poniedziałek, 30 listopada 2009

Konserwatyzm i monarchizm laicki

Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie mi polemizować z Sz. P. Adamem Wielomskim, którego tezy i teorie zawsze były dla mnie cennym źródłem inspiracji, ale - stało się. W nr. 45-46 tegorocznej serii: "Najwyższego CZASU", p. Wielomski zamieścił swoją recenzje ze wszech miar interesującej książki p. Tomasza Tulejskiego: "Konserwatyzm bez Boga. Dawida Hume'a wizja społeczeństwa, państwa i prawa, Fijorr Publishing W-wa 2009.



Otóż Hume, jak warto przypomnieć, choć deista i niedowiarek religijny, doszedł do podobnych wniosków na temat funkcjonowania społeczeństwa i państwa, a także do podobnych przekonań co do idealnego ustroju państwowego, jak mocno wierzący Edmund Burke, bazujący na swoich moralnych przemyśleniach wynikających z wiary. Dla Hume'a, jak trafnie pisze p. Wielomski, konserwatyzm jest uzasadniony nie wolą Bożą i religijnie pojętym prawem naturalnym, lecz tradycja, zadawnieniem i obyczajem.

Hume uważał, że nie ma metafizycznych zasad rządzących naszą egzystencją, wiec państwa są dziełem ludzkim - dziełem historii. Wielomski uważa, że nie-boski konserwatyzm Hume'a krytyczny wobec religii i fanatyzmu religijnego nie różni się zasadniczo od czegoś co nazywa często "cywilizacją rewolucji", w związku z tym wysiłki pp Voegelina czy Leo Straussa, którzy chcieli stworzyć konserwatyzm laicki (dla wszystkich , nie tylko chrześcijan) opierając go na innym niż chrześcijański fundamencie etycznym były bez sensu, choć interesujące.



Otóż tu właśnie nie mogę się zgodzić. Z jednej strony chrześcijanie często wpadają w pułapki łudząco podobne do pułapki egalitaryzmu w jaki wpadł Robespierre - kim był Savonarola jeśli nie chrześcijańskim rewolucjonistą para-socjalistycznym? Elitarystyczni deiści są właśnie - odporniejsi na takie pokusy.

Hume'owski konserwatyzm to ideologia na wskroś antyrewolucyjna, ponieważ to nie oświecenie było rewolucją, lecz był nią bunt sankiulotów. Byłoby bardzo dobre, gdyby historycy przestali stawiać znak równości pomiędzy zmianami w dziejach myśli ludzkiej, a historią polityczną. Hume'owski konserwatyzm jest ideologią elitarystyczną, zawierającą silny pierwiastek poszanowania dla tradycji i pracy dawnych pokoleń - cóż bardziej prawicowego?

Prawicy Bóg się przydaje ale nie jest niezbędny! Voltaire był deistą ale nigdy nie poparłby rewolucji, co więcej uważał, że Bóg jest ludziom niezbędny bo lud wierzący jest bardziej moralny, nie uważał jednak, że to z samego Boga wypływa idea monarchii i tego co dziś nazywamy prawicą. Adam Wielomski cytuje Rogera Scrutona, brytyjskiego konserwatystę, który zazdrościł Polakom możności oparcia konserwatyzmu na Bogu i wierze, podczas gdy w ateistycznej W. Brytanii nie jest to już możliwe. A jednak gdzie lepiej ma się konserwatyzm? Naturalnie - w Wielkiej Brytanii, ponieważ tam polega on na kulcie oszczędności, elitarności szkół, hierarchii społecznej a nie - jak u nas - na przysłowiowym klepaniu pacierzy.

Pan Wielomski oczernia p. Tomasza Tulejskiego nazywając go rewolucjonistą, który chce zamienić polski religijny konserwatyzm (co p. Wielomski ma na myśli ? KZM? p. Wrzodaka?) konserwatyzmem laickim pochodzącym od Hume'a. Zdaje się nie rozumieć, że w czasach gdy ateizm przeważa nad religią ów laicki konserwatyzm może stanowić szansę wyrwania ludzi z rąk lewicy. Nie skazujmy młodzieży ateistycznej na bycie lewicowcami! Brytyjczycy rozumieją ten problem i dlatego obok potężnej prawicy laickiej istnieją w ich kraju także wysepki konserwatyzmu religijnego (swoją drogą cóż to za konserwatyzm bije ze słów: "ostatni będą pierwszymi" - czy to aby nie jest rewolucjonizm ??) ale odwrotnej sytuacji w RP nie jest skłonny zaakceptować. Tymczasem prawica laicka nie jest wrogiem lecz sprzymierzeńcem prawicy religijnej w walce z lewicą egalitarną.

Podam przykład postulatu przywrócenia monarchii: p. Adam Wielomski jest zwolennikiem monarchii absolutnej - Boskiej (a la Ludwik XIV), a ja monarchii absolutnej oświeconej (a la Józef II). I jednej i drugiej Bóg jest potrzebny; pierwszej jako jej treść i podstawa, drugiej jako narzędzie władzy - interes jest więc wspólny.

Osobiście myślę, że każdy monarcha trochę wierzył w Boga a trochę się nim posługiwał. Duch elitaryzmu jednoczy wszystkich prawicowców, więc można skupić się na tym a nie na deistyczno-chrzescijańskich przepychankach - najpierw trzeba WSPÓLNIE pokonać lewicę - tam wierzący socjaliści - są ich miliardy, bez żenady współpracują z marksowskimi wrogami religii.

Oddzielić konserwatyzm od nacjonalizmu!

Uczestnicząc w dyskusjach na Prawicy.net doszedłem do wniosku takiego, że w Polsce brakuje prawicy laickiej , tj. tej, która niekoniecznie poszukuje natchnienia w moralności chrześcijańskiej, ale podziela podstawowe poglądy prawicowe: pochwała ładu politycznego, odpowiedzialności, hierarchii, elitaryzmu kulturowego itd. Obecnie jednak stwierdzam, iż nasza umęczona ojczyzna potrzebuje przede wszystkim czegoś innego - gruntownego uporządkowania sumy poglądów konserwatywnych i oddzielenia elementów nacjonalizmu i myśli narodowej i narodowo-demokratycznej od konserwatywnego rdzenia.

Konserwatyzm odrzuca ze swej natury wszystkie sztuczne grupy społeczne, a wiec neguje wysuwania politycznych wniosków na postawie rzekomych podziałów na klasy, rasy i plemiona. Konserwatysta rozumie tylko; państwo (administrację), któremu trzeba być posłusznym, rodzinę jako podstawową komórkę społeczną i związki prywatne; sąsiedzkie, towarzyskie itd. powstające bez zachęty ni dozoru państwa.

Polaka to kraj w którym prześladowano latami a nawet wiekami poczucie przynależności narodowej i katolicyzm, w związku z tym obrona tych wartości uchodzą za rzecz szlachetną - i prawie na pewno słusznie, jednak nie są to wartości konserwatywne, a co za tym idzie są to wartości poza-prawicowe. Nie zapominajmy o tym, że konserwatyzm nie rozróżnia miedzy narodami, krwią i ziemią lecz przykłada wagę do lojalności wobec państwa, zaś myśl narodowa powstała wśród XIX-wiecznych demokratów (będąc demokratą już jest się umiarkowanie lewicowym bo demokracja sprzeczna jest z elitaryzmem, naturalnymi powiązaniami społecznymi i konserwatywnym rozumieniem państwa) i liberałów, którzy nienawidzili wszystkiego co konserwatywne; hierarchii, tradycji, monarchii, przywilejów lokalnych, decentralizacji, ducha niezależności prowincji, procesów wykształcania elit politycznych typu noblesse de robe itd.

W kraju, w którym za prawicę uchodzi powszechnie "dmowszczyzna", która jest podwójnie niekonserwatywna; bo jest narodowa i bo jest demokracja i gdzie, w jako bodaj jedynym kraju na świecie pisało się tony papieru o narodowym konserwatyzmie (sprzeczność sama w sobie) trzeba o tym stale przypominać. Problem przesiąknięcia prawicy polskiej etyką chrześcijańską z jej niektórymi para-socjalistycznymi rozwiązaniami (monarchowie często zastanawiali się czy Kościół istotnie jest podporą ich tronów, a konserwatysta Salazar pisał: "nie mam wrażenia, ze Kościół mnie popiera") jest mniejszy od problemu utożsamiania nacjonalizmu z prawicą.

Nacjonaliści to tacy sami lewicowcy jak socjaliści, a może nawet groźniejsi bo podający się za prawicę. Oczyśćmy więc prawicowy światopogląd polski z nacjonalizmu!

środa, 25 listopada 2009

Uważaj co oglądasz! Czyli filmy prawicowe i lewicowe

Większość twórców filmowych stara się by ich obrazy niosły ze sobą jakieś przesłanie, które uważają za istotne. Tym, nawiasem mówiąc, ich dzieła różnią się od dokumentalnych programów historycznych. Dla uczciwości intelektualnej reżysera lepiej jest jeśli przesłanie to wynika z faktów istotnie rozgrywających się na ekranie, a nie z deklaracji głównych bohaterów, zaś dla prawdy esencjalnej lepiej jeśli fakty te odpowiadają prawdzie historycznej. Niestety reżyserzy bardzo często popadają w nieuczciwość intelektualną i wysuwają swoje przekonania na pierwszy plan. Jeśli tak się dzieje to zaczyna obowiązywać ta sama zasada jak w kwestii propagandy; lepiej by światopogląd reżysera/(nie)zamierzona propaganda objawiła się tylko w doborze tematu.

Dosyć typowym przykładem jest Umberto Eco i jego powieść: „Imię Róży” (Il nome della rosa), na podstawie której nakręcono w 2003 bardzo znany film z Seanem Connery’m w roli głównej. Oto fragment dyskusji na ten temat z „Najwyższego Czasu”:

Sztandarowym przykładem jest postać Bernarda Gui, inkwizytora Toledo, którego opisał Umberto Eco w powieści “Imię róży”. Jeszcze gorzej przedstawiono go w filmie na podstawie tej książki. Jawi się on jako geriatryczny mnich, którego jedyną rozrywką jest grzanie rąk przy płonących stosach. Bernard Gui jako rzeczywista postać historyczna był inkwizytorem Toledo i przez 16 lat, kiedy pełnił tę posługę, orzekł winę w stosunku do 913 osób, a tylko 42 osoby jako groźnych rebeliantów (recydywistów, pedofili, kryminalistów) przekazał władzy świeckiej. Nie było to wcale jednoznaczne z karą śmierci dla nich. Nowatorstwo Gui polegało na tym, że jako jeden z pierwszych inkwizytorów analizował podejrzanych o herezję pod kątem choroby psychicznej, a gdy ją stwierdzał, rezygnował z dalszych przesłuchań. U protestantów osoby te trafiłyby niechybnie na stos. Jednak stworzony przez Eco mit działa mocniej niż prawda historyczna


Do Eco można mieć pretensje tym większe, iż jako wybitny mediewista zapewne wie doskonale jak naprawdę pracowała inkwizycja.

A oto przykład pozytywny: filmu, który jest wyważony w swej treści ideologicznej. Niedawno nakręcony (2006) francuski film telewizyjny: „Jeanne Poisson, markiza de Pompadour” (Jeanne Poisson, Marquise de Pompadour) z Hélène de Fougerolles w roli głównej i Vincentem Perezem jako Ludwikiem XV. Jeanne Poisson również zaczyna się jak Kopciuszek, lecz szybko staje się dość poważnym filmem o polityce. Co warte podkreślenia; reżyser Robin Davis, choć urodzony w Marsylii, potrafił znakomicie wyważyć argumenty obu dworskich partii; „dewotów” pod przewodnictwem delfina Ludwika Ferdynanda Burbon (1729-1765) i „filozofów” wspieranych przez markizę de Pompadour (1721-1764). Zdumiewa nieco zrozumienie i sympatia w stosunku do słabostek króla Ludwika, mimo to Davisowi udało się stworzyć nie ideologiczny film o polityce, co jest osiągnięciem nie byle jakim.

Podobny rezultat jak Davis w Jeanne Poisson i Bondarczuk w "Waterloo" (starczyło w nim miejsca zarówno na legendę Napoleona jak i legendę Wellingtona a i dla Bluechera nieco miejsca zostało), osiągnął wybitny reżyser Stanley Kubrick (zm. 1999) w filmie Barry Lyndon (1975). Film został oparty na powieści Williama Makepeace'a Tackeraya (1811-1963) pod tytułem: The Memoirs of Barry Lyndon i opowiada o irlandzkim młodzieńcu Redmondzie Barry, usiłującym różnymi sposobami przeniknąć do angielskiej arystokracji. Film zaskakuje swym naturalizmem, m.in. dzięki temu, że został nakręcony w całości przy naturalnym oświetleniu słońca i świec, co z kolei powoduje, że wciąga widza do swego wewnętrznego świata . Kubrick znany był z niezwykle pieczołowitego zbierania materiałów do filmu.

Ostatniego swego projektu – filmu o Napoleonie, nie zdążył zrealizować ponieważ zbyt wiele zajęło mu czasu zbieranie publikacji dotyczących cesarza - zebrał ich ok. 16.000 (sic !). Barry Lyndon opowiada o końcu pewnej cywilizacji, której Kubrick nie krytykuje, lecz stara się przedstawić powody rozpadu starego świata , poprzez kryzys rodziny Lyndonów, zanik łączności między warstwami społecznymi i zanik poczucia honoru (pojedynek, w którym chodzi bardziej o zemstę niż o honor), głównego spoidła cywilizacji przedrewolucyjnej . Reżyser wciela się tutaj bardziej w rolę badacza prezentującego wyniki swych badań i przemyśleń niż ideologa, co wychodzi filmowi na dobre; jest to prawdopodobnie najlepszy film o realiach XVIII wieku, będący jednocześnie znakomitym filmem o uniwersalnych wartościach .

Przy tym diagnostycznym niemal obrazie inne filmy odnoszące się do wieku Oświecenia i rewolucji często wprost zioną ideologią; lewicową lub prawicową.
Wspomniana już raczej nieudana komedia: "Casanova" (2005) jest filmem na wskroś współczesnym o przesłaniu mocno feministycznym, dzięki uczynieniu bohaterka filmu pisarkę piszącą pod męskim pseudonimem feminizujące książki. Casanova, będący głównym „myślicielem” (komentatorem filmowych wydarzeń i quasi narratorem) w na początku filmu, szybko traci tą pozycje na jej rzecz. Ponieważ zakochuje się w niej jest skazany, a wraz z nim również widz, na wysłuchiwanie różnych dziwacznych tyrad przeciw męskiemu szowinizmowi, którego Casanova (pisarka nie wie, że rozmawia z nim, więc opowiada o nim) jest jakoby symbolem.

Język i styl rozmów tego filmu zdecydowanie lepiej oddawałyby klimat umysłowy lewicującej uczelni, niż osiemnastowiecznej Wenecji, swoją droga Casanova, szanowany filozof i pisarz przecież (o jego książkach nie ma w filmie mowy, a o tym, że jest filozofem, wspomina raz on sam grany przez Heath Ledgera) nie doczekał się dotąd filmu godnego jego osoby, chociaż jego „Pamiętniki” to wymarzony scenariusz filmowy. Film Felliniego - Il Casanova z 1976 skoncentrowany jest niemal całkowicie wokół spraw łóżkowych. Przygotowując się do roli Donald Sutherland przeczytał wszystko co tylko znalazł o XVIII stuleciu, co wywołało zdziwienie Felliniego, który planował nakręcić dzieło na wskroś emocjonalne, a jak najmniej intelektualne.

W „Ostatnim Mohikaninie” The Last of the Mohicans (1992) mamy typowy podział na „dobrych” (Mohikanie), „złych” (Huronowie, Brytyjczycy) i neutralnych (Francuzi). Akcja filmu dzieje się w 1757 roku podczas kolonialnej wojny amerykańskiej miedzy Wielką Brytanią a Francją. Filozoficzne rozważania zarezerwowane są w tym filmie dla krytycznie oceniającej brytyjskie zwyczaje wojskowo-polityczne (i patriarchalne podejście do spraw rodziny i małżeństwa starającego się o jej rękę majora Duncana Heywarda) córki pułkownika George’a (w filmie Edmunda) Munro i wychowanka Mohikanów Hawkeye’a. Decyzja reżysera wymusza lewicową optykę filmu, o czym świadczą; kilkukrotne potępienie kolonializmu („chciwości władców europejskich”) i wybór „wolności wśród Indian” zamiast życia w Anglii.

Jeśli reżyser obrazu Michael Mann chciał przekazać widzom te treści, to lepiej byłoby, gdyby wynikały ona z samego biegu wydarzeń, a nie z deklaracji Indianina i rozpieszczonej panienki. Znakomicie zostało za to pokazane oblężenie przez Francuzów Fortu William Henry (3-9 sierpnia 1757 r.), znakomicie ukazującego w działaniu osiemnastowieczną pracę oblężniczą. W filmie francuski dowódca markiz Louis-Joseph de Montcalm (1712-1759) pozwolił dowódcy swych indiańskich sprzymierzeńców wyrżnąć brytyjskich obrońców i nawet go do tego pośrednio namawiał. W rzeczywistości robił co mógł by powstrzymać Indian . Jest to przykład dość daleko idącego manipulowania historią.

Przykładem „prawicowego” filmu może być znakomita: „Misja” (The Mission) Rolanda Joffé opowiadającego historię zlikwidowania przez Portugalczyków, po przejęciu od Hiszpanów (na podstawie traktatu madryckiego – podpisanego przez obu monarchów 13 stycznia 1750) indiańskich osad jezuickich, przedstawionych w filmie jako niemal drugi eden. Tak jak w „Ostatnim Mohikaninie” widzimy tu krytykę „kolonialnej chciwości”, ale zupełnie z innej strony.

Również prawicowy wydźwięk ma przezabawna, ale i wzruszająca tragikomedia: „Szaleństwa króla Jerzego” (The Madness of King George) Nicholasa Hytnera z 1994 roku. Tym razem konserwatywne przesłanie bazuje na wyborze tematu; tj. na brytyjskim sentymencie do Korony i dynastii, której służyć Brytyjczycy nie przestają, nawet gdy król ciężko zachoruje, jak to się stało w przypadku Jerzego III w 1788 roku .

Jeśli chodzi o ekranizacje znanych powieści, to reżyserzy mają zawsze wybór; czy dokonać jej w sposób drobiazgowo wierny, czy też luźno trzymając się scenariusza przedstawić własne poglądy. Za wzorową ekranizację pierwszego typu mógłby w mojej ocenie uchodzić: "Tom Jones" (1963) oparta na powieści Henry’ego Fieldinga (1707-1754) The History of Tom Jones, a Foundling (1749).

Telewizyjna seria: The Fortunes and Misfortunes of Moll Flanders (1996) Davida Attwooda przedstawia już kolejność i sens wypadków nieco zmienione wobec powieści Daniela Defoe (1660-1731) Moll Flanders (1722), a kinowa Pena Denshama Moll Flanders z tego samego roku zawiera mnóstwo postaci i wątków nie występujących w powieści pomijając wiele tych ważnych dla konstrukcji dzieła Defoe. Nieporozumieniem jest, iż ten paszkwil na dawne stosunki Denshama nadal nosi tytuł Moll Flanders. Samego Defoe fascynowała ludzka zaradność, dlatego kazał on swym bohaterom zmagać się z wieloma przeciwnościami, w żadnym jednak razie nie był on osiemnastowiecznym odpowiednikiem Dickensa .

Niezwykle istotny jest, jak już powiedzieliśmy, wybór perspektywy z jakiej oceniany jest świat powieści/filmu. Można tu powiedzieć, że niektóre postacie historyczne maja niebywałe szczęście być samemu głównymi bohaterami filmów o swych czasach, jak to jest nagminnie w przypadku Elżbiety I Tudor (ur. 1533, pan 1558-1603), jak na przykład w: "Elizabeth: The Golden Age" (2007), w którym motywem przewodnim jest wyprawa hiszpańska przeciw jej władzy w 1588 roku. Dlaczego zawsze ona jest w centrum wydarzeń, a nie ktoś z jej wrogów, na przykład Filip II, a „Marię Stuart” nakręcono co prawda, ale w Polsce (1994)? Prawdopodobnie dlatego, iż postać Elżbiety I zbyt mocno wrosła już w narodową mitologię brytyjską.

W odróżnieniu od Elżbiety I, francuski król Ludwik XVI ciągle pojawia się w filmach opowiadających historię kogoś innego. Przykładem może być znakomity film „Śmieszność” (Ridicule) Patrice Laconte’a (1996) opowiadający o zmaganiach pełnego dobrych chęci szlachcica z prowincji (w tej roli Charles Berling) z bezduszną wersalską biurokracją. Kino, tak jak historia, ma swoich ulubieńców i czarne owce.

Przyjrzyjmy się jeszcze „największej przygodzie w dziejach” czyli losom kolejnych adaptacji buntu na HMS Bounty (kwiecień 1789 roku). Klasyczne ujęcie tego tematu wygląda tak; młody miłujący ludzi i sprawiedliwość drugi oficer Fletcher Christian słusznie buntuje się przeciw katującemu swą załogę kpt. Williamowi Blightowi, pozbawia go dowództwa i wysyła wraz z grupą wiernych mu marynarzy w szalupie na pełne morze. Zdolny żeglarz, jakim był Blight zdołał w swej szalupie dotrzeć do holenderskich kolonii (Timor), skąd potem przedostał się do Londynu. Mamy wiec motyw konfliktu między dyscypliną, porządkiem i hierarchią (Blight) a wolnością, miłosierdziem i sprawiedliwością (Christian); znakomity materiał na film.

Pierwsze dwie ekranizacje „Buntu na Bounty” z 1935 (w roli Christiana Clark Gable) i 1962 (w roli Christiana Marlon Brando) ukazywały Blighta jako okrutnika, fanatyka dyscyplina, szydercę i tyrana. Dopiero ekranizacja z 1984 roku z Melem Gibsonem w roli Christiana i Anthonym Hopkinsem w roli kpt. Blighta, brała raczej stronę kapitana. Zauważmy iż nakręcono ją wiele lat przed upowszechnieniem się informacji o tym, że „czarna legenda” kpt. Blighta została wymyślona przez sądzonego w 1792 roku w Londynie za udział w buncie bosmana-mata Jamesa Morrisona. Morrison sporządził fałszywy dziennik podróży by oczernić kapitana w oczach sądu i uratować własną skórę (jeśli kapitan zostałby uznany za niewinnego to Morrison zostałby powieszony). Sądzony razem z Morrisonem był inny członek załogi HMS Bounty, oficer i wpływowy arystokrata, który postarał się o nagłośnienie ich wersji wydarzeń.

Blight nie mógł zaprzeczyć tym rewelacjom, ponieważ prowadził wówczas kolejną wyprawę po drzewo chlebowe, która zresztą tym razem zakończyła się pełnym sukcesem. Poza tym okazuje się, że Blight należał do łagodniejszych kapitanów Royal Navy. Wydaje się jednak, że w 1984 hierarchia i porządek były w większej modzie niż w 1962 roku; stąd łagodniejsze potraktowanie Blighta . Być może swoje zrobiła także atmosfera rządów konserwatystów i Margaret Thatcher?

Dlaczego lewica zawsze wygrywa z prawicą?

Edmund Burke powiedział kiedyś, że "do triumfu zła wystarczy by dobrzy ludzie nic nie robili".

Trudno jednak uznać, że prawica nic nie robiła/nie robi by wygrać kulturowo-polityczną wojnę z lewicą. Dlaczego jednak to lewica wygrywa? Czy dlatego, że stawia człowiekowi-swojemu potencjalnemu wyznawcy mniejsze wymagania? Dyskusyjne jest nawet to czy są one mniejsze. Kuehnelt-Leddin przytaczał kiedyś popularne zdanie, wypowiedziane niegdyś przez, o ile pamiętam, M. Gorkiego, który stwierdził, że żeby żyć w socjalizmie i zaakceptować go 'wystarczy" pokochać to czego normalny człowiek nienawidzi, a znienawidzić to co normalny człowiek kocha". To nie jest wiec małe wymaganie, lecz jak mówią Amerykanie: pretty tall order.

Przyczyna niepowodzeń prawicy wynika, jak się wydaje, z jej wewnętrznego zróżnicowania, znacznie silniejszego niż w przypadku sumy poglądów lewicowych. Zwolennicy traktowania lewicy jako "cywilizacji filozoficznej" opozycyjnej wobec "cywilizacji chrześcijańskiej" sugerują, że sytuacja wygląda odwrotnie ergo: to lewica powinna mieć więcej problemów; wszak religia jest jedna a filozofii wiele.

Nie jest to jednak takie proste. Część - i to bardzo znaczna -poglądów i idei utożsamianych z prawicą również jest pochodzenia filozoficznego; tzn. tak jest w przypadku wszystkich idei elitarnych niekoniecznie odwołujących się do religii. Dla przykładu deista i sceptyk religijny David Hume doszedł do takich samych poglądów konserwatywnych jak Edmund Burke czerpiący swe natchnienie w dużym stopniu ze swej pobożności. Obaj są reprezentantami konserwatyzmu i, co za tym idzie - prawicowego światopoglądu. Jednak, gdyby podążyć ścieżka myślenia jednego z nich, staniemy w opozycji do poglądów drugiego.

Prawicę współtworzą; republikańscy konserwatyści, republikańscy chadecy, monarchistyczni konserwatyści, elitaryści liberalni (tzw. arystokratyczny liberalizm). Wszyscy oni zgodzą się co do jednego; ludzie nie są równi, każdego należy oceniać z osobna i przyglądać się ich zasługom. Wszystko inne budzi już konflikt wewnętrzny: swoboda moralna versus rygor moralny, mocna rola religii czy słaba, elitaryzm versus chrześcijański egalitaryzm. Wśród lewicy jedynie jeden z tych problemów występuje, mianowicie: : swoboda moralna versus rygor moralny, czyli postawa anarchizująca versus rygoryzm "moralności socjalistycznej". Dlatego lewica łatwiej się jednoczy i zapewne nadal będzie wygrywać z prawicą, przynajmniej w przewidywalnej przyszłości.

środa, 11 listopada 2009

Demokratyczna kultura czyli prosty lud geniusza "nie zrozumi"

Karl Marx (celowo tak piszę bo zdecydowanie nie jest mi on bratem ni swatem) obok morza bzdur powiedział jedną mądrą rzecz. Stwierdził mianowicie, że kultura jest taka jaka jest klasa nadająca ton społeczeństwu. Jeśli rządzi lud to proszę się nie dziwić, że np. w empikach ("pełna kultura") stosunek płyt z muzyką baroku, romantyzmu, klasycyzmu + jazz do muzyki pop/rock/punk/metal (niepotrzebne skreślić) to jakieś 1:20. Jeśli ktoś popiera demokrację a jednocześnie ciągle jęczy, że kultura upada to powinien wziąć ciężki młot i walnąć się w głowę z całych sił. Tylko posiadając ustrój oparty na wąskiej elicie (najlepiej niewybieralnej, lub wybieralnej bardzo cenzusowo) możemy sprawić, że zamiast naszych obecnych grajków i pacykarzy powrócą artyści na miarę da Vinciego, Mozarta, Bacha czy Erlacha.

Póki co jednak mamy demokrację i bardzo demokratyczne kino - powstałe jako rozrywka dla analfabetów. Nie gardzę kinem, wręcz przeciwnie lecz zauważyłem tu pewną prawidłowość, która odnosi się do cytowanej na początku myśli Karla Marxa. Otóż pamiętam jak Andrzej Seweryn wspominał (w wywiadzie), że arystokraci w czasach Moliera pękali ze śmiechu gdy tłuczono pana Jourdain na scenie wyperswadowując mu pełny pychy zamiar zostania szlachcicem. Pan Seweryn zauważył, że dziś ta scena budzi raczej smutek, bo na sali siedzą sami Jourdainowie, a wielu z nich chce być kimś lepszym niż są. Podobnie jest ze sceną prześladowania biednego pijanego poety przez nimfy w operze Henry Purcella (1659-1696) "The Fairy Queen". Podobną scenę można zobaczyć w filmie Petera Greenewaya, który jak nikt inny wniknął w elitarystyczne XVII-wieczne poczucie humoru: "Kontrakt rysownika". W jednej ze scen szlachcic opowiada anegdotę o arystokracie, który wrzucił swego architekta do fosy ("powędrował w objęcia mokrej śmierci") za to, iż nieszczęśnik wyznał, że dla każdego innego pana równie chętnie wykonałby groble i kanały, jakie sporządził dla owego arystokraty. Śmieszne? Nie jeśli pomyślimy o "wyzysku" warstw pracujących, które miały bardzo ciężko, a wyzwoliła ich dopiero Rewolucja Francuska przynosząc prawa obywatelskie, czyli prawo uczestniczenia w spędzie wyborczym z karteluszkiem w ręku i 10 razy większe podatki niż dotychczas.

Także arystokraci są zazwyczaj (w filmach dla mieszczan i byłych chłopów) prezentowani w negatywnym świetle. Wyjątkiem jest chyba film: "Księżna" (The Duchess) ze znakomitym Ralphem Fienesem (gra apodyktycznego księcia Devonshire) i nieco mniej znakomitą Keirą Neightley (gra rolę jego żony o dość liberalnych poglądach), w którym pewne racje są jednak oddane księciu, co nie pozwala temu filmowi stać się jeszcze jedną ramotą o "brzydkich arystokratach". Ale to zasługa Fiennesa, który wydobył pozytywne cechy ze swej postaci. Fiennes należy do jednej z najwpływowszych rodzin w Wielkiej Brytanii - więc w pewnym sensie jest księciem. Czy tylko książę zrozumie księcia?

Arystokraci to jedno ale jak przeciętny widz ma poznać dziś, że ogląda film o geniuszu? Przecież nie zrozumie znaczenia jego dzieł. Przykładowo większość filmów o kompozytorach ma pewną wspólną cechę; pokazują ich jako ludzi ekscentrycznych do szaleństwa. Beethoven grany przez Gary Oldmana w „Wiecznej Miłości” (Beloved Beethoven) Michaela Gillisa a 1999 roku to niebezpieczny i agresywny frustrat rozbijający pod wpływem „miłosnych” emocji meble w oberży, Chopin grany przez Piotra Adamczyka w Pragnieniu Miłości (2002) niewiele tu ustępuje; choć schorowany i zwykle spokojny ulega często napadom niekontrolowanego gniewu. Mozart w Amadeuszu jest przedstawiony jako wieczne dziecko i żartowniś. Nadworny kompozytor Ludwika XIV, Jean-Baptiste Lully (1632-1687) w filmie „Król Tańczy” (Le Roi dance) Gerada Corbieau jest przedstawiony jako człowiek chory od dumy; podobnie jak Georg Friedrich Händel w Farinelli Il Castrato (2000) tego samego reżysera. Demonstracyjny i wyzywający styl bycia ma także sam tytułowy Farinelli, czyli słynny śpiewak-kastrat Carlo Broschi (1705-1782).

Jako meloman wiem (to zresztą żadna wiedza tajemna), że wszystkie wspomniane charakterystyki filmowe tych postaci są chybione; w rzeczywistości Beethoven uwielbiał opowiadać dowcipy i śmiać się z nich tak głośno, „że aż się trzęsły kwiaty w doniczkach ”. Chopin wprawdzie bardzo drażliwy na punkcie np. swego wyglądu, nie miał cech showmana. Lully snuł dworskie intrygi ale, tego typu ludzie zazwyczaj unikają demonstrowania swego egocentryzmu, w obawie by nie pogrzebać intryg. Wystarczy poczytać listy Mozarta by dostrzec subtelność i dojrzałość ich autora. Händel, choć zdarzało mu się popadać w manię twórczą, był człowiekiem niezwykle uprzejmym , a Farinelli był powściągliwy i znakomicie wychowany, czym różnił się od wielu innych kastratów operowych. Warto wiec zadać retoryczne pytanie, czy kino nie może się obyć bez takich „ubarwień”? Czy geniusze muszą zachowywać się nieodpowiedzialnie i/lub agresywnie by widać było, nimi że są?

Uważaj co oglądasz ! Czyli filmy prawicowe i lewicowe.

Większość twórców filmowych stara się by ich obrazy niosły ze sobą jakieś przesłanie, które uważają za istotne. Tym, nawiasem mówiąc, ich dzieła różnią się od dokumentalnych programów historycznych. Dla uczciwości intelektualnej reżysera lepiej jest jeśli przesłanie to wynika z faktów istotnie rozgrywających się na ekranie, a nie z deklaracji głównych bohaterów, zaś dla prawdy esencjalnej lepiej jeśli fakty te odpowiadają prawdzie historycznej. Niestety reżyserzy bardzo często popadają w nieuczciwość intelektualną i wysuwają swoje przekonania na pierwszy plan. Jeśli tak się dzieje to zaczyna obowiązywać ta sama zasada jak w kwestii propagandy; lepiej by światopogląd reżysera/(nie)zamierzona propaganda objawiła się tylko w doborze tematu.
Dosyć typowym przykładem jest Umberto Eco i jego powieść: „Imię Róży” (Il nome della rosa), na podstawie której nakręcono w 2003 bardzo znany film z Seanem Connery’m w roli głównej. Oto fragment dyskusji na ten temat z „Najwyższego Czasu”:

Sztandarowym przykładem jest postać Bernarda Gui, inkwizytora Toledo, którego opisał Umberto Eco w powieści “Imię róży”. Jeszcze gorzej przedstawiono go w filmie na podstawie tej książki. Jawi się on jako geriatryczny mnich, którego jedyną rozrywką jest grzanie rąk przy płonących stosach. Bernard Gui jako rzeczywista postać historyczna był inkwizytorem Toledo i przez 16 lat, kiedy pełnił tę posługę, orzekł winę w stosunku do 913 osób, a tylko 42 osoby jako groźnych rebeliantów (recydywistów, pedofili, kryminalistów) przekazał władzy świeckiej. Nie było to wcale jednoznaczne z karą śmierci dla nich. Nowatorstwo Gui polegało na tym, że jako jeden z pierwszych inkwizytorów analizował podejrzanych o herezję pod kątem choroby psychicznej, a gdy ją stwierdzał, rezygnował z dalszych przesłuchań. U protestantów osoby te trafiłyby niechybnie na stos. Jednak stworzony przez Eco mit działa mocniej niż prawda historyczna


Do Eco można mieć pretensje tym większe, iż jako wybitny mediewista zapewne wie doskonale jak naprawdę pracowała inkwizycja.

A oto przykład pozytywny: filmu, który jest wyważony w swej treści ideologicznej. Niedawno nakręcony (2006) francuski film telewizyjny: „Jeanne Poisson, markiza de Pompadour” (Jeanne Poisson, Marquise de Pompadour) z Hélène de Fougerolles w roli głównej i Vincentem Perezem jako Ludwikiem XV. Jeanne Poisson również zaczyna się jak Kopciuszek, lecz szybko staje się dość poważnym filmem o polityce. Co warte podkreślenia; reżyser Robin Davis, choć urodzony w Marsylii, potrafił znakomicie wyważyć argumenty obu dworskich partii; „dewotów” pod przewodnictwem delfina Ludwika Ferdynanda Burbon (1729-1765) i „filozofów” wspieranych przez markizę de Pompadour (1721-1764). Zdumiewa nieco zrozumienie i sympatia w stosunku do słabostek króla Ludwika, mimo to Davisowi udało się stworzyć nie ideologiczny film o polityce, co jest osiągnięciem nie byle jakim.

Podobny rezultat jak Davis w Jeanne Poisson i Bondarczuk w Waterloo (starczyło w nim miejsca zarówno na legendę Napoleona jak i legendę Wellingtona a i dla Bluechera nieco miejsca zostało), osiągnął wybitny reżyser Stanley Kubrick (zm. 1999) w filmie Barry Lyndon (1975). Film został oparty na powieści Williama Makepeace'a Tackeraya (1811-1963) pod tytułem: The Memoirs of Barry Lyndon i opowiada o irlandzkim młodzieńcu Redmondzie Barry, usiłującym różnymi sposobami przeniknąć do angielskiej arystokracji. Film zaskakuje swym naturalizmem, m.in. dzięki temu, że został nakręcony w całości przy naturalnym oświetleniu słońca i świec, co z kolei powoduje, że wciąga widza do swego wewnętrznego świata . Kubrick znany był z niezwykle pieczołowitego zbierania materiałów do filmu. Ostatniego swego projektu – filmu o Napoleonie, nie zdążył zrealizować ponieważ zbyt wiele zajęło mu czasu zbieranie publikacji dotyczących cesarza - zebrał ich ok. 16.000 (sic !). Barry Lyndon opowiada o końcu pewnej cywilizacji, której Kubrick nie krytykuje, lecz stara się przedstawić powody rozpadu starego świata , poprzez kryzys rodziny Lyndonów, zanik łączności między warstwami społecznymi i zanik poczucia honoru (pojedynek, w którym chodzi bardziej o zemstę niż o honor), głównego spoidła cywilizacji przedrewolucyjnej . Reżyser wciela się tutaj bardziej w rolę badacza prezentującego wyniki swych badań i przemyśleń niż ideologa, co wychodzi filmowi na dobre; jest to prawdopodobnie najlepszy film o realiach XVIII wieku, będący jednocześnie znakomitym filmem o uniwersalnych wartościach .

Przy tym diagnostycznym niemal obrazie inne filmy odnoszące się do wieku Oświecenia i rewolucji często wprost zioną ideologią; lewicową lub prawicową.
Wspomniana już raczej nieudana komedia: Casanova (2005) jest filmem na wskroś współczesnym o przesłaniu mocno feministycznym, dzięki uczynieniu bohaterka filmu pisarkę piszącą pod męskim pseudonimem feminizujące książki. Casanova, będący głównym „myślicielem” (komentatorem filmowych wydarzeń i quasi narratorem) w na początku filmu, szybko traci tą pozycje na jej rzecz. Ponieważ zakochuje się w niej jest skazany, a wraz z nim również widz, na wysłuchiwanie różnych dziwacznych tyrad przeciw męskiemu szowinizmowi, którego Casanova (pisarka nie wie, że rozmawia z nim, więc opowiada o nim) jest jakoby symbolem. Język i styl rozmów tego filmu zdecydowanie lepiej oddawałyby klimat umysłowy lewicującej uczelni, niż osiemnastowiecznej Wenecji, swoją droga Casanova, szanowany filozof i pisarz przecież (o jego książkach nie ma w filmie mowy, a o tym, że jest filozofem, wspomina raz on sam grany przez Heath Ledgera) nie doczekał się dotąd filmu godnego jego osoby, chociaż jego „Pamiętniki” to wymarzony scenariusz filmowy. Film Felliniego - Il Casanova z 1976 skoncentrowany jest niemal całkowicie wokół spraw łóżkowych. Przygotowując się do roli Donald Sutherland przeczytał wszystko co tylko znalazł o XVIII stuleciu, co wywołało zdziwienie Felliniego, który planował nakręcić dzieło na wskroś emocjonalne, a jak najmniej intelektualne.

W „Ostatnim Mohikaninie” The Last of the Mohicans (1992) mamy typowy podział na „dobrych” (Mohikanie), „złych” (Huronowie, Brytyjczycy) i neutralnych (Francuzi). Akcja filmu dzieje się w 1757 roku podczas kolonialnej wojny amerykańskiej miedzy Wielką Brytanią a Francją. Filozoficzne rozważania zarezerwowane są w tym filmie dla krytycznie oceniającej brytyjskie zwyczaje wojskowo-polityczne (i patriarchalne podejście do spraw rodziny i małżeństwa starającego się o jej rękę majora Duncana Heywarda) córki pułkownika George’a (w filmie Edmunda) Munro i wychowanka Mohikanów Hawkeye’a. Decyzja reżysera wymusza lewicową optykę filmu, o czym świadczą; kilkukrotne potępienie kolonializmu („chciwości władców europejskich”) i wybór „wolności wśród Indian” zamiast życia w Anglii. Jeśli reżyser obrazu Michael Mann chciał przekazać widzom te treści, to lepiej byłoby, gdyby wynikały ona z samego biegu wydarzeń, a nie z deklaracji Indianina i rozpieszczonej panienki. Znakomicie zostało za to pokazane oblężenie przez Francuzów Fortu William Henry (3-9 sierpnia 1757 r.), znakomicie ukazującego w działaniu osiemnastowieczną pracę oblężniczą. W filmie francuski dowódca markiz Louis-Joseph de Montcalm (1712-1759) pozwolił dowódcy swych indiańskich sprzymierzeńców wyrżnąć brytyjskich obrońców i nawet go do tego pośrednio namawiał. W rzeczywistości robił co mógł by powstrzymać Indian . Jest to przykład dość daleko idącego manipulowania historią.

Przykładem „prawicowego” filmu może być znakomita: „Misja” (The Mission) Rolanda Joffé opowiadającego historię zlikwidowania przez Portugalczyków, po przejęciu od Hiszpanów (na podstawie traktatu madryckiego – podpisanego przez obu monarchów 13 stycznia 1750) indiańskich osad jezuickich, przedstawionych w filmie jako niemal drugi eden. Tak jak w „Ostatnim Mohikaninie” widzimy tu krytykę „kolonialnej chciwości”, ale zupełnie z innej strony.
Również prawicowy wydźwięk ma przezabawna, ale i wzruszająca tragikomedia: „Szaleństwa króla Jerzego” (The Madness of King George) Nicholasa Hytnera z 1994 roku. Tym razem konserwatywne przesłanie bazuje na wyborze tematu; tj. na brytyjskim sentymencie do Korony i dynastii, której służyć Brytyjczycy nie przestają, nawet gdy król ciężko zachoruje, jak to się stało w przypadku Jerzego III w 1788 roku .

Jeśli chodzi o ekranizacje znanych powieści, to reżyserzy mają zawsze wybór; czy dokonać jej w sposób drobiazgowo wierny, czy też luźno trzymając się scenariusza przedstawić własne poglądy. Za wzorową ekranizację pierwszego typu mógłby w mojej ocenie uchodzić: Tom Jones (1963) oparta na powieści Henry’ego Fieldinga (1707-1754) The History of Tom Jones, a Foundling (1749). Telewizyjna seria: The Fortunes and Misfortunes of Moll Flanders (1996) Davida Attwooda przedstawia już kolejność i sens wypadków nieco zmienione wobec powieści Daniela Defoe (1660-1731) Moll Flanders (1722), a kinowa Pena Denshama Moll Flanders z tego samego roku zawiera mnóstwo postaci i wątków nie występujących w powieści pomijając wiele tych ważnych dla konstrukcji dzieła Defoe. Nieporozumieniem jest, iż ten paszkwil na dawne stosunki Denshama nadal nosi tytuł Moll Flanders. Samego Defoe fascynowała ludzka zaradność, dlatego kazał on swym bohaterom zmagać się z wieloma przeciwnościami, w żadnym jednak razie nie był on osiemnastowiecznym odpowiednikiem Dickensa .
Niezwykle istotny jest, jak już powiedzieliśmy, wybór perspektywy z jakiej oceniany jest świat powieści/filmu. Można tu powiedzieć, że niektóre postacie historyczne maja niebywałe szczęście być samemu głównymi bohaterami filmów o swych czasach, jak to jest nagminnie w przypadku Elżbiety I Tudor (ur. 1533, pan 1558-1603), jak na przykład w: Elizabeth: The Golden Age (2007), w którym motywem przewodnim jest wyprawa hiszpańska przeciw jej władzy w 1588 roku. Dlaczego zawsze ona jest w centrum wydarzeń, a nie ktoś z jej wrogów, na przykład Filip II, a „Marię Stuart” nakręcono co prawda, ale w Polsce (1994)? Prawdopodobnie dlatego, iż postać Elżbiety I zbyt mocno wrosła już w narodową mitologię brytyjską.

W odróżnieniu od Elżbiety I, francuski król Ludwik XVI ciągle pojawia się w filmach opowiadających historię kogoś innego. Przykładem może być znakomity film „Śmieszność” (Ridicule) Patrice Laconte’a (1996) opowiadający o zmaganiach pełnego dobrych chęci szlachcica z prowincji (w tej roli Charles Berling) z bezduszną wersalską biurokracją. Kino, tak jak historia, ma swoich ulubieńców i czarne owce.

Przyjrzyjmy się jeszcze „największej przygodzie w dziejach” czyli losom kolejnych adaptacji buntu na HMS Bounty (kwiecień 1789 roku). Klasyczne ujęcie tego tematu wygląda tak; młody miłujący ludzi i sprawiedliwość drugi oficer Fletcher Christian słusznie buntuje się przeciw katującemu swą załogę kpt. Williamowi Blightowi, pozbawia go dowództwa i wysyła wraz z grupą wiernych mu marynarzy w szalupie na pełne morze. Zdolny żeglarz, jakim był Blight zdołał w swej szalupie dotrzeć do holenderskich kolonii (Timor), skąd potem przedostał się do Londynu. Mamy wiec motyw konfliktu między dyscypliną, porządkiem i hierarchią (Blight) a wolnością, miłosierdziem i sprawiedliwością (Christian); znakomity materiał na film. Pierwsze dwie ekranizacje „Buntu na Bounty” z 1935 (w roli Christiana Clark Gable) i 1962 (w roli Christiana Marlon Brando) ukazywały Blighta jako okrutnika, fanatyka dyscyplina, szydercę i tyrana. Dopiero ekranizacja z 1984 roku z Melem Gibsonem w roli Christiana i Anthonym Hopkinsem w roli kpt. Blighta, brała raczej stronę kapitana. Zauważmy iż nakręcono ją wiele lat przed upowszechnieniem się informacji o tym, że „czarna legenda” kpt. Blighta została wymyślona przez sądzonego w 1792 roku w Londynie za udział w buncie bosmana-mata Jamesa Morrisona. Morrison sporządził fałszywy dziennik podróży by oczernić kapitana w oczach sądu i uratować własną skórę (jeśli kapitan zostałby uznany za niewinnego to Morrison zostałby powieszony). Sądzony razem z Morrisonem był inny członek załogi HMS Bounty, oficer i wpływowy arystokrata, który postarał się o nagłośnienie ich wersji wydarzeń. Blight nie mógł zaprzeczyć tym rewelacjom, ponieważ prowadził wówczas kolejną wyprawę po drzewo chlebowe, która zresztą tym razem zakończyła się pełnym sukcesem. Poza tym okazuje się, że Blight należał do łagodniejszych kapitanów Royal Navy. Wydaje się jednak, że w 1984 hierarchia i porządek były w większej modzie niż w 1962 roku; stąd łagodniejsze potraktowanie Blighta . Być może swoje zrobiła także atmosfera rządów konserwatystów i Margaret Thatcher?

środa, 4 listopada 2009

Wolność dla państwa czy dla jednostki ?

Gdy Fryderyk Wielki wraz z Marią Teresą Habsburg i Katarzyną II rozbierali Polskę, w której już wiele lat przed 1772 rokiem robili co chcieli, Rousseau przypomniał sobie o polskiej prośbie by spisał dla "nas" (szlachty?) konstytucję, co mile go połechtało, bo mógł zrobić na złość Ludwikowi XV, Voltaire zaś cieszył się, niektórzy sugerują, że za rosyjskie pieniądze, ale to chyba nieprawda ponieważ, zawsze uważał magnacką Polskę za piekło chłopów wyzyskiwanych przez szlachtę (jako monarchista uważał, ze tylko król może obronić chłopów przed takim faktycznym niewolnictwem).

Mamy tu więc dwóch sławnych filozofów piszących w dużej mierze o wolności, lecz jeden - Rousseau o mentalności republikańskiej, nakazującej mu chwalić wszystko co republikańskie (bo tam przynajmniej jest jakiś tłum, który głosuje), drugi zaś o liberalnej w znaczeniu liberalizmu konserwatywnego - Voltaire miał w nosie głosowania, narody i państwa a chciał tylko wolności po prostu "ludzi".
Żyjemy w epoce nacjonalizmu, więc wydaje nam się, że tylko pod rządami mówiących po polsku urzędników będzie nam dobrze, a cudzoziemcy niech się trzymają z daleka. W kontekście Unii Europejskiej mógłbym się zgodzić z takim postawieniem sprawy, ale tylko i wyłącznie z powodów natury ekonomiczno-administracyjnej - Unia jest potwornie niesprawna i w obecnym kształcie na pewno rządziłaby nami gorzej niż RP, natomiast co byłoby gdyby wszystkimi ministrami w rządzie RP byli cudzoziemcy? Na przykłąd fachowcy sprowadzeni z zagranicy - nie powiązani z solidarnościowymi, ani postkomunistycznymi lobbies. Tacy "tymińscy"? Czy byłoby tak źle? Śmiem twierdzić, że nie.

Janusz Korwin-Mikke pisał raz, że termin "państwo polskie"
został wymyślony po to by Polacy łatwiej dawali się okradać grupie polskojęzycznych urzędników" - ta polskojęzyczność miałaby być ich - jedyną być może - zaletą, która powodowała, że polskojęzyczne miernoty urzędnicze były odbierane jako więcej warte nawet niż cudzoziemscy fachowcy.
Dlaczego nie powrócić do zatrudniania cudzoziemców jako ministrów? Czym się to stanowisko różni od maklera lub menagera? Polakiem musi być prezydent lub król, ale minister nic sobą nie reprezentuje poza powierzoną mu władzą i to nawet nie z rąk boskich czy "ludu", lecz z rąk króla/prezydenta. Nie chodzi tu już nawet o zawodzenia, że pod zaborem np. pruskim i w Galicji było Polakom najlepiej, choć i na poparcie tej tezy znalazło by się kilka argumentów, lecz o zastanowienie się czy w czasach gdy naród patriotyczny/nacjonalistyczny walczy "o wolność" gra nie toczy się przypadkiem o dostatek i wpływy dla mówiących w tym języku co oni urzędników?
Skoro waluty mogą konkurować ze sobą będąc w obiegu w granicach jednego państwa...skoro człowiek może się (jak ma pieniądze) osiedlić gdzie chce i zmienić obywatelstwo...to dlaczego nie miałyby pojawić się ofert typu: "Nazywam się Alfred Rassmussen, jestem wykwalifikowanym ministrem spraw zagranicznych, w latach 19..-19.. PRACOWAŁEM DLA RFN, w której imieniu zawarłem szereg korzystnych traktatów handlowych. Potem pracowałem dla Republiki Włoskiej dla której załatwiłem dostawy algierskiego gazu..." - przecież zdolność załatwiania spraw dyplomatycznych, ale i wszystkich innych jest cnotą jednostek, a nie rozgorączkowanej patriotycznej braci knującej przeciw sobie wzajem intrygi (a wszystko "w głębokiej trosce o ukochany naród").

Talleyrand, taki rzekomy "zdrajca" uratował w 1814 r. Francję dzięki temu, ze był starym wyjadaczem na polu dyplomacji. Dzięki bogu nie był wówczas na jego stanowisku żaden patriotyczny "prawdziwy napoleoński Francuz" z buławą marszałka w tornistrze, bo Francję by rozebrano. Fachowość pokonała francuskość i to uratowało Francję. Było wielu ministrów importowanych w Hiszpanii absolutystycznej (Alberoni, Wall, Grimaldi, Ripperda), wszyscy byli zdolniejsi od współczesnych im urzędników rodzimych, no i nie mieli mozliwości prowadzenia intryg politycznych, jako ludzie "z zewnątrz"mogli poświęcić cały swój czas pracy na rzecz Hiszpanii.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Partia Konserwatywna Unii Europejskiej ?

Niezależnie od naszych odczuć wobec tego faktu, wydaje się, że UE powstanie i zastąpi, lub będą czynione takie próby, by zastąpiło państwo narodowe. Dla konserwatystów mogą nastać ciężkie czasy, ale nie tylko dlatego, że UE przynajmniej na razie rządzi się zasadami socjaldemokratycznymi, ale także dlatego, że konserwatyzm może mieć problemy ze zmianą w ideę uniwersalną - odciętą od konkretnych lokalnych kultur, z których wyrasta. By dojść do takiego wniosku wystarczy porównać konserwatyzm z innymi podstawowymi ideologiami polityczno-społecznymi.

Mniej więcej można przewidzieć jakie będą cele polityczne konserwatywnych liberałów - i to w każdej szerokości geograficznej - i wolność osobista jednostki tak samo z celem podstawowym liberalnych demokratów - wzmacnianie demokracji (Berlin-owskiej "wolności pozytywnej") czy socjal(demokratów/istów) (redystrybucja dóbr - spreading wealth around), ale co z celami konserwatystów?

Te ostatnie prawie zawsze sprowadzały się do chęci realizacji, jakieś ściśle określonej kulturowo, wizji. Cele konserwatystów jednego kręgu kulturowego mogą być sprzeczne z celami konserwatystów działających w innej kulturze. Takich przypadków znajdziemy wiele:

* przywrócenie monarchii absolutnej (Francja przełom XVIII/XIX w. de Bonald , de Maistre)
* obalenie absolutyzmu i przywrócenie oligarchii szlachty (Hiszpania XVIII-XIX w.)
* ustanowienie władzy papieża nad Europą (Maistre XIX w.)
* obrona własnej niezależności od Rzymu (konserwatyzm brytyjski)
* zwalczanie rewolucji (Francja/Niemcy XVIII/XIX w.)
* temperowanie rewolucji, przy równoczesnym korzystaniu z jej zdobyczy (Burke, von Gentz)
* korzystanie z dorobku oświecenia (konserwatyzm brytyjski)
* zwalczanie wpływów oświecenia (Mora y Jaraba)

Wiadomo, że konserwatyści dzielą się obecnie na decyzjonistów postulujących wprowadzenie prawicowej dyktatury i konserwatystów rewolucyjnych popierających restaurację monarchii według klucza legitymistycznego, co oznaczało by powrót - ale do jakich czasów i jaki klucz ustrojowy uznać za właściwy?

* monarchii absolutnej? (Bonald, kuehnelt-Leddin)
* republiki szlacheckiej
* średniowiecza (Davila)

Czy wreszcie konserwatyści mają sprawować nadzór nad moralnością obywateli czy obrona obywateli przed zbyt ścisłym nadzorem państwa? Wszystko to pokazuje jak trudnym zadaniem będzie stworzenie Konserwatywnej Partii UE. Jak pogodzić typową dla Zachodu prawicę laicką, gdzie politycy przyznający się do religijności jak np. Jan Peter Balkenende w Holandii nie wychylają się poza laicki program swych partii z prawicą np. polską inspirowaną myślami Jana Pawła II?
Czy niedawno cytowane na PN 21 zasad konserwatyzmu Rossitera mogłyby stanowić odpowiedź dla wszystkich konserwatystów, czy tylko dla takich jak on - anglosaskich konserwatystów-deistów kultywujących tradycję parlamentaryzmu i 'glorious revolution"?