środa, 29 sierpnia 2018

Liberalizm Hamiltona kontra liberalizm Jeffersona

Artykuł ten dotyczy dynamiki amerykańskich sporów politycznych o wolność, które nadal zdają się przebiegać w kotlinach wykopanych przez Alexandra Hamiltona i Thomasa Jeffersona. Hamilton nie urodził się na terenie dzisiejszych USA, po czym mieszkał w kosmopolitycznym Nowym Jorku, stąd jego optyka musiała być bardziej narodowa i federalna niż wirginijska, ziemiańska optyka Jeffersona. W swej książce: „Odwaga nadziei” Barack Obama wyrażał zaniepokojenie faktem, że zwolennicy różnych opcji politycznych w USA nie mogą się porozumieć, ponieważ wprawdzie używają tych samych słów, ale inaczej rozumieją ich znaczenie. Tak jest zwłaszcza ze słowem „wolność”. W kwestiach gospodarczych Obama przyznawał rację Alexandrowi Hamiltonowi, który dostrzegł potencjał we współpracy rządu i przedsiębiorców i stworzył de facto amerykański rynek finansowy, co kolidowało z agrarnymi wizjami Jeffersona, który uważał miasta i handel za moralnie złe, a wieś i rolnictwo za dobre, a jednak przydało się tworząc atmosferę mobilności, typowej dla dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Problem polega na tym, że prawica i lewica w USA widzą tylko niektóre naruszenia wolności (podsłuch antyterrorystyczny i nadzór nad seksualnością tak, ale interwencjonizm i kontrola broni – nie – wołają republikanie, zaś demokraci oburzają się na łamanie wolności prasy, ale już nie na ciężkie koszty regulacji prawnych dla drobnych przedsiębiorców). Problemy te przywołują na myśl spory Hamiltona z Jeffersonem, którzy także w niczym się nie zgadzali, a obaj przemawiali w imię wolności. Zresztą Obama też okazał się niestety prezydentem stronniczym, ślepym na jedno oko. Spory Donalda Trumpa z demokratami również zasadzają się na rozmaitym rozumieniu wolności; przecież spór o to czy należy w imię wolności otwierać granice na nawet nielegalnych imigrantów, czy też należy chronić społeczeństwo liberalne zachodnie przed ludźmi, którzy go nie cenią lub nie rozumieją jest sporem w rodzinie liberałów, podobnie jak spór o outsourcing osłabiający ekonomiczna bazę dla rodzin i jednostek. Być może Hamilton i Jefferson mieli rację, że jedność jest mrzonką i trzeba walczyć bezkompromisowo o swoje rozumienie wolności.

Markiz de La Fayette mówił, że walczył o niepodległość Ameryki, dlatego by „wolność miała państwo”. I udało się to znakomicie, choć nie bez trudności, lecz wolność trudno zdefiniować. Jak stwierdził baron de Montesquieu; „Nie ma słowa, któremu by dawano więcej rozmaitych znaczeń i które by w tyle sposobów przemawiało do ludzi co słowo „wolność”. Wieloznaczność pojęcia „wolność” ciekawie pokazuje Nicolas Grimaldi: „Wolność nie jest ani prostym pojęciem, ani też jednoznacznym doświadczeniem. Utożsamiana zarówno z przypadkowością, jak i z koniecznością, z możliwością zaspokajania pragnień i z umiejętnością rezygnacji z nich, wolność może zostać zdefiniowana zarówno jako fakt czysto metafizyczny, jak i jako aktywność ściśle polityczna. Rozpoznajemy ja czasami jako przynależną woli, a czasami jako cel, do którego ta wola właśnie dąży”. Grimaldi uważa, że w wyniku każdego przewrotu czy rewolucji dokonanej w imię wolności, z początku tracimy wszelka wolność jaką cieszyliśmy się poprzednio. Grimaldi przytacza słowa Rousseau, który uważał ludzi żyjących w ustrojach podobnych dzisiejszym demokracjom parlamentarnym, za nie mniej zniewolonych, niż poddanych monarchy (Grimaldi 2007, s. 5-7).

Wystarczy otworzyć jakikolwiek słownik filozoficzny (Podsiad, Więckowski 1983, s. 425, Łagodzki, Pyszczek 2000, s. 352-354), by znaleźć mnóstwo definicji rodzajów wolności. W metafizyce wolność to całkowita niezależność istoty żywej od czegokolwiek, co oznacza, że naprawdę wolny jest jedynie absolut, do którego odnosimy się w naszych rozważaniach. W dziedzinie stosunków międzyludzkich wolność oznacza brak skrępowania jednostki ludzkiej uwolnionej z więzów fizycznych (np. wolność przemieszczania się), psychicznych (spontaniczność), duchowych (tolerancja religijna), moralnych (m.in. libertynizm), prawnych (przywileje, swobody obywatelskie w ramach obowiązujących praw), ekonomicznych (liberalizm ekonomiczny) czy społecznych (konstytucjonalizm, teoria walki klas). Te rodzaje wolności dotyczą politycznej sfery życia człowieka i stanowią jak najbardziej przedmiot tej pracy. Lista ta nie wyczerpuje jednak wszystkich podziałów filozoficznych dotyczących wolności. Nic więc dziwnego, że dla Hamiltona i Jeffersona oznaczała co innego.

Alexander Hamilton był ojcem większości ważnych instytucji amerykańskich z pierwszym amerykańskim bankiem centralnym i giełdą na czele. Hamilton nie urodził się w Ameryce Północnej, lecz pochodził z Wysp Podwietrznych, położonych niedaleko dzisiejszej Wenezueli. Hamilton był synem szkockiego kupca i Francuzki, a więc był Amerykaninem z wyboru, a nie z urodzenia (Wizje Stanów Zjednoczonych, s. 341), stąd spoglądał na USA jak na całość, nie zaś na zgrupowanie stanów. Nie był związany emocjonalnie z żadnym pojedynczym stanem, stąd jego silny federalizm.

Był człowiekiem czynu; kupcem i wojskowym. Nie pisał pamiętników, a giętkich słów używał nie dla akademickich czy filozoficznych dywagacji, lecz by osiągnąć efekt polityczny (Rusinowa 1990, s.5). Lubił silną egzekutywę, nie zaś lubił demokracji, trochę jak Benjamin Franklin który uważał, że „Demokracja jest wtedy, kiedy dwa wilki i owca głosują, co zjedzą na obiad. Wolność jest wtedy, kiedy dobrze uzbrojona owca podważa wynik głosowania”. Hamilton uważał, że przede wszystkim system polityczny powinien wyzwalać aktywność jednostki. Jako utalentowany dziennikarz walczył o wolność prasy. Był klasycznym liberałem bez demokratycznej domieszki. Jego ojciec James Hamilton, szkocki arystokrata bez majątku szukał szczęścia w Indiach Zachodnich, gdzie przybył ok. 1750 r. Nie umiał jednak specjalnych kupieckich talentów. Wiadomo, że w 1765 roku rodzina mieszkała na wyspie St. Christopher gdzie James pracował u kupca Charlesa Inhrana (Rusinowa 1990, s. 10). Pomagali zasobni krewni matki. Rodzice jednak wkrótce rozstali się. Od 1769 czternastoletni Alexander pracował już w kantorze Nicolasa Crugera. Obserwował jak w fatalnych warunkach handluje się Afrykanami stąd jego późniejszy abolicjonizm. Hamilton był dość wysoki, szczupły i blady, ale energiczny, towarzyski i rozmowny. Pastor Hugh Knox, zaprzyjaźniony z profesorami z Princeton, nauczył młodego Alexandra. Prawdopodobnie to Knox wysłał Hamiltona do Brytyjskiej Ameryki na studia. W koledżu w New Jersey w 1773 AH mieszkał w jednym pokoju z Aaronem Burrem, z którym 30 lat potem będzie się pojedynkować (Rusinowa 1990, s. 18). Hamilton nauczył się dobrze języka francuskiego, ówczesnego języka międzynarodowego. Szybko przeniósł się na studia do Nowego Jorku. Studiował tam do początku 1776 czyli do zajęcia miasta przez Brytyjczyków. Hamilton jako student poznał pisma polityczne Henry’ego Bolingbroke’a i Samuela Johnsona, oraz Voltaire’a, którego podziwiał za klarowność myśli. Za Davidem Hume’m uważał, że moralne jest to co społecznie użyteczne (Rusinowa 1990, s. 64). Uważał się za Anglika, dlatego brutalne kroki Korony wobec Bostończyków były dlań szokiem. Od 1775 uczył się musztry, ale gardził radykalizmem. Dnia 10 maja 1775 roku bronił rektora Milesa Coopera przed antybrytyjskim tłumem, przypominając jego zasługi dla edukacji (Rusinowa 1990, s. 27). W czasie wojny najpierw służył u gen. Nathaniela Greena, również samouka wojskowości, szybko jednak zachwycony charyzmą i umysłem Hamiltona, Washington uczynił z niego swego adiutanta. Już podczas wojny AH wiedział wady braku władzy centralnej (Rusiłowa 1990, s. 46). Kongres miał zbyt wielką władzę, i był zbyt skupiony na szczegółach, egzekutywy właściwie było brak. Marzył o Federacji związanej wspólnymi interesami, by nie powielać błędów Europy. By wykształcić rasę Amerykanów pewnych siebie i odważnych. Jako Antylczyk-Nowojorczyk nie miał prowincjonalnej mentalności.

W 1781 roku w Nowym Jorku powstał Bank of North America, który będzie stanowił dla Hamiltona inspirację jego własnych pomysłów ekonomicznych dla USA jako całości. Od 1782 roku Hamilton związany był politycznie z kupcem i generałem Schuylerem i federalistami (Rusinowa 1990, s. 62), czyli zwolennikami centralizacji. Jak oni, postulował stworzenie ogólnonarodowego rynku. W 1783 roku otworzył kancelarię w Albany, w stanie Nowy Jork. Bronił m.in. lojalistycznych kupców jak Benjamina Waddingtona, których chciał zatrzymać w Nowym Jorku ze względów gospodarczych. W 1786 roku Hamilton był delegatem na zjazd w Annapolis, gdzie z jego poglądami zgadzali się mniej więcej Edmund Randolph z Wirginii i James Madison. W 1787 roku Hamilton nadal uważał, że najlepszym ustrojem jest monarchia typu brytyjskiego, a celem rządu jest przede wszystkim rozwój gospodarczy, a nie swobody obywatelskie (Rusinowa 1990, s. 87). Lud jest niespokojny i zmienny, korupcja jest nieunikniona, można ją więc jedynie ograniczać był też, jak wszyscy niemal kupcy w tych czasach, zwolennikiem merkantylizmu. Za przykładem Roberta Walpole’a, legendarnego premiera Wielkiej Brytanii w latach 1721-1742, który był ceniony przez kupców, Hamilton współpracował z holenderskimi bankierami i postulował utworzenie sinking fund czyli funduszu amortyzacyjnego oraz banku centralnego. Martwił się brakiem kapitału i lenistwem ludu. Do 1790 roku Hamilton nie miał wielu wrogów, dobre wyniki gospodarcze świadczyły, ze ludzie tacy jak Hamilton najlepiej wiedzą co robić. Jego cnetralizm zraził jednak doń Madisona, który czuł się podobnie jak Jefferson, głównie wirginijskim ziemianinem. Również kolega ze studiów Aaron Burr opuścił Hamiltona. Hamiltonowi nie udało się zcentralizować banków, ale stworzył dług publiczny (Rusinowa 1990, s. 140). Był wizjonerem; wierzył, że w przyszłości maszyny zastąpią pracę ludzi. Cieszył się, że coraz to nowe gałęzie przemysłu w USA są niezależne od Londynu.

Jeffersona i Hamiltona niewiele łączyło. Jefferson był idealistą i w zasadzie nie rozumieł gospodarki poza rolnictwem, dlatego podobały mu się poglądy francuskich fizjokratów – wolnorynkowych, ale ignorujących zupełnie handel i przemysł, dla niego nazwisko Walpole oznaczało głównie korupcję. Obaj byli emotywistami jak Hume, ale Jefferson kochał bardziej rewolucję niż władzę, bo urodził się we wpływowej rodzinie, Hamilton lubił rządzić, ponieważ kiedyś był biedny (Rusinowa 1990, s. 154). Jefferson i Hamilton byli członkami tego samego rządu, odpowiadając odpowiednio za sprawy zagraniczne i skarb, ale w niczym się nie zgadzali ku rozpaczy prezydenta Washingtona. Jefferson wykorzystywał przeciw Hamiltonowi to, że ten czasem przekraczał swe kompetencje i dokładał zmyślonych zarzutów, Hamilton zemścił się wyciągając na światło dzienne ocierające się o zdradę stanu wspólne działania Jeffersona z ambasadą rewolucyjnej Francji. W 1794 roku zdyskredytowany Jefferson trzymał się na uboczu, a zwycięski Hamilton rozbudował flotę wojenną, i zawarł korzystny traktat handlowy z Brytyjczykami. Przewidywał nagrody za wynalazki, cła ochronne, subwencje rzadowe za zakładanie nowych przedsiębiorstw. Niestety w 1795 roku sprawy rodzinne zmusiły go do rezygnacji z funkcji sekretarza skarbu. Oglądając rozwój wydarzeń i prezydenturę Johna Adamsa z Nowego Jorku, miał nadzieję, że wspólna armia - tworzona na wypadek wojny z Francja pod koniec lat 90. przyda się do wytworzenia ogólnonarodowej tożsamości, więc podjął z zapałem pomysł tworzenia jej, choć uważał, że Francja nie stanowi wielkiego zagrożenia.

Jako zwolennik centralizmu i silnego rządu federalnego Hamilton wyraził w 1784 roku pogląd, że wolność zachowana może być nawet pod silną władzą, jeśli tylko rząd zastosuje się do zasad „dobrego rządzenia” (govern well). Uważał że możliwy jest 1 ustrój dla 13 stanów, wbrew twierdzeniom francuskich republikanów klasycznych. W numerze 9 „Federalisty” przestrzegał Nowojorczyków przed losem Grecji i słabej unii. Reklamuje angielski govenmental ballance i po raz już kolejny krytykuje Montesquieu za założenie, iż tylko małe kraje mogą być republikami (Wizje Stanów, s. 373). W Federaliście nr. 84 doradza wolność prasy na wzór brytyjski, której nie szkodzi nawet wysokie opodatkowanie owej prasy (Wizje Stanów, s. 384).

W połowie XVIII wieku w Europie uważano, że wilgotność klimatu w USA powoduje gorszość natury i życia społecznego w Ameryce. Alexander Hamilton polemizował z tym poglądem (Mak 2014, s. 284). Hamilton uważał takie poglądy za wyraz nieuzasadnionej europejskiej pychy. Warto przywołać tu wypowiedź Alexandra Hamiltona z 11 numeru „Federalist Papers” (1788):

„…Niektóre fakty zbyt długo świadczyły na korzyść aroganckich pretensji Europejczyka. Teraz to my musimy wziąć na siebie ratowanie honoru rasy ludzkiej i nauczyć naszego zadufanego brata skromności. W razie podziału stalibyśmy się natomiast kolejnymi ofiarami triumfu człowieka z Europy. Sprawmy by Amerykanie nie byli narzędziami potęgi Starego Kontynentu. Pozwólmy trzynastu stanom związanym silna i nierozwiązywalną unią, zbudować wielki amerykański system – system przeważający nad wszelką kontrolą i przemocą transatlantycką, taki który będzie w końcu dyktować warunki stosunków między starym i nowym światem…” (Joas, Wiegandt 2012, s. 356).

Długo Hamitona wspierał ideowo James Madison (1751-1836), Madison uważał USA za istny cud świata, zupełnie wyjątkową wolną republikę. W innym miejscu Madison przytomnie stwierdzał, że sumienie to też własność (Wizje Stanów, s. 438), własność osobistych przekonań i myśli. Hamilton stanowi jakby pierwowzór współczesnego prawicowego czyli klasycznego liberała.

Co ciekawe Thomas Jefferson, w czepku urodzony ziemian w Wirginii był równie przekonany o wyjątkowości Ameryki, ale wydaje się jeszcze bardziej zżyty z międzynarodową rewolucją niż z Ameryką. Każdy rząd uważał za potencjalne zagrożenie, nawet „własny” rząd ponadstanowy czyli federalny. Trudno powiedzieć ile w tej obawie było wirginijskości, a ile innych komponentów jego światopoglądu. Można bowiem powiedzieć, że Jefferson stanowił unikalne połączenie antycentralizmu, agraryzmu i libertarianizmu. Swoje demokratyczno-liberalne poglądy zawdzięczał swemu nauczycielowi matematyki szkotowi Williamowi Smallowi (Wizje Stanów Zjednoczonych, s. 177). W czasie konfliktu z Koroną Brytyjską, radził Jeffeson Jerzemu III, by dobrał choć jednego Amerykanina jako eksperta do spraw amerykańskich, bo Londyńczycy nie znają Ameryki (Wizje Stanów Zjednoczonych, s. 204). W piśmie o wolności religijnych Wirginii w 1779 roku opowiedział się przeciw cenzurze, ponieważ żadna szkodliwość jakichkolwiek poglądów nie jest tak groźna jak pozwolenie by władza decydowała które wolno, a których nie wolno rozpowszechniać (Wizje Stanów Zjednoczonych, s. 207). Bronił ateistów i dysydentów religijnych oraz innowierców, uważając, że odmienny pogląd metafizyczny nikogo nie rani (Wizje Stanów Zjednoczonych, 233), a losy Galileusza mogą świadczyć, że nigdy nie wiadomo kto ma rację. Jefferson sprzeciwia się europejskiemu z ducha nakładaniu kajdan na naukę (Wizje Stanów Zjednoczonych, s. 234). Nie jest przekonany do merkantylizmu i autarkii gospodarczej, uważa, że może pasuje to Europie, ale niekoniecznie USA. Niechże większość przemysłu pozostanie w Europie, ludzie pracujący na roli to wybrańcy Boga (Wizje Stanów Zjednoczonych, s. 239).

Od 1792 roku elity polityczne USA dość trwale dzieliły się na centralistyczną Partię Federalistyczną kierowaną przez Alexandra Hamiltona i anty-centralistyczną Partię Demokratyczno-Republikańską Thomasa Jeffersona. Jak dotąd widzimy, że mocno krańcowo odmiennego poglądu na przeznaczenie historyczne USA, zarówno Jefferson jak i Hamilton odrzucali to co europejskie na wielu płaszczyznach identyfikując to z despotycznymi zapędami, oraz byli dumni z bycia Amerykanami, z tego nowego startu, czy też ojczyzny wolności. Postulat wolności prasy i swobody badań naukowych również ich łączył.

Jefferson był od Hamiltona bardziej europejski także w tym sensie, że bardziej przypominał mentalnie utopijnego filozofa znad Sekwany w typie Diderota niż trzeźwego londyńskiego kupca, lub sceptycznego Szkota Hume’a. W marcu 1785 roku Jefferson przybył do Paryża jako minister pełnomocny USA, w maju tego roku ten bogaty, choć zadłużony ziemianin, wynajął Hôtel de Langeac jako swą siedzibę, za 7500 liwrów rocznie. Jeszcze w tym roku zdobył zaufanie Fryderyka II Pruskiego, który zawarł z USA traktat handlowy, kończąc izolację ekonomiczną tego kraju. Jefferson miał nienaganne maniery i interesował się architekturą, co szybko zjednało mu popularność i sympatię paryskiej elity. Swą córkę Patsy umieścił w szkole klasztornej, co później spowodowało, iż musiał potem zwalczyć jej chęć do zastania zakonnicą. W styczniu 1787 roku bał się, że zamieszki w Massachusetts (tzw: Shays' Rebellion), zmniejszą zaufanie do ustroju amerykańskiego. Jefferson był zwolennikiem łagodnych wychowawczych bardziej niż represyjnych kar dla buntowników i cieszył się, że Francuzi uznali, że USA radzą sobie z problemami. Sam miał jak najgorsze zdanie o większości rządów Europy: „…Lepiej Indianie żyją bez rządu a jedynie z opinia publiczną, niż Europejczycy gdzie wilki rządzą jagniętami… (Wizje Stanów Zjednoczonych, s. 243) i ukuł tezę, głoszącą, że im władza surowsza tym więcej rebelii (w USA w ciągu 11 lat jedna rebelia i to tylko na terytorium jednego stanu, w W. Brytanii jedna na 6 lat, we Francji jedna na rok, a w despotycznej Turcji – codziennie). Wnioski Jeffersona są pochodną jego idealistycznego agraryzmu, tj. poglądu, że lepiej by zajęciem Amerykanów „…pozostało przede wszystkim rolnictwo i byśmy nie stłaczali się w wielkich miastach jak tu w Europie, gdzie panuje z tego powodu miejskie zepsucie…”. Marzenia Jeffersona, skądinąd bystrego obrońcy wolności przed zakusami rządu federalnego, przypominają niekiedy sentymentalny ton Rousseau. Amerykanin narzekał na brak moralności francuskich arystokratycznych elit; nie wiadomo jednak czy chodziło mu o nieprzyzwoitość czy brak dyskrecji; w końcu sam był człowiekiem romansującym z własną niewolnicą. W 1787 roku Jeffersona wybrano znów ministrem pełnomocnym we Francji. Jednak w listopadzie następnego roku, widząc wzbierające oznaki rewolucji, prosił o urlop, który jednak dostał z dużym opóźnieniem, z powodu ociężałości demokratycznych procesów decyzyjnych. Gdy zdobyto Bastylię, Jefferson poparł werbalnie idee rewolucji, nie chwaląc jednak chaosu, w jakim postępowała. Jego zamierzenia pozostania neutralnym, pogrzebał markiz de La Fayette, który poprosił go o pomoc m.in. w spisaniu karty praw przedstawionej potem królowi. W samych Stanach Zjednoczonych przyjęto dobrze ograniczenie władzy królewskiej, jednak wywyższanie się plebsu ponad szlachtę budziło zaniepokojenie.

Thomas Jefferson, który tak bardzo bał się zakusów rządu federalnego i Hamiltona, nie umiał przewidzieć okrucieństw rewolucji francuskiej, przepowiadając w 1789 roku, że wszystko „dobrze się ułoży”. To jednak, że nie przewidział rozlewu krwi, nie znaczy jednak wcale, ze patrzył na kondycję Francji przez różowe okulary. W 1788 i 1789 roku jego ocena działalności króla i rządu była coraz bardziej krytyczna, a frywolny ton wczesnych jego listów z poselstwa we Francji (1784-1789) zniknął (Jefferson 1829, Ellis 1997, s. 126-127). Jefferson jako lider Demokratycznych Republikanów wyznawał bowiem, jak pisze Zofia Libiszowska, „francuską wizję wolności” ze sprzeciwem wobec jakichkolwiek ustrojowych czy dziedzicznych przywilejów; to miał na myśli twierdząc, że „świat należy do żywych”, i z dużym naciskiem na równość obywatelską (Libiszowska 1984, s. 170-171), co przekładało się także na jego polityczne poparcie dla rewolucyjnej Francji (Pastusiak 1996, s. 90).

Dla Jeffersona stara monarchiczna Francja nie mogła być wzorem, ale budząca się Francja rewolucyjna była przynajmniej inspiracją. Tak samo jak Hamilton miał nadzieję, ze Amerykanin będzie nowym człowiekiem, żyjącym lepiej i mądrzej niż przeciętny Europejczyk, tylko co innego uważał za mądrość. Hamilton uważał, że USA będą odgrywać coraz większa role w świecie, dzięki docenianiu pełni ludzkiego potencjału, był typowym merytokratą. Jefferson był raczej prorokiem demokratyzmu i utopijnego społeczeństwa filozoficznego, choć swoich niewolników nie uwolnił. Tym, co stanowiło o jednorodności amerykańskiej myśli politycznej trzech pierwszych dekad istnienia USA, a odróżniało ją od np. brytyjskiej, był silny demokratyzm. Nawet tak „arystokratyczny” w swych przekonaniach Hamilton uważał, że „prawo uczestniczenia w rządzeniu” (right to share in the government) spełniane w demokratycznym głosowaniu, jest takim samą własnością obywatela, jak każda inna własność chroniona świętym prawem własności. Dla Hamiltona idea ta stanowiła kwintesencję wiggizmu (Hamilton 1957, s. 341). Wiadomo też, że Hamilton był za stopniową emancypacją czarnych, bo doceniał ich rolę w powstaniu przeciw Brytyjczykom. Wbrew przypisywanemu mu czasem autorytaryzmowi był też Hamilton zwolennikiem łagodnego postępowania wobec lojalistów (w 1775-1776 roku) i wobec uczestników antypodatkowej whisky rebelion (1799). W listopadzie 1775 roku opowiedział się przeciw podjęciu ostrzejszych kroków przeciwko torysowskiemu i lojalistycznemu dziennikarzowi i wydawcy Jamesowi Rivingtonowi, ze względu na zasadę wolności prasy, w którą głęboko wierzył, vide: (Hamilton 1957, s. 343-345, 356-357 i 369).

Niesamowite jest to, że obaj Jefferson i Hamilton są chętnie cytowani i chwaleni zarówno przez amerykańską prawicę i lewicę. Jako twórcy USA, ich patriotyzm jest poza podejrzeniem, a ranga polityczna i intelektualna ich sporu dodatkowo ten patriotyzm potwierdza. W Hamiltonie można dostrzec liberała, który przede wszystkim chce by każdy mógł zostać kowalem własnego losu, w Jeffersonie człowieka, który chce by USA niosły wolność światu, nic dziwnego, że obaj są bliscy większości Amerykanów. Obaj opowiadali się za wolnością słowa, więc nic dziwnego, że wolność słowa w USA jest większa niż gdzie indziej. Wysokiej randze ich obu, która choć każdy polityk i publicysta ma oczywiście swojego faworyta, pochodzi też stąd, że jeśli uznamy Hamiltona za prawicę (choćby według klucza podejścia do dziedziczenia majątku i pewnego elitaryzmu, oraz braku zaufania do mas), a Jeffersona za lewicę, to musimy zauważyć, że od ich czasów sporo się zmieniło. Dzisiaj to prawica jest libertariańsko-regionalistyczna, a lewica federalistyczna i centralistyczna w większości spraw i jest tak przynajmniej od czasów Franklina Delano Roosevelta. Dlatego proponując federalizację systemu ubezpieczeń zdrowotnych i cła protekcyjne Donald Trump napotkał na opór własnej partii, choć proponował rozwiązanie nadal wolnorynkowe, podobnie Hilary Clinton okazała się zbyt wolnorynkowa i kosmopolityczno-globalistyczna dla dużej części lewicy. Można było odnieść wrażenie, że przez chwilę scena polityczna wygląda jak za czasów Jeffersona i Hamiltona.

Obaj Jefferson i Hamilton byli kosmopolitami i jednocześnie dumnymi Amerykanami. Za wolnym rynkiem opowiadali się zarówno Hamilton jak i Jefferson choć starali się przeforsować szczególną opiekę państwa nad ich własnymi społecznościami. Hamilton chciał by taryfy celne chroniły kupców amerykańskich, zaś Jefferson chciał wolnego dostępu innych państw do amerykańskiego rynku, by ziemianie tacy jak on mogli sprzedawać płody rolne za granicę w sposób nieskrępowany, jednocześnie przez decentralizację chciał jak najbardziej odgrodzić rolnicze Południe od kupieckich elit Północy. Ta kupiecko-ziemiańska część sporu ich obu jest dziś już historią, ale same zagadnienia centralizmu, samorządu i stopnia zaufania do władz jest jak najbardziej nadal aktualny. Spór obu tych rzeczników wolności odbywał się tyle na płaszczyźnie poglądów co odczuć, i dotyczył tego co najtrudniejsze w polityce – zaufania. Także dziś znajdziemy takich którzy prędzej uwierzą masom niż kupcom, i odwrotnie.

BIBLIOGRAFIA:

• Ellis J.J., American Sphinx. The Character of Thomas Jefferson, Vintage Books New York 1997.

• The Federalist Papers with an introduction by Clinton Rossiter, New York 1962.

• Grimaldi N., Dylematy wolności, Kraków 2007.

• Hamilton A., The Basic ideas of Alexander Hamilton edited by Richard Morris, Pocket Library New York 1957.

• Jefferson Th., Memoir, Correspondence, and Miscellanies, from the Papers of Thomas Jefferson, F. Carr, and Co. Charlottesville 1829.

• Libiszowska Z., Thomas Jefferson, Ossolineum 1984.

• Łagodzki W., Pyszczek G. (red.), Leksykon PWN – filozofia, Warszawa 2000.

• Mak G., Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki, przeł. Małgorzata Diederen-Woźniak Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2014.

• Mitchell B., Alexander Hamilton: The national Adventure, vol. I-II, Mac Millan Company New York 1962.

• Obama B., Odwaga nadziei. Moja droga życiowa, wartości i ideały polityczne, Albatros Warszawa 2008.

• Pastusiak L., Historia dyplomacji Stanów Zjednoczonych (XVIII-XIX wiek), Warszawa/Toruń 1996.

• Podsiad A., Więckowski Z., Mały słownik terminów i pojęć filozoficznych dla studiujących filozofię chrześcijańską, Warszawa 1983.

• Rusinowa I., Aleksander Hamilton, Ossolineum Wrocław 1990.

• Wizje Stanów Zjednoczonych w pismach Ojców Założycieli, tłum. Andrzej Jaraczewki, PIW 1977.

sobota, 25 sierpnia 2018

Thomas Sowell: „Intelektualiści mądrzy i niemądrzy” - recenzja

W czasach widocznego zdurnienia „elit”, które przejawia się choćby w niemożności odróżnienia wyczerpanych głodem uciekinierów od spasionych cwaniaków rzucających ofiarowaną wodą w policję i naiwniaków NGO-idalnych, każdemu chyba warto polecić książkę Thomasa Sowella: „Intelektualiści mądrzy i niemądrzy” (wydanie polskie w tłumaczeniu Kamila Maksymiuka-Salamońskiego Fijorr Publishing Warszawa 2010, wydanie oryg.: Intellectuals and Society również z 2010 roku – choć raz coś nie tłumaczą u nas książki z opóźnieniem…).

Sowell to ciekawy człowiek. Urodził się w Karolinie Północnej, gdzie, jak wzmiankował w swojej biografii Personalna Odyseja, jego kontakt z białymi ludźmi był tak ograniczony, że sam nie wierzył, iż kolor "żółty" był możliwym kolorem włosów dla człowieka. Wraz z rodzeństwem przeniósł się do Harlemu, dzielnicy Nowego Jorku, pod opieką siostry matki (sam wierzył, że była jego matką, a ojciec zmarł przed jego narodzeniem). W wieku 17 lat z powodu rodzinnych kłopotów finansowych i pogarszającego się poziomu życia w domu porzucił szkołę średnią i rozpoczął samodzielne życie. Później służył w Marynarce Wojennej USA.

Intelekt nie jest mądrością, lecz mocą mózgu (Sowell 2010, s. 13). Intelekt może łatwo zrobić błyskotliwy wywód mający niewiele wspólnego z prawdą, np. jeśli wg Marxa praca fizyczna daje bogactwo, najbogatszymi krajami byłyby te z pokaźną siłą roboczą, podobnie z ideą Rawlsa, że sprawiedliwość jest „kategorycznie istotniejsza” niż wszystkie inne względy społeczne (Sowell 2010, s. 14). Orwell powiedział słusznie, ze niektóre idee są tak głupie, że może w nie uwierzyć tylko intelektualista (Sowell 2010, s. 15), bo jest bardziej oderwany od życia niż przeciętny człek. Intelektualista to człowiek, którego praca zaczyna się i kończy na ideach; Adam Smith nigdy nie prowadził firmy, a Marx gułagu (Sowell 2010, s. 17). Intelektualiści wymigują się we wszystkich czasach od wszelkiej odpowiedzialności, J.S. Mill uważał, ze powinni być wolni nawet od norm społecznych (Sowell 2010, s. 23). Potrafią się mylić kosmicznie; w 1968 roku Paul Ehrlich rzekł: „bitwa o wyżywienie całej ludzkości dobiegła końca”, po czym dekadę później świat nawiedzają straszliwe klęski głodowe (Sowell 2010, s. 24). Podobnie w 1965 roku Ralph Nader głosił, ze amerykańskie samochody są mniej bezpieczne, i choć żadne badania tego nie wykazały, nadal chodził w glorii mędrca.

G.B. Shaw wyśmiewał w 1933 roku strach Amerykanów przed dyktatorami, aż w końcu Hitler wziął się za Żydów, potem był już ślepy tylko wobec Stalina (Sowell 2010, s. 29), Keynes z równą swadą wypowiadał się na tematy sobie znane i absolutnie mu nieznane. Ponieważ, nikt nie ma tyle wiedzy by zrozumieć całość tego co się dzieje na świecie, czy choćby 1% z tego, zaleca Sowell wolne rynki i sędziowską powściągliwość, ponieważ bazują one na doświadczeniach całej ludzkości, a nie kilku intelektualistów (Sowell 2010, s. 35). Dewey ignorował fakt, że w zasadzie nie wiadomo jak zrobić lepsze społeczeństwo. Wiedzę sztucznie dzieli się na przyziemną (mundane) i elitarną, by ta pierwsza zbywać jako przesądy (Sowell 2010, s. 40). Termin: „przymusowa emerytura”, dobrze oddaje tą arogancję intelektualistów wobec zwykłych ludzi i ich doświadczeń (Sowell 2010, s. 41), podobnie wobec ludzi z przeszłości, zarzuca się np. uprzedzenia Cyceronowi, gdy odradzał kupno brytyjskich niewolników, a może wiedział o czym mówi, w końcu byli niepiśmienni i nie rozumieli życia w Rzymie… (Sowell 2010, s. 42). Ekspert w dziedzinach ideowych służy do przełamywania oporów społeczeństwa wobec ryzykownych projektów i tu w zasadzie leży jego główna niesławna rola (Sowell 2010, s. 47). Eksperci z ZSRR próbowali ustalić 24 milionów cen, rezultat totalna klapa. W USA zaprzeczali przez dekadę, że przestępczość od 1961 do 1974 roku wzrosła dwukrotnie (Sowell 2010, s. 49). Nota bene dodam, że po spadku z lat 80 i 90, dziś też wzrasta i też zaprzeczają, choć np. w Kaliforni życie jest coraz bardziej ryzykowne, ponieważ Obama przeszkadzał policji i usprawiedliwiał kolorowych bandytów i chuliganów.

Inteligenci maja w ogóle problem ze zrozumieniem pracy policji; np. nie rozumieją że z odległości 14-23 metrów w walce z bandytami na broń palną tylko ok 14% pocisków trafia w cel, więc policjanci muszą „marnować” wiele amunicji (Sowell 2010, s. 51). Taka ekonomia pocisków wydaje się absurdem tylko inteligentowi, który uważa się za chodzący trybunał rozumu. Racjonalizm może być krótkodystansowy a la np. Chamberlain lub długodystansowy jak np. Churchilla. Ponieważ ludzkość z elitami na czele preferuje ten pierwszy władze i media traktują np. każdy huragan jako coś nagłego i nieprzewidywalnego, choć to zjawisko cykliczne (Sowell 2010, s. 58).

Intelektualiści nie będący ekonomistami postrzegają ekonomię jako grę o sumie zerowej (Sowell 2010, s. 63), stąd nie rozumieją ani tego, że „sprawiedliwy podział” jest w dużej mierze fikcją, tego, ze różna praca ma różną produktywność i tego że biedny w 1950 i biedny w 2000 roku to zupełnie dwie różne rzeczy. Bez niedoborów nie byłoby ekonomii byłby Eden, kapitalizm obwiniany przez Deweya za niedobory, nie tworzy ich lecz jedynie je ujawnia (Sowell 2010, s. 80). Shaw twierdził jeszcze głupiej, że kapitalizm sztucznie ogranicza produkcję. Mercier de La Riviere czy Adam Smith rozumieli, ze brak kontroli nie oznacza chaosu, Marx już nie (Sowell 2010, s. 83), choć np. natury nie kontrolujemy, a chaotyczna nie jest. Dewey i Dworkin uznali, że przyczynowość systemowa to mit, wszystkim rządzi wola ludzka, a więc chaos trzeba zastąpić kontrolą. Marx rozumiał, że nie jest to mit, ale uznał system za niewłaściwy (Sowell 2010, s. 91). Neomarksiści nie rozumieją, już zwykle ekonomii, i nie rozumieją, ze np. ustawowa płaca minimalna wyrzuca młodych ludzi z rynku pracy, a kontrola czynszów zmniejsza ilość budowanych mieszkań (Sowell 2010, s. 93). Lester Thurow jako jeden z niewielu przyznał się, że uważa ekonomię, za grę o sumie zerowej, inni zakładają to milcząco. Theodore Roosevelt, Lenin (do 1920 roku) i John Dewey uważali, ze praca przedsiębiorcy jest prosta (Sowell 2010, s. 101). Inni mylnie uważają możność współ-ustalania cen przed przedsiębiorców za władzę (jak Galbraith) i domagają się państwowej przeciwwagi. To co zupełnie wymyka tym geniuszom to rewolucyjne innowacje (H. Ford, Rochefeller i Standard Oil, Kodak). Hoover i FD Roosevelt usiłowali w czasie Wielkiego Kryzysu utrzymać wysokie i pensje i ceny produktów rolnych, chociaż siła nabywcza zależy od liczby transakcji a nie od cen (Sowell 2010, s. 113). Intelektualiści nie wyciągnęli wniosku z partactwa interwencjonizmy Hoovera-Roosevelta, i sukcesu „bezczynności” Reagana i nadal nie uczą się ekonomii uważa Sowell. Intelektualiści zwykle starają się ułożyć wszystkie fakty w jedną spójną epicką wizję świata (Sowell 2010, s. 117). Założenie wizji jest jednak irracjonalne i zbyt pierwotne wobec gotowej wizji co zauważyli już Paul Johnson i Schumpeter. Rousseau czy Mill uważali, że wystarczy kilka podstawowych korekt by nastała era szczęśliwości, a siebie samych za proroków i wizjonerów. Tragiczni (na zasadzie: cienka warstewka cywilizacji na górze barbarzyństwa) myśliciele tacy jak Robert Kagan jednak zachowują nieco więcej związków z rzeczywistością niż „oświeceni” jak Mill czy Rousseau, którzy oponentom przypisują niemoralność, dlatego np. William Godwin nazwał Thomasa Malthusa „szkodnikiem”, a bardziej „tragiczny” Edmund Burke wyraźnie uznał, ze oponent też może chcieć dobrze (Sowell 2010, s. 129). Arthur C. Brooks z Syracuse University zauważył jednak, że konserwatyści oddają częściej krew niż lewicowcy (Sowell 2010, s. 132).

Kolejnym problemem intelektualistów są prawa domniemane. Na przykład gardłują oni za prawami terrorystów do tego czy tamtego, choć nie są oni stroną prawa, rozumianego prawidłowo jako kontrakt – np. nie podpisali Konwencji Genewskiej (Sowell 2010, s. 134). Dlatego legenda SN Oliver Wendell Holmes odrzucał abstrakcyjne prawa będące de facto jedynie ideologicznymi hasłami myślicieli. Lewica wierząca w takie rzeczy, w jedną wszechogarniającą wizję rzeczywistości i w domyślnie zbawienną moc rządu i programy zmiany natury człowieka, istnieje naprawdę, prawica nie istnieje de facto bo ci co nie są lewicą mają zbyt różne wizje rzeczywistości (Sowell 2010, s. 139). W Ameryce lewica nazywa się socliberałami lub w skrócie liberałami, choć prawdziwi liberałowie (tj. klasyczni) są zwykle jednym z typów sceptycznych prawic, obok konserwatystów (Sowell 2010, s. 142). Konserwatyzm może konserwować różne rzeczy, więc w zasadzie ogóle nie jest ideologią – człowiek prawicy to człowiek nie-zideologizowany. To podstawowa równica lewicy i prawic (w liczbie mnogiej) wg Sowella. Oliver Wendell Holmes uważał jak typowy nie-lewicowiec, że prawa pochodzą z doświadczenia ludzkości a nie z logiki (jak sądzą lewicowcy). Wolny rynek jest nie tyle „prawicowy” co nie-ideowy. Rousseau – główny twórca lewicy tego nie rozumiał i domagał się woli powszechnej, wspólnych celów, a interpretację powierzył elicie (Sowell 2010, s. 149). Edmund Burke i Adam Smith byli rewolucjonistami bardziej niż lewica, ponieważ głosili wolność w feudalno-merkantylistycznym świecie przymusu, ale ponieważ dziś za rewolucjonistę może uchodzić tylko lewicowiec, są uważani za konserwatystów (Sowell 2010, s. 155).

Lewicowców i intelektualistów typowych uważa Sowell za w sumie jedno, ponieważ intelektualiści są wyabstrahowani z rzeczywistości i zwykle nie znają tego o czym mówią. Takich ludzi nie interesuje rzeczywistość, np. okazali zerowe zainteresowanie przemianom wolnorynkowym lat 90 w Chinach i Indiach, które wyciągnęły z biedy miliony ludzi, a ponoć troszczą się o biednych (Sowell 2010, s. 157). Raymond Aron zauważył, że osiąganie celów lewicy innymi niż ich metodami wywołuje ich wrogość. Dla lewicy bardziej liczy się postawa (kaprys) niż zasada; kiedyś byli eugeniczni, dziś uważają, że tylko biały może być rasistą, protestują przeciw boksowi, ale jakoś nie przeciw sky diving gdy zawodnik umrze (Sowell 2010, s. 165).

Intelektualiści traktują ludzi jako byty abstrakcyjne stąd bezsensowne wysyłanie po 1945 roku Niemców osiedlonych od stuleci w Europie Wschodniej „z powrotem” do Niemieck, których nigdy nie widzieli, lub Hindusów z Ugandy do Indii, których nigdy nie widzieli (Sowell 2010, s. 168). Byt abstrakcyjny nie umiera nigdy. Stąd dziwne teorie dotyczące rozliczeń z niewolnictwem, lub np. oburzenie, że biały łatwiej dostanie kredyt w banku niż czarny (choć przecież to nie ze względu na kolor skóry lecz choćby wyższe przeciętne zarobki tj. zdolność kredytową!). Tam gdzie nie ma danych, milcząco zakłada się istnienie równości, tj, że wszystko jest cacy. Świat jest zawsze winny, a idee lewicy zawsze dobre (Sowell 2010, s. 174).

Następny rozdział dotyczy uczciwości intelektualnej, a raczej jej braku. Od prawdy ważniejsza jest wizja. Duranty, choć wiedział jaka jest prawda o ZSRR zniszczył karierę Muggeridge’owi, który powiedział ją głośno (Sowell 2010, s. 180). W Rosji i Brazylii są większe restrykcje co do posiadania broni a liczba przestępstw jest tam wyższa, dlatego lewica nigdy nie mówi o tej zależności, lecz o innej – między liczba sztuk broni, a liczba strzelanin, nie wspomną też, ze ataków bez użycia broni palnej też jest w NY więcej niż w Londynie na przykład (Sowell 2010, s. 184). Jakiekolwiek informacje które nie pokazują czarnych czy gejów jako ofiary są uważane za nudne (np. info, ze od 1994 roku odsetek ubóstwa czarnych par spada stale i ciągle jest jednocyfrowy), ponieważ liczy się nie ich dobrostan, a rola w epickiej opowieści inteligentów (Sowell 2010, s. 188). Utrzymuje się, na przykład że ilość podpaleń czarnych kościołów jest większa niż białych, a tak naprawdę jest taka sama. Historia też bywa przekłamywana; Theodore Roosevelt, który nie znał się na ekonomii i przeputał wiele pieniędzy w bezsensownych akcjach uważany jest za biznesmena, oczytany prezydent Truman za wiejskiego głupka, a płytki Adlai Stevenson za intelektualistę, Hoover – filantrop, za człowieka bez serca, przystępny sędzia Clarence Thomas – za odludka. Podobnie fikcyjną osobowość miewają narody; Gandhi został zastrzelony bo walczył z nietolerancją w Indiach, ale intelektualiści uczynili jemu współczesnych Hindusów jego wzorowymi klonami. Diderot, Shaw i inni idealizowali Rosję, a wszystko co wiktoriańskie jest zawsze ośmieszane, choć Wiktorianie położyli kres masowej biedzie i alkoholizmowi (Sowell 2010, s. 290).

Jean-Francosi Revel zauważał, że intelektualiści zbyt często piszą o „drganiach swojej duszy”, a nie o faktach (Sowell 2010, s. 214). Mimo to intelektualiści widza rzecz odwrotnie. Harold Pinter uważał, że nie ma powieści prawdziwych i nieprawdziwych. Paul Johnson pisał o tendencji czytelników którzy raczej widza w sobie coś nie tak, jeśli nie umieją zrozumieć współczesnego pisarza niż oczekują, że następnym razem pisarz wyrazi się bardziej zrozumiale (Sowell 2010, s. 216). Stąd neurastenia, buta i pogoń za nowym wśród pisarzy, bo ta sobie zaprogramowali odbiorców, by mieć swobodę i za nic nie odpowiadać.

Intelektualiści nie rozumieją prawa. Condorcet czy Dworkin uważali, że naturalna ewolucja prawa to bzdura, i powinna ja zastąpić wyrozumowana filozofia prawa (Sowell 2010, s. 235). Dlatego na przykład F.D. Roosevelt uważał, ze wolno mu wszystko czego przepisy nie zabraniają, choć każda kosntytucja opisuje to co władzy wolno, z domysłem, że co nie spisane w niej – tego nie wolno (Sowell 2010, s. 236). Stąd ten cały aktywizm sędziowski, rozpatrywanie konstytucji bez kontekstu historycznego kiedy była spisana oraz lewicowe bajania o dostosowaniu prawa do postępu technologii, o woli narodu itd. Uważa Sowell. Wymysłem lewicy jest tez „prawo nastawione na skutki”, to znaczy inżynieria społeczna udająca prawo jako przykład daje to Komitet Ocalenia Narodowego Robespierre’a (Sowell 2010, s. 262) i prawa majątkowe.

Lewicowy nacisk na prewencję (blame society), i rozumienie przestępcy pozbawia uczciwych obywateli prawa do obrony (w UK nawet nie mogą pogrozić bandycie plastikowym pistolecikiem), w latach 90 w USA przybyło broni, a UK nałożyła nowe restrykcje – przestępczość wbrew przewidywaniom elit zrosła w UK, a w USA zmalała (Sowell 2010, s. 281). Za Reagana było najmniej zamieszek rasowych bo prezydent ten w ogóle się nie zajmował niczym co miało „rasowe” w nazwie, za Johnsona były rekordowe zamieszki, bo Johnson nieustannie dłubał w tej tematyce. Lewica woli jednak brnąć w „substytuty więzienia” i „alternatywy” niż karać jak trzeba i zająć się prawdziwymi a nie abstrakcyjnymi przestępcami. Szkoda, że nie da się obliczyć ogromnych kosztów wdrażania w życie pomysłów intelektualistów, może wtedy by się opamiętali wzdycha Sowell (Sowell 2010, s. 291). Intelektualisci myślą, że istnieje coś takiego jak „wojny w ogóle”, choć nie ma czegoś takiego – każda wojna jest inna; ma inne przyczyny, skutki, przebieg i dynamikę (Sowell 2010, s. 293). Mimo to do 1918 roku wszyscy w zasadzie chwalili imperializm (Hitler tak samo jak Wilson), a po 1918 roku wszyscy chwalą pacyfizm (Churchilla uznano za idiotę i podżegacza choć chciał po prostu ostrzec naród brytyjski) – w każdej sytuacji, znowu postawa ważniejsza od faktów… W 1793 roku William Godwin uznał, że „kraj rozbrojony ergo - nie stanowiący żadnego zagrożenia dla innych nie może zostać zaatakowany”, to samo uznają Russell i Blum w latach 30 XX wieku. Weil za to zacznie uznawać każde panowanie za okupację wiec wszystko jedno czy francuska czy nazistowska (Sowell 2010, s. 325). Doprowadzając do rozbrojenia mentalnego i faktycznego elity ułatwiły zadanie państwom Osi. W latach powojennych Russell atakował ZSRR, ale potem w 1958 roku znów zaczął namawiać do jednostronnego rozbrojenia Zachodu. Walter Cronkite – tuza dziennikarstwa przedstawił wojnę w Wietnamie jako klęskę, choć została wygrana (Sowell 2010, s. 355). Z incydenty w Mai Lai zrobiono regułę, a regularne zbrodnie Vietkongu przemilczano. Wierzono w dobrą wole wszystkich ludzi tak dalece, ze pozwolono Wietnamczykom z Północy zmasakrować południowców. Dlatego dla inteligencji takim szokiem były uczciwe słowa Reagana o „imperium zła” – uważa Sowell, a taki strach wywoływał jego zwyczaj nie podpisywania żadnych traktatów „dobrej woli”, które nic nie zmieniały (Sowell 2010, s. 369). Inteligenci bali się, że Reagan wywoła wojnę swą twarda postawą, choć w zasadzie zakończył on (zimną) wojnę uczciwie stawiając sprawy. Dlatego przypisali zasługi Gorbaczowowi, by nie przyznać, że czasem siła i zdecydowanie sa lepsze niż puste wyrazy dobrej woli. Nad obiema operacjami w Iraku (1991 i 2003) roztaczano złe wróżby drugiego Wietnamu, a powiodły się, operacja Surge (2007) wyplenienia terroryzmu, wywołała sprzeciw Hilary Clinton, Teda Kennedy, Obamy, Paula Krugmanna i Johna Edwardsa, i właściwie wszystkich mediów w USA i przedstawiana była jako „oczywisty” nonsens w jaki wierzy tylko Dick Cheney, choć zakończyła się spektakularnym sukcesem – ilość ofiar miesięczna po stronie USA i Iraku spadła gwałtownie, a uchodźcy mogli wrócić do domów, zaś Irak mógł wreszcie stać się jedyną stabilną demokracją na Bliskim Wschodzie oprócz Izraela (Sowell 2010, s. 381). Generała Petraeusa oskarżono o kłamstwo zanim… cokolwiek powiedział. Lewica kłamała o Surge jeszcze przez dwa lata aż wreszcie otarła się o śmieszność. Patriotyzm, który kogoś innego sprowadziłby do refleksji, dla niej nie istnieje, już Godwin uznawał go w końcu XVIII wieku za „romantyczne bredzenie”.

Intelektualiści sami wynoszą się na ołtarze (np. Dreyfusowi pomógł więcej i wcześniej polityk Clemenceau, a nie intelektualista Zola, ale to intelektualiści opowiedzieli tą historię - Sowell 2010, s. 422), a są raczej balastem dla społeczeństwa uważa Sowell. Tworzą wielkie butne wizje w świecie, którego tak naprawdę do końca nikt nie rozumie, widzą społeczeństwa jako jeden scalony organizm, a sami dzielą je na plemiona (klasy, rasy itd. - Sowell 2010, s. 405, 426). W USA nie zdobyli takiej pozycji jak w Europie, dlatego polityka w USA jest ciągle bardziej realna niż europejska. W 1776 roku USA powstały w zasadzie bez elit, bo arystokracja europejska bała się rejsów przez Atlantyk, następnie w XX wieku zatriumfowała także w USA, utrudniając walkę z nazizmem i komunizmem, od czasu Internetu jej monopol na propagandę nieco zelżał (Sowell 2010, s. 408). Mylą się kosmicznie np. przed I wojną światową wychwalali eugenikę jako środek do walki o utrzymaniu dobrego IQ, choć badania wskazywały na podnoszenie się IQ (Sowell 2010, s. 414). Nie przewidzieli I wojny światowej, bo sami wierzyli we własny mit międzynarodowej solidarności klasy robotniczej (Sowell 2010, s. 415). Dziś, jeśli sa akademikami chroni ich dożywotnia profesura, nie musza odpowiadać za błędne analizy. Zachęcają uczniów do pobieżnego zajmowania się trudnymi problemami typu rozbrojenie atomowe na godzinnej lekcji, wtłaczając im brak szacunku do fachowej wiedzy (skoro każdy może niby rozwiązać ten problem w godzinę…), a więc zachęcają do pozerstwa intelektualnego tworząc więcej samochwałów-głupców jak oni sami (Sowell 2010, s. 413). Upierają się, że muszą dostarczać zwykłym ludziom sensu życia, choć głównie walczą z bogactwem i różnorodnością życia. Przekłamują historię w imię własnych chimer, swiadomie np. zapominając, że Zachód nie wymyślił niewolnictwa, za to doprowadził do jego zniesienie, wbrew oburzeniu Afrykanów i Arabów (Sowell 2010, s. 430), przedstawiają obraz kraju, który zachował wobec nich zdrowy sceptycyzm i nie pozwolił im rządzić wszystkim jak w Europie, czyli przedstawiają USA jako kraj egoistów, choć to mekka filnatropii i najcenniejszych laboratoriów medycznych, z których korzysta cały świat (Sowell 2010, s. 433). Inteligencja lubi odmieńców, bo sama stara się być za wszelką cenę kimś innym niż przeciętny człowiek (Sowell 2010, s. 437), dlatego zachęcają muzułmanów do łamania zachodniego prawa (Sowell 2010, s. 424) i zrównują pracusiów z leniami (Sowell 2010, s. 434). Myślę, że książkę Sowella powinien przede wszystkim przeczytać każdy inteligent by zastanowić się ile z jego poglądów to chimery, a ile wnioski z obserwacji rzeczywistości, w celu pozbycia się chimer i mód intelektualnych, ergo wdrożenia naprawdę samodzielnego myślenia.

PN

piątek, 15 czerwca 2018

Douglas Murray: "Przedziwna śmierć Europy"

Są takie książki, które każdy powinien przeczytać. Należy do nich dzisiaj praca brytyjskiego liberała i sekularysty Douglasa Murray’a: „Przedziwna śmierć Europy. Imigracja – tożsamość – islam” (przeł. Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Zysk i S-ka Poznań 2017.Obraz jaki wyłania się z książki Murraya, gdyby go przedstawić chronologicznie jest następujący. W XVIII wieku już przewidziano pewne problemy jakie dziś na nas nastają. W 1795 roku Immanuel Kant mówił, że woli „państwa od powszechnej monarchii, gdyż wraz z powiększaniem się zakresu rządów prawa, coraz bardziej tracimy swoja sile i bezduszny despotyzm po wyplenieniu zalążków dobra ostatecznie się przemieni w anarchie” (s. 233), wypisz wymaluj UE wraz z jej konwencją dublińską (2013), Schengen i euro, które powodują, że „Europa z domu narodów europejskich staje się domem całego świata” (s. 9).

Murraya dziwi naiwność mulikulturalistów, którzy liczyli, że np. Arabowie staną się Europejczykami, choć przecież Europejczycy nie mają możności stania się z dnia na dzień np. hindusami czy chińczykami (s. 11). Multikulturalna przygoda zaczyna się w latach 60, jeszcze przed osławionym 1968 rokiem. De Gaulle otwiera Francję na masową imigrację algierską (s. 37). W 1962 roku ustawa Commonwealthu mająca ograniczyć imigracje ma przeciwny efekt, bo nieopacznie zlikwidowano wymóg zagwarantowanej pracy na miejscu (s. 24). Już w 1968 roku w sondażu Gallupa 75% Brytyjczyków uznało że przepisy imigracyjne są za mało restrykcyjne (s. 25), ale rządy wiedziały swoje. Houari Bumedien ostrzegał już w 1974 r. (s. 192), Frits Bolkenstein z VVD w 1991 roku (s. 176), podobnie twórca pojęcia „Leitkultur” Bassam Tibi (s. 137) i Jean Raspail, ale minister ds. azylowych w rządzie Blaira, Barbara Roche żydówka z pochodzenia twierdziła: „UK to kraj imigrantów … samo mówienie o imigracji jest rasistowskie”, nic dziwnego, że od 1997 roku imigracja w UK 30 od wymknęła się spod kontroli (s. 30). Wszyscy biali rzucają się w manię przepraszania (nawet Szwecja biczuje się o kolonializm choć nie miała kolonializmu, s. 322), gdy tylko upada ostatnia idea Zachodu „muskularny liberalizm” pozimnowojenny (s. 289). Clinton niemal na kolanach przeprasza czarnych wiele razy (s. 221), Australia aborygenów, Kanada Indian i Eskimosów; wszyscy są „zmęczeni historią” (Geschichtsmuede) i dręczeni wyrzutami sumienia; tylko Europa Wschodnia zachowuje trzeźwość umysłu. Zachód traci pewność siebie; filozofowie tak mówią by nic nie powiedzieć. Sztuka popada w prostacki dekonstruktywizm (Europa) i pustą ironię (USA, s. 357) Politycy wahają się miedzy równymi metodami asymilacji; do 2005 roku brytyjscy zakochują się we francuskim wzorze laicite, ale potem zamachy we Francji niszczą i te kruche nadzieje (s. 149).Konserwatyści brytyjscy nie zmienili tego trendu obwiniania i masowej imigracji, nie tylko dlatego, że szyki psuły im interwencje w Iraku (2003) i Libii (2011). Sarah Spencer po latach przyznaje: „po prostu wierzyliśmy ze imigranci się zintegrują”, dlatego nie było planu B (s. 83). W 2006 roku premier szwedzki Reinfeld uznaje, że „tylko barbarzyństwo jest szwedzkie, cały rozwój pochodzi z zewnątrz” (s. 325), w 2006 roku muzułmanie atakują i ateistyczną duńską gazetę, i Benedykta XVI, mimo to Europa nie zwiera szyków (s. 193).

Obecnie w UE pełno rodzimych młodych nie ma pracy, więc imigracja masowa jest bez sensu (s. 70). Imigracja podraza koszty życia, i powoduje że rodzi się jeszcze mniej Europejczyków, imigranci zabierają miejsca w szkołach, obciążają budownictwo (co roku w UK powstaje dla nich jakby miasto wielkości Liverpoolu), biali rodzice wykosztowują się by mieszkać wśród Europejczyków i czasem już nie starcza na planowanie dzieci (s. 55-58). Chlubnym wyjątkiem jest PiS, który daje im 500+ (s. 66). Japonia i chiny sobie radzą bez masowej imigracji (s. 81). Powstała z myślą o pomocy w laicyzacji muzułmanów we Francji, rada CFCM wyrasta na islamistycznego pośrednika miedzy Francją a zwykłym muzułmaninem (s. 173) i zamiast pomagać laicyzacji żąda kar dla Houllebecqa za krytykę Koranu (s. 191) : https://www.theguardian.com/books/2002/oct/22/islam.religion W roku 2009 w Oslo wszystkie gwałty popełnili niezachodni imigranci (s. 77). Już w 2009 roku Włosi uznali repatriacje za zbyt kosztowne i zaniechali ich (s. 88). Od 2011 roku na wyspę Lampedusa przybywały setki lodzi dziennie. Topielcom dawano żywność, łodzie palono po wyłowieniu. Przybywali głownie biedni, choć raz zawinął elegancki jacht z Syrii (s. 90). Wielu przybyszów widziało, ze obiecana w Libii praca to prostytucja.

W roku 2013 wchodzi w zżycie konwencja dublińska (s. 236), która mówi, że kto dotarł do jednego kraju UE, może od razu prosić o azyl. Włosi woleli udać, ze nie widza niektórych tłumów, by o azyl prosili gdzie indziej, stąd problem. W lipcu 2013 Franciszek I odwiedził Lampedusę i potępił globalną obojętność; dostał brawa (s. 92). 3 października 2013 statek z libijskiej Misraty tonie u wybrzeży Lampedusy. Marynarka włoska w ramach operacji Mare Nostrum wyławia odtąd topielców, potem wspomaga ją też Frontex (operacja Tryton), odtąd przemytnicy mogą używać jeszcze gorszych łodzi (s. 93). Na łodziach dzieją się dantejskie sceny. Tunezyjczycy i Syryjczycy wypychają czarnych z najlepszych miejsc na statkach, lub za burtę (s. 95). Tymczasem w lutym 2013 roku w Kopenhadze zamachowiec islamski zaatakował Larsa Hedegaarda, duńskiego redaktora portalu „Dispatch International.

W maju 2014 roku w Turcji aresztowano 26-letniego Libańczyka, oskarżonego o zamach na życie Larsa Hedegaarda”, jednocześnie kryzys migracyjny przybrał na sile. W całym 2014 roku Malty i Sycylii przybyło 170 tysięcy imigrantów. Afgańczycy zazdrościli Syryjczykom sympatii Zachodu, choć w Afganistanie wojna trwa przecież dłużej (s. 123), z zazdrości czasem ich topili. By dotrzeć do Grecji wystarczają łodzie plastikowe, a pogrążona w kryzysie Grecja nie daje sobie rady z masą ludzi. W grudniu 2014 roku kapitan z Kamerunu obwinia pastora z Nigerii za sztorm w drodze do Hiszpanii i każe go wyrzucić za burtę (s. 101), ale 31 grudnia 2014 roku Merkel to Niemcom (PEGIDA) wytyka uprzedzenia i chłód (s. 107). Francja nie kontoluje sytuacji ze względu na antyrasistowskie przepisy wynikające z dawnego koszmaru Vichy, że nie można robić statystyk o rasie i wierze (s. 158), „na szczęście” imigranci i tak maja Francję za kraj rasistowski i ją raczej omijają. W listopadzie okazało się, że Turcy wypuścili zamachowca na życie duńskiego dziennikarza:

„…Premier Danii, Helle Thorning-Schmidt, powiedziała dziennikowi „Politiken”, że zwolnienie podejrzanego o próbę zabójstwa Hedegaarda było „nie do pojęcia”. „To niewiarygodnie niezrozumiałe i niemożliwe do zaakceptowania posunięcie. Nadal czekamy na wyjaśnienie, dlaczego podejrzany nie znajduje się w areszcie w Turcji. Nie powinno być żadnych wątpliwości, że ta sprawa nie jest zamknięta”, dodała premier. Duńska minister sprawiedliwości Mette Fredriksen powiedziała, że 19 października Turcja przyznała się do zwolnienia podejrzanego o zamach na Hedegaarda, jednak nie wyjaśniła dlaczego. Delegacja urzędników duńskich odwiedziła Ankarę celem zweryfikowania pogłosek o tym, że 27-letni Duńczyk pochodzenia libańskiego, aresztowany w Turcji w kwietniu za domniemaną próbę zamachu lutego 2013, został zwolniony. Zamach nie powiódł się, bo zacięła się broń zamachowca. Uciekł on z Danii, jednak zgłoszono, ze został aresztowany na lotnisku w Stambule, gdy próbował wjechać do Turcji używając fałszywego paszportu. „To przerażające – komentuje Lars Hedegaard. – Z tego co zrozumiałem z wypowiedzi minister sprawiedliwości, zwolnienie podejrzanego zostało potwierdzone, jednak nie ma żadnej informacji kiedy, ani dlaczego tak się stało”. HedegaardYildiz Akdogan, polityk pochodzenia tureckiego i była posłanka do duńskiego parlamentu z ramienia socjaldemokratów, również jest zmieszana całą sytuacją; uważa, że Turcja źle ją rozegrała. „Nie wierzę, że Dania od razu uzyska odpowiedzi, ale potrafię sobie wyobrazić, że Ameryka zadaje pytania”, powiedziała Akdogan dziennikowi „Berlingske Tidende”. Larsa Hedegaarda w 2011 skazano za używanie „mowy nienawiści”, kiedy w komentarzach na temat muzułmanów użył zdania: „Dziewczynki w rodzinach muzułmańskich są gwałcone przez swoich wujków, kuzynów lub ojców”. Wyrok został skasowany przez Sąd Najwyższy w 2012 roku… (https://euroislam.pl/niedoszly-zabojca-krytyka-islamu-uwolniony-w-turcji/ ).

W 2015 roku ujawnia się pycha rządzących, którzy sądzą że panują nad sytuacją. W 2015 roku Theresa May obiecuje pomoc dla Azji i Afryki, nie zważając na to, że to także oznacza więcej pieniędzy dla przemytników ludzi i wzrost imigracji (s. 80). 15 marca 2015 Orban krytykuje narody Europy Zachodniej „uśpione obfitością” (s. 299). Latem 2015 roku granice wracają. W tym czasie włoska działaczka ruchu bez granic nie zgłasza na policję, że grupa Sudańczyków ją zgwałciła (s. 259), gdy potem to jednak zrobi wiele NGOsów okrzyknie ją „mściwą”.

W lipcu 2015 Merkel doprowadza palestyńską dziewczynkę do płaczu tłumacząc, że „polityka jest twarda”, potem puszczają jej hamulce i zmieni zdanie otwierając się na imigrację. W lipcu rząd Węgier buduje płot przy granicy serbskiej, zaraz potem przy chorwackiej. Wszyscy potępiają Węgrów, ale wkrótce ich będą naśladować. 25 sierpnia na Twitterze urząd migracyjny RFN ogłasza, że już nie egzekwuje wobec obywateli Syrii procedur dublińskich (s. 109), Niemcy zapominają dodać, że ich granice nie są z gumy. Merkel zapewnia: „wir schaffen das” jakby na wzór we can do it Obamy. Z 400 tys imigrantów sunących przez Węgry tylko połowa stara się o azyl w tym kraju, reszta chce do RFN. W Grecji kompletny chaos - burmistrz Lesbos i samos nie współpracują w sprawie migracji (s. 113); Syryjczycy rzucają w nich kamieniami, a inni próbują powstrzymać kolegów. W sierpniu 2015 roku Bułgaria zamyka granicę z Turcją.

We wrześniu 2015 roku idealizm i pycha sięgają bruku. Austria przywraca kontrolę na granicy z Węgrami, RFN – na granicy z Austrią; 13 września minister de Maziere oświadcza, że kontrola będzie przywrócona; ministrowie niemieccy są wyraźnie przerażeni tym co wyprawia kanclerz (s. 239). Także we wrześniu 2015 roku Merkel prosi Zuckerberga o zwalczanie komentarzy anty-imigracyjnych na Facebooku, co wywołuje skandal, a władze węgierskie oświadczają, że nie dają sobie rady z napływem migrantów (próbują zniechęcić ich nie pozwalając na odjazd pociągami do Niemiec - s. 238). W połowie września Budapeszt wprowadza stan wyjątkowy i zamyka granicę z Austrią, ta zaś buduje płot na granicy ze Słowenią. Na pytania lewicowych mediów czym się ten płot różni od węgierskiego, padają żałosne odpowiedzi typu: „ten płot to drzwi z przedłużonymi bokami”. We wrześniu także policja z Turyngii nakazuje rodzicom nie wypuszczać skąpo ubranych córek na dwór, a Merkel poucza pewną mieszkankę Berna w Szwajcarii o Biblii i współczuciu, niemieckie lewackie media wyją z zachwytu. Rouhani w Iranie wytyka ambasadorowi Wegier zle radzenie sobie z migracją (s. 410), a UE zachęca Macedonie do zamknięcia granicy z Grecją, co Macedonia czyni, praktycznie wyoutowując Grecję z Schengen. Napływ zostaje zatrzymany, ale problem trwa dalej. W październiku 2015 roku wzburzeni imigranckimi gwałtami Szwedzi podpalają domy azylowe; odtąd rząd będzie ukrywał ich lokalizację (s. 329). Okazuje się, że około 80% szwedzkich policjantów chce rzucić robotę. W Kassel burmistrz dzielnicy oświadcza wzburzonym Hesom, że jeśli nie akceptują unijnej polityki imigracyjnej, mogą wyjechać z RFN (s. 413), a w Szwecji Ingrid Lomfors przekonuje, że imigracja to nic nowego, że każdy jest migrantem i że nie ma czegoś takiego jak szwedzka kultura (s. 166) Tymczasem Orban krytykuje Sorosa za naciski na jego rząd i na Brukselę.

Dnia 13 listopada 2015 wydarza się tragedia w paryskim klubie Bataclan. Zapytana paryżanka oświadcza dziennikarzom, że sprawa staje się poważna, bo „te zamachy dotknęły wszystkich paryżan, a wcześniej ginęli tylko żydzi, dziennikarze albo karykaturzyści (s. 253) Szwedzka wiceminister Aka Romson z Partii Zielonych ogłasza zamkniecie granicy i płacze (s. 244). Dwa tygodnie po masakrze w Bataclan premier Francji Manuel Valls ogłasza, że Republika Francuska przyjmie najwyżej 30 tysięcy uchodźców, czy też „uchodźców”, i krytykuje Merkel: „to nie Francja powiedziała: „przyjeżdżajcie”…”. W grudniu New York Times opisuje norweski kurs postępowania z kobietami dla imigrantów, i ich odpowiedzi, gdy zdumieni dowiadują się, że nie wolno kobiet gwałcić i napastować jeśli się ma ochotę, jak np. w Etiopii. W styczniu 2016 roku kom. Timmermans przyznaje, że większość fali ludzkiej z 2014 i 2015 roku to imigranci ekonomiczni, a nie uchodźcy. W maju 2016 roku Robert Fico ogłasza: „Na Słowacji nie ma miejsca dla islamu … nie chcemy by charakter nasz kraju się zmienił”. Latem 2016 roku UE płaci Turcji 6 mld by turecka flota zablokowała migrację. Politycy niemieccy kłamią potem, że problem ustąpił sam (s. 374). Schauble apeluje o stworzenie „niemieckiego islamu” (s. 203). Właściwie basenu w Niemczech chwali się, że syryjski ratownik trzyma w ryzach rodaków, choć powinien był zastanowić się, czemu słuchają tylko rodaka. Także latem 2016 roku zamachowiec kłuje nożem pasażerów w pociągu w Bawarii, a posłanka Partii Zielonych, zamiast martwić się ofiarami, punktuje Polizei za to, że zamachowca zabili, zamiast zranić W lipcu 2016 w UK proimigranckie opinie przejawiało wg badań Ipsos tylko 36% ankietowanych, a był najbardziej proimigrancki wynik w UE (s. 361). We wrześniu 2016 roku Merkel dla dobra wyborów i szans CDU w nich, przyznaje i kaja się, iż „wir schaffen das”, było „nieprzemyślanym pustym frazesem” (s. 377).

„Trzeba było zamachów by znudzona historią i dobrobytem Europa sobie przypomniała w co wierzy (s. 416). Jednak do rozwiązania problemu daleko; w demokracji odpowiedzialność jest bowiem zbyt rozrzedzona (s. 390). Australijczycy już wiedzą, że lepiej zadbać o topielców poza krajem, ale UE choć wie, że np. Jordania mogłaby być naszym Nauru czy Manus, nadal nie ma pomysłu co dalej (s. 387), poza płaceniem haraczu Turkom, który dość wybiórczo pilnują szlaków migracji.

czwartek, 14 czerwca 2018

Francis Wheen: "Marks kapitał - biografia"


Książka Francisa Wheena: „Marks kapitał – biografia” (Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA) opowiada nam o specyfice opus vitae Karla Marxa



Według Marxa siła robocza jest towarem, gdyż powoduje że obrobiony surowiec staje się jako gotowy produkt więcej wart, stosuje to zasadę Adama Smitha („popyt na ludzi jest jak popyt na każdy inny towar”). Marx wykalkulował sobie, że pracując 6 godzin dziennie robotnik zwykle pokryje koszty utrzymania samego siebie, przyuczenia dzieci do zawodu itd., dalej to czysty zysk pracodawcy, a skoro w 1850 Factory Act ograniczyła tydzień pracy do 60 h realnej pracy, to był już wyzysk (s. 51). Kapitał jest pracą umarłą, która jak wampir wysysa pracę żywą uważał Marx (s. 52). Wprowadzanie maszyn do pracy jednak uważa za zawsze zgubne dla robotników; mechanizacja zwiększa rywalizację o miejsca pracy i utrudnia pozycję negocjacyjną robotników i tworzy z nich rezerwową armię przemysłowa zatrudnianą za grosze lub w ogóle – to zjawisko nazwał pauperyzmem (s. 55). Spadek płac jest według Marxa relatywny, a pauperyzm miał obejmować najniższa warstwę robotników, pamiętając o tych zastrzeżeniach, zżarty  Samuelsona z Marxa nie są już tak śmieszne uważa Wheen (s. 57). W latach 70 pisano, ze niedługo nikt nie będzie musiał pracować, jednak przeciętny brytyjski pracownik pracuje dziś 80 tys godzin, a w 1981 roku było to 69 tys. Czyżby Marx miał rację, ze wzrost produkcyjności wcale nie daje wytchnienia pracownikom? Czyżby kapitalizm zabijał własność w tym zwłaszcza własność wytworów własnej pracy? (s. 69).



Marx nie był wcale skrajnym deterministą, uważał ze ludzie tworzą historię jak Ludwik Bonaparte, ale nie tworzą jej dowolnie (s. 65). Nie zawsze pisze zupełnie poważnie, wiele ironizuje, i świadomie przesadza, co umykało jakoś badaczom przez 140 lat czytania jego dzieł (s. 74). W 1872 roku carska cenzura zezwoliła na publikację „Kapitału” w Rosji, gdyż uważano, ze w tym rolniczym kraju, nie ma proletariatu, który mógłby się dać podburzyć (s. 83). Marx nie cenił Brytyjczyków, przypisywał im „dar powściągliwej tępoty” (s. 84). Największy obrońca kapitalizmu Joseph Schumpeter, w sumie ceni Marxa (s. 109).
Może jednak nie warto wylewać Marxa z kąpielą? Tylko pamiętać o tym ironizowaniu?

środa, 13 czerwca 2018

Anglomania w XVIII stuleciu

Anglomania była jednym z czołowych zjawisk w filozofii, polityce i sztuce XVIII wieku. Przejawiała się w bezgranicznym uwielbieniu wszystkiego co angielskie, zwłaszcza angielskiego ustroju politycznego w jego wyidealizowanej wersji wolteriańskiej i monteskiuszowskiej.  W XVIII wieku angielska kultura promująca naturalność, powagę (spleen) i liberalizm polityczny staje się kontr-wzorcem dla królującego od połowy XVII wieku francuskiego wzoru centralizmu monarchicznego, formalizmu i dowcipu.
Nie wszyscy jednak filozofowie czyli intelektualiści osiemnastowieczni byli anglomaniakami, np. ustrój brytyjski krytykował markizm Rene d’Argenson, podobnie kawaler Louis de Jaucourt - dobrze znający anglików członek Royal Society, który zarzucał anglomaniakom  niepatriotyczną postawę. Zjawiskiem anglomanii dziś zajmują się głównie francuscy historycy jak Claude Bruneteau,  Bernard Cottret oraz brytyjscy Richard Butterwick.



Fascynacja Anglią miała wiele twarzy.  Niewątpliwy anglofil, Louis Sébastien Mercier odróżniał mądrą i wspartą wiarą w lepszość brytyjskich instytucji anglophilie i bezmyślne naśladownictwo obyczaju i stroju angielskiego – anglomanie:


„...Czy nigdy nie weźmiemy od Anglików nic prócz odzienia? Maja i oni głupców, ale u nich głupota bierze początek z pychy, u nas zaś głupcy powodują się tylko próżnością. Mają i oni ludzi występnych, lecz ludzie ci do swych występków nie dodają przynajmniej obłudy. Mają złodziei, lecz ci złodzieje zachowują jeszcze cień zacności; nigdy nie okradną cie do szczętu, dzielą się łupem z ofiarą i nie przelewają krwi jak złodziej we Francji. Bodajby mnie okradziono po angielsku!. Ale nasi złodziejaszkowie poczynili nie większe postępy niż nasi współcześni głupkowie, rzekomi naśladowcy brytyjskich obyczajów... (Mercier 1959, s. 276)”.


 We Francji anglomanię hamowały nieco wojny z Wielka Brytanią, w innych krajach kontynentu europejskiego był to trend bardziej stały, stale przybierający na sile idąc ku końcowi wieku XVIII. Wielka Brytania z racji swego potencjału demograficznego miała z definicji większe szanse na stanie się wzorem ustrojowym, większe niż mała ludnościowo Holandia, która nadawała ton w malarstwie i biznesie w wieku XVII, ale uległa osłabieniu w wieku XVIII, i Szwecja, która również traci status potęgi w wieku osiemnastym, a w 1718 roku zmienia ustrój na parlamentarny (tzw. Czas wolności – frihetstid: 1718-1772), stając się, choć na krótko pewnym źródłem inspiracji. Anglia to kraj ludny i potężny już w XVII wieku, jednak by w ogóle uznano, że warto w czymkolwiek naśladować Anglików, musieli oni po pierwsze przedstawić interesującą alternatywę polityczną wobec dominującego wówczas absolutyzmu. Taką alternatywą była konstytucja 1689 roku zwana kartą praw (bill of rights), pierwsze prawdziwie liberalne ustawodawstwo w Europie. Jednak państwo takie musiało jeszcze działać; to działanie udowodniło w 1713 zmuszając najpotężniejszego monarchę Europy Ludwika XIV do niekorzystnego dlań traktatu pokojowego w Utrechcie. Wówczas już wszystkie oczy zwrócone były na Anglię. Szokiem było to, że w tej epoce upadku republik (Holandia, Wenecja) i wzrostu sił monarchii (Prusy, Rosja) brytyjski „ustrój mieszany” (monarchia mixta)  wysunął się na prowadzenie. Książę Marlborough to pierwszy brytyjski wódz znany  wszystkim Europejczykom. Nowy brytyjski ustrój ustalił się za rządów premiera Roberta Walpole’a (1721-1742), i charakteryzowano go jako parlamentarna-gabinetowy. Rola króla stała się raczej bierna, głównie wspierał on premiera.


Francuscy obserwatorzy nie zawsze trafnie diagnozowali ów ustrój. Brytyjska polityka była dla nich zbyt hałaśliwa i niezrozumiała. Znakomitym przykładem jest tu Montesquieu, który choć nie rozumiał do końca jak działa angielski rząd,  znajdował się pod mocnym wpływem nauk Henry’ego St. John, wicehrabiego Bolingbroke (1678-1751), od którego przejął ideę podziału władz. Monteskiusz był w Londynie w 1734 roku i zapoznał się szczegółowo z politycznymi przekonaniami przeciwników rządu  Walpole’a (Butterwick 2000, s. 62-63). Montesquieu wziął plany Bolingbroke’a i jego kręgu za rzeczywistość i nie zauważył, że między królem a parlamentem nie ma aż takiej idealnej równowagi sił, która potem Montesquieu będzie promował jako podział władz, tj. model w którym dwie władze konkurują o wpływ na obywatela, ograniczając się nawzajem, dzięki czemu obywatel ma nieco oddechu. Brytyjczycy np. David Hume, dziwili się, że francuscy intelektualiści nie dostrzegli, że parlament jest znacznie silniejszy od króla; z drugiej jednak strony Hume dostrzegał organizacyjną przewagę swojego kraju nad Francją (opisując Calais użył sformułowania: „mało sensownej działalności”).


Do Anglofilów należy też zaliczyć Voltaire’a. Gdy Voltaire przybył w maju 1726 roku do Londynu okazało się, że bankier który miał pieniądze na pobyt – Mendes da Costa zbankrutował wkrótce po ich otrzymaniu. Został bez pieniędzy gdy wszyscy jego Brytyjscy znajomi byli w swych wiejskich posiadłościach poza stolicą. Po pierwszym dobrym wrażeniu jakie wywarła na nim brytyjska stolica rozczarowały go plotkujące o potknięciach znajomych damy (Parker 2005, s. 50). Pomógł mu kupiec Everard Fawkener, kupiec handlujący z Syrią (wtedy turecką), inspirator wielu motywów orientalnych u Voltaire’a. Politycznie Voltaire trzymał z torysami Bolingbroke’a, ale i szef wigów premier Robert Walpole dał mu wydawniczy grant w wysokości 200 funtów (Pearson 2005, s. 79). Również Jerzy I dał mu 100 gwinei by podkreślić, że cieszy się z obecności Francuza w swoim kraju (Parker 2005, s. 51). Po powrocie z prowincji po kilku miesiącach od przybycia V do Londynu, zaopiekował się nim Bolingbroke u którego bywał wieczorami (Leithäuser 1961, s. 58); dzięki niemu Voltaire poznał Pope’a, a w 1727 roku - Swifta; powiastka filozoficzna Voltaire’a Mikromegas z 1752 będzie nawiązywała do Guliwera (1726). Locke został ulubionym filozofem Voltaire’a, a on sam jego kontynuatorem. Książę Newcastle pomagał mu przy druku poematu „Henriada”, który we Francji napotykał na mur cenzury. Wydanie było luksusowe (Leithäuser 1961, s. 64). Listę subskrypcji otwarto w styczniu 1728 roku (Parker 2005, s. 61). Przez pewien czas zastanawiał się czy nie pozostać w Anglii, zwłaszcza, że koniec regencji we Francji (1726) nie zapowiadał nic dobrego dla liberalnych pisarzy (Leithäuser 1961, s. 61).   Wielkie wrażenie wywarł na poecie uroczysty pogrzeb Newtona, szacunek dla naukowców, pisarzy, aktorów i aktorek nad Tamizą. Voltaire prawdopodobnie celowo idealizował Anglię, gdzie pisarzy tez przecież jak np. Defoe, czasem prześladowano, ponieważ chciał przede wszystkim oświecać Francję (Gay 1959, s. 44). Jego listy filozoficzne o Anglii były pierwszym de facto pismem politycznym francuskiego oświecenia, bo Listy perskie Montesquieu były zbyt subtelne i nie przemawiały wprost (Gay 1959, s. 48). W marcu 1729 wrócił Voltaire do Paryża, a właściwie do Saint Germain en Laye, gdzie które ubił interes na loterii La Condamine’a, wkrótce zakazanej przez władze (Pearson 2005, s. 87). Niedługo potem zmarła uwielbiana przez cały kraj i przez niego aktorka Lecouvreur. Wzburzyło poetę, że została ona potraktowana jak grzesznica i musiała być pochowana ukradkiem. Cały lud paryski czytał pismo jakie jej poświęcił (Parker 2005, s. 69), ale  nikt głośno nie zaprotestował prócz Voltaire’a nawet potężny marszałek Maurycy Saski, choć oburzeni byli wszyscy. Ulotkę przekazywano z rąk do rąk (Leithäuser 1961, s.78). Voltaire celowo przedstawił elity brytyjskie jako bardziej otwarte na nowych ludzi niż były w rzeczywistości, ale jak twierdzi Butterwick różnica między Francją AD 1730 mogła być większa niż oboma tymi krajami AD 1780 (Butterwick, s. 61). Voltaire spierał swiez e swoim przyjacielem i zwolennikiem modelu szwedzkiego, Argensonem który ustrój jest najlepszy. Locke też został sprzedany Francji i reszcie kontynentu w wyidealizowanej wersji wolteriańskiej, bardziej deistyczny i tolerancyjny niż był w rzeczywistości. Całe życie będzie się Voltaire wahał miedzy oświeconym absolutyzmem Fryderyka II a modelem angielskim. Do końca życia będzie uważał, że Anglicy mają najwięcej wolności w Europie, choć odwiedzający go Anglicy mówili mu czasem, że różnica jest mniejsza niż przypuszcza. W listopadzie 1752 roku Voltaire pisał do madame du Deffand z Prus, że wprawdzie naśladuje się już we Francji angielskie teorie w fizyce i innych naukach, angielskie rozwiązania dotyczące aparatu finansowego państwa i technologii budowy okrętów, ale wciąż nie są chętni by naśladować angielską wolność poglądów (Gay 1959). 


Filozofowie całej Europy nawet jeśli niekoniecznie zostawali anglofilami czy też anglomanami. Vincenzo Martinelli przybył w 1748 roku do Londynu i podobnie jak Montesquieu wziął idee polityczne (tym razem wigowskie)   za rzeczywistość. Europa poznawała angielski ustrój głównie przez prace Voltaire’a i Montesquieu. Herdera zainspirowała teza Montesquieu, że wolności brytyjskie wywodzą się z lasów Germanii. Georg Lichtenberg i Goethe podziwiać będą naturalność angielskich manier i dramatu, August Schloetzer – angielskie instytucje i liberalizm.


Monarchowie o pretensjach filozoficznych, bardziej (Fryderyk II) lub mniej liberalni (Katarzyna II), zachowywali wstrzemięźliwość wobec brytyjskiej polityki, ale wysyłali ludzi do Anglii by uczyli się nowych technik rolnych i przemysłowych. W dziedzinie sztuki Katarzyna II została anglomanką całkowicie: „nie lubię fontann, które torturują wodę”, Fryderyk II pozostał gallofilem (pałac Sanssouci w odróżnieniu od np. pałacu Leopolda von Anhalt-Dessau był całkowicie francuski), ale interesował się jedynie technikami brytyjskimi w rolnictwie i industrii, no i politycznie bliższy był liberalnemu wolterianizmowi. Fryderyk Wielki i Józef II lekceważyli Anglię ze względu na cykl wyborczy, parlamentaryzm i (przejściowe, jak się miało okazać) kłopoty w wyłonieniu silnego gabinetu. Obaj monarchowie uważali, że z tego powodu na Brytyjczykach nie można polegać, a potęga Wielkiej Brytanii wkrótce upadnie (Sorel 1981, s. 91-98).


Szanujący się anglofil czy też angloman francuski czy niemiecki był ubrany w charakterystyczny sposób. Purytańska jeszcze Anglia czasów republiki Cromwella (1649-1660) zakazywała wwozu efektownych francuskich koronek, zwłaszcza tych z dodatkiem złota. Stały się ona bardzo drogie, ponieważ można było je uzyskać jedynie dzięki ryzykownemu szmuglowi (Goldenberg 1904). Koronki haftowane złotą nicią były typowe dla XVII wieku dla mundurów i strojów dworskich obojga płci. Królowa Anna Stuart (pan. 1702-1715) uznając, że elity Anglii zbytnio się wykosztowują na te złote nici zakazała importu. Za panowania Jerzego II (1727-1760) znowu zakazano importu (też niezbyt skuteczny był ten zakaz), tym razem jednak także ze względów ideologicznych. Jerzy II żądał patriotyzmu ekonomicznego i praktycyzmu od swoich obywateli. Także więc na kontynencie, anglomani utożsamiać zaczęli już w pełni skromność i praktycyzm, oraz dyskretną elegancję z „angielskimi” przekonaniami; np. tym że klasy społeczne powinny się mieszać, a tolerancja religijna i dla odmiennych opinii jest ważna. Utylitaryzm i naturalność uwiodły wielu. Praktyczny strój redignote, obszerny płaszcz z szerokim kołnierzem, używany w Anglii przez szlachtę i mieszczan do podróży konnej wyewoluował w ostatnich dwóch dekadach XVIII wieku w gustowny strój męski i damski.
Anglofil czy też angloman, miał też charakterystyczny styl zachowania. Cechą podstawową była powaga. Hume mawiał, że pije sie lepiej z Francuzami, ale rozmawia z Anglikami. Purytansko-filozoficzna powaga stała się nowym trendem. Charles Hanbury Williams, mentor Stanisława Poniatowskiego, przyszłego króla, zalecał mu być po angielsku poważnym i unikać francuskiego humeur (Butterwick 2000, s. 107). W pisarstwie nakazywano wzorem Fieldinga i Richardsona więcej nurzać się w uczuciach, i unikać francuskiego stylu anegdotycznego. 


Rekordy w Anglomanii bił Palais Royal, czyli alternatywny dwór francuski skupiony wokół Ludwika Filipa Orleańskiego  (1747-1793), księcia Chartres. Tam za zasady uwielbiano wszystko co angielskie, z kolej inni popadali w drugą skrajność, co wykpiwał wspomniany już anglofil Louis-Sébastien Mercier, autor m.in. niekorzystnego dla Paryża tekstu: Parallèles de Paris et de Londres:


„...Domorośli politycy z tarasu Tuilerii są przeciwko Anglikom; gadają tylko o tym; jakby tu lądować w Anglii, zająć i spalić stolicę; a choć wszyscy się z nich śmieją, ten pogląd na Anglików nie różni się od sądu możnych tego świata... (Mercier 1959, s. 46)”.
A oto jaką wyższość widział Mercier w brytyjskim ustroju i charakterze:  „…W monarchii trzeba być gładkim sybarytą, wyzbytym dzielności; jedyną pociechą są tu próżne rozkosze zbytku. Tylko republikanom przystoi szorstkie wzięcie, zamaszyste ruchy i harde spojrzenie, które idzie w parze ze śmiałym sercem i miłością ojczyzny… Wolę patrzeć jak w Londynie lud bije się na pięści i upija w szynku, niż widzieć, jak w Paryżu nie śmie unieść głowy, zatroskany, niespokojny, sponiewierany… (Mercier 1959, s. 45)”.


 Można przypuszczać, że Londyn był zbyt duży by władze mogły sprawować nad nim jakąkolwiek kontrolę, zwłaszcza przy więcej niż skromnym aparacie policyjnym, a więc Londyńczycy mogli być bardziej anarchistyczni niż republikańscy. I czy lepsze położenie Londynu pod względem ekonomicznym (wielki port) nie tłumaczy różnic w wyglądzie mieszkańców. Nie we wszystkich sprawach Mercier jest zwolennikiem swobody wyboru. Chwalił m. in. to, że król Prus Fryderyk II Wielki zabronił urządzać loterii, podczas gdy z powodu innej, zorganizowanej w 1783 roku przez generalnego kontrolera finansów Henri Lefèvre’a, markiza d'Ormesson (1751-1808) Paryżanie tracili całe majątki.


 Jednak wybujały indywidyalizm, albo jak kto woli brytyjska swoboda w kultywowaniu własnego charakteru, co dziś nazwalibyśmy kreatywnością i smaorealizacją, rzucało się w oczy anglofilom z kontynentu. Voltaire zauważył że nawet francuzi gdy przechodzą na angielską mowę, mówią odważniej, Stanisław August powie, że Anglicy maja więcej cech charakteru niż np. Francuzi. Wielkim Anglofilem był też Armand Louis de Gontaut, książę de Lauzun (1747-1793), który był w drugiej połowie XVIII wieku przywódcą francuskiego dworskiego stronnictwa miłośników angielskich; zwyczajów, ustroju, filozofii i mody. Był również autorem eseju o obronności Imperium Brytyjskiego: Etat de defense d'Angleterre et de toutes ses possessions dans les quatres parties du monde, i kochankiem lady Lennox. Należał do "liberalnej" koterii Étienne-François de Choiseula, który był mężem szwagierki jego ojca. Niezależnie od uwielbienia Anglii, w 1779 roku wyruszył na pomoc Amerykanom.  Amerykanie nazwali potem  na jego cześć statek "USS Duc de Lauzun" zwodowany w 1782 roku. Po powrocie do Francji, był czołowym obok   Mirabeau i markiza de La Fayette’a zwolennikiem konstytucjonalizmu i liberalnych reform. Rewolucjoniści francuscy zasadniczo podzielą się na „anglików” (Lauzun, Mirabeau), „amerykanów” (La Fayette, Condorcet) i tych, co nie rozumieli idei podziału władz, ku nieszczęściu Francji (Desmoulins, Danton, Robespierre). Anglofile i amerykanofile próbowali zapobiec radykalizacji rewolucji. Condorcet był zwolennikiem utrzymania „naturalnych nierówności” wynikających z indywidualnych zdolności i stanu majątkowego.  Rdzeniem Condorcetowskiej idei postępu było przekonanie o szkodliwości wszelkiego sekciarstwa w nauce, dlatego piętnował monopol starożytnych kapłanów i Kościoła na naukę i moralność, i monopol szlachty do prowadzenia polityki. Choć nie był radykalnym demokratą, podziwiał Stany Zjednoczone za przełamanie tych monopoli, tak samo jak podziwiał (z pewnymi zastrzeżeniami) starożytne Ateny. Condorcet twierdził, że Wielka Brytania, o ile wypuści Amerykanów ze swych objęć, USA i  Stany Zjednoczone, które odziedziczyły oparte na poszanowaniu wolności jednostki prawa poglądy brytyjskie, oraz czerpiąca z obu wzorców rewolucyjna Francja są najbliższe realizacji ideału wolnego państwa z powszechną oświatą i powszechnym dostępem do zdobyczy nauki, ponieważ postępowi nieustannie zagrażają ignorancja i zabobon (Condorcet 1795, s. 168). Niestety Lauzun i Condorcet nie przeżyli rewolucji. Więcej szczęścia miał inny czołowy anglofil Louis-Léon de Brancas, książę Lauraguais (1733-1824). Richard Butterwick wspominał o przejściowej urazie do Anglii, jaki odczuwało wielu adeptów oświecenia we Francji i Niemczech w okresie konfliktu Jerzego III i parlamentu z amerykańskimi koloniami (1775-1783), jednak już niedługo potem uwielbienie dla wolności angielskich zlało się z uwielbieniem do wolności amerykańskiej:


„...Nadzieje nasze co do przyszłości rodzaju ludzkiego sprowadzają się do trzech zasadniczych punktów: obalenie nierówności między narodami, większa równość w obrębie tego samego ludu i rzeczywiste udoskonalenie się człowieka. Czy wszystkie narody zbliżą się kiedyś do tego stanu cywilizacji, jaki osiągnęły ludy najbardziej oświecone, najbardziej wolne, najbardziej wyzwolone z przesądów, jak Francuzi i Anglo-Amerykanie... (Condorcet 1957)”.
Skomplikowany i często przewrotny sposób postrzegania Anglików przez francuskie elity doskonale obrazują notatki dyplomaty francuskiego Charlesa de Peyssonnela (1727-1790) z 1782 roku opracowane przez Mario Pasa’ę. Jest to typowa książka tamtych czasów mająca służyć dowcipnej rozrywce. De Peyssonnel zauważa u Anglików wiele śmiesznostek, które drażniły wówczas Francuzów, jak na przykład angielskie upodobanie do kabrioletów, czyli odkrytych powozów. Dyplomata wyraźnie podkpiwał sobie przy tym z paryskiej anglomanii (Peysonnel 2007, s. 37-44). 


W Polsce dopiero Stanisław August konsekwentnie zmierzał do skorzystania z brytyjskich wzorców ustrojowych, a i w sztuce anglomania kazała na siebie poczekać. Stanisław Konarski na przykład znał edukacyjne teorie Locke’a, ale w sumie z nich nie skorzystał, zignorował zalecenia dotyczące sportu i kształcenia w domu (Butterwick 2000, s. 84). Stanisław Poniatowski (ojciec króla) pisał w 1744 roku o Anglii jako jednej w z wielu republik, które można naśladować. W 1743 roku przynajmniej interesy brytyjskie i polskie przestały być sprzeczne  i Czartoryscy coraz chętniej wiązali się z Brytyjczykami. Co nie znaczy, że Brytyjczycy widzieli pokrewieństwo ustrojowe; brytyjski mentor Poniatowskiego, czyli przyszłego króla, Charles Hanbury Williams widział w Polsce wolność zdegenerowaną w swawolę. Ta opinie była niestety słuszna. Polska szlachecka była w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii krajem zamkniętej elity, która nie dopuszczała do siebie nowych ludzi, oraz krajem tyranii szlacheckiej nad chłopami. Dnia 9 stycznia 1770 roku William Pitt Starszy  użył podczas debaty w Izbie Lordów na temat mowy tronowej Jerzego III stwierdzenia, ze pewne decyzje „…sprowadziłyby brytyjskich wolnych farmerów do stanu gorszego niż wieśniaków w Polsce… - If this question be given up, the freeholders of England are reduced to a condition baser than the peasantry of Poland (Pitt 1848, s. 93)”. Takich przykładów używania sytuacji chłopstwa w Polsce jako synonimu okropieństw było w tej epoce na Zachodzie bardzo  wiele.


Na początku XVIII wieku idee Johna Locke’a były w Gdańsku już dobrze znane, choć bardziej znane były książki filozofów niemieckich z Halle. W ofercie wydawniczej Korneliusa Beughema z 1720 roku znajdowały się dzieła Locke’a. W Gdańsku czytywano również chętnie angielską literaturę piękną między innymi Pamelę Samuela Richardsona (1689-1761)  i wiersze Alexandra Pope’a (1688-1744). Znane  były w tym mieście dramaty Szekspira. Pewnego pojęcia o ustroju angielskim mogła dostarczyć lektura dzieł Voltaire’a, popularnego w Gdańsku już w latach trzydziestych XVIII wieku. Jednak niemieckojęzyczny Gdańsk i reszta Rzeczypospolitej stanowiły jednak dwa odrębne światy (Grześkowiak-Krwawicz 1998, s. 14, 84-88).


Niemniej jednak, wszystkie proponowane reformy polskiego ustroju po 1750 roku powoływały się na doświadczenia i wzory brytyjskie, chociaż czasem jak Zamoyski woleli o tym nie wspominać braci szlacheckiej wprost, gdyż Anglia ciągle była dla wielu głównie ziemią heretyków. Dopiero około 1780 Polacy poznali nieco szczegółów o brytyjskiej polityce wewnętrznej, a w 1790 roku przetłumaczono deklarację niepodległości USA (1776) co wpłynęło na mało brytyjski charakter konstytucji 3 maja, wbrew nadziejom Stanisława Augusta (Butterwick 2000, s. 292).


Pierwsze meble w stylu angielskim, czyli po angielsku naturalne i wygodne, dotarły do Polski za Augusta II przez Gdańsk, w 1786 roku już nawet w Lublinie robiono kapany a la Chippendale (Butterwick, s. 286). Architektonicznie jako angielski dom, długo osamotnionym przykładem był wzniesiony po 1765 roku pałac gotycki bratanka króla Stanisława, również Stanisława Poniatowksiego  w Korsuniu. W Zamku Królewskim nie było wiele angielszczyzny, zaś w Łazienkach tylko trochę.
Stanisław August Poniatowski widział Brytyjczyków, jako tych co nie stracili dyscypliny mimo wolności. Trochę jednak przerażał go brytyjski indywidualizm (uważał, że przeciętny Brytyjczyk ma 3 razy więcej cech charakteru niż Francuz). Charles Yorke nauczył go doceniać brytyjski krajobraz (Butterwick 2000s. 128). Poniatowski jednak nie widział różnicy między spleenem a francuską ennui.


Wśród samych Brytyjczyków XVIII wieku niewielu by można znaleźć posiadających tak dużą wiedzę na temat Polski jaka miał Charles Hanbury Williams. Polska zaczęła interesować ich bardziej dopiero po 1764 roku, gdy na tronie zasiadł Stanisław August Poniatowski – anglofil, który nigdy nie przepuścił okazji by porozmawiać z Brytyjczykami zwłaszcza na temat ustroju panującego w ich kraju. Z tego powodu mieli oni łatwy dostęp do króla, który chętnie się im zwierzał. Dyplomata James Harris przyjechał w 1767 roku z Prus do Polski. Spostrzegł nędzę chłopów i panoszących się w Warszawie Rosjan. Król rozmawiał z nim o Szkole Rycerskiej i stwierdził, że jej założenie może być przydatne Rosji, dlatego dopuścili do jej założenia (Zawadzki 1963, s. 285-306).   Nathaniel William Wraxall, agent kolejno East India Company, a następnie rządu brytyjskiego, który w latach 1777-1779 odwiedził wszystkie środkowoeuropejskie dwory  interesował się tak jak Marshall głównie gospodarką, lecz na wyższym poziomie niż on. Poseł brytyjski w warszawie Wroughton miał obowiązek dostarczenia mu potrzebnych informacji. Wspomnienia z Polski (1778)  Wraxalla emanują brakiem zaufania do ekonomicznego doświadczenia Stanisława Augusta i zaskoczeniem dlaczego Polacy tak mało wykorzystują gospodarcze atuty ich kraju. Wraxall doskonale orientował się w najnowszych wydarzeniach zwłaszcza dotyczących gospodarki i był świadom trudności spowodowanych działaniami Prus w tym względzie (Zawadzki 1963, s. 477-557). Warto też wspomnieć kapelana Johna Linda pracującego w Polsce jako nauczyciel szkoły kadetów.


W drugiej połowie XVIII wieku opinia o Polsce w Wielkiej Brytanii stała się bardziej zróżnicowana. Poseł polski w Londynie w latach 1769-1772 Tadeusz Burzyński (ur. Ok. 1730, zm. 1773) twierdził,  iż: „…te dwa narody wolne mają jakieś przez toż samo sekretny ze sobą związek i wzajemny dla siebie szacunek”. Lord Mansfield stwierdził w rozmowie z nim: In this country Poland has no enemy. Niestety kłopoty Polski były dla Brytyjczyków raczej egzotyczne i niejasne. Rosji nie lubiano i zdawano sobie sprawę z potencjalnie niebezpiecznego wzrostu jej potęgi, ale nie pojmowano sprzeczności między Polską a dość popularnym w Londynie Królestwem Prus.   Następca Burzyńskiego, Franciszek Bukaty w niedługim czasie pobytu w Londynie, stał się naprawdę Brytyjczykiem; pił toasty za rozbef i wolność. Adam Kazimierz Czartoryski tez miał mentora-Anglika; był nim Robert Murray Keith. Jednocześnie polityka brytyjska wobec Polski sprowadzała się w sumie tylko do obrony Gdańska przed zakusami Prus (Butterwick 2000, s. 151). Czartoryski lepiej poznał język angielski, bo miał więcej czasu niż król, ale prócz Daniela Hailesa brytyjscy dyplomaci cenili go niżej niż Poniatowskiego.
Ci myśliciele polscy, którzy nawiązywali do Locke’a, jak Stanisław Staszic, kładli szczególnie silny nacisk na znaczenie ładu prawnego dla sprawy wolności: „tam gdzie prawodawstwo nie należy do narodu, tam nie ma żadnego towarzystwa, jest tylko pan i bydło jego (Grześkowiak-Krwawicz 2006, s. 113)”.


Stanisław August posiadał w swych zbiorach dzieła Szekspira, Bena Johnsona, Spensera, Bacona,  Miltona, Drydena, Locke’a, Pope’a, Addisona, Swifta, Graya, Younga, Richardsona, Fieldinga, Samuela Johnsona, Sterne’a, Horatio Walpole’a, Defoe’a i Mac Persona. Król popierał dokonujących przekłady z angielskiego, które pojawiły się w większej liczbie dopiero po 1785 roku (Butterwick 2000, s. 168-173). Stanisław August nie przepadał za Tristramem i Osjanem i innym eksperymentalnym pisarstwem, ale Szekspir podobał mu się, gdyż złamanie zasady jedności miejsca akcji powodowało, ze można bardziej opowiedzieć o jakiejś kulturze (Butterwick 2000, s. 169). Znał nawet radykalne pisma polityczne np. Algernona Sidneya (Butterwick 2000, s. 249).


Jednak pomimo poparcia królewskiego okres pomiędzy zainteresowaniem się Wielka Brytanią a odwiedzaniem jej trwał dość długo. Paweł Komorowski w swej pracy o recepcji dzieł Bolingbroke’a, Williama Robertsona i Edwarda Gibbona w Polsce czasów Oświecenia wylicza kilka innych bibliotek zawierających angielskie dzieła, konkretnie dzieła tych trzech historiografów. Były one obecne w Bibliotece Czartoryskich, Marii Sanguszkowej, Anny Pauliny Jabłonowskiej, Ignacego Krasickiego, Stanisława Kostki-Potockiego i Józefa Ossolińskiego (Komorowski 2003, s. 20-26). Dla porównania warto przytoczyć tu kilka dat pierwszych przekładów dzieł francuskich. Memnon Voltaire’a przetłumaczono w 1771 roku, Zadiga w 1773, Królewnę Babilonu w 1779, Kandyda 1780, Dobrego Bramina w 1781, Awanturę Idziego Blasa Lesage’a w 1769, Diabła Kulawego również Lesage’a w 1777, wyjątki z Emila Rousseau w 1765. Wydaje się, że różnica pomiędzy podjęciem tłumaczeń na polski powieści francuskich i angielskich jest niewielka. Jednak nie należy zapominać o tym, ze Polska była krajem elit francuskojęzycznych, a więc książki francuskie, w przeciwieństwie do angielskich, nie musiały zostać przetłumaczone by być dość ogólnie dostępne. Sam Stanisław August i niektórzy przedstawiciele elit czytali książki angielskie w przekładzie francuskim. Poza tym książka francuska była o wiele łatwiej dostępna. W latach 1786-1792 przy ulicy Senatorskiej w Warszawie mieściła się duża wypożyczalnia książek francuskich i nie był to jedyny tego typu zakład (Tomczak 1988, s. 141-142). Dość powszechnie rozumiany był też język niemiecki i czasem włoski, co potwierdzają liczni cudzoziemcy odwiedzający Polskę tych czasów. Podobne do wyżej wymienionego przedsięwzięcie dotyczące książek angielskich byłoby skazane na fiasko ze względu na zbyt małą liczbę ludzi władających językiem angielskim w Polsce Stanisławowskiej. Z pewną przesadą można by stwierdzić, że w zasadzie tylko otoczenie samego Stanisława Augusta i Czartoryskich było anglojęzyczne. 


 Butterwick stwierdza, że Stanisław August długo unikał jasnego wyrażania swych pro-angielskich sympatii, jak również otwartego informowania innych, ze proponowane przezeń reformy oparte są na wzorcach angielskich. Role katalizatora spełnił tu pierwszy rozbiór Polski. Po 1772 roku reformatorzy (zwłaszcza przed ogłoszeniem Konstytucji 3 Maja)  zaczęli szafować przykładami zaczerpniętymi z teorii Hume’a i Burke’a (Butterwick 2000, s. 291-314). W 1775 roku Stanisław August wyraził nie po raz ostatni żal z powodu braku reakcji brytyjskiej na rozbiór.


Anglomania najdłużej utrzymała się w Rosji i na Węgrzech bo aż do lat 1830-tych, oraz w Niemczech, ale to już raczej z niechęci do Francji.




BIBLIOGRAFIA:


• Bergner T., Voltaire. Leben und Werk eines steitbaren Denkers, Verlag Neues Leben Berlin 1976.

• Butterwick R.,    Stanisław August a kultura angielska (przeł. Marek Ugniewski, Instytut Badań Literackich Warszawa 2000.

• Condorcet J.A., Outlines of an historical view of the progress of the human mind: being a posthumous work of the late M. de Condorcet, London 1795.

• Condorcet J. A., Szkic obrazu postępu ducha ludzkiego poprzez dzieje, Kraków 1957.

• Gay P., Voltaire’s Politics. The Poet as Realist, Princeton University Press Princeton New Jersey 1959.

• Goldenberg S.,  Lace, Its Origin and History, Brentano’s New York 1904.

• Grześkowiak-Krwawicz A., Gdańsk oświecony, szkice o kulturze literackiej gdańska w dobie Oświecenia, Warszawa 1998.

• Grześkowiak-Krwawicz A., Regina libertas. Wolność w polskiej myśli politycznej XVIII wieku, Wydawnictwo słowo/obraz-terytoria Gdańsk 2006.

• Komorowski P., Bolingbroke, Robertson, Gibbon – znajomość i recepcja ich dzieł w Rzeczpospolitej doby Oświecenia, Warszawa 2003.

• Leithäuser J., Er nannte sich Voltaire. Bericht eines grossen Lebens, Cotta-Verlag Stuttgart 1961.

• Mercier S., Obraz Paryża, opracowała i przeł. A. Jakubiszyn-Tatarkiewiczowa, Warszawa 1959, PIW.

• Parker D., Voltaire. The Universal Man, Stroud, Gloucestershire 2005.

• Pearson R., Voltaire Almighty. A life in Puruit of Freedom, Bloomsbury Publishing London 2005.

• Peyssonnel Ch. de, Petite chronique du ridicule, Paris 2007.

 
• Pitt W., The Speeches of the Right Honourable the Earl of Chatham in the Houses of Lords and Commons, London 1848.

• Sorel A., Kwestia wschodnia w XVIII wieku, Warszawa 1981.

• Tomczak A. (red.), Polska--Francja : dziesięć wieków związków politycznych, kulturalnych i gospodarczych, Książka i Wiedza Warszawa 1988.

• Zawadzki W., Polska stanisławowska w oczach cudzoziemców, Warszawa 1963.



czwartek, 12 lutego 2015

Carlos Fuentes: „Contra Bush”

Zmarły w 2012 roku, wybitny pisarz i dyplomata (1975-1977 ambasador Republiki Meksyku w Paryżu) meksykański, liberał z poglądów, krytyk Chaveza (nazywał go „tropikalnym Mussolinim”), Reagana i Busha-juniora, w dzienniku politycznym z lat 2000-2004, wydanym w 2004 roku pod tytułem Contre Bush (polska edycja w tłumaczeniu Pauliny Bojarskiej Świat Książki Bertelsmann Warszawa 2005), Fuentes wykpiwa politykę administracji Busha-Cheneya. Książka jest dedykowana Arthurowi Schlesingerowi (1917-2007), stronnikowi amerykańskiej Partii Demokratycznej, Clintonów i Kennedych, co pokazuje, że Fuentes nie jest jakimś kolejnym nawiedzonym Latynosem, nie znoszącym USA, lecz świadomym i obeznanym krytykiem pewnego stylu w jakim czasem politykę zagraniczną prowadzą amerykańscy Republikanie (s. 5), odrzucający Clintonowskie wezwanie do prób rozumienia wzajemnych zależności politycznych. carlos fuentes cb Na początek (wpis z 1 sierpnia 2000 r.) Fuentes bierze na cel hasła „współczującego konserwatyzmu” głoszonego przez administrację Busha, które zdecydowanie nie pasuje do zwariowanego libertarianina Richarda Cheneya, pierwszego mózgu owej administracji (s. 9). Cheney to jak wylicza Fuentes, zwolennik: legalizacji killer bullets, apatheidu w RPA, trzymanie Mandeli w więzieniu, podobnie jak najbardziej konserwatywny senator Jesse Helms. Cheney to typowy petrolowy polityk, popierający sankcje ekonomiczne w stosunku do krajów, które ropy nie mają (Kuba), ale wrogi sankcjom wobec roponośnym. Cheney żałował, że „dobry Bóg” nie umieścił ropy w krajach demokratycznych (s. 11), swoją drogą to właśnie łatwa forsa jest stronnikiem tyranów. Cheney, reprezentant Wyoming nie reprezentował nikogo prócz nafciarzy, co ciekawe podobnie według Fuentesa czynił także demokrata Al Gore (finansowany przez nafciarza Armanda Hammera), za miękka postawę wobec rosyjskich nafciarzy krytykował go Bush jr, ale ze względu na Cheneya przestał. W 2000 roku Fuentes bał się, że nowy prezydent Meksyku Vincente Fox nie da rady obronić naftowego Pemexu przed naftowymi interesami USA. W tekście z 6 XI 2000 roku Fuentes dziwi się, że mimo iż rząd Clintona był znakomity (spadek zadłużenia, bezrobocia, przestępczości, wzrost tolerancji i dobrobytu), Gore w swej kampanii dystansował się od jego osiągnięć, mimo oczywistej bliskości ideowej, Amerykanie wybrali więc Busha, który nie przejawiał nadaktywności reformatorskiej (s. 15). Co do florydzkiej nocy wyborczej (tekst z 24 XI), Fuentes żałuje, że garść reakcjonistów kubańskich z Miami, może przerwać legalne liczenie głosów (s USA mówiono o meksykanizacji polityki amerykańskiej) i krytykuje przyjęty w 1787 roku konsensus co do liczenia głosów, dający przewagę małym stanom (s. 20). W tekście z 18 stycznia 2001 roku pisze Fuentes o faktycznej twarzy Busha, czyli promowaniu reakcyjnego Johna Ashcrofta (z Uniwersytetu Boba Jonesa zwalczającego międzyrasowe małżeństwa i promującego segregację rasową w szkolnictwie) na stanowisko prokuratora gen. Wobec spraw dotyczących relacji USA-Meksyk, Fuentes (tekst z 9 II 2001), liczył, że ścisłe jak nigdy przedtem relacje obu państw przyczynią się wreszcie do rozwiązania kilku stałych problemów, np. w USA zrozumie się, że meksykańscy odpowiednich Ala Capone znikną dopiero jak USA przestaną wreszcie karać samych używających narkotyki (s. 24), a nielegalna imigracja do USA ustąpi dopiero jak wdroży się programy wzorowane choćby na niemieckim programie Gastarbeiterów. Vincente Fox miał, wg Fuentesa szanse załatwić te sprawy, skoro nie reprezentował demo-dyktatorskiej partii PRI. 25 lutego 2001 roku pisze Fuentes o Bushu, który jednocześnie starał się przypodobać Afroamerykanom i Kennedym, a w tym samym czasie dawał publiczne pieniądze kościołom (s. 28). Podobnie jak Mitterand, który w 1981 roku pytał Williama Styrona i Arthura Millera o to jak to możliwe, że wybrano Reagana (odpowiedzieli, że w USA uwielbia się gwiazdy filmowe), Fuentes pyta jak to możliwe, że Bush gorszy jeszcze od głupiego Reagana czy inteligentnego lecz niemoralnego Johnsona/Nixona, bo głupi i niemoralny został wybrany. Fuentes stopniowo w pisanych niemal na żywo tekstach coraz szerzej otwiera oczy. Oburza go wysłanie satelitów szpiegowskich nad Chiny, zerwanie rozmów z Koreą Płn., wypowiedzenie traktatu z Kioto, budowa autostrad w rezerwatach leśnych, likwidacja biura ds. walki z AIDS, i badań nad obecnością salmonelli w szkolnych posiłkach (s. 32). Wszystko to jawi się Fuentesowi jako rynkowy leninizm. Richard Perle, dawny antyeuropejski „strateg” Reagana, został twarzą polityki zagranicznej Busha jr. Fuentes odnotował też nagonkę na liberalnych intelektualistów mających swoje zdanie nt. polityki antyterrorystycznej Busha (Bill Maher stracił sponsorów jak nazwał terrorystów „kryminalistami, ale nie tchórzami”, Tom Gutting – robotę za krytykę niezdecydowania Busha 11.09., nieprzyjemności mieli też Peter Jennings i Dan Rather (s. 43). Fuentes podpisuje się pod stwierdzeniami Touraine’a, Oscara Ariasa, Grassa i Sorosa dotyczących niesprawiedliwości gospodarczej jako przyczyn terroryzmu islamskiego i innego (s. 44-46). Osobiście nie jestem przekonany, uważam bowiem, że to głównie bałagan prawny i korupcja powoduje, że terroryzm jest opłacalny, a temu USA nie są winne, co nie znaczy, że jakiejś formy pomocy prawno-administracyjnej nie można by przedsięwziąć (są przecież takie menadżersko-prokuratorskie misje np. UE). 2 grudnia 2001 roku Fuentes pisał o Argentynie i Meksyku i ich ekonomicznych problemach, oraz o tym, że terroryzm islamski całkowicie odciągnął uwagę USA od Latynoamaeryki. Europie zarzuca Fuentes mrzonki o własnej potędze (s. 59), innym kontynentom wiarę w zderzenie cywilizacji („nikt nie ma monopolu na barbarzyństwo”), kubańskim reakcjonistom z Miami utrudnianie pogodzenia USA z Kubą, w czasach gdy UE wchodzi na kubański rynek (s. 65) i izolacja staje się fikcją, zaleca reelekcję Cartera, który odsłużył w końcu tylko jedną kadencję, a mógłby pomóc w tej kwestii. Rumsfeldowi w lipcu 2002 zarzuca demonizowanie i atakowanie Trybunału w Hadze. USA zarzuca zbyt nagłe porzucenie Saddama, które było sygnałem ostrzegawczym np. dla Turcji (s. 76). Fuentes uważał we wrześniu 2002 roku, że nieprzygotowana wojna i okupacja Iraku, miała za cel tylko reelekcję Busha. W lutym 2003 roku Fuentes ostrzegał przed światem jednobiegunowym (s. 102), choć to trochę stoi w sprzeczności z krytkowaniem krajów UE za mocarstwowe mrzonki. Wraz z chwalonym przezeń Villepinem, Fuentes ostrzega też przed zbyt częstym stawianiem siły ponad prawem. Teorię Huntingtona o zderzeniu cywilizacji, bierze Fuentes (tekst z kwietnia 2004 r.) za purytański rasizm charakterystyczny dla Anglosasów XIX wieku (s. 112). H. pisze o Angloameryce, choć USA to też francuska Luizjana, hiszpańska Floryda, rosyjska Alaska itd. Meksykanów i muzułmanów, ma H. za najeźdźców, choć pierwsi przyjeżdżają pracować, a muzułmanie przezywają właśnie wojnę domową fanatyków z moderatami. Latynoscy imigranci pracują najwięcej z wszystkich Amerykanów (największy procent osób zatrudnionych na rodzinę), a miliard dolców na edukację ich w Kalifornii, oznacza dla Kalifornii 16 miliardów federalnych pieniędzy na pomoc edukacyjną. Także dwujęzyczność florydzka powinna być uważana jak wszędzie na świecie za szansę kulturową, a nie za zagrożenie uważa Fuentes (s. 116). Słusznie chwali Fuentes de Villepina i Chiraca za ambitne ale realne plany wspólnej odbudowy Iraku, choć moim zdaniem powinien także dostrzec utrudnianie przez Francję utworzenia koalicji antysaddamowej, o czym przytomniej pisze inny anty-Bushysta Paul Berman. Mimo wszystko felietony Fuentesa są dość trafne i trafnie podsumowane przez cytat z Clintona: „Polityka nie jest teologią. Oznacza rządy opatre na oczywistych faktach, a nie dogmatach” (s. 138).