środa, 11 listopada 2009

Demokratyczna kultura czyli prosty lud geniusza "nie zrozumi"

Karl Marx (celowo tak piszę bo zdecydowanie nie jest mi on bratem ni swatem) obok morza bzdur powiedział jedną mądrą rzecz. Stwierdził mianowicie, że kultura jest taka jaka jest klasa nadająca ton społeczeństwu. Jeśli rządzi lud to proszę się nie dziwić, że np. w empikach ("pełna kultura") stosunek płyt z muzyką baroku, romantyzmu, klasycyzmu + jazz do muzyki pop/rock/punk/metal (niepotrzebne skreślić) to jakieś 1:20. Jeśli ktoś popiera demokrację a jednocześnie ciągle jęczy, że kultura upada to powinien wziąć ciężki młot i walnąć się w głowę z całych sił. Tylko posiadając ustrój oparty na wąskiej elicie (najlepiej niewybieralnej, lub wybieralnej bardzo cenzusowo) możemy sprawić, że zamiast naszych obecnych grajków i pacykarzy powrócą artyści na miarę da Vinciego, Mozarta, Bacha czy Erlacha.

Póki co jednak mamy demokrację i bardzo demokratyczne kino - powstałe jako rozrywka dla analfabetów. Nie gardzę kinem, wręcz przeciwnie lecz zauważyłem tu pewną prawidłowość, która odnosi się do cytowanej na początku myśli Karla Marxa. Otóż pamiętam jak Andrzej Seweryn wspominał (w wywiadzie), że arystokraci w czasach Moliera pękali ze śmiechu gdy tłuczono pana Jourdain na scenie wyperswadowując mu pełny pychy zamiar zostania szlachcicem. Pan Seweryn zauważył, że dziś ta scena budzi raczej smutek, bo na sali siedzą sami Jourdainowie, a wielu z nich chce być kimś lepszym niż są. Podobnie jest ze sceną prześladowania biednego pijanego poety przez nimfy w operze Henry Purcella (1659-1696) "The Fairy Queen". Podobną scenę można zobaczyć w filmie Petera Greenewaya, który jak nikt inny wniknął w elitarystyczne XVII-wieczne poczucie humoru: "Kontrakt rysownika". W jednej ze scen szlachcic opowiada anegdotę o arystokracie, który wrzucił swego architekta do fosy ("powędrował w objęcia mokrej śmierci") za to, iż nieszczęśnik wyznał, że dla każdego innego pana równie chętnie wykonałby groble i kanały, jakie sporządził dla owego arystokraty. Śmieszne? Nie jeśli pomyślimy o "wyzysku" warstw pracujących, które miały bardzo ciężko, a wyzwoliła ich dopiero Rewolucja Francuska przynosząc prawa obywatelskie, czyli prawo uczestniczenia w spędzie wyborczym z karteluszkiem w ręku i 10 razy większe podatki niż dotychczas.

Także arystokraci są zazwyczaj (w filmach dla mieszczan i byłych chłopów) prezentowani w negatywnym świetle. Wyjątkiem jest chyba film: "Księżna" (The Duchess) ze znakomitym Ralphem Fienesem (gra apodyktycznego księcia Devonshire) i nieco mniej znakomitą Keirą Neightley (gra rolę jego żony o dość liberalnych poglądach), w którym pewne racje są jednak oddane księciu, co nie pozwala temu filmowi stać się jeszcze jedną ramotą o "brzydkich arystokratach". Ale to zasługa Fiennesa, który wydobył pozytywne cechy ze swej postaci. Fiennes należy do jednej z najwpływowszych rodzin w Wielkiej Brytanii - więc w pewnym sensie jest księciem. Czy tylko książę zrozumie księcia?

Arystokraci to jedno ale jak przeciętny widz ma poznać dziś, że ogląda film o geniuszu? Przecież nie zrozumie znaczenia jego dzieł. Przykładowo większość filmów o kompozytorach ma pewną wspólną cechę; pokazują ich jako ludzi ekscentrycznych do szaleństwa. Beethoven grany przez Gary Oldmana w „Wiecznej Miłości” (Beloved Beethoven) Michaela Gillisa a 1999 roku to niebezpieczny i agresywny frustrat rozbijający pod wpływem „miłosnych” emocji meble w oberży, Chopin grany przez Piotra Adamczyka w Pragnieniu Miłości (2002) niewiele tu ustępuje; choć schorowany i zwykle spokojny ulega często napadom niekontrolowanego gniewu. Mozart w Amadeuszu jest przedstawiony jako wieczne dziecko i żartowniś. Nadworny kompozytor Ludwika XIV, Jean-Baptiste Lully (1632-1687) w filmie „Król Tańczy” (Le Roi dance) Gerada Corbieau jest przedstawiony jako człowiek chory od dumy; podobnie jak Georg Friedrich Händel w Farinelli Il Castrato (2000) tego samego reżysera. Demonstracyjny i wyzywający styl bycia ma także sam tytułowy Farinelli, czyli słynny śpiewak-kastrat Carlo Broschi (1705-1782).

Jako meloman wiem (to zresztą żadna wiedza tajemna), że wszystkie wspomniane charakterystyki filmowe tych postaci są chybione; w rzeczywistości Beethoven uwielbiał opowiadać dowcipy i śmiać się z nich tak głośno, „że aż się trzęsły kwiaty w doniczkach ”. Chopin wprawdzie bardzo drażliwy na punkcie np. swego wyglądu, nie miał cech showmana. Lully snuł dworskie intrygi ale, tego typu ludzie zazwyczaj unikają demonstrowania swego egocentryzmu, w obawie by nie pogrzebać intryg. Wystarczy poczytać listy Mozarta by dostrzec subtelność i dojrzałość ich autora. Händel, choć zdarzało mu się popadać w manię twórczą, był człowiekiem niezwykle uprzejmym , a Farinelli był powściągliwy i znakomicie wychowany, czym różnił się od wielu innych kastratów operowych. Warto wiec zadać retoryczne pytanie, czy kino nie może się obyć bez takich „ubarwień”? Czy geniusze muszą zachowywać się nieodpowiedzialnie i/lub agresywnie by widać było, nimi że są?

1 komentarz:

  1. Pojęcie kultury jest niejednoznaczne. Osobiście podział kultury na tzw. wysoką i masową rozumiem jako podział na coś wartościowego i stworzonego tylko w celu zarabiania pieniędzy. Także do tej pierwszej zaliczam np. piłkę nożną jako widowisko artystyczno - społecznościowe (nie mówimy o korupcji, bo to nie esencja futbolu), a do drugiej np. filmy uznanych reżyserów nastawione na liczbę widzów kosztem jakości dzieła.

    OdpowiedzUsuń