środa, 11 listopada 2009

Uważaj co oglądasz ! Czyli filmy prawicowe i lewicowe.

Większość twórców filmowych stara się by ich obrazy niosły ze sobą jakieś przesłanie, które uważają za istotne. Tym, nawiasem mówiąc, ich dzieła różnią się od dokumentalnych programów historycznych. Dla uczciwości intelektualnej reżysera lepiej jest jeśli przesłanie to wynika z faktów istotnie rozgrywających się na ekranie, a nie z deklaracji głównych bohaterów, zaś dla prawdy esencjalnej lepiej jeśli fakty te odpowiadają prawdzie historycznej. Niestety reżyserzy bardzo często popadają w nieuczciwość intelektualną i wysuwają swoje przekonania na pierwszy plan. Jeśli tak się dzieje to zaczyna obowiązywać ta sama zasada jak w kwestii propagandy; lepiej by światopogląd reżysera/(nie)zamierzona propaganda objawiła się tylko w doborze tematu.
Dosyć typowym przykładem jest Umberto Eco i jego powieść: „Imię Róży” (Il nome della rosa), na podstawie której nakręcono w 2003 bardzo znany film z Seanem Connery’m w roli głównej. Oto fragment dyskusji na ten temat z „Najwyższego Czasu”:

Sztandarowym przykładem jest postać Bernarda Gui, inkwizytora Toledo, którego opisał Umberto Eco w powieści “Imię róży”. Jeszcze gorzej przedstawiono go w filmie na podstawie tej książki. Jawi się on jako geriatryczny mnich, którego jedyną rozrywką jest grzanie rąk przy płonących stosach. Bernard Gui jako rzeczywista postać historyczna był inkwizytorem Toledo i przez 16 lat, kiedy pełnił tę posługę, orzekł winę w stosunku do 913 osób, a tylko 42 osoby jako groźnych rebeliantów (recydywistów, pedofili, kryminalistów) przekazał władzy świeckiej. Nie było to wcale jednoznaczne z karą śmierci dla nich. Nowatorstwo Gui polegało na tym, że jako jeden z pierwszych inkwizytorów analizował podejrzanych o herezję pod kątem choroby psychicznej, a gdy ją stwierdzał, rezygnował z dalszych przesłuchań. U protestantów osoby te trafiłyby niechybnie na stos. Jednak stworzony przez Eco mit działa mocniej niż prawda historyczna


Do Eco można mieć pretensje tym większe, iż jako wybitny mediewista zapewne wie doskonale jak naprawdę pracowała inkwizycja.

A oto przykład pozytywny: filmu, który jest wyważony w swej treści ideologicznej. Niedawno nakręcony (2006) francuski film telewizyjny: „Jeanne Poisson, markiza de Pompadour” (Jeanne Poisson, Marquise de Pompadour) z Hélène de Fougerolles w roli głównej i Vincentem Perezem jako Ludwikiem XV. Jeanne Poisson również zaczyna się jak Kopciuszek, lecz szybko staje się dość poważnym filmem o polityce. Co warte podkreślenia; reżyser Robin Davis, choć urodzony w Marsylii, potrafił znakomicie wyważyć argumenty obu dworskich partii; „dewotów” pod przewodnictwem delfina Ludwika Ferdynanda Burbon (1729-1765) i „filozofów” wspieranych przez markizę de Pompadour (1721-1764). Zdumiewa nieco zrozumienie i sympatia w stosunku do słabostek króla Ludwika, mimo to Davisowi udało się stworzyć nie ideologiczny film o polityce, co jest osiągnięciem nie byle jakim.

Podobny rezultat jak Davis w Jeanne Poisson i Bondarczuk w Waterloo (starczyło w nim miejsca zarówno na legendę Napoleona jak i legendę Wellingtona a i dla Bluechera nieco miejsca zostało), osiągnął wybitny reżyser Stanley Kubrick (zm. 1999) w filmie Barry Lyndon (1975). Film został oparty na powieści Williama Makepeace'a Tackeraya (1811-1963) pod tytułem: The Memoirs of Barry Lyndon i opowiada o irlandzkim młodzieńcu Redmondzie Barry, usiłującym różnymi sposobami przeniknąć do angielskiej arystokracji. Film zaskakuje swym naturalizmem, m.in. dzięki temu, że został nakręcony w całości przy naturalnym oświetleniu słońca i świec, co z kolei powoduje, że wciąga widza do swego wewnętrznego świata . Kubrick znany był z niezwykle pieczołowitego zbierania materiałów do filmu. Ostatniego swego projektu – filmu o Napoleonie, nie zdążył zrealizować ponieważ zbyt wiele zajęło mu czasu zbieranie publikacji dotyczących cesarza - zebrał ich ok. 16.000 (sic !). Barry Lyndon opowiada o końcu pewnej cywilizacji, której Kubrick nie krytykuje, lecz stara się przedstawić powody rozpadu starego świata , poprzez kryzys rodziny Lyndonów, zanik łączności między warstwami społecznymi i zanik poczucia honoru (pojedynek, w którym chodzi bardziej o zemstę niż o honor), głównego spoidła cywilizacji przedrewolucyjnej . Reżyser wciela się tutaj bardziej w rolę badacza prezentującego wyniki swych badań i przemyśleń niż ideologa, co wychodzi filmowi na dobre; jest to prawdopodobnie najlepszy film o realiach XVIII wieku, będący jednocześnie znakomitym filmem o uniwersalnych wartościach .

Przy tym diagnostycznym niemal obrazie inne filmy odnoszące się do wieku Oświecenia i rewolucji często wprost zioną ideologią; lewicową lub prawicową.
Wspomniana już raczej nieudana komedia: Casanova (2005) jest filmem na wskroś współczesnym o przesłaniu mocno feministycznym, dzięki uczynieniu bohaterka filmu pisarkę piszącą pod męskim pseudonimem feminizujące książki. Casanova, będący głównym „myślicielem” (komentatorem filmowych wydarzeń i quasi narratorem) w na początku filmu, szybko traci tą pozycje na jej rzecz. Ponieważ zakochuje się w niej jest skazany, a wraz z nim również widz, na wysłuchiwanie różnych dziwacznych tyrad przeciw męskiemu szowinizmowi, którego Casanova (pisarka nie wie, że rozmawia z nim, więc opowiada o nim) jest jakoby symbolem. Język i styl rozmów tego filmu zdecydowanie lepiej oddawałyby klimat umysłowy lewicującej uczelni, niż osiemnastowiecznej Wenecji, swoją droga Casanova, szanowany filozof i pisarz przecież (o jego książkach nie ma w filmie mowy, a o tym, że jest filozofem, wspomina raz on sam grany przez Heath Ledgera) nie doczekał się dotąd filmu godnego jego osoby, chociaż jego „Pamiętniki” to wymarzony scenariusz filmowy. Film Felliniego - Il Casanova z 1976 skoncentrowany jest niemal całkowicie wokół spraw łóżkowych. Przygotowując się do roli Donald Sutherland przeczytał wszystko co tylko znalazł o XVIII stuleciu, co wywołało zdziwienie Felliniego, który planował nakręcić dzieło na wskroś emocjonalne, a jak najmniej intelektualne.

W „Ostatnim Mohikaninie” The Last of the Mohicans (1992) mamy typowy podział na „dobrych” (Mohikanie), „złych” (Huronowie, Brytyjczycy) i neutralnych (Francuzi). Akcja filmu dzieje się w 1757 roku podczas kolonialnej wojny amerykańskiej miedzy Wielką Brytanią a Francją. Filozoficzne rozważania zarezerwowane są w tym filmie dla krytycznie oceniającej brytyjskie zwyczaje wojskowo-polityczne (i patriarchalne podejście do spraw rodziny i małżeństwa starającego się o jej rękę majora Duncana Heywarda) córki pułkownika George’a (w filmie Edmunda) Munro i wychowanka Mohikanów Hawkeye’a. Decyzja reżysera wymusza lewicową optykę filmu, o czym świadczą; kilkukrotne potępienie kolonializmu („chciwości władców europejskich”) i wybór „wolności wśród Indian” zamiast życia w Anglii. Jeśli reżyser obrazu Michael Mann chciał przekazać widzom te treści, to lepiej byłoby, gdyby wynikały ona z samego biegu wydarzeń, a nie z deklaracji Indianina i rozpieszczonej panienki. Znakomicie zostało za to pokazane oblężenie przez Francuzów Fortu William Henry (3-9 sierpnia 1757 r.), znakomicie ukazującego w działaniu osiemnastowieczną pracę oblężniczą. W filmie francuski dowódca markiz Louis-Joseph de Montcalm (1712-1759) pozwolił dowódcy swych indiańskich sprzymierzeńców wyrżnąć brytyjskich obrońców i nawet go do tego pośrednio namawiał. W rzeczywistości robił co mógł by powstrzymać Indian . Jest to przykład dość daleko idącego manipulowania historią.

Przykładem „prawicowego” filmu może być znakomita: „Misja” (The Mission) Rolanda Joffé opowiadającego historię zlikwidowania przez Portugalczyków, po przejęciu od Hiszpanów (na podstawie traktatu madryckiego – podpisanego przez obu monarchów 13 stycznia 1750) indiańskich osad jezuickich, przedstawionych w filmie jako niemal drugi eden. Tak jak w „Ostatnim Mohikaninie” widzimy tu krytykę „kolonialnej chciwości”, ale zupełnie z innej strony.
Również prawicowy wydźwięk ma przezabawna, ale i wzruszająca tragikomedia: „Szaleństwa króla Jerzego” (The Madness of King George) Nicholasa Hytnera z 1994 roku. Tym razem konserwatywne przesłanie bazuje na wyborze tematu; tj. na brytyjskim sentymencie do Korony i dynastii, której służyć Brytyjczycy nie przestają, nawet gdy król ciężko zachoruje, jak to się stało w przypadku Jerzego III w 1788 roku .

Jeśli chodzi o ekranizacje znanych powieści, to reżyserzy mają zawsze wybór; czy dokonać jej w sposób drobiazgowo wierny, czy też luźno trzymając się scenariusza przedstawić własne poglądy. Za wzorową ekranizację pierwszego typu mógłby w mojej ocenie uchodzić: Tom Jones (1963) oparta na powieści Henry’ego Fieldinga (1707-1754) The History of Tom Jones, a Foundling (1749). Telewizyjna seria: The Fortunes and Misfortunes of Moll Flanders (1996) Davida Attwooda przedstawia już kolejność i sens wypadków nieco zmienione wobec powieści Daniela Defoe (1660-1731) Moll Flanders (1722), a kinowa Pena Denshama Moll Flanders z tego samego roku zawiera mnóstwo postaci i wątków nie występujących w powieści pomijając wiele tych ważnych dla konstrukcji dzieła Defoe. Nieporozumieniem jest, iż ten paszkwil na dawne stosunki Denshama nadal nosi tytuł Moll Flanders. Samego Defoe fascynowała ludzka zaradność, dlatego kazał on swym bohaterom zmagać się z wieloma przeciwnościami, w żadnym jednak razie nie był on osiemnastowiecznym odpowiednikiem Dickensa .
Niezwykle istotny jest, jak już powiedzieliśmy, wybór perspektywy z jakiej oceniany jest świat powieści/filmu. Można tu powiedzieć, że niektóre postacie historyczne maja niebywałe szczęście być samemu głównymi bohaterami filmów o swych czasach, jak to jest nagminnie w przypadku Elżbiety I Tudor (ur. 1533, pan 1558-1603), jak na przykład w: Elizabeth: The Golden Age (2007), w którym motywem przewodnim jest wyprawa hiszpańska przeciw jej władzy w 1588 roku. Dlaczego zawsze ona jest w centrum wydarzeń, a nie ktoś z jej wrogów, na przykład Filip II, a „Marię Stuart” nakręcono co prawda, ale w Polsce (1994)? Prawdopodobnie dlatego, iż postać Elżbiety I zbyt mocno wrosła już w narodową mitologię brytyjską.

W odróżnieniu od Elżbiety I, francuski król Ludwik XVI ciągle pojawia się w filmach opowiadających historię kogoś innego. Przykładem może być znakomity film „Śmieszność” (Ridicule) Patrice Laconte’a (1996) opowiadający o zmaganiach pełnego dobrych chęci szlachcica z prowincji (w tej roli Charles Berling) z bezduszną wersalską biurokracją. Kino, tak jak historia, ma swoich ulubieńców i czarne owce.

Przyjrzyjmy się jeszcze „największej przygodzie w dziejach” czyli losom kolejnych adaptacji buntu na HMS Bounty (kwiecień 1789 roku). Klasyczne ujęcie tego tematu wygląda tak; młody miłujący ludzi i sprawiedliwość drugi oficer Fletcher Christian słusznie buntuje się przeciw katującemu swą załogę kpt. Williamowi Blightowi, pozbawia go dowództwa i wysyła wraz z grupą wiernych mu marynarzy w szalupie na pełne morze. Zdolny żeglarz, jakim był Blight zdołał w swej szalupie dotrzeć do holenderskich kolonii (Timor), skąd potem przedostał się do Londynu. Mamy wiec motyw konfliktu między dyscypliną, porządkiem i hierarchią (Blight) a wolnością, miłosierdziem i sprawiedliwością (Christian); znakomity materiał na film. Pierwsze dwie ekranizacje „Buntu na Bounty” z 1935 (w roli Christiana Clark Gable) i 1962 (w roli Christiana Marlon Brando) ukazywały Blighta jako okrutnika, fanatyka dyscyplina, szydercę i tyrana. Dopiero ekranizacja z 1984 roku z Melem Gibsonem w roli Christiana i Anthonym Hopkinsem w roli kpt. Blighta, brała raczej stronę kapitana. Zauważmy iż nakręcono ją wiele lat przed upowszechnieniem się informacji o tym, że „czarna legenda” kpt. Blighta została wymyślona przez sądzonego w 1792 roku w Londynie za udział w buncie bosmana-mata Jamesa Morrisona. Morrison sporządził fałszywy dziennik podróży by oczernić kapitana w oczach sądu i uratować własną skórę (jeśli kapitan zostałby uznany za niewinnego to Morrison zostałby powieszony). Sądzony razem z Morrisonem był inny członek załogi HMS Bounty, oficer i wpływowy arystokrata, który postarał się o nagłośnienie ich wersji wydarzeń. Blight nie mógł zaprzeczyć tym rewelacjom, ponieważ prowadził wówczas kolejną wyprawę po drzewo chlebowe, która zresztą tym razem zakończyła się pełnym sukcesem. Poza tym okazuje się, że Blight należał do łagodniejszych kapitanów Royal Navy. Wydaje się jednak, że w 1984 hierarchia i porządek były w większej modzie niż w 1962 roku; stąd łagodniejsze potraktowanie Blighta . Być może swoje zrobiła także atmosfera rządów konserwatystów i Margaret Thatcher?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz