niedziela, 27 grudnia 2009

Ciekawe Linki

Julio Loredo: "Rewolucja kulturalna we Włoszech w ciągu ostatnich 50 lat"

Dlaczego monarchia? i art.: "wojna demokracji z monarchią".

konserwatysta i monarchista w PiS

legitymizm

konserwatywny Kraków?

Pięćdziesiąt tez dla Niemiec, Europy i USA

wtorek, 22 grudnia 2009

Gwiazdka w Wielkiej Brytanii

Jako wielki Brytofil (a dokładnie anglofil) postanowiłem przybliżyć rodakom nieco brytyjski wariant obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia.

Brytyjskie zwyczaje bożonarodzeniowe stanowią połączenie wielu tradycji. Zwyczaj dekorowania jemiołą pochodzi z czasów druidów. Ostrokrzew chronił ludzi średniowiecza przed czarami Bluszcz symbolizował nieśmiertelność. Bierwiono palili wikingowie ku czci swego bóstwa Thora, a świece wywodzą się z czasów rozkwitu feudalizmu.

Znacznie młodszą tradycję mają kartki świąteczne z życzeniami, lecz jest to właśnie tradycja typowo brytyjska. Pierwszą tego typu kartkę sporządził w roku 1843 John Calcott Horsley dla Sir Henry'ego Cole'a.



Od około 1840 roku Anglicy zaczęli szerzej adaptować niemiecki zwyczaj dekorowania choinki. Spopularyzowaniu drzewka świątecznego przysłużył się ks. Albert von Sachsen-Coburg-Gotha, mąż królowej Wiktorii. Znany jest rysunek z wydania "Illustrated London News" z 1848 roku przedstawiający rodzinę królewską wokół drzewka.

Każdego roku na Trafalgar Square, obok kolumny lorda admirała Nelsona stawia się ogromną choinkę symbolizującą brytyjsko-norweską współpracę podczas II WŚ.

Anglia ma długą i bogatą tradycję śpiewania kolęd. Naród angielski wydał obok Niemców i Polaków najwięcej tych pieśni świątecznych. Kolędy w WB. śpiewa się przede wszystkim 24 XII (Christmas Eve). Jest to dzień przygotowań- ubierania choinki itd.

Najpopularniejsze i najpiękniejsze angielskie kolędy:
# Coventry Carol (XVI w.) zob.
# Joy to the world (XVIII w., muz. Haendel ) zob.
# Adeste Fideles – lub - O come all ye faithful (XVIII w. muz. Wade) zob.
# Ding Dong Merrily on High (muzyka Jehan Tabourot (1519-1593), tekst XIX w.) zob.
# Hark! The Herald Angels Sing (słowa Charles Wesley – 1739 r, śpiewana zwykle do melodii Felixa Mendelssohna-Bartholdy'ego z 1840 r.) zob.
# God Rest Ye Merry, Gentlemen (XIX w.) zob.

Do tego dnia dzieci piszą listy do Gwiazdora tradycyjnie wrzucane potem do kominka (płomienie powinny go wznieść w otwór wylotowy komina); jeśli list spali się trzeba go napisać raz jeszcze.




Właściwe świętowanie rozpoczyna się 25 XII (Christmas Day). Prezenty otwiera się rankiem, a wieczorem zasiada się do stołu świątecznego. Menu jest zupełnie inne niż w naszym kraju; brukselka, indyk, rozbef, smażone ziemniaki, gęś, śliwkowy pudding. W puddingu chowa się niespodzianki dla dzieci (monety symbolizują bogactwo, pierscień - staropanieństwo, itd). Inne niespodzianki zawiera tzw. christmas cracker przy każdym nakryciu - kolorowa kartonowa tuba zagięta na obu końcach, którą trzeba rozerwać, by dostać się do ukrytych słodyczy, zagadek i małych prezentów.
Od 1932 roku monarchowie brytyjscy wygłaszają bożonarodzeniowe orędzie do narodu.

26 XII to tzw. "Boxing Day" - od dawnego zwyczaju obdarowywania mleczarzy, gazeciarzy, śmieciarzy i pocztowców, dziś daje się im raczej napiwki.
Sezon świąteczny trwa jednak do 6 stycznia nast. roku.

piątek, 18 grudnia 2009

Dobry wg. Polaków, mierny wg. Anglików - czyli czy nie za dużo Normana Daviesa ?

Norman Davies wybrał RP na swą ojczyznę i jest naszym polskim zasłużonym obrońcą przeciw nieuzasadnionej krytyce i kłamliwej polityce historycznej innych państw wymierzonej przeciw Polsce i za to jesteśmy mu wdzięczni i tak też jest spójrzmy choćby na te cytaty:

Historia Polski, Węgier, Czech i wielu innych krajów uznawanych przez lata za znajdujące się w orbicie wpływów rosyjskich, za zacofane czy wręcz barbarzyńskie, została opisana na równych prawach z historią Francji, Niemiec, Anglii czy Rosji. Tym samym Davies stworzył wyłom w europejskiej historiografii; dla wielu jego wizja Europy ma wręcz charakter polityczny
. - independent.pl

Pomnikowa historia Polski God's Playground. A History of Poland (1981), która w Polsce stała się absolutnym bestsellerem (Boże igrzysko. Historia Polski, Znak 1989-1991), uzyskując dotychczas nakład przeszło 150 000 egzemplarzy, ściągała na autora niejednokrotnie gromy nieprzychylnie nastawionych do Polski historyków amerykańskich żydowskiego pochodzenia. Słynna jest już przygoda Daviesa z uniwersytetem w Stanford, na którym Davies starał się o profesurę. Profesury nie otrzymał, a zarzuty dotyczyły właśnie rzekomego "polonofilstwa" historyka, który przecież w swoich pracach nie szczędził Polsce słów gorzkich i prawdziwych.
independent.pl

i jeszcze to:

W 1996 roku Norman Davies przeszedł na emeryturę, poświęcając się wyłącznie pisaniu oraz - niechętnie - promocji swoich książek. Niedawno wydał The Isles. A History (1999), czyli Historię Wysp Brytyjskich. To kolejna książka, która zmusza historyków, głównie brytyjskich, do zmiany spojrzenia na swój kraj, na jego historię i korzenie tworzących go narodów. Davies, od dawna zresztą, przepowiada rozpad brytyjskiej Korony.
independent.pl

Czy jednak polonofilstwo Daviesa jest mitem? Wystarczy wspomnieć jego wypowiedzi na temat I RP youtube , które są wręcz laurkowe na zasadzie: "och jakże cudowny był to kraj, taki wolny, taki demokratyczny, taki wspaniały, taki wielonarodowy -ach och" Nie powinniśmy zapominać, że archaiczny i niewydolny system I RP, połączony z przekupnością polskich "szlacheckich demokratów" doprowadził do rozbiorów, które są - jak naucza szkoła krakowska od niemal 150 lat - naszą własną winą, bo każde państwo powinno przede wszystkim umieć przetrwać - więc cóż z tego, że "wolne" (a chłopi pańszczyźniani?) skoro niewydolne?



Przy okazji warto wspomnieć o raczej kiepskiej prasie Daviesa w Anglii, gdzie jest często uważany za nierzetelnego rewizjonistę. Zresztą przepowiadanie upadku własnego kraju, który go wychował jest co najmniej w złym guście.

Pomijając fakt, że Davies wieszczył też upadek UE - co zapewne jest też częściowo zabiegiem marketingowym, stwierdzić należy, że łatwo krytykować własne mieszkając nad Wisłą. Przy okazji warto zauważyć, że główne anglosaskie pochwały dla "Wysp" Daviesa pochodzą z USA zob., nacjonalistycznych środowisk celtyckich itd, a nie od Anglików.

To, że Davies uchodzi za znawcę dziejów Polski jest słuszne - uchodzi on za takiego także w Wielkiej Brytanii zob., ale czemu w Polsce uważamy go za specjalistę od historii Anglii? Tym na pewno Davies nie jest.

W jego ojczyźnie uważa się go za dekonstruktora historii Wielkiej Brytanii, który dowolnie bawi się dziejami swego kraju:

After toying with various names for the title of his book, such as the Anglo-Irish Archipelago and Europe's Offshore Islands, Davies opted for The Isles. He professes to find the concept of Britain confused and contradictory, because it can apply to the United Kingdom, to Great Britain, or the island of Britain. Motor vehicles, he complains, still drive with “GB” plates whose letters denote “an eighteenth century designation” which is “set in mental stone” when the state has long since become the United Kingdom.
Deconstructing History
Review of The Isles by Norman Davies

profesor Christopher Harvie i to na łamach independent.co.uk, czyli tej samej gazety, której polska edycja tak bałwochwalczo chwali Daviesa.

różne opinie brytyjskie o The Isles Książka bywa oceniana jako staroświecka, nierzetelna, rewizjonistyczna itd.

A oto jak książki Daviesa odbierają zwykli Brytyjcycy:

I don't like Norman Davies, but I have to give this book at least 4 stars.
Davies is another revisionist historian, but unlike most, he gives good justification for most of his revisions, and is a first rate historian when it comes to historiographical criticism. I think all history students should read the part of this book where Davies savages the previous historical writing about the United Kingdom. He obviously writes from a Celtic/catholic viewpoint
bloger Dhsparkman o książce Daviesa

Osobiście odnajduję w książce Daviesa wiele nieuzasadnionych skarg do Anglików za niewspieranie Szkotów przed Unią z 1707 roku. A niby czemu mieliby Anglicy ich wspierać? Przecież to była tak samo obcy kraj jak Francja, a unia personalna z 1603 roku nic tu nie zmieniła. Davies tak silnie walczy z marginalizacją celtyckich narodów w historiografii brytyjskiej, że przesadza niejednokrotnie w drugą stronę i to bardziej niż stara wigowska historiografia anglocentryczna.

Davies mieszkając w Polsce o kraju tym pisze dobrze, nawet czasem zbyt dobrze, natomiast, Anglikom serwuje swoją brutalną "prawdę" (mocno przerysowaną w wielu miejscach), choć sam jest nie Walijczykiem, lecz jak sam przyznaje Anglo-Walijczykiem. Taka postawa włącznie z wieszczeniem rozpadu UK nie powinna budzić sympatii.

wtorek, 8 grudnia 2009

Voltaire - konserwatysta i monarchista

Największy francuski filozof XVIII wieku jest postacią wzbudzającą kontrowersje. Najczęściej za jego spadkobierców uważają się osoby, którymi on sam zapewne by wzgardził – czyli lewicowcy (np. racjonalizm.pl). W moim tekście postanowiłem pozamawiać konserwatystów do wyrwania Voltaire’a z rąk lewicy.



Po pierwsze Voltaire nie był ateistą, lecz deistą, a to, wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu coś zupełnie innego. Ateiści są prawdziwymi przeciwnikami wiary w Boga, bo uważają, że taka wiara nie ma sensu. Deiści w Boga wierzą i to równie mocno, a czasem nawet mocniej niż praktykujący katolicy czy protestanci, lecz uważają podobnie jak ich mistrz, i faktyczny „wynalazca” deizmu, fanatycznie wręcz religijny Issac Newton, iż Bóg po stworzeniu świata i ustawieniu zegara czasu zostawił sprawy rządzenia planetą ludziom. Deista uważa więc, że Bóg istnieje i życie po śmierci również, lecz tu - na ziemi winniśmy zachowywać się tak, jakbyśmy nie mogli liczyć na Jego pomoc. Voltaire był najważniejszym popularyzatorem idei Newtona we Francji i jako popularyzator Newtona właśnie rozpoczął swoją karierę i żywot filozofa.

W przeciwieństwie do wielu filozofów francuskich mu współczesnych (np. teistów Helvetiusa, Diderota i d’Holbacha i komunistów Mably’ego, Mesliera i Morelleta) Voltaire doceniał rolę religii i wieszczył upadek obyczajów na skutek rugowania religii z życia publicznego. Kościoła nie lubił, tak jak wielu arystokratów swojego czasu (rodzina Voltaire’a aspirowała do statusu noblesse de robe i sam filozof dystansował się nieco od mieszczaństwa), jako instytucji wtrącającej się do spraw szlacheckich, czyli politycznych. Nie zapominajmy, że wówczas na prowincji typowa sytuacja było to, iż biskupi-hipokryci często utrzymujący kochanki doprowadzali do uwięzień liberałów z powodów osobistych, kłamiąc, iż liberałowie, z którymi weszli w zatarg „urągali Bogu” itd. Voltaire nie miał zrozumienia dla nietolerancji wynikającej z prywaty i politycznych aspiracji. Ganił zarówno nietolerancję katolicką, jak i protestancką, ortodoksyjną , żydowską czy islamską. Voltaire był bardzo często atakowany „z lewej strony” przez wspomnianych filozofów.

W podręcznikach przedstawiany jest fałszywy obraz Voltaire’a jako mieszczańskiego liberała, anglofila-konstytucjonalisty i kontestatora swoich czasów. Nigdy nie chwalił on jednak angielskiego parlamentaryzmu, przeciwnie drwił sobie z niego. W Londynie podobał mu się klimat tolerancji religijnej, wynikającej z rozsądku (20 religii sekt by mogło się nawzajem powyrzynać), a także to, że ludzie pióra współtworzyli żywą politykę i opinię publiczną – czyli słowem, ze ludzie tacy jak on mają w Wielkiej Brytanii sporo do powiedzenia, a przez instytucje nadawania statusu rycerza – knighthood , granica między szlachcicem a elita gminną jest łatwiejsza do przekroczenia. W ówczesnej Anglii gentlemanem zaczynano nazywać zarówno szlachcica wiejskiego z herbem, jak i wykształconego mieszczanina, zaś we Francji przejście do noblesse de robe odbywało się w ciągu życia kilku pokoleń, a gentilhomme musiał być człowiekiem z herbem.

Voltaire całe życie był zwolennikiem monarchii absolutnej z tolerancyjnym (oświeconym) władcą na czele. Pewne nadzieje wiązał z Fryderykiem Wielkim, władcą Prus, który wykorzystał filozofa do własnej propagandy, a czasem sam niestety urągał ideałom wolteriańskim. Dość powiedzieć, że w 1745 roku, jak podaje Stefan Zabieglik, Voltaire wyraził solidarność z jakobitami, czego jego angielscy wigowscy znajomi z lat 1727-1729 nigdy mu nie wybaczyli. Republikanizmu Voltaire nie znosił zarówno w jego wersji amerykańskiej (stary Diderot, Mercier, Condorcet, Jaucourt), ani protosocjalistycznej (Rousseau – zresztą religijny hipokryta trzykrotnie zmieniający wyznania – typowy pobożny socjalista, Mably, Morellet), w sporze Ludwik XV-parlamenty poparł króla, jako bodaj jedyny intelektualista pierwszego sortu. Choć aspirował do arystokratyzmu, nie akceptował wzmocnienia rządów szlachty kosztem wpływów króla (co postulował Montesquieu zostawiający jednak królowi pozycję sędziego rozstrzygającego spory kompetencyjne między różnymi władzami). Demokracja dla Voltaire’a była szaleństwem.


Voltaire’a interesowała wolność rozumiana jako obrona ludzkiej godności i prywatności, a nie jako wrzucanie karteczki do urn. Stąd nie chwalił Rzeczpospolitej z typowym dla niej upośledzeniem mieszczaństwa i chłopstwa, stad zapewne poparłby pomysły Kołłątaja i Dekerta , by jakieś „wąskie gardło” dla mieszczan aspirujących do stanu szlacheckiego wreszcie otwarto. Rewolucją Voltaire gardził, zresztą połączenie miedzy oświeceniem (reformą) a rewolucją to podział marksistowski odpowiadający fałszywemu lewicowemu obrazowi rzeczywistości; pamiętajmy słowa ks. Saliny z „Lamparta” : - „coś musi się zmienić by wszytko pozostało tak jak jest”.

W przeciwieństwie do hr. Boulainvillersa uważał, że szlachta musi być zasilana wybitnymi mieszczanami. Podobnie jak jego szkolny kolega i wieloletni przyjaciel markiz Rene d’Argenson, czy jeden z ludzi, których zainspirował – Vauvenargues. Voltaire pochwalał decentralizację i ganił hegemonię Paryża w kulturze francuskiej. Zastanawiało go, dlaczego akademia marsylska jest jak grzeczna dziewczyna, że nic o niej nie słychać. Paryż do dziś jak rak toczy całą Francję, tłamsząc nie-stołeczne inicjatywy kulturalne, a więc obawy Voltaire’a jest ciągle aktualne. Filozof ten był znacznie bliżej problemów ludu i prowincji niż każdy inny filozof francuski tego czasu. Angażował się w sprawy prowincji, bronił wiary w Boga przed kretynami, którzy dla dobra ludu, chcieli go pozbawić wpływów Kościoła, widział wyraźnie związki na linii religia-moralność ( jeśli nawet nie stanowiły one głównego tematu jego rozważań jak u np. Burke’a) i nie uciekał do tematów zastępczych, głosząc potrzebę reformy ustroju w konkretnych dziedzinach. Pamiętajmy również, że żył on w czasach , gdy Kościół był nadal wielką siłą polityczną, stąd jego polemiki z tymi, którzy chcieli podtrzymać dotychczasowy ścisły związek ołtarza i tronu (Palissot, Freron).

Moim zdaniem był więc i jest Voltaire patronem prawicy laickiej , tak samo jak np. Hume, Spencer czy Tocqueville, a arystokratyczni liberałowie, doceniający konserwatywne wartości – to prawica. Nie oddawajmy zatem Voltaire’a lewicy, z którą nic go nie, tak naprawdę nie łączy!

Schopenhauer a popularność buddyzmu

Kiedy Kant stwierdził, iż poznając świat, tak naprawdę poznajemy tylko siebie, co jak wspomniałem w innym artykule jest teoria tyleż wątpliwą co szkodliwą, wielu poświęciło się wyłącznie intelektualnemu egoizmowi i zamiast naprawiać świat naprawia po dziś dzień jedynie siebie, a właściwie myśli iż naprawia siebie.
Niemcy wydały słynnego filozofa Schopenhauera, który był człowiekiem łagodnym i nieśmiałym, Zycie więc go nie oszczędzało, a on znosił to z trudem, dlatego, sądząc według własnych kryteriów – jak wielu innych, wymyślił teorię, iż uczestnicząc w społeczeństwie zawsze jesteśmy ograniczani i tyranizowani przez innych lub odwrotnie, stąd zalecał wycofanie się z czynnego życia w społeczeństwie i cichą kontemplację. Nie był hipokrytą, lecz zacnym człowiekiem i sam też zamknął się na cztery spustu we własnym domu ze swymi towarzyszami – pudlami,, głosił bowiem, iż zwierzęta są lepsze od ludzi i nie mają tak złych cech jak oni. Chyba zapomniał, że narzucanie swej przewagi w świecie natury jest normą, ale on jako człowiek, większy, silniejszy i mądrzejszy od swoich pupilów był bezpieczny od wszelkich prób uczynienia z niego niewolnika we własnym domu (czasem słyszymy jednak o domach, w których rządzi pies).

Schopenhauer był też tym, który wprowadził filozofię buddyzmu do świata europejskiego. Buddyzm, jak kiedyś wspominał F. Koneczny, jest skazany na koegzystencję z innymi, bardziej życiowymi ideologiami (np. konfucjanizmem) by w morzu izolujących się od siebie nawzajem kontemplujących jednostek, można było stworzyć jakaś państwowość.

Mamy dziś ekologizm, pro-zwierzęcość (i anty-człowieczość) i przekoanie bardzo wielu ludzi, że ich apolityczność i aspołeczność jest święta (ich pustka jest święta – jak powiedział Roger Scruton o bohaterze „Mdłości” Sartre’a). Schopenhauer – voila le coupable! Dobrze, że oprócz schopenhauerystów-buddystów w naszym społeczeństwie i innych społeczeństwach europejskich są jeszcze ludzie „opętani polityką”.

Prawica - raczej rycerze niż mnisi

Świat prawicy jest często identyfikowany ze światem ludzi wierzących. Częściowo jest to słuszne, bowiem myśliciele o prawicowym światopoglądzie byli zawsze albo wierzący w Boskie interwencje (Burke, de Maistre, Davila, Reagan) albo co najwyżej deistami (Hume, Voltaire, Tocqueville), lecz nie brak i pobożnej lewicy na tym świecie poczynając od ruchu monastycznego i Św. Franciszka, kończąc na uczęszczających na msze polityków SLD.



P. Adam Wielomski opisując Burke’a stwierdzał, iż był to konserwatysta jedynie z rozumieniu człowieka o arystokratycznych, nienagannych manierach, uprzejmego wobec kobiet itd., podczas gdy jego postawa wobec rewolucji (zła bo zbyt szybka i radykalna, a nie zło absolutne) dyskwalifikowała g jako konserwatystę. To prawda Bukre, był mniej konserwatywny niż Hume, i rozważania o tradycji i religii niczego tu nie zmieniają, lecz przyjrzyjmy się tym wspomnianym manierom.

Ludzie Kościoła mogli być i zawsze byli społecznie rewolucyjni lub tradycjonalni – tzn . zwolennikami autorytetu i hierarchii. Mogli jednak pochwalać komunistyczny styl życia, jak mnisi, czy przygotowywać rewolucję społeczną pod znakiem egalitaryzmu (wszak ostatni będą pierwszymi, tyle , że zapomnieli ze nie na tym świecie) jak Savonarola, Meslier czy modernistyczni biskupi. Można więc wyobrazić sobie zarówno prawicowego jak i lewicowego człowieka Kościoła, ale czy można sobie wyobrazić lewicowego rycerza?

Otóż, mimo iż zdarzali się arystokratyczni socjaliści, wypadać stwierdza, że z chwilą odrzucenia tradycji i hierarchii przestawali oni być arystokratami, co często sami podkreślali wyśmiewając własne arystokratyczne tytuły. Kościół to od V wieku pierwsza brama kariery dla ludzi gminnych, rycerstwo to dziedziczność i tradycja. Każdy prawicowiec jest po części rycerzem-szlachcicem. Oto czym jesteśmy naprawdę pod względem mentalnym i warto zdawać sobie z tego sprawę, kiedy jako autorzy prawicowi atakujemy szlachtę z punktu widzenia kleru.

Nietzsche - konserwatysta czy rewolucjonista ?

Friedrich Nietsche był człowiekiem elitarnym do bólu. Temu faktowi nie da się zaprzeczyć. Jednocześnie był wielkim wrogiem wszystkiego co masowe, mieszczańskie (sam się kreował na francusko-polskiego szlachcica), chrześcijańskie, „miłosierne”, narodowe i socjalistyczne. Czy był człowiekiem prawicy? Czy można czerpać z jego myśli będąc prawicowcem? Niech nas nie zniechęca w tych rozważaniach fakt wykorzystania kilku jego pomysłów przez masowego socjalistę Hitlera, który myśl Nietschego musiał znać bardzo słabo.



Nietsche był z wykształcenia filologiem klasycznym i w sensie mentalnym, żył w czasach Oktawiana Augusta. Sam identyfikował się z poglądami, jakie mógł wyznawać rzymski patrycjusz, stąd jego niechęć do Germanów i antyniemieckość, upodobanie do uniwersalizmu (wszak każdy lojalny poddany Augusta mógł zostać obywatelem Rzymu) i sprzeciw wobec germańskiego nacjonalizmu, a także do anglosaskiego ducha równości (parlamentaryzmu, demokratyzmu i socjalizmu utopijnego) i chrześcijaństwa, które m.in. wg E. Gibbona zniszczyło świat SPQR. Był więc konserwatystą ? Tak był konserwatystą, ale rzymskim, a nie chrześcijańskim!

Jego plan wielkiej odnowy dokonanej rękoma nadludzi, to nic innego jak powrót do świata Rzymu z jego herosami, bohaterami i kultem „szczerego” okrucieństwa i uczciwej siły w miejsce różnych religii wyrównujących przepaści między bogatymi, pięknymi, mądrymi i odważnymi a biednymi, brzydkimi, głupimi i tchórzliwymi. W pewnym sensie więc był Nietsche niczym Herbert Spencer – darwinistą społecznym, bowiem Spencer nakazywał wspieranie (a raczej nie przeszkadzanie im) najbardziej przedsiębiorczych jednostek, widząc społeczeństwo jako żywy organizm rządzący w dużej mierze sobą samym bez pomocy aparaty administracji. Był też Nietsche konserwatystą rewolucyjnym. Ciekawe, iż niewielu prawicowców kontynuowało jego poglądy w wieku XX, zostawiając jego teorie na pastwę lewicy.

Największa zbrodnia w dziejach ludzkości - zbrodnia demokratyczna

W innym moim tekście: „Dlaczego monarchia jest lepsza od demokracji” pisałem, że w monarchii sprawy wojska i wojna ograniczają się do królewskich sił wojskowych i nie angażują całego narodu, podczas gdy demokratyczny pobór powszechny przyniósł rzezie czasów napoleońskich i I wojny światowej (prowadzonej przez demokratycznych ministrów i demokratycznych ministrów marionetkowych cesarzy). Pisarz Laurence Sterne bawiący we Francji w czasach wojny siedmioletniej nie wiedział nawet, ze jest wojna, bo wojna to sprawa książąt – nie ludu. Lud nie ma w niej nic do wygrania, więc takie postawienie sprawy jest uczciwe.

Przed 1789 rokiem większość ludzi nie znała nieszczęść wojny; przeciwnie – sami żołnierze szli czasem na nią z radością, byli to żołnierze zawodowi bądź najemnicy, a wojna była ich zawodem – szansą na społeczne wybicie się i świadomie podejmowanym ryzykiem. Kilka kilometrów od frontu nie wiedziano nawet czasem, iż trwają walki (P. Gaxotte).



Przed rewolucją francuską przymusowy pobór był zjawiskiem rzadkim i marginalnym; republikanie francuscy uczynili z wojny obowiązek każdego, nawet człowieka, który nigdy nie widział karabinu czy muszkietu – człowiek taki otrzymuje w momencie poboru – „idź i daj się zabić komuś, kto włada bronią lepiej od ciebie”. Moralnie jest to całkowicie nie do przyjęcia. Państwo zabija w ten sposób z premedytacją własnego obywatela.

Totalitaryzmy wynikły tylko z tego, że dyktatorzy zauważyli, że skoro wojna nie toczy się do ostatniego żołnierza lecz do ostatniego kowala, piekarza czy pianisty to może by tak zabić go zanim dostanie do swych drżących rąk karabin a na nienawykły do wojennych trudów grzbiet – mundur, kraju, którzy żąda od niego by dał się zabić? Po I wojnie światowej wielu wojskowych darzyło cywilów niechęcią, że choć sami byli cywilami musieli zginąć jako żołnierze – wiec komunizm, faszyzm i nazizm zbudowali właśnie tacy niezadowoleni maruderzy-kombatanci (pięknie o tym pisał Z. Kałużyński w „Pamiętniku Orchidei”).

Dlatego ważne jest wyznaczenie granicy miedzy państwem a obywatelami i dlatego należy popierać wojsko w 100 % zawodowe.

Kwestie poważne i mody społeczne

Wielu publicystów wspomina o tematach zastępczych, które maja rzekomo służyć odciągnięciu uwagi obywateli od spraw poważnych – tzn. tych które dotyczą nas wszystkich; chociażby kwestii podatkowych. Co by miało być tymi tematami zastępczymi – rozmaite „mody społeczne”, które wywołują często większe emocje niźli kwestie podatkowe.

Podstawowe tematy zastępcze to problem „promowania homoseksualizmu” versus „problem homofobii”. Spalają się w nim najlepsze pióra prawic, choć dla lewicy to jedynie kwestia proletariatu zastępczego, nad którym objęła ona opiekę z braku zorganizowanego proletariatu ekonomicznego. Dlaczego nazywam obecne problemy i konflikty wokół homoseksualizmu modą społeczną? Otóż traktuję je jako efekt pewnej dziejowej prawidłowości (dzieje może nie mają sensu, ale zjawiska można opisać historiozoficznie) . Kiedyś Kościół wszystkim-dziś niczym, kiedyś homoseksualizm zwalczany-dziś nawet „promowany”. Jest to mechanizm „sprężyny” i jakkolwiek zawsze ktoś będzie niezadowolony z aktualnego wygięcia wahadła mód społecznych, sprawy te są o wiele mniej ważne niż kwestie podatków, które można załatwić na trzeźwo i od ręki, nie uczyni jednak tego społeczeństwo opętane przez walkę o mody społeczne.

W sprawie homoseksualizmu cofnijmy się o 300 lat do XVIII-wiecznych Niderlandów. Bardzo interesująca jest kwestia podejścia władz Republiki Zjednoczonych Prowincji wobec homoseksualizmu. Homoseksualisci byli uważani za kryminalistów; w 1730 roku w Groningen dokonano nawet egzekucji 22 mężczyzn i nastolatków skazanych za homoseksualizm. W 1777 roku wydany został anonimowo traktat przypisywany potem doradcy prawnemu Wilhelma V Orańskiego, Abrahamowi Perrenotowi, w którym można było przeczytać, e homoseksualizm winien być uważany za przestępstwo, jedynie gdy ma miejsce wykorzystanie chłopców niepełnoletnich. W 1803 roku w Schiedam miała miejsce ostatnia egzekucja człowieka skazanego za homoseksualizm, ( P.F. State, A brief history of the Netherlands, Facts on File inc. NY 2008.). W pewnym sensie nie dziwię się homoseksualistom, iż chcą od takich upiorów jak najdalej uciec, lecz dziwię się ludziom, których problem owej walki nie dotyczy na co dzień, iż swój czas i energię marnują na modę społeczną, która nie podlega ludzkiej polityce bieżącej, a raczej wielkim i długotrwałym zmianom mentalności ludzkiej. Podobnie jest z kwestią eutanazji i aborcji – są to zjawiska społeczne wynikające z triumfu utylitaryzmu. Który to triumf trwa już około 250 lat.
I tak Polska i inne kraje poświęcają swą uwagę, czas i pióra na mody społeczne – tj. sprawy właściwie nierozwiązywalne w warunkach demokratycznych, gdzie debata zastępuje decyzję, a ważne problemy postają niezałatwione. W Polsce tego typu problemami są:

-zagrożenie, iż w ciągu kilku lat padnie cała infrastruktura elektryczna, wskutek braku odpowiedniej konserwacji elektrowni i przewodów (od 40 lat)
- przewidywany niedobór wody pitnej w Polsce
- brak uwolnienia informacji medycznej
- skomplikowane przepisy cywilne i karne niezrozumiałe nawet dla prawników
- zbytnia zależność energetyczna od Rosji
- brak autorytetu nauczycieli w szkołach, ergo upadek szkół
To tylko garść przykładów. Politykom wygodnie jest robić kariery na nierozwiązywalnych problemach mód społecznych, nie muszą wtedy zakasywać rękawów do pracy. Nie pomagajmy im więc, lecz rozliczajmy według stopnia załatwiania spraw załatwianych a niezbędnych do załatwienia.

Dlaczego monarchia jest lepsza od demokracji

W swoim tekście: „Dlaczego monarchia?” zamieszonym w „Xięstwie Pomorskim” (nr. 1 2009 r.) p. Piotr Waszkiewicz przedstawił wiele argumentów dowodzących wyższości monarchii nad demokracją. Zaliczył do nich m.in:

- Lepszy kontakt władzy personalnej monarchy z poddanymi (Rousseau mogący swobodnie rozmawiać z włoskimi książętami versus przepaść społeczno-obyczajowa na linii prezydenci dzisiejszych republik a obywatel).
- to, że monarchia zazwyczaj uchodzi za wspólne dobro poddanych (przerażenie Elżbiety I, że jest z nią tylko (sic!) 75% poddanych versus zideologizowany świat partii i jednocyfrowych poziomów poparcia ministrów i premierów)
- to, że monarchiści chcą być dobrze rządzeni, podczas gdy demokracji chcą kartki do głosowania, bo pożądają z własnej chciwości nawet tej namiastki władzy.
- porządek – Maria Teresa Habsburg otaczającą się doradcami mądrzejszymi od siebie versus demokratyczny premier tępiący bystrzejszych od siebie jako konkurentów.
- ciągłość – kwestia braku zamieszania w przekazywaniu władzy.
- suwerenność – król nie musi schlebiać i kadzić narodowi, lecz czyni to co uważa za słuszne i tylko to właśnie.
- wolność – monarchie nie znają totalitaryzmów, filozofowie mogli niemal bezkarnie je krytykować , a handlarze rybami, jak pisze p. Bartyzel, nie słuchali próśb królów by usunęli stragany z dziedzińca Luwru
- piękno – królewski mecenat versus demokratyczne rozmycie się kanonów piękna
- wzniosłość – każdy z dawnych monarchów budził, lub miał szansę budzić, podobna miłość poddanych jak dziś papież, gdyż łączył funkcje religijne z politycznymi.



Wszystko to prawda, lecz to zaledwie część możliwych argumentów za monarchią. Wystarczy nieco zdrowego rozsądku by podać dalsze:
Charakterystyczny dla monarchii wyraźny podział na rządzących i rządzonych, powoduje unikniecie demokratycznej schizofrenii politycznej, powodującej, że każdy ukryje przeciwnika króla, ale mało który obywatel ukryje przeciwnika władzy, która „niby” reprezentuje tego obywatela – a wiec demokracja otwiera drogę tyranii. Monarchia może zbankrutować i nie musi to pociągać za sobą bankructwa narodu, bo ten jest w dużym stopniu niezależny od finansów władcy. Mając za sobą mityczne poparcie ludu, demokratyczni politycy w ich imieniu godzą się na wszystko, narzucają wszystko i nawet przepraszają (np. „Francuzi” – „Niemców”) za wszystko nie spytawszy o zdanie obywateli.
Stąd widać, iż monarchia to rząd prywatny, dlatego np. anarchokapitalista Hans Hoppe uważa monarchię za mniejsze zło, niż rząd publiczny – monarchie – samemu będąc za daleko posuniętym gminowładztwem.

Z tego co tu napisałem, wynika też fakt, iż wojsko i wojna ograniczają się do królewskich sił wojskowych i nie angażują całego narodu, podczas gdy demokratyczny pobór powszechny przyniósł rzezie czasów napoleońskich i I wojny światowej (prowadzonej przez demokratycznych ministrów i demokratycznych ministrów marionetkowych cesarzy). Pisarz Laurence Sterne bawiący we Francji w czasach wojny siedmioletniej nie wiedział nawet, ze jest wojna, bo wojna to sprawa książąt – nie ludu. Lud nie ma w niej nic do wygrania, więc takie postawienie sprawy jest uczciwe.
A oto dalsze argumenty za monarchią, jakie przychodzą mi do głowy:
- Monarcha jest w mocy uratować człowieka prześladowanego przez władze lokalne z powodów prywatnych, a także rozsądzić spór między np. władzą ustawodawczą i sądowniczą.
- Własność prywatna jest bardziej zagrożona w demokracji niż w monarchii, bo istnieje w niej: „sprawiedliwość społeczna” – tj. kradzież w majestacie prawa.
- Monarcha to jeden człowiek, z typowo ludzkimi lękami i obawami, demokracja to banda urzędników nie lękająca się niczego i nikogo. Stad monarchia jest ludzka a demokracja często nieludzka.
- W demokracji wszystko jest poddane dyskusji publicznej, która nie ma sensu, bo wiadomo, iż rząd narzuci swe zdanie, lecz dyskusja ta ma wprowadzić zamęt umożliwiający łatwiejsze sterowanie ludem. Dyskusja demokratyczna na tematy związane z moralnością skutkują zawsze osłabieniem moralności. Stąd np. p. Marcin Libicki jest za demokracja jedynie jako sposobem wybierania władzy, ale nie ustalania kwestii moralnych, w końcu specjalistów jest zawsze mniej niż ignorantów.
- Demokracja zawsze rozbija społeczeństwo, chyba, że jest silnie senatorska i cenzusowa, lecz kto zagwarantuje, że za chwile nie będą rządzić wszyscy włącznie z dziećmi i wariatami?

- Dla monarchy etniczność nie ma znaczenia, liczy się za to lojalność, stąd era monarchii nie znała nacjonalizmu, a wiemy jakie mogą być skutki rozbudzonego nacjonalizmu…

- W demokracji prawda rzadko przebija się w gąszczu ideologii i mitów, bo tylko suwerenny monarcha ma interes w jej poznaniu, gdyż musi on zostawić swe państwo w jak najlepszym stanie dla potomków-dziedziców.


Na koniec dodać można, że ogromna większość klasycznych filozofów gardziła demokracją i bała się jej. Wyjątkami byli Spinoza, van der Enden i Rousseau; wszyscy trzej nie do końca władni nad własnymi myślami.

Za co kochamy Reagana

W tym tekście zwracam się do wszystkich ceniących wolność i tych, którzy potrafią być mądrzy także „przed szkodą”. Reagan – największy człowiek XX wieku rozumiał dobrze, iż niektórzy mają na swych oczach bielmo głupoty i nie widzą spraw oczywistych, dlatego trzeba ich poddać niewielkiej a zbawiennej terapii szokowej.



Reagan wiedział, że ZSRR jest krajem, który nie gwarantuje swojemu niewolniko… pardon: obywatelowi niczego; ani bezpieczeństwa, ani godności, ani prywatności, ani przysłowiowej „kury w garnku co niedzielę” (te słowa Henryka IV Burbona dawały sporo do myślenia w PRL-u), ale to nie wystarczy by ludzie zrozumieli, że z takim państwem-potworem należy walczyć, a nie rozmawiać (jak zalecał np. krypto socjalista George Clooney), więc postanowił zamęczyć chorą gospodarkę absurdalnego państwa by pokazać iż dobre i zdrowe zawsze pokona to co złe i chore i zrobił to co zalecał gen. George Patton już w 1945 roku (człowiek wybitny – już w 1917 roku docenił znaczenie czołgów, gdy wszyscy w Ameryce je wyśmiewali) , a czego nie odważyli się wysłuchać ani lewicowiec Truman, ani zakłamany polityk Eisenhower, ani tym bardziej socjalistyczny mafioso Kennedy, ani śmiechu warty Carter.

Reagan cenił to co piękne, mądre i odważne i mimo iż był tylko aktorem, wystarczyło mu to by zrozumieć jak bardzo komunizm zmienia ludzi w zwierzęta. Chwała mu za to!

poniedziałek, 30 listopada 2009

Konserwatyzm i monarchizm laicki

Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie mi polemizować z Sz. P. Adamem Wielomskim, którego tezy i teorie zawsze były dla mnie cennym źródłem inspiracji, ale - stało się. W nr. 45-46 tegorocznej serii: "Najwyższego CZASU", p. Wielomski zamieścił swoją recenzje ze wszech miar interesującej książki p. Tomasza Tulejskiego: "Konserwatyzm bez Boga. Dawida Hume'a wizja społeczeństwa, państwa i prawa, Fijorr Publishing W-wa 2009.



Otóż Hume, jak warto przypomnieć, choć deista i niedowiarek religijny, doszedł do podobnych wniosków na temat funkcjonowania społeczeństwa i państwa, a także do podobnych przekonań co do idealnego ustroju państwowego, jak mocno wierzący Edmund Burke, bazujący na swoich moralnych przemyśleniach wynikających z wiary. Dla Hume'a, jak trafnie pisze p. Wielomski, konserwatyzm jest uzasadniony nie wolą Bożą i religijnie pojętym prawem naturalnym, lecz tradycja, zadawnieniem i obyczajem.

Hume uważał, że nie ma metafizycznych zasad rządzących naszą egzystencją, wiec państwa są dziełem ludzkim - dziełem historii. Wielomski uważa, że nie-boski konserwatyzm Hume'a krytyczny wobec religii i fanatyzmu religijnego nie różni się zasadniczo od czegoś co nazywa często "cywilizacją rewolucji", w związku z tym wysiłki pp Voegelina czy Leo Straussa, którzy chcieli stworzyć konserwatyzm laicki (dla wszystkich , nie tylko chrześcijan) opierając go na innym niż chrześcijański fundamencie etycznym były bez sensu, choć interesujące.



Otóż tu właśnie nie mogę się zgodzić. Z jednej strony chrześcijanie często wpadają w pułapki łudząco podobne do pułapki egalitaryzmu w jaki wpadł Robespierre - kim był Savonarola jeśli nie chrześcijańskim rewolucjonistą para-socjalistycznym? Elitarystyczni deiści są właśnie - odporniejsi na takie pokusy.

Hume'owski konserwatyzm to ideologia na wskroś antyrewolucyjna, ponieważ to nie oświecenie było rewolucją, lecz był nią bunt sankiulotów. Byłoby bardzo dobre, gdyby historycy przestali stawiać znak równości pomiędzy zmianami w dziejach myśli ludzkiej, a historią polityczną. Hume'owski konserwatyzm jest ideologią elitarystyczną, zawierającą silny pierwiastek poszanowania dla tradycji i pracy dawnych pokoleń - cóż bardziej prawicowego?

Prawicy Bóg się przydaje ale nie jest niezbędny! Voltaire był deistą ale nigdy nie poparłby rewolucji, co więcej uważał, że Bóg jest ludziom niezbędny bo lud wierzący jest bardziej moralny, nie uważał jednak, że to z samego Boga wypływa idea monarchii i tego co dziś nazywamy prawicą. Adam Wielomski cytuje Rogera Scrutona, brytyjskiego konserwatystę, który zazdrościł Polakom możności oparcia konserwatyzmu na Bogu i wierze, podczas gdy w ateistycznej W. Brytanii nie jest to już możliwe. A jednak gdzie lepiej ma się konserwatyzm? Naturalnie - w Wielkiej Brytanii, ponieważ tam polega on na kulcie oszczędności, elitarności szkół, hierarchii społecznej a nie - jak u nas - na przysłowiowym klepaniu pacierzy.

Pan Wielomski oczernia p. Tomasza Tulejskiego nazywając go rewolucjonistą, który chce zamienić polski religijny konserwatyzm (co p. Wielomski ma na myśli ? KZM? p. Wrzodaka?) konserwatyzmem laickim pochodzącym od Hume'a. Zdaje się nie rozumieć, że w czasach gdy ateizm przeważa nad religią ów laicki konserwatyzm może stanowić szansę wyrwania ludzi z rąk lewicy. Nie skazujmy młodzieży ateistycznej na bycie lewicowcami! Brytyjczycy rozumieją ten problem i dlatego obok potężnej prawicy laickiej istnieją w ich kraju także wysepki konserwatyzmu religijnego (swoją drogą cóż to za konserwatyzm bije ze słów: "ostatni będą pierwszymi" - czy to aby nie jest rewolucjonizm ??) ale odwrotnej sytuacji w RP nie jest skłonny zaakceptować. Tymczasem prawica laicka nie jest wrogiem lecz sprzymierzeńcem prawicy religijnej w walce z lewicą egalitarną.

Podam przykład postulatu przywrócenia monarchii: p. Adam Wielomski jest zwolennikiem monarchii absolutnej - Boskiej (a la Ludwik XIV), a ja monarchii absolutnej oświeconej (a la Józef II). I jednej i drugiej Bóg jest potrzebny; pierwszej jako jej treść i podstawa, drugiej jako narzędzie władzy - interes jest więc wspólny.

Osobiście myślę, że każdy monarcha trochę wierzył w Boga a trochę się nim posługiwał. Duch elitaryzmu jednoczy wszystkich prawicowców, więc można skupić się na tym a nie na deistyczno-chrzescijańskich przepychankach - najpierw trzeba WSPÓLNIE pokonać lewicę - tam wierzący socjaliści - są ich miliardy, bez żenady współpracują z marksowskimi wrogami religii.

Oddzielić konserwatyzm od nacjonalizmu!

Uczestnicząc w dyskusjach na Prawicy.net doszedłem do wniosku takiego, że w Polsce brakuje prawicy laickiej , tj. tej, która niekoniecznie poszukuje natchnienia w moralności chrześcijańskiej, ale podziela podstawowe poglądy prawicowe: pochwała ładu politycznego, odpowiedzialności, hierarchii, elitaryzmu kulturowego itd. Obecnie jednak stwierdzam, iż nasza umęczona ojczyzna potrzebuje przede wszystkim czegoś innego - gruntownego uporządkowania sumy poglądów konserwatywnych i oddzielenia elementów nacjonalizmu i myśli narodowej i narodowo-demokratycznej od konserwatywnego rdzenia.

Konserwatyzm odrzuca ze swej natury wszystkie sztuczne grupy społeczne, a wiec neguje wysuwania politycznych wniosków na postawie rzekomych podziałów na klasy, rasy i plemiona. Konserwatysta rozumie tylko; państwo (administrację), któremu trzeba być posłusznym, rodzinę jako podstawową komórkę społeczną i związki prywatne; sąsiedzkie, towarzyskie itd. powstające bez zachęty ni dozoru państwa.

Polaka to kraj w którym prześladowano latami a nawet wiekami poczucie przynależności narodowej i katolicyzm, w związku z tym obrona tych wartości uchodzą za rzecz szlachetną - i prawie na pewno słusznie, jednak nie są to wartości konserwatywne, a co za tym idzie są to wartości poza-prawicowe. Nie zapominajmy o tym, że konserwatyzm nie rozróżnia miedzy narodami, krwią i ziemią lecz przykłada wagę do lojalności wobec państwa, zaś myśl narodowa powstała wśród XIX-wiecznych demokratów (będąc demokratą już jest się umiarkowanie lewicowym bo demokracja sprzeczna jest z elitaryzmem, naturalnymi powiązaniami społecznymi i konserwatywnym rozumieniem państwa) i liberałów, którzy nienawidzili wszystkiego co konserwatywne; hierarchii, tradycji, monarchii, przywilejów lokalnych, decentralizacji, ducha niezależności prowincji, procesów wykształcania elit politycznych typu noblesse de robe itd.

W kraju, w którym za prawicę uchodzi powszechnie "dmowszczyzna", która jest podwójnie niekonserwatywna; bo jest narodowa i bo jest demokracja i gdzie, w jako bodaj jedynym kraju na świecie pisało się tony papieru o narodowym konserwatyzmie (sprzeczność sama w sobie) trzeba o tym stale przypominać. Problem przesiąknięcia prawicy polskiej etyką chrześcijańską z jej niektórymi para-socjalistycznymi rozwiązaniami (monarchowie często zastanawiali się czy Kościół istotnie jest podporą ich tronów, a konserwatysta Salazar pisał: "nie mam wrażenia, ze Kościół mnie popiera") jest mniejszy od problemu utożsamiania nacjonalizmu z prawicą.

Nacjonaliści to tacy sami lewicowcy jak socjaliści, a może nawet groźniejsi bo podający się za prawicę. Oczyśćmy więc prawicowy światopogląd polski z nacjonalizmu!

środa, 25 listopada 2009

Uważaj co oglądasz! Czyli filmy prawicowe i lewicowe

Większość twórców filmowych stara się by ich obrazy niosły ze sobą jakieś przesłanie, które uważają za istotne. Tym, nawiasem mówiąc, ich dzieła różnią się od dokumentalnych programów historycznych. Dla uczciwości intelektualnej reżysera lepiej jest jeśli przesłanie to wynika z faktów istotnie rozgrywających się na ekranie, a nie z deklaracji głównych bohaterów, zaś dla prawdy esencjalnej lepiej jeśli fakty te odpowiadają prawdzie historycznej. Niestety reżyserzy bardzo często popadają w nieuczciwość intelektualną i wysuwają swoje przekonania na pierwszy plan. Jeśli tak się dzieje to zaczyna obowiązywać ta sama zasada jak w kwestii propagandy; lepiej by światopogląd reżysera/(nie)zamierzona propaganda objawiła się tylko w doborze tematu.

Dosyć typowym przykładem jest Umberto Eco i jego powieść: „Imię Róży” (Il nome della rosa), na podstawie której nakręcono w 2003 bardzo znany film z Seanem Connery’m w roli głównej. Oto fragment dyskusji na ten temat z „Najwyższego Czasu”:

Sztandarowym przykładem jest postać Bernarda Gui, inkwizytora Toledo, którego opisał Umberto Eco w powieści “Imię róży”. Jeszcze gorzej przedstawiono go w filmie na podstawie tej książki. Jawi się on jako geriatryczny mnich, którego jedyną rozrywką jest grzanie rąk przy płonących stosach. Bernard Gui jako rzeczywista postać historyczna był inkwizytorem Toledo i przez 16 lat, kiedy pełnił tę posługę, orzekł winę w stosunku do 913 osób, a tylko 42 osoby jako groźnych rebeliantów (recydywistów, pedofili, kryminalistów) przekazał władzy świeckiej. Nie było to wcale jednoznaczne z karą śmierci dla nich. Nowatorstwo Gui polegało na tym, że jako jeden z pierwszych inkwizytorów analizował podejrzanych o herezję pod kątem choroby psychicznej, a gdy ją stwierdzał, rezygnował z dalszych przesłuchań. U protestantów osoby te trafiłyby niechybnie na stos. Jednak stworzony przez Eco mit działa mocniej niż prawda historyczna


Do Eco można mieć pretensje tym większe, iż jako wybitny mediewista zapewne wie doskonale jak naprawdę pracowała inkwizycja.

A oto przykład pozytywny: filmu, który jest wyważony w swej treści ideologicznej. Niedawno nakręcony (2006) francuski film telewizyjny: „Jeanne Poisson, markiza de Pompadour” (Jeanne Poisson, Marquise de Pompadour) z Hélène de Fougerolles w roli głównej i Vincentem Perezem jako Ludwikiem XV. Jeanne Poisson również zaczyna się jak Kopciuszek, lecz szybko staje się dość poważnym filmem o polityce. Co warte podkreślenia; reżyser Robin Davis, choć urodzony w Marsylii, potrafił znakomicie wyważyć argumenty obu dworskich partii; „dewotów” pod przewodnictwem delfina Ludwika Ferdynanda Burbon (1729-1765) i „filozofów” wspieranych przez markizę de Pompadour (1721-1764). Zdumiewa nieco zrozumienie i sympatia w stosunku do słabostek króla Ludwika, mimo to Davisowi udało się stworzyć nie ideologiczny film o polityce, co jest osiągnięciem nie byle jakim.

Podobny rezultat jak Davis w Jeanne Poisson i Bondarczuk w "Waterloo" (starczyło w nim miejsca zarówno na legendę Napoleona jak i legendę Wellingtona a i dla Bluechera nieco miejsca zostało), osiągnął wybitny reżyser Stanley Kubrick (zm. 1999) w filmie Barry Lyndon (1975). Film został oparty na powieści Williama Makepeace'a Tackeraya (1811-1963) pod tytułem: The Memoirs of Barry Lyndon i opowiada o irlandzkim młodzieńcu Redmondzie Barry, usiłującym różnymi sposobami przeniknąć do angielskiej arystokracji. Film zaskakuje swym naturalizmem, m.in. dzięki temu, że został nakręcony w całości przy naturalnym oświetleniu słońca i świec, co z kolei powoduje, że wciąga widza do swego wewnętrznego świata . Kubrick znany był z niezwykle pieczołowitego zbierania materiałów do filmu.

Ostatniego swego projektu – filmu o Napoleonie, nie zdążył zrealizować ponieważ zbyt wiele zajęło mu czasu zbieranie publikacji dotyczących cesarza - zebrał ich ok. 16.000 (sic !). Barry Lyndon opowiada o końcu pewnej cywilizacji, której Kubrick nie krytykuje, lecz stara się przedstawić powody rozpadu starego świata , poprzez kryzys rodziny Lyndonów, zanik łączności między warstwami społecznymi i zanik poczucia honoru (pojedynek, w którym chodzi bardziej o zemstę niż o honor), głównego spoidła cywilizacji przedrewolucyjnej . Reżyser wciela się tutaj bardziej w rolę badacza prezentującego wyniki swych badań i przemyśleń niż ideologa, co wychodzi filmowi na dobre; jest to prawdopodobnie najlepszy film o realiach XVIII wieku, będący jednocześnie znakomitym filmem o uniwersalnych wartościach .

Przy tym diagnostycznym niemal obrazie inne filmy odnoszące się do wieku Oświecenia i rewolucji często wprost zioną ideologią; lewicową lub prawicową.
Wspomniana już raczej nieudana komedia: "Casanova" (2005) jest filmem na wskroś współczesnym o przesłaniu mocno feministycznym, dzięki uczynieniu bohaterka filmu pisarkę piszącą pod męskim pseudonimem feminizujące książki. Casanova, będący głównym „myślicielem” (komentatorem filmowych wydarzeń i quasi narratorem) w na początku filmu, szybko traci tą pozycje na jej rzecz. Ponieważ zakochuje się w niej jest skazany, a wraz z nim również widz, na wysłuchiwanie różnych dziwacznych tyrad przeciw męskiemu szowinizmowi, którego Casanova (pisarka nie wie, że rozmawia z nim, więc opowiada o nim) jest jakoby symbolem.

Język i styl rozmów tego filmu zdecydowanie lepiej oddawałyby klimat umysłowy lewicującej uczelni, niż osiemnastowiecznej Wenecji, swoją droga Casanova, szanowany filozof i pisarz przecież (o jego książkach nie ma w filmie mowy, a o tym, że jest filozofem, wspomina raz on sam grany przez Heath Ledgera) nie doczekał się dotąd filmu godnego jego osoby, chociaż jego „Pamiętniki” to wymarzony scenariusz filmowy. Film Felliniego - Il Casanova z 1976 skoncentrowany jest niemal całkowicie wokół spraw łóżkowych. Przygotowując się do roli Donald Sutherland przeczytał wszystko co tylko znalazł o XVIII stuleciu, co wywołało zdziwienie Felliniego, który planował nakręcić dzieło na wskroś emocjonalne, a jak najmniej intelektualne.

W „Ostatnim Mohikaninie” The Last of the Mohicans (1992) mamy typowy podział na „dobrych” (Mohikanie), „złych” (Huronowie, Brytyjczycy) i neutralnych (Francuzi). Akcja filmu dzieje się w 1757 roku podczas kolonialnej wojny amerykańskiej miedzy Wielką Brytanią a Francją. Filozoficzne rozważania zarezerwowane są w tym filmie dla krytycznie oceniającej brytyjskie zwyczaje wojskowo-polityczne (i patriarchalne podejście do spraw rodziny i małżeństwa starającego się o jej rękę majora Duncana Heywarda) córki pułkownika George’a (w filmie Edmunda) Munro i wychowanka Mohikanów Hawkeye’a. Decyzja reżysera wymusza lewicową optykę filmu, o czym świadczą; kilkukrotne potępienie kolonializmu („chciwości władców europejskich”) i wybór „wolności wśród Indian” zamiast życia w Anglii.

Jeśli reżyser obrazu Michael Mann chciał przekazać widzom te treści, to lepiej byłoby, gdyby wynikały ona z samego biegu wydarzeń, a nie z deklaracji Indianina i rozpieszczonej panienki. Znakomicie zostało za to pokazane oblężenie przez Francuzów Fortu William Henry (3-9 sierpnia 1757 r.), znakomicie ukazującego w działaniu osiemnastowieczną pracę oblężniczą. W filmie francuski dowódca markiz Louis-Joseph de Montcalm (1712-1759) pozwolił dowódcy swych indiańskich sprzymierzeńców wyrżnąć brytyjskich obrońców i nawet go do tego pośrednio namawiał. W rzeczywistości robił co mógł by powstrzymać Indian . Jest to przykład dość daleko idącego manipulowania historią.

Przykładem „prawicowego” filmu może być znakomita: „Misja” (The Mission) Rolanda Joffé opowiadającego historię zlikwidowania przez Portugalczyków, po przejęciu od Hiszpanów (na podstawie traktatu madryckiego – podpisanego przez obu monarchów 13 stycznia 1750) indiańskich osad jezuickich, przedstawionych w filmie jako niemal drugi eden. Tak jak w „Ostatnim Mohikaninie” widzimy tu krytykę „kolonialnej chciwości”, ale zupełnie z innej strony.

Również prawicowy wydźwięk ma przezabawna, ale i wzruszająca tragikomedia: „Szaleństwa króla Jerzego” (The Madness of King George) Nicholasa Hytnera z 1994 roku. Tym razem konserwatywne przesłanie bazuje na wyborze tematu; tj. na brytyjskim sentymencie do Korony i dynastii, której służyć Brytyjczycy nie przestają, nawet gdy król ciężko zachoruje, jak to się stało w przypadku Jerzego III w 1788 roku .

Jeśli chodzi o ekranizacje znanych powieści, to reżyserzy mają zawsze wybór; czy dokonać jej w sposób drobiazgowo wierny, czy też luźno trzymając się scenariusza przedstawić własne poglądy. Za wzorową ekranizację pierwszego typu mógłby w mojej ocenie uchodzić: "Tom Jones" (1963) oparta na powieści Henry’ego Fieldinga (1707-1754) The History of Tom Jones, a Foundling (1749).

Telewizyjna seria: The Fortunes and Misfortunes of Moll Flanders (1996) Davida Attwooda przedstawia już kolejność i sens wypadków nieco zmienione wobec powieści Daniela Defoe (1660-1731) Moll Flanders (1722), a kinowa Pena Denshama Moll Flanders z tego samego roku zawiera mnóstwo postaci i wątków nie występujących w powieści pomijając wiele tych ważnych dla konstrukcji dzieła Defoe. Nieporozumieniem jest, iż ten paszkwil na dawne stosunki Denshama nadal nosi tytuł Moll Flanders. Samego Defoe fascynowała ludzka zaradność, dlatego kazał on swym bohaterom zmagać się z wieloma przeciwnościami, w żadnym jednak razie nie był on osiemnastowiecznym odpowiednikiem Dickensa .

Niezwykle istotny jest, jak już powiedzieliśmy, wybór perspektywy z jakiej oceniany jest świat powieści/filmu. Można tu powiedzieć, że niektóre postacie historyczne maja niebywałe szczęście być samemu głównymi bohaterami filmów o swych czasach, jak to jest nagminnie w przypadku Elżbiety I Tudor (ur. 1533, pan 1558-1603), jak na przykład w: "Elizabeth: The Golden Age" (2007), w którym motywem przewodnim jest wyprawa hiszpańska przeciw jej władzy w 1588 roku. Dlaczego zawsze ona jest w centrum wydarzeń, a nie ktoś z jej wrogów, na przykład Filip II, a „Marię Stuart” nakręcono co prawda, ale w Polsce (1994)? Prawdopodobnie dlatego, iż postać Elżbiety I zbyt mocno wrosła już w narodową mitologię brytyjską.

W odróżnieniu od Elżbiety I, francuski król Ludwik XVI ciągle pojawia się w filmach opowiadających historię kogoś innego. Przykładem może być znakomity film „Śmieszność” (Ridicule) Patrice Laconte’a (1996) opowiadający o zmaganiach pełnego dobrych chęci szlachcica z prowincji (w tej roli Charles Berling) z bezduszną wersalską biurokracją. Kino, tak jak historia, ma swoich ulubieńców i czarne owce.

Przyjrzyjmy się jeszcze „największej przygodzie w dziejach” czyli losom kolejnych adaptacji buntu na HMS Bounty (kwiecień 1789 roku). Klasyczne ujęcie tego tematu wygląda tak; młody miłujący ludzi i sprawiedliwość drugi oficer Fletcher Christian słusznie buntuje się przeciw katującemu swą załogę kpt. Williamowi Blightowi, pozbawia go dowództwa i wysyła wraz z grupą wiernych mu marynarzy w szalupie na pełne morze. Zdolny żeglarz, jakim był Blight zdołał w swej szalupie dotrzeć do holenderskich kolonii (Timor), skąd potem przedostał się do Londynu. Mamy wiec motyw konfliktu między dyscypliną, porządkiem i hierarchią (Blight) a wolnością, miłosierdziem i sprawiedliwością (Christian); znakomity materiał na film.

Pierwsze dwie ekranizacje „Buntu na Bounty” z 1935 (w roli Christiana Clark Gable) i 1962 (w roli Christiana Marlon Brando) ukazywały Blighta jako okrutnika, fanatyka dyscyplina, szydercę i tyrana. Dopiero ekranizacja z 1984 roku z Melem Gibsonem w roli Christiana i Anthonym Hopkinsem w roli kpt. Blighta, brała raczej stronę kapitana. Zauważmy iż nakręcono ją wiele lat przed upowszechnieniem się informacji o tym, że „czarna legenda” kpt. Blighta została wymyślona przez sądzonego w 1792 roku w Londynie za udział w buncie bosmana-mata Jamesa Morrisona. Morrison sporządził fałszywy dziennik podróży by oczernić kapitana w oczach sądu i uratować własną skórę (jeśli kapitan zostałby uznany za niewinnego to Morrison zostałby powieszony). Sądzony razem z Morrisonem był inny członek załogi HMS Bounty, oficer i wpływowy arystokrata, który postarał się o nagłośnienie ich wersji wydarzeń.

Blight nie mógł zaprzeczyć tym rewelacjom, ponieważ prowadził wówczas kolejną wyprawę po drzewo chlebowe, która zresztą tym razem zakończyła się pełnym sukcesem. Poza tym okazuje się, że Blight należał do łagodniejszych kapitanów Royal Navy. Wydaje się jednak, że w 1984 hierarchia i porządek były w większej modzie niż w 1962 roku; stąd łagodniejsze potraktowanie Blighta . Być może swoje zrobiła także atmosfera rządów konserwatystów i Margaret Thatcher?

Dlaczego lewica zawsze wygrywa z prawicą?

Edmund Burke powiedział kiedyś, że "do triumfu zła wystarczy by dobrzy ludzie nic nie robili".

Trudno jednak uznać, że prawica nic nie robiła/nie robi by wygrać kulturowo-polityczną wojnę z lewicą. Dlaczego jednak to lewica wygrywa? Czy dlatego, że stawia człowiekowi-swojemu potencjalnemu wyznawcy mniejsze wymagania? Dyskusyjne jest nawet to czy są one mniejsze. Kuehnelt-Leddin przytaczał kiedyś popularne zdanie, wypowiedziane niegdyś przez, o ile pamiętam, M. Gorkiego, który stwierdził, że żeby żyć w socjalizmie i zaakceptować go 'wystarczy" pokochać to czego normalny człowiek nienawidzi, a znienawidzić to co normalny człowiek kocha". To nie jest wiec małe wymaganie, lecz jak mówią Amerykanie: pretty tall order.

Przyczyna niepowodzeń prawicy wynika, jak się wydaje, z jej wewnętrznego zróżnicowania, znacznie silniejszego niż w przypadku sumy poglądów lewicowych. Zwolennicy traktowania lewicy jako "cywilizacji filozoficznej" opozycyjnej wobec "cywilizacji chrześcijańskiej" sugerują, że sytuacja wygląda odwrotnie ergo: to lewica powinna mieć więcej problemów; wszak religia jest jedna a filozofii wiele.

Nie jest to jednak takie proste. Część - i to bardzo znaczna -poglądów i idei utożsamianych z prawicą również jest pochodzenia filozoficznego; tzn. tak jest w przypadku wszystkich idei elitarnych niekoniecznie odwołujących się do religii. Dla przykładu deista i sceptyk religijny David Hume doszedł do takich samych poglądów konserwatywnych jak Edmund Burke czerpiący swe natchnienie w dużym stopniu ze swej pobożności. Obaj są reprezentantami konserwatyzmu i, co za tym idzie - prawicowego światopoglądu. Jednak, gdyby podążyć ścieżka myślenia jednego z nich, staniemy w opozycji do poglądów drugiego.

Prawicę współtworzą; republikańscy konserwatyści, republikańscy chadecy, monarchistyczni konserwatyści, elitaryści liberalni (tzw. arystokratyczny liberalizm). Wszyscy oni zgodzą się co do jednego; ludzie nie są równi, każdego należy oceniać z osobna i przyglądać się ich zasługom. Wszystko inne budzi już konflikt wewnętrzny: swoboda moralna versus rygor moralny, mocna rola religii czy słaba, elitaryzm versus chrześcijański egalitaryzm. Wśród lewicy jedynie jeden z tych problemów występuje, mianowicie: : swoboda moralna versus rygor moralny, czyli postawa anarchizująca versus rygoryzm "moralności socjalistycznej". Dlatego lewica łatwiej się jednoczy i zapewne nadal będzie wygrywać z prawicą, przynajmniej w przewidywalnej przyszłości.

środa, 11 listopada 2009

Demokratyczna kultura czyli prosty lud geniusza "nie zrozumi"

Karl Marx (celowo tak piszę bo zdecydowanie nie jest mi on bratem ni swatem) obok morza bzdur powiedział jedną mądrą rzecz. Stwierdził mianowicie, że kultura jest taka jaka jest klasa nadająca ton społeczeństwu. Jeśli rządzi lud to proszę się nie dziwić, że np. w empikach ("pełna kultura") stosunek płyt z muzyką baroku, romantyzmu, klasycyzmu + jazz do muzyki pop/rock/punk/metal (niepotrzebne skreślić) to jakieś 1:20. Jeśli ktoś popiera demokrację a jednocześnie ciągle jęczy, że kultura upada to powinien wziąć ciężki młot i walnąć się w głowę z całych sił. Tylko posiadając ustrój oparty na wąskiej elicie (najlepiej niewybieralnej, lub wybieralnej bardzo cenzusowo) możemy sprawić, że zamiast naszych obecnych grajków i pacykarzy powrócą artyści na miarę da Vinciego, Mozarta, Bacha czy Erlacha.

Póki co jednak mamy demokrację i bardzo demokratyczne kino - powstałe jako rozrywka dla analfabetów. Nie gardzę kinem, wręcz przeciwnie lecz zauważyłem tu pewną prawidłowość, która odnosi się do cytowanej na początku myśli Karla Marxa. Otóż pamiętam jak Andrzej Seweryn wspominał (w wywiadzie), że arystokraci w czasach Moliera pękali ze śmiechu gdy tłuczono pana Jourdain na scenie wyperswadowując mu pełny pychy zamiar zostania szlachcicem. Pan Seweryn zauważył, że dziś ta scena budzi raczej smutek, bo na sali siedzą sami Jourdainowie, a wielu z nich chce być kimś lepszym niż są. Podobnie jest ze sceną prześladowania biednego pijanego poety przez nimfy w operze Henry Purcella (1659-1696) "The Fairy Queen". Podobną scenę można zobaczyć w filmie Petera Greenewaya, który jak nikt inny wniknął w elitarystyczne XVII-wieczne poczucie humoru: "Kontrakt rysownika". W jednej ze scen szlachcic opowiada anegdotę o arystokracie, który wrzucił swego architekta do fosy ("powędrował w objęcia mokrej śmierci") za to, iż nieszczęśnik wyznał, że dla każdego innego pana równie chętnie wykonałby groble i kanały, jakie sporządził dla owego arystokraty. Śmieszne? Nie jeśli pomyślimy o "wyzysku" warstw pracujących, które miały bardzo ciężko, a wyzwoliła ich dopiero Rewolucja Francuska przynosząc prawa obywatelskie, czyli prawo uczestniczenia w spędzie wyborczym z karteluszkiem w ręku i 10 razy większe podatki niż dotychczas.

Także arystokraci są zazwyczaj (w filmach dla mieszczan i byłych chłopów) prezentowani w negatywnym świetle. Wyjątkiem jest chyba film: "Księżna" (The Duchess) ze znakomitym Ralphem Fienesem (gra apodyktycznego księcia Devonshire) i nieco mniej znakomitą Keirą Neightley (gra rolę jego żony o dość liberalnych poglądach), w którym pewne racje są jednak oddane księciu, co nie pozwala temu filmowi stać się jeszcze jedną ramotą o "brzydkich arystokratach". Ale to zasługa Fiennesa, który wydobył pozytywne cechy ze swej postaci. Fiennes należy do jednej z najwpływowszych rodzin w Wielkiej Brytanii - więc w pewnym sensie jest księciem. Czy tylko książę zrozumie księcia?

Arystokraci to jedno ale jak przeciętny widz ma poznać dziś, że ogląda film o geniuszu? Przecież nie zrozumie znaczenia jego dzieł. Przykładowo większość filmów o kompozytorach ma pewną wspólną cechę; pokazują ich jako ludzi ekscentrycznych do szaleństwa. Beethoven grany przez Gary Oldmana w „Wiecznej Miłości” (Beloved Beethoven) Michaela Gillisa a 1999 roku to niebezpieczny i agresywny frustrat rozbijający pod wpływem „miłosnych” emocji meble w oberży, Chopin grany przez Piotra Adamczyka w Pragnieniu Miłości (2002) niewiele tu ustępuje; choć schorowany i zwykle spokojny ulega często napadom niekontrolowanego gniewu. Mozart w Amadeuszu jest przedstawiony jako wieczne dziecko i żartowniś. Nadworny kompozytor Ludwika XIV, Jean-Baptiste Lully (1632-1687) w filmie „Król Tańczy” (Le Roi dance) Gerada Corbieau jest przedstawiony jako człowiek chory od dumy; podobnie jak Georg Friedrich Händel w Farinelli Il Castrato (2000) tego samego reżysera. Demonstracyjny i wyzywający styl bycia ma także sam tytułowy Farinelli, czyli słynny śpiewak-kastrat Carlo Broschi (1705-1782).

Jako meloman wiem (to zresztą żadna wiedza tajemna), że wszystkie wspomniane charakterystyki filmowe tych postaci są chybione; w rzeczywistości Beethoven uwielbiał opowiadać dowcipy i śmiać się z nich tak głośno, „że aż się trzęsły kwiaty w doniczkach ”. Chopin wprawdzie bardzo drażliwy na punkcie np. swego wyglądu, nie miał cech showmana. Lully snuł dworskie intrygi ale, tego typu ludzie zazwyczaj unikają demonstrowania swego egocentryzmu, w obawie by nie pogrzebać intryg. Wystarczy poczytać listy Mozarta by dostrzec subtelność i dojrzałość ich autora. Händel, choć zdarzało mu się popadać w manię twórczą, był człowiekiem niezwykle uprzejmym , a Farinelli był powściągliwy i znakomicie wychowany, czym różnił się od wielu innych kastratów operowych. Warto wiec zadać retoryczne pytanie, czy kino nie może się obyć bez takich „ubarwień”? Czy geniusze muszą zachowywać się nieodpowiedzialnie i/lub agresywnie by widać było, nimi że są?

Uważaj co oglądasz ! Czyli filmy prawicowe i lewicowe.

Większość twórców filmowych stara się by ich obrazy niosły ze sobą jakieś przesłanie, które uważają za istotne. Tym, nawiasem mówiąc, ich dzieła różnią się od dokumentalnych programów historycznych. Dla uczciwości intelektualnej reżysera lepiej jest jeśli przesłanie to wynika z faktów istotnie rozgrywających się na ekranie, a nie z deklaracji głównych bohaterów, zaś dla prawdy esencjalnej lepiej jeśli fakty te odpowiadają prawdzie historycznej. Niestety reżyserzy bardzo często popadają w nieuczciwość intelektualną i wysuwają swoje przekonania na pierwszy plan. Jeśli tak się dzieje to zaczyna obowiązywać ta sama zasada jak w kwestii propagandy; lepiej by światopogląd reżysera/(nie)zamierzona propaganda objawiła się tylko w doborze tematu.
Dosyć typowym przykładem jest Umberto Eco i jego powieść: „Imię Róży” (Il nome della rosa), na podstawie której nakręcono w 2003 bardzo znany film z Seanem Connery’m w roli głównej. Oto fragment dyskusji na ten temat z „Najwyższego Czasu”:

Sztandarowym przykładem jest postać Bernarda Gui, inkwizytora Toledo, którego opisał Umberto Eco w powieści “Imię róży”. Jeszcze gorzej przedstawiono go w filmie na podstawie tej książki. Jawi się on jako geriatryczny mnich, którego jedyną rozrywką jest grzanie rąk przy płonących stosach. Bernard Gui jako rzeczywista postać historyczna był inkwizytorem Toledo i przez 16 lat, kiedy pełnił tę posługę, orzekł winę w stosunku do 913 osób, a tylko 42 osoby jako groźnych rebeliantów (recydywistów, pedofili, kryminalistów) przekazał władzy świeckiej. Nie było to wcale jednoznaczne z karą śmierci dla nich. Nowatorstwo Gui polegało na tym, że jako jeden z pierwszych inkwizytorów analizował podejrzanych o herezję pod kątem choroby psychicznej, a gdy ją stwierdzał, rezygnował z dalszych przesłuchań. U protestantów osoby te trafiłyby niechybnie na stos. Jednak stworzony przez Eco mit działa mocniej niż prawda historyczna


Do Eco można mieć pretensje tym większe, iż jako wybitny mediewista zapewne wie doskonale jak naprawdę pracowała inkwizycja.

A oto przykład pozytywny: filmu, który jest wyważony w swej treści ideologicznej. Niedawno nakręcony (2006) francuski film telewizyjny: „Jeanne Poisson, markiza de Pompadour” (Jeanne Poisson, Marquise de Pompadour) z Hélène de Fougerolles w roli głównej i Vincentem Perezem jako Ludwikiem XV. Jeanne Poisson również zaczyna się jak Kopciuszek, lecz szybko staje się dość poważnym filmem o polityce. Co warte podkreślenia; reżyser Robin Davis, choć urodzony w Marsylii, potrafił znakomicie wyważyć argumenty obu dworskich partii; „dewotów” pod przewodnictwem delfina Ludwika Ferdynanda Burbon (1729-1765) i „filozofów” wspieranych przez markizę de Pompadour (1721-1764). Zdumiewa nieco zrozumienie i sympatia w stosunku do słabostek króla Ludwika, mimo to Davisowi udało się stworzyć nie ideologiczny film o polityce, co jest osiągnięciem nie byle jakim.

Podobny rezultat jak Davis w Jeanne Poisson i Bondarczuk w Waterloo (starczyło w nim miejsca zarówno na legendę Napoleona jak i legendę Wellingtona a i dla Bluechera nieco miejsca zostało), osiągnął wybitny reżyser Stanley Kubrick (zm. 1999) w filmie Barry Lyndon (1975). Film został oparty na powieści Williama Makepeace'a Tackeraya (1811-1963) pod tytułem: The Memoirs of Barry Lyndon i opowiada o irlandzkim młodzieńcu Redmondzie Barry, usiłującym różnymi sposobami przeniknąć do angielskiej arystokracji. Film zaskakuje swym naturalizmem, m.in. dzięki temu, że został nakręcony w całości przy naturalnym oświetleniu słońca i świec, co z kolei powoduje, że wciąga widza do swego wewnętrznego świata . Kubrick znany był z niezwykle pieczołowitego zbierania materiałów do filmu. Ostatniego swego projektu – filmu o Napoleonie, nie zdążył zrealizować ponieważ zbyt wiele zajęło mu czasu zbieranie publikacji dotyczących cesarza - zebrał ich ok. 16.000 (sic !). Barry Lyndon opowiada o końcu pewnej cywilizacji, której Kubrick nie krytykuje, lecz stara się przedstawić powody rozpadu starego świata , poprzez kryzys rodziny Lyndonów, zanik łączności między warstwami społecznymi i zanik poczucia honoru (pojedynek, w którym chodzi bardziej o zemstę niż o honor), głównego spoidła cywilizacji przedrewolucyjnej . Reżyser wciela się tutaj bardziej w rolę badacza prezentującego wyniki swych badań i przemyśleń niż ideologa, co wychodzi filmowi na dobre; jest to prawdopodobnie najlepszy film o realiach XVIII wieku, będący jednocześnie znakomitym filmem o uniwersalnych wartościach .

Przy tym diagnostycznym niemal obrazie inne filmy odnoszące się do wieku Oświecenia i rewolucji często wprost zioną ideologią; lewicową lub prawicową.
Wspomniana już raczej nieudana komedia: Casanova (2005) jest filmem na wskroś współczesnym o przesłaniu mocno feministycznym, dzięki uczynieniu bohaterka filmu pisarkę piszącą pod męskim pseudonimem feminizujące książki. Casanova, będący głównym „myślicielem” (komentatorem filmowych wydarzeń i quasi narratorem) w na początku filmu, szybko traci tą pozycje na jej rzecz. Ponieważ zakochuje się w niej jest skazany, a wraz z nim również widz, na wysłuchiwanie różnych dziwacznych tyrad przeciw męskiemu szowinizmowi, którego Casanova (pisarka nie wie, że rozmawia z nim, więc opowiada o nim) jest jakoby symbolem. Język i styl rozmów tego filmu zdecydowanie lepiej oddawałyby klimat umysłowy lewicującej uczelni, niż osiemnastowiecznej Wenecji, swoją droga Casanova, szanowany filozof i pisarz przecież (o jego książkach nie ma w filmie mowy, a o tym, że jest filozofem, wspomina raz on sam grany przez Heath Ledgera) nie doczekał się dotąd filmu godnego jego osoby, chociaż jego „Pamiętniki” to wymarzony scenariusz filmowy. Film Felliniego - Il Casanova z 1976 skoncentrowany jest niemal całkowicie wokół spraw łóżkowych. Przygotowując się do roli Donald Sutherland przeczytał wszystko co tylko znalazł o XVIII stuleciu, co wywołało zdziwienie Felliniego, który planował nakręcić dzieło na wskroś emocjonalne, a jak najmniej intelektualne.

W „Ostatnim Mohikaninie” The Last of the Mohicans (1992) mamy typowy podział na „dobrych” (Mohikanie), „złych” (Huronowie, Brytyjczycy) i neutralnych (Francuzi). Akcja filmu dzieje się w 1757 roku podczas kolonialnej wojny amerykańskiej miedzy Wielką Brytanią a Francją. Filozoficzne rozważania zarezerwowane są w tym filmie dla krytycznie oceniającej brytyjskie zwyczaje wojskowo-polityczne (i patriarchalne podejście do spraw rodziny i małżeństwa starającego się o jej rękę majora Duncana Heywarda) córki pułkownika George’a (w filmie Edmunda) Munro i wychowanka Mohikanów Hawkeye’a. Decyzja reżysera wymusza lewicową optykę filmu, o czym świadczą; kilkukrotne potępienie kolonializmu („chciwości władców europejskich”) i wybór „wolności wśród Indian” zamiast życia w Anglii. Jeśli reżyser obrazu Michael Mann chciał przekazać widzom te treści, to lepiej byłoby, gdyby wynikały ona z samego biegu wydarzeń, a nie z deklaracji Indianina i rozpieszczonej panienki. Znakomicie zostało za to pokazane oblężenie przez Francuzów Fortu William Henry (3-9 sierpnia 1757 r.), znakomicie ukazującego w działaniu osiemnastowieczną pracę oblężniczą. W filmie francuski dowódca markiz Louis-Joseph de Montcalm (1712-1759) pozwolił dowódcy swych indiańskich sprzymierzeńców wyrżnąć brytyjskich obrońców i nawet go do tego pośrednio namawiał. W rzeczywistości robił co mógł by powstrzymać Indian . Jest to przykład dość daleko idącego manipulowania historią.

Przykładem „prawicowego” filmu może być znakomita: „Misja” (The Mission) Rolanda Joffé opowiadającego historię zlikwidowania przez Portugalczyków, po przejęciu od Hiszpanów (na podstawie traktatu madryckiego – podpisanego przez obu monarchów 13 stycznia 1750) indiańskich osad jezuickich, przedstawionych w filmie jako niemal drugi eden. Tak jak w „Ostatnim Mohikaninie” widzimy tu krytykę „kolonialnej chciwości”, ale zupełnie z innej strony.
Również prawicowy wydźwięk ma przezabawna, ale i wzruszająca tragikomedia: „Szaleństwa króla Jerzego” (The Madness of King George) Nicholasa Hytnera z 1994 roku. Tym razem konserwatywne przesłanie bazuje na wyborze tematu; tj. na brytyjskim sentymencie do Korony i dynastii, której służyć Brytyjczycy nie przestają, nawet gdy król ciężko zachoruje, jak to się stało w przypadku Jerzego III w 1788 roku .

Jeśli chodzi o ekranizacje znanych powieści, to reżyserzy mają zawsze wybór; czy dokonać jej w sposób drobiazgowo wierny, czy też luźno trzymając się scenariusza przedstawić własne poglądy. Za wzorową ekranizację pierwszego typu mógłby w mojej ocenie uchodzić: Tom Jones (1963) oparta na powieści Henry’ego Fieldinga (1707-1754) The History of Tom Jones, a Foundling (1749). Telewizyjna seria: The Fortunes and Misfortunes of Moll Flanders (1996) Davida Attwooda przedstawia już kolejność i sens wypadków nieco zmienione wobec powieści Daniela Defoe (1660-1731) Moll Flanders (1722), a kinowa Pena Denshama Moll Flanders z tego samego roku zawiera mnóstwo postaci i wątków nie występujących w powieści pomijając wiele tych ważnych dla konstrukcji dzieła Defoe. Nieporozumieniem jest, iż ten paszkwil na dawne stosunki Denshama nadal nosi tytuł Moll Flanders. Samego Defoe fascynowała ludzka zaradność, dlatego kazał on swym bohaterom zmagać się z wieloma przeciwnościami, w żadnym jednak razie nie był on osiemnastowiecznym odpowiednikiem Dickensa .
Niezwykle istotny jest, jak już powiedzieliśmy, wybór perspektywy z jakiej oceniany jest świat powieści/filmu. Można tu powiedzieć, że niektóre postacie historyczne maja niebywałe szczęście być samemu głównymi bohaterami filmów o swych czasach, jak to jest nagminnie w przypadku Elżbiety I Tudor (ur. 1533, pan 1558-1603), jak na przykład w: Elizabeth: The Golden Age (2007), w którym motywem przewodnim jest wyprawa hiszpańska przeciw jej władzy w 1588 roku. Dlaczego zawsze ona jest w centrum wydarzeń, a nie ktoś z jej wrogów, na przykład Filip II, a „Marię Stuart” nakręcono co prawda, ale w Polsce (1994)? Prawdopodobnie dlatego, iż postać Elżbiety I zbyt mocno wrosła już w narodową mitologię brytyjską.

W odróżnieniu od Elżbiety I, francuski król Ludwik XVI ciągle pojawia się w filmach opowiadających historię kogoś innego. Przykładem może być znakomity film „Śmieszność” (Ridicule) Patrice Laconte’a (1996) opowiadający o zmaganiach pełnego dobrych chęci szlachcica z prowincji (w tej roli Charles Berling) z bezduszną wersalską biurokracją. Kino, tak jak historia, ma swoich ulubieńców i czarne owce.

Przyjrzyjmy się jeszcze „największej przygodzie w dziejach” czyli losom kolejnych adaptacji buntu na HMS Bounty (kwiecień 1789 roku). Klasyczne ujęcie tego tematu wygląda tak; młody miłujący ludzi i sprawiedliwość drugi oficer Fletcher Christian słusznie buntuje się przeciw katującemu swą załogę kpt. Williamowi Blightowi, pozbawia go dowództwa i wysyła wraz z grupą wiernych mu marynarzy w szalupie na pełne morze. Zdolny żeglarz, jakim był Blight zdołał w swej szalupie dotrzeć do holenderskich kolonii (Timor), skąd potem przedostał się do Londynu. Mamy wiec motyw konfliktu między dyscypliną, porządkiem i hierarchią (Blight) a wolnością, miłosierdziem i sprawiedliwością (Christian); znakomity materiał na film. Pierwsze dwie ekranizacje „Buntu na Bounty” z 1935 (w roli Christiana Clark Gable) i 1962 (w roli Christiana Marlon Brando) ukazywały Blighta jako okrutnika, fanatyka dyscyplina, szydercę i tyrana. Dopiero ekranizacja z 1984 roku z Melem Gibsonem w roli Christiana i Anthonym Hopkinsem w roli kpt. Blighta, brała raczej stronę kapitana. Zauważmy iż nakręcono ją wiele lat przed upowszechnieniem się informacji o tym, że „czarna legenda” kpt. Blighta została wymyślona przez sądzonego w 1792 roku w Londynie za udział w buncie bosmana-mata Jamesa Morrisona. Morrison sporządził fałszywy dziennik podróży by oczernić kapitana w oczach sądu i uratować własną skórę (jeśli kapitan zostałby uznany za niewinnego to Morrison zostałby powieszony). Sądzony razem z Morrisonem był inny członek załogi HMS Bounty, oficer i wpływowy arystokrata, który postarał się o nagłośnienie ich wersji wydarzeń. Blight nie mógł zaprzeczyć tym rewelacjom, ponieważ prowadził wówczas kolejną wyprawę po drzewo chlebowe, która zresztą tym razem zakończyła się pełnym sukcesem. Poza tym okazuje się, że Blight należał do łagodniejszych kapitanów Royal Navy. Wydaje się jednak, że w 1984 hierarchia i porządek były w większej modzie niż w 1962 roku; stąd łagodniejsze potraktowanie Blighta . Być może swoje zrobiła także atmosfera rządów konserwatystów i Margaret Thatcher?

środa, 4 listopada 2009

Wolność dla państwa czy dla jednostki ?

Gdy Fryderyk Wielki wraz z Marią Teresą Habsburg i Katarzyną II rozbierali Polskę, w której już wiele lat przed 1772 rokiem robili co chcieli, Rousseau przypomniał sobie o polskiej prośbie by spisał dla "nas" (szlachty?) konstytucję, co mile go połechtało, bo mógł zrobić na złość Ludwikowi XV, Voltaire zaś cieszył się, niektórzy sugerują, że za rosyjskie pieniądze, ale to chyba nieprawda ponieważ, zawsze uważał magnacką Polskę za piekło chłopów wyzyskiwanych przez szlachtę (jako monarchista uważał, ze tylko król może obronić chłopów przed takim faktycznym niewolnictwem).

Mamy tu więc dwóch sławnych filozofów piszących w dużej mierze o wolności, lecz jeden - Rousseau o mentalności republikańskiej, nakazującej mu chwalić wszystko co republikańskie (bo tam przynajmniej jest jakiś tłum, który głosuje), drugi zaś o liberalnej w znaczeniu liberalizmu konserwatywnego - Voltaire miał w nosie głosowania, narody i państwa a chciał tylko wolności po prostu "ludzi".
Żyjemy w epoce nacjonalizmu, więc wydaje nam się, że tylko pod rządami mówiących po polsku urzędników będzie nam dobrze, a cudzoziemcy niech się trzymają z daleka. W kontekście Unii Europejskiej mógłbym się zgodzić z takim postawieniem sprawy, ale tylko i wyłącznie z powodów natury ekonomiczno-administracyjnej - Unia jest potwornie niesprawna i w obecnym kształcie na pewno rządziłaby nami gorzej niż RP, natomiast co byłoby gdyby wszystkimi ministrami w rządzie RP byli cudzoziemcy? Na przykłąd fachowcy sprowadzeni z zagranicy - nie powiązani z solidarnościowymi, ani postkomunistycznymi lobbies. Tacy "tymińscy"? Czy byłoby tak źle? Śmiem twierdzić, że nie.

Janusz Korwin-Mikke pisał raz, że termin "państwo polskie"
został wymyślony po to by Polacy łatwiej dawali się okradać grupie polskojęzycznych urzędników" - ta polskojęzyczność miałaby być ich - jedyną być może - zaletą, która powodowała, że polskojęzyczne miernoty urzędnicze były odbierane jako więcej warte nawet niż cudzoziemscy fachowcy.
Dlaczego nie powrócić do zatrudniania cudzoziemców jako ministrów? Czym się to stanowisko różni od maklera lub menagera? Polakiem musi być prezydent lub król, ale minister nic sobą nie reprezentuje poza powierzoną mu władzą i to nawet nie z rąk boskich czy "ludu", lecz z rąk króla/prezydenta. Nie chodzi tu już nawet o zawodzenia, że pod zaborem np. pruskim i w Galicji było Polakom najlepiej, choć i na poparcie tej tezy znalazło by się kilka argumentów, lecz o zastanowienie się czy w czasach gdy naród patriotyczny/nacjonalistyczny walczy "o wolność" gra nie toczy się przypadkiem o dostatek i wpływy dla mówiących w tym języku co oni urzędników?
Skoro waluty mogą konkurować ze sobą będąc w obiegu w granicach jednego państwa...skoro człowiek może się (jak ma pieniądze) osiedlić gdzie chce i zmienić obywatelstwo...to dlaczego nie miałyby pojawić się ofert typu: "Nazywam się Alfred Rassmussen, jestem wykwalifikowanym ministrem spraw zagranicznych, w latach 19..-19.. PRACOWAŁEM DLA RFN, w której imieniu zawarłem szereg korzystnych traktatów handlowych. Potem pracowałem dla Republiki Włoskiej dla której załatwiłem dostawy algierskiego gazu..." - przecież zdolność załatwiania spraw dyplomatycznych, ale i wszystkich innych jest cnotą jednostek, a nie rozgorączkowanej patriotycznej braci knującej przeciw sobie wzajem intrygi (a wszystko "w głębokiej trosce o ukochany naród").

Talleyrand, taki rzekomy "zdrajca" uratował w 1814 r. Francję dzięki temu, ze był starym wyjadaczem na polu dyplomacji. Dzięki bogu nie był wówczas na jego stanowisku żaden patriotyczny "prawdziwy napoleoński Francuz" z buławą marszałka w tornistrze, bo Francję by rozebrano. Fachowość pokonała francuskość i to uratowało Francję. Było wielu ministrów importowanych w Hiszpanii absolutystycznej (Alberoni, Wall, Grimaldi, Ripperda), wszyscy byli zdolniejsi od współczesnych im urzędników rodzimych, no i nie mieli mozliwości prowadzenia intryg politycznych, jako ludzie "z zewnątrz"mogli poświęcić cały swój czas pracy na rzecz Hiszpanii.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Partia Konserwatywna Unii Europejskiej ?

Niezależnie od naszych odczuć wobec tego faktu, wydaje się, że UE powstanie i zastąpi, lub będą czynione takie próby, by zastąpiło państwo narodowe. Dla konserwatystów mogą nastać ciężkie czasy, ale nie tylko dlatego, że UE przynajmniej na razie rządzi się zasadami socjaldemokratycznymi, ale także dlatego, że konserwatyzm może mieć problemy ze zmianą w ideę uniwersalną - odciętą od konkretnych lokalnych kultur, z których wyrasta. By dojść do takiego wniosku wystarczy porównać konserwatyzm z innymi podstawowymi ideologiami polityczno-społecznymi.

Mniej więcej można przewidzieć jakie będą cele polityczne konserwatywnych liberałów - i to w każdej szerokości geograficznej - i wolność osobista jednostki tak samo z celem podstawowym liberalnych demokratów - wzmacnianie demokracji (Berlin-owskiej "wolności pozytywnej") czy socjal(demokratów/istów) (redystrybucja dóbr - spreading wealth around), ale co z celami konserwatystów?

Te ostatnie prawie zawsze sprowadzały się do chęci realizacji, jakieś ściśle określonej kulturowo, wizji. Cele konserwatystów jednego kręgu kulturowego mogą być sprzeczne z celami konserwatystów działających w innej kulturze. Takich przypadków znajdziemy wiele:

* przywrócenie monarchii absolutnej (Francja przełom XVIII/XIX w. de Bonald , de Maistre)
* obalenie absolutyzmu i przywrócenie oligarchii szlachty (Hiszpania XVIII-XIX w.)
* ustanowienie władzy papieża nad Europą (Maistre XIX w.)
* obrona własnej niezależności od Rzymu (konserwatyzm brytyjski)
* zwalczanie rewolucji (Francja/Niemcy XVIII/XIX w.)
* temperowanie rewolucji, przy równoczesnym korzystaniu z jej zdobyczy (Burke, von Gentz)
* korzystanie z dorobku oświecenia (konserwatyzm brytyjski)
* zwalczanie wpływów oświecenia (Mora y Jaraba)

Wiadomo, że konserwatyści dzielą się obecnie na decyzjonistów postulujących wprowadzenie prawicowej dyktatury i konserwatystów rewolucyjnych popierających restaurację monarchii według klucza legitymistycznego, co oznaczało by powrót - ale do jakich czasów i jaki klucz ustrojowy uznać za właściwy?

* monarchii absolutnej? (Bonald, kuehnelt-Leddin)
* republiki szlacheckiej
* średniowiecza (Davila)

Czy wreszcie konserwatyści mają sprawować nadzór nad moralnością obywateli czy obrona obywateli przed zbyt ścisłym nadzorem państwa? Wszystko to pokazuje jak trudnym zadaniem będzie stworzenie Konserwatywnej Partii UE. Jak pogodzić typową dla Zachodu prawicę laicką, gdzie politycy przyznający się do religijności jak np. Jan Peter Balkenende w Holandii nie wychylają się poza laicki program swych partii z prawicą np. polską inspirowaną myślami Jana Pawła II?
Czy niedawno cytowane na PN 21 zasad konserwatyzmu Rossitera mogłyby stanowić odpowiedź dla wszystkich konserwatystów, czy tylko dla takich jak on - anglosaskich konserwatystów-deistów kultywujących tradycję parlamentaryzmu i 'glorious revolution"?

piątek, 30 października 2009

21 zasad konserwatyzmu

Clinton Rossiter:

(z: http://prawica.net/node/19541)

I. Ludzie mają złożoną i niezmienną naturę, w której zło, bezrozumność i pokusa przemocy są zawsze obecne, choć ukryte za zasłoną cywilizacji i kultury.

II. Między ludźmi istnieje naturalna nierówność. Jedyna możliwa równość zasadza się na posiadaniu przez nich równocennej duszy i na nienaruszalności ich osobistej godności.

III. W hierarchii ludzkich celów i wartości wolność stoi zawsze przed równością.

IV. Istnienie warstw społecznych jest nieuchronne i konieczne, stąd wszystkie próby osiągnięcia społecznej równości są nierozumne i daremne.

V. Potrzebna jest rządząca i zarazem służebna arystokracja.

VI. Zasada większości nie chroni od błędów i prowadzić może do tyranii.

VII. Pożądane jest rozproszenie i zrównoważenie władzy społecznej, ekonomicznej, kulturalnej i politycznej.

VIII. Człowiek nie otrzymuje swych praw w prezencie, lecz zapracowuje na nie i nabywa je dzięki swym zasługom.

IX. Obowiązki człowieka takie jak służba, posłuszeństwo, wysiłek, kultywowanie cnót, samoograniczenia i samodyscyplina są ceną, jaką płaci on za nabycie swych praw.

X. Własność prywatna ma zasadnicze znaczenie dla wolności, ładu społecznego i rozwoju.

XI. Odziedziczone instytucje, wartości, symbole i rytuały są uświęcone i nieodzowne.

XII. Religijne uczucia w człowieku i zorganizowana religia w społeczeństwie mają znaczenie podstawowe.

XIII. Rozum ludzki jest ograniczony i omylny.

XIV. Kształcenie i wychowanie to czynniki cywilizujące i dyscyplinujące.

XV. Pełna tajemnic, wielkości i tragizmu historia jest najlepszą nauczycielką człowieka w jego dążeniu do mądrości i cnoty.

XVI. Istnieją niezmienne zasady uniwersalnej sprawiedliwości.

XVII. Wspólnota - ten wspaniały i ustanowiony przez Opatrzność związek ziemi, praw, obyczajów, instytucji, tradycji, ideałów, rzeczy i ludzi - umarłych, żywych i jeszcze nienarodzonych - jest czymś ważniejszym niż kaprysy i roszczenia jednostki. Dlatego chcąc rozwiązać zawsze aktualną kwestię pogodzenia autorytetu z wolnością, należy odrzucić zarówno rozpasany indywidualizm, jak i kolektywizm.

XVIII. Szacunek dla innych, spokój ducha, uprzejmość, skromność, patriotyzm, dobre wypełnianie swoich obowiązków, samodyscyplina to cechy dobrego człowieka.

XIX. Stabilność, jedność, sprawiedliwość, ciągłość, bezpieczeństwo, ład, ograniczony zasięg zmian to cechy dobrego społeczeństwa.

XX. Powaga, autorytet, prawowitość, sprawiedliwość, konstytucyjność, rozpoznanie i uznanie własnych ograniczeń to cechy dobrego rządu.

XXI. Konserwatyzm jako temperament, charakter, wiara, stosunek do świata, filozofia i tradycja jest absolutnie niezbędny dla istnienia cywilizacji.

Przełożył Tomasz Gabiś
Pierwodruk: “Nowy Świat” , 30 listopada-1 grudnia 1991.
Źródło: Clinton Rossiter Conservatism in America, New York 1955.

W obronie konsumpcjonizmu i kapitalizmu

W tej mojej wypowiedzi chciałem wyrazić moje zdziwienie i protest przeciwko ciągłemu wyrzekaniu na kulturę masową, globalizację i konsumpcjonizm. Tego rodzaju krytykę przyjmuję bez zdziwienia jeśli dobiega ona z ust wszelkiej maści lewicowców, lecz gdy nawet na Prawica Net czytam wypowiedzi, których autorzy z wyżyn swojej inteligenckiej wyższości krytykują niedzielny szał zakupów itd. ogarnia mnie zdziwienie. Lewicowcy krytykują konsumpcjonizm, ponieważ zawsze krytykują wszystko co wymyka się urzędniczej kontroli i jest efektem samodzielnej działalności przedsiębiorczych jednostek, ale prawicowcy? Z trudem jeszcze rozumiem postulowany zakaz handlu w niedzielę, bo wprowadza ona element przymusu tam, gdzie sprawy regulować powinna wiara. Często tłumaczy się to obroną pracownika przed zakusami pracodawcy, ale czy najlepszą obrona pracownika nie jest właśnie nieskrepowana konkurencja? Pozostawiając tą kwestię na boku przejdę do samego clou sprawy. Otóż jakikolwiek stawianie granic rozwijającej się światowej ekonomii jest samo w sobie dziwne. Tak długo krytykowano ideę nawozów sztucznych, a przecież uchroniły one świat przed problemami aprowizacyjnymi a nawet głodem. Trochę inna sprawa jest z genetycznie modyfikowaną żywnością, która wpływa nawet na wygląd spożywającego ją człowieka (zupełnie jakby żywność nie-modyfikowana nie wpływała – generalnie jest się tym co się je!).

Co do samej działalności gospodarczej, to prawica powinna zdawać sobie sprawę, że tylko jeśli warunki do niej będą zapewnione, lewicy nie uda się wprowadzić swych utopijnych wizji. Co się tyczy konsumpcjonizmu, to mam czasem wrażenie, że dawne czasy przedstawia się często w pewnej opozycji do naszych, dlatego iż podobno dawniej nie znano takiego szału zakupów itd. Jako historyk wiem, że to totalna bujda. Np. mieszkańcy XVIII-wiecznego Londynu nie zajmowali się kultywowaniem tradycji (zresztą ta przetrwa wszystkie kapitalizmy i socjalizmy świata, do takiego wniosku doszedłem, podczas swej wizyty w Szwecji, której kultura ma się znakomicie), lecz zwykłym życiem, którego kupowanie na słynnych londyńskich targach było integralną częścią. Wówczas jakoś nikt specjalnie nie protestował, że ludzie prześcigają się w kupowaniu i zbytkach – no może prócz kilku zazdrosnych intelektualistów jak np. Defoe.

Dlatego prawica powinna na każdym kroku bronić nieskrępowanej działalności gospodarczej i wolności indywidualnej obywateli, atakując je wyświadcza przysługę lewicy. Symptomatyczna może być wypowiedź jednego z autorów „Najwyższego Czasu” sprzed około roku, gdy ten zbadał jakie organizacje zajmują się bojkotem Coca Coli i odkrył, iż są to organizacje wyłącznie anarchistyczne lub lewackie, co sprawiło, jak się wyraził, że „po raz pierwszy nabrał ochoty napicia się obrzydliwego brunatnego płynu”, właśnie widząc, kto jest przeciw jego sprzedaży i spożywaniu. Moim zdaniem, był to słuszny wniosek. Kultura masowa istniała zawsze i nie jest wytworem naszej epoki, więc walka z nią to walka z wiatrakami. Zostawmy ją lewicowcom, którzy zawsze starali się zrobić z ludzi anioły (a jak się nie udało to gilotynować co poniektórych).

Pozdrawiam wszystkich prawicowców i przedsiębiorców, którzy mimo biurokratycznych utrudnień jakoś sobie w Polsce radzą i jeszcze nie wyemigrowali.

wtorek, 6 października 2009

Hymn Organizacji Monarchistów Polskich - czy nie nazbyt "lewicowy"?

Hymn Organizacji Monarchistów Polskich (Młodych OWP) wydaje się nieco zbyt "rewolucyjny", jak na organizację konserwatywną. Oceńcie zresztą sami:

Złoty słońca blask dokoła,
Orzeł biały wzlata wzwyż,
Dumne wznieśmy w górę czoła,
Patrzmy w polski znak i w krzyż!


Polsce niesiem odrodzenie,
Depczem podłość, fałsz i brud,
W nas mocarne wiosny tchnienie,
W nas jest przyszłość - z nami lud!


Naprzód idziem w skier powodzi,
Niechaj wroga przemoc drży!
Już zwycięstwa dzień nadchodzi,
Wielkiej Polski moc - to my!
Wielkiej Polski moc - to my!


Pochwalam każde deptanie fałszu i brudu, lecz nie jest tu sprecyzowane, któ tak naprawdę jest wrogiem. Cały hymn przypomina raczej lewicową "Warszawiankę" niz "Cara al Sol". Gdyby odjąć krzyż, mogłby to być hymn lewicowo-narodowy.

wtorek, 25 sierpnia 2009

Roman Giertych po konserwatywnemu

p. Giertych jest w wielu dziedzinach konserwatystą. Właściwie nie wiadomo dlaczego LPR nigdy nie wybiła się na partię typowo zachowawczą. Myśl narodowa, do której nawiązuje jest dobra demokratyczną metodą zapewnienia poparcia, ale kłóci się nieco z konserwatyzmem. (Davila mówił, że po odrzuceniu "nacjonalistycznej paplaniny" ojczyzna to tylko widok ze wzgórza). problem ma LPR z wolnym rynkiem (ND nie miała takowych)

oto dość rzadkie, wbrew pozorom, przykłady populistycznej gadaniny z ust p. Giertycha:

*"...To nie jest nasza wojna! Nie wysyłajmy Wojsk Polskich do Iraku bez zgody narodu!..."

*"...Trzeba odebrać emerytury byłym ubekom!..."
(m.in. Korwin-Mikke był przeciwny, gdyż zrelatywizowałoby to prawo)

Nie da się jednak zaprzeczyć, że p. Giertych wierzy w pewny spójny system moralny o wielu cechach konserwatywnych:

*"...Po co nam Platforma Obywatelska, skoro niczym nie różni się PiSu a w opozycji jest taka miałka, taka lurowata, wczoraj nowe słowo z panem redaktorem Morozowskim uknuliśmy „ciamciaramciowatośc”, o tuż to jest właśnie Platforma Obywatelska dzisiaj, kompletna ciamciaramcia, nic nie znacząca, nic nie wnosząca, Donald Tusk chciałby robić mnie więcej to samo co Jarosław Kaczyński tylko tylko że by to on był, on by chciał być..."

*"...Istotą tej książki jest opowieść człowieka, który ucieka przed służbą wojskową i w Ameryce Południowej poszukuje różnego rodzaju 'wrażeń'..." (wypowiedź w związku z planami usunięcia „Trans-Atlantyku” Witolda Gombrowicza z kanonu lektur szkolnych).

*"...Okrągły Stół był po prostu spiskiem pomiędzy przedstawicielami opcji komunistycznej, jakim bez wątpienia był Jacek Kuroń, zakładający czerwone harcerstwo, ze Służbą Bezpieczeństwa i decydentami peerelowskimi (...) Polakom należy się prawda o ich własnej historii i nie wolno tej prawdy sprzedawać z powodu tego, że ktoś wyznaje jakiś mit, albo jest to dla kogoś wygodne politycznie..."

*"...SLD i „Gazeta Wyborcza” protestują nieustannie. Oni chcieliby szkoły wychowującej człowieka lewicy – czyli pełna tolerancja, żadnej dyscypliny, róbta, co chceta, zero wartości i patriotyzmu. To była szkoła wszystkich niemal dotychczasowych ministrów edukacji..."

Jacek Kurski po konserwatywnemu

Jak na "prawicowca" p. Kurski jest o wiele za bardzo zaangażowany w demokratyczny cyrk i zbyt "swojski" w kreowaniu własnego wizerunku (choć może to jest dobra odpowiedź na wyniosłą "intelektualność" lewicy:

*"...wyjazd Tuska do Irlandii i Anglii w zeszłym roku. To było genialne. Wtedy zrozumiałem, że przegramy. Oni nazwali coś, czego nie doceniliśmy my. Każdy ma jakiegoś znajomego, który wyjechał, każdy się z tym zetknął. I nagle tylko jeden, lider opozycji diagnozuje problem i tam jedzie. Wtedy stwierdziłem: cholera jasna, to nas trafili...."

*"...Nie może być tak, żeby głosować inaczej niż kierownictwo! Może w Anglii są takie jaja, ale to jest awuesizacja partii i to odradzam. Jarosław Kaczyński nigdy nie pozwoli na awuesizację PiS. Musi być dyscyplina. Mamy pootwierane tyle frontów, że jeśli pozwolimy sobie teraz na różnice w głosowaniach, to jesteśmy rozjechani w minutę...."

*"...Gdy pan redaktor Żakowski słyszy o liście Wildsteina i idei lustracji to trzęsą mu się portki...."

*"...Aleksander Kwaśniewski ma więcej seksapilu politycznego niż Donald Tusk..."

chociaż czasami:

*"...Jakkolwiek jestem przeciwnikiem wyszywania na sztandarach partyjnych haseł religijnych, to jednak w tej sprawie... no partia która zrzesza w olbrzymiej większości katolików, a taką partią jest Prawo i Sprawiedliwość, nie ma wielkiego pola manewru. Będziemy się tutaj kierować katolicką nauką społeczną. Oczywiście rozumiemy ból i troskę osób, które nie mogą mieć dzieci, ale opowiadamy się za tym, żeby odwoływać się do instytucji adopcji, a nie eksperymentować na zarodkach. W świetle orzeczeń nawet nie katechizmu ale wręcz trybunału konstytucyjnego, zarodek jest człowiekiem. W związku z czym nie można go niszczyć, nie można go zamrażać...."


Podstawowy problem PIS-u, a więc i kurskiego to socjalistyczny program gospodarczy. Wykluczający traktowania obywateli jako odpowiedzialne jednostki.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Jonathan Krohn - 14-letni amerykański konserwatysta

Jonathan Krohn (ur. 1 marca 1995 r.) stał się sławny po tym jak w 2009 roku jako 13-latek przemawiał na zebraniu Conservative Political Action Conference.



Ani jego ojciec (programista komputerowy) ani matka (nauczycielka gry teatralnej) nie są związani z polityką.

Jest autorem książki: "Define Conservatism" (2009), w której proponuje by amerykańska Republican Party powróciła do konserwatywnych wartosci, z których za najwazniejsze Krohn wymienia zawsze:

*szacunek wobec konstytucji USA
*szacunek wobec życia ludzkiego
*mniej rządu i mniej administracji
*więcej osobistej odpowiedzialnoci.

więcej o Krohnie:
*biogram
*wywiad
*wykład o przyszłosci konserwatyzmu