (ich pustka jest święta – jak powiedział Roger Scruton o bohaterze „Mdłości” Sartre’a). Schopenhauer – voila le coupable! Dobrze, że oprócz schopenhauerystów-buddystów w naszym społeczeństwie i innych społeczeństwach europejskich są jeszcze ludzie „opętani polityką”.

Prawica - raczej rycerze niż mnisi

Świat prawicy jest często identyfikowany ze światem ludzi wierzących. Częściowo jest to słuszne, bowiem myśliciele o prawicowym światopoglądzie byli zawsze albo wierzący w Boskie interwencje (Burke, de Maistre, Davila, Reagan) albo co najwyżej deistami (Hume, Voltaire, Tocqueville), lecz nie brak i pobożnej lewicy na tym świecie poczynając od ruchu monastycznego i Św. Franciszka, kończąc na uczęszczających na msze polityków SLD.



P. Adam Wielomski opisując Burke’a stwierdzał, iż był to konserwatysta jedynie z rozumieniu człowieka o arystokratycznych, nienagannych manierach, uprzejmego wobec kobiet itd., podczas gdy jego postawa wobec rewolucji (zła bo zbyt szybka i radykalna, a nie zło absolutne) dyskwalifikowała g jako konserwatystę. To prawda Bukre, był mniej konserwatywny niż Hume, i rozważania o tradycji i religii niczego tu nie zmieniają, lecz przyjrzyjmy się tym wspomnianym manierom.

Ludzie Kościoła mogli być i zawsze byli społecznie rewolucyjni lub tradycjonalni – tzn . zwolennikami autorytetu i hierarchii. Mogli jednak pochwalać komunistyczny styl życia, jak mnisi, czy przygotowywać rewolucję społeczną pod znakiem egalitaryzmu (wszak ostatni będą pierwszymi, tyle , że zapomnieli ze nie na tym świecie) jak Savonarola, Meslier czy modernistyczni biskupi. Można więc wyobrazić sobie zarówno prawicowego jak i lewicowego człowieka Kościoła, ale czy można sobie wyobrazić lewicowego rycerza?

Otóż, mimo iż zdarzali się arystokratyczni socjaliści, wypadać stwierdza, że z chwilą odrzucenia tradycji i hierarchii przestawali oni być arystokratami, co często sami podkreślali wyśmiewając własne arystokratyczne tytuły. Kościół to od V wieku pierwsza brama kariery dla ludzi gminnych, rycerstwo to dziedziczność i tradycja. Każdy prawicowiec jest po części rycerzem-szlachcicem. Oto czym jesteśmy naprawdę pod względem mentalnym i warto zdawać sobie z tego sprawę, kiedy jako autorzy prawicowi atakujemy szlachtę z punktu widzenia kleru.

Nietzsche - konserwatysta czy rewolucjonista ?

Friedrich Nietsche był człowiekiem elitarnym do bólu. Temu faktowi nie da się zaprzeczyć. Jednocześnie był wielkim wrogiem wszystkiego co masowe, mieszczańskie (sam się kreował na francusko-polskiego szlachcica), chrześcijańskie, „miłosierne”, narodowe i socjalistyczne. Czy był człowiekiem prawicy? Czy można czerpać z jego myśli będąc prawicowcem? Niech nas nie zniechęca w tych rozważaniach fakt wykorzystania kilku jego pomysłów przez masowego socjalistę Hitlera, który myśl Nietschego musiał znać bardzo słabo.



Nietsche był z wykształcenia filologiem klasycznym i w sensie mentalnym, żył w czasach Oktawiana Augusta. Sam identyfikował się z poglądami, jakie mógł wyznawać rzymski patrycjusz, stąd jego niechęć do Germanów i antyniemieckość, upodobanie do uniwersalizmu (wszak każdy lojalny poddany Augusta mógł zostać obywatelem Rzymu) i sprzeciw wobec germańskiego nacjonalizmu, a także do anglosaskiego ducha równości (parlamentaryzmu, demokratyzmu i socjalizmu utopijnego) i chrześcijaństwa, które m.in. wg E. Gibbona zniszczyło świat SPQR. Był więc konserwatystą ? Tak był konserwatystą, ale rzymskim, a nie chrześcijańskim!

Jego plan wielkiej odnowy dokonanej rękoma nadludzi, to nic innego jak powrót do świata Rzymu z jego herosami, bohaterami i kultem „szczerego” okrucieństwa i uczciwej siły w miejsce różnych religii wyrównujących przepaści między bogatymi, pięknymi, mądrymi i odważnymi a biednymi, brzydkimi, głupimi i tchórzliwymi. W pewnym sensie więc był Nietsche niczym Herbert Spencer – darwinistą społecznym, bowiem Spencer nakazywał wspieranie (a raczej nie przeszkadzanie im) najbardziej przedsiębiorczych jednostek, widząc społeczeństwo jako żywy organizm rządzący w dużej mierze sobą samym bez pomocy aparaty administracji. Był też Nietsche konserwatystą rewolucyjnym. Ciekawe, iż niewielu prawicowców kontynuowało jego poglądy w wieku XX, zostawiając jego teorie na pastwę lewicy.

Największa zbrodnia w dziejach ludzkości - zbrodnia demokratyczna

W innym moim tekście: „Dlaczego monarchia jest lepsza od demokracji” pisałem, że w monarchii sprawy wojska i wojna ograniczają się do królewskich sił wojskowych i nie angażują całego narodu, podczas gdy demokratyczny pobór powszechny przyniósł rzezie czasów napoleońskich i I wojny światowej (prowadzonej przez demokratycznych ministrów i demokratycznych ministrów marionetkowych cesarzy). Pisarz Laurence Sterne bawiący we Francji w czasach wojny siedmioletniej nie wiedział nawet, ze jest wojna, bo wojna to sprawa książąt – nie ludu. Lud nie ma w niej nic do wygrania, więc takie postawienie sprawy jest uczciwe.

Przed 1789 rokiem większość ludzi nie znała nieszczęść wojny; przeciwnie – sami żołnierze szli czasem na nią z radością, byli to żołnierze zawodowi bądź najemnicy, a wojna była ich zawodem – szansą na społeczne wybicie się i świadomie podejmowanym ryzykiem. Kilka kilometrów od frontu nie wiedziano nawet czasem, iż trwają walki (P. Gaxotte).



Przed rewolucją francuską przymusowy pobór był zjawiskiem rzadkim i marginalnym; republikanie francuscy uczynili z wojny obowiązek każdego, nawet człowieka, który nigdy nie widział karabinu czy muszkietu – człowiek taki otrzymuje w momencie poboru – „idź i daj się zabić komuś, kto włada bronią lepiej od ciebie”. Moralnie jest to całkowicie nie do przyjęcia. Państwo zabija w ten sposób z premedytacją własnego obywatela.

Totalitaryzmy wynikły tylko z tego, że dyktatorzy zauważyli, że skoro wojna nie toczy się do ostatniego żołnierza lecz do ostatniego kowala, piekarza czy pianisty to może by tak zabić go zanim dostanie do swych drżących rąk karabin a na nienawykły do wojennych trudów grzbiet – mundur, kraju, którzy żąda od niego by dał się zabić? Po I wojnie światowej wielu wojskowych darzyło cywilów niechęcią, że choć sami byli cywilami musieli zginąć jako żołnierze – wiec komunizm, faszyzm i nazizm zbudowali właśnie tacy niezadowoleni maruderzy-kombatanci (pięknie o tym pisał Z. Kałużyński w „Pamiętniku Orchidei”).

Dlatego ważne jest wyznaczenie granicy miedzy państwem a obywatelami i dlatego należy popierać wojsko w 100 % zawodowe.

Kwestie poważne i mody społeczne

Wielu publicystów wspomina o tematach zastępczych, które maja rzekomo służyć odciągnięciu uwagi obywateli od spraw poważnych – tzn. tych które dotyczą nas wszystkich; chociażby kwestii podatkowych. Co by miało być tymi tematami zastępczymi – rozmaite „mody społeczne”, które wywołują często większe emocje niźli kwestie podatkowe.

Podstawowe tematy zastępcze to problem „promowania homoseksualizmu” versus „problem homofobii”. Spalają się w nim najlepsze pióra prawic, choć dla lewicy to jedynie kwestia proletariatu zastępczego, nad którym objęła ona opiekę z braku zorganizowanego proletariatu ekonomicznego. Dlaczego nazywam obecne problemy i konflikty wokół homoseksualizmu modą społeczną? Otóż traktuję je jako efekt pewnej dziejowej prawidłowości (dzieje może nie mają sensu, ale zjawiska można opisać historiozoficznie) . Kiedyś Kościół wszystkim-dziś niczym, kiedyś homoseksualizm zwalczany-dziś nawet „promowany”. Jest to mechanizm „sprężyny” i jakkolwiek zawsze ktoś będzie niezadowolony z aktualnego wygięcia wahadła mód społecznych, sprawy te są o wiele mniej ważne niż kwestie podatków, które można załatwić na trzeźwo i od ręki, nie uczyni jednak tego społeczeństwo opętane przez walkę o mody społeczne.

W sprawie homoseksualizmu cofnijmy się o 300 lat do XVIII-wiecznych Niderlandów. Bardzo interesująca jest kwestia podejścia władz Republiki Zjednoczonych Prowincji wobec homoseksualizmu. Homoseksualisci byli uważani za kryminalistów; w 1730 roku w Groningen dokonano nawet egzekucji 22 mężczyzn i nastolatków skazanych za homoseksualizm. W 1777 roku wydany został anonimowo traktat przypisywany potem doradcy prawnemu Wilhelma V Orańskiego, Abrahamowi Perrenotowi, w którym można było przeczytać, e homoseksualizm winien być uważany za przestępstwo, jedynie gdy ma miejsce wykorzystanie chłopców niepełnoletnich. W 1803 roku w Schiedam miała miejsce ostatnia egzekucja człowieka skazanego za homoseksualizm, ( P.F. State, A brief history of the Netherlands, Facts on File inc. NY 2008.). W pewnym sensie nie dziwię się homoseksualistom, iż chcą od takich upiorów jak najdalej uciec, lecz dziwię się ludziom, których problem owej walki nie dotyczy na co dzień, iż swój czas i energię marnują na modę społeczną, która nie podlega ludzkiej polityce bieżącej, a raczej wielkim i długotrwałym zmianom mentalności ludzkiej. Podobnie jest z kwestią eutanazji i aborcji – są to zjawiska społeczne wynikające z triumfu utylitaryzmu. Który to triumf trwa już około 250 lat.
I tak Polska i inne kraje poświęcają swą uwagę, czas i pióra na mody społeczne – tj. sprawy właściwie nierozwiązywalne w warunkach demokratycznych, gdzie debata zastępuje decyzję, a ważne problemy postają niezałatwione. W Polsce tego typu problemami są:

-zagrożenie, iż w ciągu kilku lat padnie cała infrastruktura elektryczna, wskutek braku odpowiedniej konserwacji elektrowni i przewodów (od 40 lat)
- przewidywany niedobór wody pitnej w Polsce
- brak uwolnienia informacji medycznej
- skomplikowane przepisy cywilne i karne niezrozumiałe nawet dla prawników
- zbytnia zależność energetyczna od Rosji
- brak autorytetu nauczycieli w szkołach, ergo upadek szkół
To tylko garść przykładów. Politykom wygodnie jest robić kariery na nierozwiązywalnych problemach mód społecznych, nie muszą wtedy zakasywać rękawów do pracy. Nie pomagajmy im więc, lecz rozliczajmy według stopnia załatwiania spraw załatwianych a niezbędnych do załatwienia.

Dlaczego monarchia jest lepsza od demokracji

W swoim tekście: „Dlaczego monarchia?” zamieszonym w „Xięstwie Pomorskim” (nr. 1 2009 r.) p. Piotr Waszkiewicz przedstawił wiele argumentów dowodzących wyższości monarchii nad demokracją. Zaliczył do nich m.in:

- Lepszy kontakt władzy personalnej monarchy z poddanymi (Rousseau mogący swobodnie rozmawiać z włoskimi książętami versus przepaść społeczno-obyczajowa na linii prezydenci dzisiejszych republik a obywatel).
- to, że monarchia zazwyczaj uchodzi za wspólne dobro poddanych (przerażenie Elżbiety I, że jest z nią tylko (sic!) 75% poddanych versus zideologizowany świat partii i jednocyfrowych poziomów poparcia ministrów i premierów)
- to, że monarchiści chcą być dobrze rządzeni, podczas gdy demokracji chcą kartki do głosowania, bo pożądają z własnej chciwości nawet tej namiastki władzy.
- porządek – Maria Teresa Habsburg otaczającą się doradcami mądrzejszymi od siebie versus demokratyczny premier tępiący bystrzejszych od siebie jako konkurentów.
- ciągłość – kwestia braku zamieszania w przekazywaniu władzy.
- suwerenność – król nie musi schlebiać i kadzić narodowi, lecz czyni to co uważa za słuszne i tylko to właśnie.
- wolność – monarchie nie znają totalitaryzmów, filozofowie mogli niemal bezkarnie je krytykować , a handlarze rybami, jak pisze p. Bartyzel, nie słuchali próśb królów by usunęli stragany z dziedzińca Luwru
- piękno – królewski mecenat versus demokratyczne rozmycie się kanonów piękna
- wzniosłość – każdy z dawnych monarchów budził, lub miał szansę budzić, podobna miłość poddanych jak dziś papież, gdyż łączył funkcje religijne z politycznymi.



Wszystko to prawda, lecz to zaledwie część możliwych argumentów za monarchią. Wystarczy nieco zdrowego rozsądku by podać dalsze:
Charakterystyczny dla monarchii wyraźny podział na rządzących i rządzonych, powoduje unikniecie demokratycznej schizofrenii politycznej, powodującej, że każdy ukryje przeciwnika króla, ale mało który obywatel ukryje przeciwnika władzy, która „niby” reprezentuje tego obywatela – a wiec demokracja otwiera drogę tyranii. Monarchia może zbankrutować i nie musi to pociągać za sobą bankructwa narodu, bo ten jest w dużym stopniu niezależny od finansów władcy. Mając za sobą mityczne poparcie ludu, demokratyczni politycy w ich imieniu godzą się na wszystko, narzucają wszystko i nawet przepraszają (np. „Francuzi” – „Niemców”) za wszystko nie spytawszy o zdanie obywateli.
Stąd widać, iż monarchia to rząd prywatny, dlatego np. anarchokapitalista Hans Hoppe uważa monarchię za mniejsze zło, niż rząd publiczny – monarchie – samemu będąc za daleko posuniętym gminowładztwem.

Z tego co tu napisałem, wynika też fakt, iż wojsko i wojna ograniczają się do królewskich sił wojskowych i nie angażują całego narodu, podczas gdy demokratyczny pobór powszechny przyniósł rzezie czasów napoleońskich i I wojny światowej (prowadzonej przez demokratycznych ministrów i demokratycznych ministrów marionetkowych cesarzy). Pisarz Laurence Sterne bawiący we Francji w czasach wojny siedmioletniej nie wiedział nawet, ze jest wojna, bo wojna to sprawa książąt – nie ludu. Lud nie ma w niej nic do wygrania, więc takie postawienie sprawy jest uczciwe.
A oto dalsze argumenty za monarchią, jakie przychodzą mi do głowy:
- Monarcha jest w mocy uratować człowieka prześladowanego przez władze lokalne z powodów prywatnych, a także rozsądzić spór między np. władzą ustawodawczą i sądowniczą.
- Własność prywatna jest bardziej zagrożona w demokracji niż w monarchii, bo istnieje w niej: „sprawiedliwość społeczna” – tj. kradzież w majestacie prawa.
- Monarcha to jeden człowiek, z typowo ludzkimi lękami i obawami, demokracja to banda urzędników nie lękająca się niczego i nikogo. Stad monarchia jest ludzka a demokracja często nieludzka.
- W demokracji wszystko jest poddane dyskusji publicznej, która nie ma sensu, bo wiadomo, iż rząd narzuci swe zdanie, lecz dyskusja ta ma wprowadzić zamęt umożliwiający łatwiejsze sterowanie ludem. Dyskusja demokratyczna na tematy związane z moralnością skutkują zawsze osłabieniem moralności. Stąd np. p. Marcin Libicki jest za demokracja jedynie jako sposobem wybierania władzy, ale nie ustalania kwestii moralnych, w końcu specjalistów jest zawsze mniej niż ignorantów.
- Demokracja zawsze rozbija społeczeństwo, chyba, że jest silnie senatorska i cenzusowa, lecz kto zagwarantuje, że za chwile nie będą rządzić wszyscy włącznie z dziećmi i wariatami?

- Dla monarchy etniczność nie ma znaczenia, liczy się za to lojalność, stąd era monarchii nie znała nacjonalizmu, a wiemy jakie mogą być skutki rozbudzonego nacjonalizmu…

- W demokracji prawda rzadko przebija się w gąszczu ideologii i mitów, bo tylko suwerenny monarcha ma interes w jej poznaniu, gdyż musi on zostawić swe państwo w jak najlepszym stanie dla potomków-dziedziców.


Na koniec dodać można, że ogromna większość klasycznych filozofów gardziła demokracją i bała się jej. Wyjątkami byli Spinoza, van der Enden i Rousseau; wszyscy trzej nie do końca władni nad własnymi myślami.

Za co kochamy Reagana

W tym tekście zwracam się do wszystkich ceniących wolność i tych, którzy potrafią być mądrzy także „przed szkodą”. Reagan – największy człowiek XX wieku rozumiał dobrze, iż niektórzy mają na swych oczach bielmo głupoty i nie widzą spraw oczywistych, dlatego trzeba ich poddać niewielkiej a zbawiennej terapii szokowej.



Reagan wiedział, że ZSRR jest krajem, który nie gwarantuje swojemu niewolniko… pardon: obywatelowi niczego; ani bezpieczeństwa, ani godności, ani prywatności, ani przysłowiowej „kury w garnku co niedzielę” (te słowa Henryka IV Burbona dawały sporo do myślenia w PRL-u), ale to nie wystarczy by ludzie zrozumieli, że z takim państwem-potworem należy walczyć, a nie rozmawiać (jak zalecał np. krypto socjalista George Clooney), więc postanowił zamęczyć chorą gospodarkę absurdalnego państwa by pokazać iż dobre i zdrowe zawsze pokona to co złe i chore i zrobił to co zalecał gen. George Patton już w 1945 roku (człowiek wybitny – już w 1917 roku docenił znaczenie czołgów, gdy wszyscy w Ameryce je wyśmiewali) , a czego nie odważyli się wysłuchać ani lewicowiec Truman, ani zakłamany polityk Eisenhower, ani tym bardziej socjalistyczny mafioso Kennedy, ani śmiechu warty Carter.

Reagan cenił to co piękne, mądre i odważne i mimo iż był tylko aktorem, wystarczyło mu to by zrozumieć jak bardzo komunizm zmienia ludzi w zwierzęta. Chwała mu za to!