piątek, 15 czerwca 2018

Douglas Murray: "Przedziwna śmierć Europy"

Są takie książki, które każdy powinien przeczytać. Należy do nich dzisiaj praca brytyjskiego liberała i sekularysty Douglasa Murray’a: „Przedziwna śmierć Europy. Imigracja – tożsamość – islam” (przeł. Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Zysk i S-ka Poznań 2017.Obraz jaki wyłania się z książki Murraya, gdyby go przedstawić chronologicznie jest następujący. W XVIII wieku już przewidziano pewne problemy jakie dziś na nas nastają. W 1795 roku Immanuel Kant mówił, że woli „państwa od powszechnej monarchii, gdyż wraz z powiększaniem się zakresu rządów prawa, coraz bardziej tracimy swoja sile i bezduszny despotyzm po wyplenieniu zalążków dobra ostatecznie się przemieni w anarchie” (s. 233), wypisz wymaluj UE wraz z jej konwencją dublińską (2013), Schengen i euro, które powodują, że „Europa z domu narodów europejskich staje się domem całego świata” (s. 9).

Murraya dziwi naiwność mulikulturalistów, którzy liczyli, że np. Arabowie staną się Europejczykami, choć przecież Europejczycy nie mają możności stania się z dnia na dzień np. hindusami czy chińczykami (s. 11). Multikulturalna przygoda zaczyna się w latach 60, jeszcze przed osławionym 1968 rokiem. De Gaulle otwiera Francję na masową imigrację algierską (s. 37). W 1962 roku ustawa Commonwealthu mająca ograniczyć imigracje ma przeciwny efekt, bo nieopacznie zlikwidowano wymóg zagwarantowanej pracy na miejscu (s. 24). Już w 1968 roku w sondażu Gallupa 75% Brytyjczyków uznało że przepisy imigracyjne są za mało restrykcyjne (s. 25), ale rządy wiedziały swoje. Houari Bumedien ostrzegał już w 1974 r. (s. 192), Frits Bolkenstein z VVD w 1991 roku (s. 176), podobnie twórca pojęcia „Leitkultur” Bassam Tibi (s. 137) i Jean Raspail, ale minister ds. azylowych w rządzie Blaira, Barbara Roche żydówka z pochodzenia twierdziła: „UK to kraj imigrantów … samo mówienie o imigracji jest rasistowskie”, nic dziwnego, że od 1997 roku imigracja w UK 30 od wymknęła się spod kontroli (s. 30). Wszyscy biali rzucają się w manię przepraszania (nawet Szwecja biczuje się o kolonializm choć nie miała kolonializmu, s. 322), gdy tylko upada ostatnia idea Zachodu „muskularny liberalizm” pozimnowojenny (s. 289). Clinton niemal na kolanach przeprasza czarnych wiele razy (s. 221), Australia aborygenów, Kanada Indian i Eskimosów; wszyscy są „zmęczeni historią” (Geschichtsmuede) i dręczeni wyrzutami sumienia; tylko Europa Wschodnia zachowuje trzeźwość umysłu. Zachód traci pewność siebie; filozofowie tak mówią by nic nie powiedzieć. Sztuka popada w prostacki dekonstruktywizm (Europa) i pustą ironię (USA, s. 357) Politycy wahają się miedzy równymi metodami asymilacji; do 2005 roku brytyjscy zakochują się we francuskim wzorze laicite, ale potem zamachy we Francji niszczą i te kruche nadzieje (s. 149).Konserwatyści brytyjscy nie zmienili tego trendu obwiniania i masowej imigracji, nie tylko dlatego, że szyki psuły im interwencje w Iraku (2003) i Libii (2011). Sarah Spencer po latach przyznaje: „po prostu wierzyliśmy ze imigranci się zintegrują”, dlatego nie było planu B (s. 83). W 2006 roku premier szwedzki Reinfeld uznaje, że „tylko barbarzyństwo jest szwedzkie, cały rozwój pochodzi z zewnątrz” (s. 325), w 2006 roku muzułmanie atakują i ateistyczną duńską gazetę, i Benedykta XVI, mimo to Europa nie zwiera szyków (s. 193).

Obecnie w UE pełno rodzimych młodych nie ma pracy, więc imigracja masowa jest bez sensu (s. 70). Imigracja podraza koszty życia, i powoduje że rodzi się jeszcze mniej Europejczyków, imigranci zabierają miejsca w szkołach, obciążają budownictwo (co roku w UK powstaje dla nich jakby miasto wielkości Liverpoolu), biali rodzice wykosztowują się by mieszkać wśród Europejczyków i czasem już nie starcza na planowanie dzieci (s. 55-58). Chlubnym wyjątkiem jest PiS, który daje im 500+ (s. 66). Japonia i chiny sobie radzą bez masowej imigracji (s. 81). Powstała z myślą o pomocy w laicyzacji muzułmanów we Francji, rada CFCM wyrasta na islamistycznego pośrednika miedzy Francją a zwykłym muzułmaninem (s. 173) i zamiast pomagać laicyzacji żąda kar dla Houllebecqa za krytykę Koranu (s. 191) : https://www.theguardian.com/books/2002/oct/22/islam.religion W roku 2009 w Oslo wszystkie gwałty popełnili niezachodni imigranci (s. 77). Już w 2009 roku Włosi uznali repatriacje za zbyt kosztowne i zaniechali ich (s. 88). Od 2011 roku na wyspę Lampedusa przybywały setki lodzi dziennie. Topielcom dawano żywność, łodzie palono po wyłowieniu. Przybywali głownie biedni, choć raz zawinął elegancki jacht z Syrii (s. 90). Wielu przybyszów widziało, ze obiecana w Libii praca to prostytucja.

W roku 2013 wchodzi w zżycie konwencja dublińska (s. 236), która mówi, że kto dotarł do jednego kraju UE, może od razu prosić o azyl. Włosi woleli udać, ze nie widza niektórych tłumów, by o azyl prosili gdzie indziej, stąd problem. W lipcu 2013 Franciszek I odwiedził Lampedusę i potępił globalną obojętność; dostał brawa (s. 92). 3 października 2013 statek z libijskiej Misraty tonie u wybrzeży Lampedusy. Marynarka włoska w ramach operacji Mare Nostrum wyławia odtąd topielców, potem wspomaga ją też Frontex (operacja Tryton), odtąd przemytnicy mogą używać jeszcze gorszych łodzi (s. 93). Na łodziach dzieją się dantejskie sceny. Tunezyjczycy i Syryjczycy wypychają czarnych z najlepszych miejsc na statkach, lub za burtę (s. 95). Tymczasem w lutym 2013 roku w Kopenhadze zamachowiec islamski zaatakował Larsa Hedegaarda, duńskiego redaktora portalu „Dispatch International.

W maju 2014 roku w Turcji aresztowano 26-letniego Libańczyka, oskarżonego o zamach na życie Larsa Hedegaarda”, jednocześnie kryzys migracyjny przybrał na sile. W całym 2014 roku Malty i Sycylii przybyło 170 tysięcy imigrantów. Afgańczycy zazdrościli Syryjczykom sympatii Zachodu, choć w Afganistanie wojna trwa przecież dłużej (s. 123), z zazdrości czasem ich topili. By dotrzeć do Grecji wystarczają łodzie plastikowe, a pogrążona w kryzysie Grecja nie daje sobie rady z masą ludzi. W grudniu 2014 roku kapitan z Kamerunu obwinia pastora z Nigerii za sztorm w drodze do Hiszpanii i każe go wyrzucić za burtę (s. 101), ale 31 grudnia 2014 roku Merkel to Niemcom (PEGIDA) wytyka uprzedzenia i chłód (s. 107). Francja nie kontoluje sytuacji ze względu na antyrasistowskie przepisy wynikające z dawnego koszmaru Vichy, że nie można robić statystyk o rasie i wierze (s. 158), „na szczęście” imigranci i tak maja Francję za kraj rasistowski i ją raczej omijają. W listopadzie okazało się, że Turcy wypuścili zamachowca na życie duńskiego dziennikarza:

„…Premier Danii, Helle Thorning-Schmidt, powiedziała dziennikowi „Politiken”, że zwolnienie podejrzanego o próbę zabójstwa Hedegaarda było „nie do pojęcia”. „To niewiarygodnie niezrozumiałe i niemożliwe do zaakceptowania posunięcie. Nadal czekamy na wyjaśnienie, dlaczego podejrzany nie znajduje się w areszcie w Turcji. Nie powinno być żadnych wątpliwości, że ta sprawa nie jest zamknięta”, dodała premier. Duńska minister sprawiedliwości Mette Fredriksen powiedziała, że 19 października Turcja przyznała się do zwolnienia podejrzanego o zamach na Hedegaarda, jednak nie wyjaśniła dlaczego. Delegacja urzędników duńskich odwiedziła Ankarę celem zweryfikowania pogłosek o tym, że 27-letni Duńczyk pochodzenia libańskiego, aresztowany w Turcji w kwietniu za domniemaną próbę zamachu lutego 2013, został zwolniony. Zamach nie powiódł się, bo zacięła się broń zamachowca. Uciekł on z Danii, jednak zgłoszono, ze został aresztowany na lotnisku w Stambule, gdy próbował wjechać do Turcji używając fałszywego paszportu. „To przerażające – komentuje Lars Hedegaard. – Z tego co zrozumiałem z wypowiedzi minister sprawiedliwości, zwolnienie podejrzanego zostało potwierdzone, jednak nie ma żadnej informacji kiedy, ani dlaczego tak się stało”. HedegaardYildiz Akdogan, polityk pochodzenia tureckiego i była posłanka do duńskiego parlamentu z ramienia socjaldemokratów, również jest zmieszana całą sytuacją; uważa, że Turcja źle ją rozegrała. „Nie wierzę, że Dania od razu uzyska odpowiedzi, ale potrafię sobie wyobrazić, że Ameryka zadaje pytania”, powiedziała Akdogan dziennikowi „Berlingske Tidende”. Larsa Hedegaarda w 2011 skazano za używanie „mowy nienawiści”, kiedy w komentarzach na temat muzułmanów użył zdania: „Dziewczynki w rodzinach muzułmańskich są gwałcone przez swoich wujków, kuzynów lub ojców”. Wyrok został skasowany przez Sąd Najwyższy w 2012 roku… (https://euroislam.pl/niedoszly-zabojca-krytyka-islamu-uwolniony-w-turcji/ ).

W 2015 roku ujawnia się pycha rządzących, którzy sądzą że panują nad sytuacją. W 2015 roku Theresa May obiecuje pomoc dla Azji i Afryki, nie zważając na to, że to także oznacza więcej pieniędzy dla przemytników ludzi i wzrost imigracji (s. 80). 15 marca 2015 Orban krytykuje narody Europy Zachodniej „uśpione obfitością” (s. 299). Latem 2015 roku granice wracają. W tym czasie włoska działaczka ruchu bez granic nie zgłasza na policję, że grupa Sudańczyków ją zgwałciła (s. 259), gdy potem to jednak zrobi wiele NGOsów okrzyknie ją „mściwą”.

W lipcu 2015 Merkel doprowadza palestyńską dziewczynkę do płaczu tłumacząc, że „polityka jest twarda”, potem puszczają jej hamulce i zmieni zdanie otwierając się na imigrację. W lipcu rząd Węgier buduje płot przy granicy serbskiej, zaraz potem przy chorwackiej. Wszyscy potępiają Węgrów, ale wkrótce ich będą naśladować. 25 sierpnia na Twitterze urząd migracyjny RFN ogłasza, że już nie egzekwuje wobec obywateli Syrii procedur dublińskich (s. 109), Niemcy zapominają dodać, że ich granice nie są z gumy. Merkel zapewnia: „wir schaffen das” jakby na wzór we can do it Obamy. Z 400 tys imigrantów sunących przez Węgry tylko połowa stara się o azyl w tym kraju, reszta chce do RFN. W Grecji kompletny chaos - burmistrz Lesbos i samos nie współpracują w sprawie migracji (s. 113); Syryjczycy rzucają w nich kamieniami, a inni próbują powstrzymać kolegów. W sierpniu 2015 roku Bułgaria zamyka granicę z Turcją.

We wrześniu 2015 roku idealizm i pycha sięgają bruku. Austria przywraca kontrolę na granicy z Węgrami, RFN – na granicy z Austrią; 13 września minister de Maziere oświadcza, że kontrola będzie przywrócona; ministrowie niemieccy są wyraźnie przerażeni tym co wyprawia kanclerz (s. 239). Także we wrześniu 2015 roku Merkel prosi Zuckerberga o zwalczanie komentarzy anty-imigracyjnych na Facebooku, co wywołuje skandal, a władze węgierskie oświadczają, że nie dają sobie rady z napływem migrantów (próbują zniechęcić ich nie pozwalając na odjazd pociągami do Niemiec - s. 238). W połowie września Budapeszt wprowadza stan wyjątkowy i zamyka granicę z Austrią, ta zaś buduje płot na granicy ze Słowenią. Na pytania lewicowych mediów czym się ten płot różni od węgierskiego, padają żałosne odpowiedzi typu: „ten płot to drzwi z przedłużonymi bokami”. We wrześniu także policja z Turyngii nakazuje rodzicom nie wypuszczać skąpo ubranych córek na dwór, a Merkel poucza pewną mieszkankę Berna w Szwajcarii o Biblii i współczuciu, niemieckie lewackie media wyją z zachwytu. Rouhani w Iranie wytyka ambasadorowi Wegier zle radzenie sobie z migracją (s. 410), a UE zachęca Macedonie do zamknięcia granicy z Grecją, co Macedonia czyni, praktycznie wyoutowując Grecję z Schengen. Napływ zostaje zatrzymany, ale problem trwa dalej. W październiku 2015 roku wzburzeni imigranckimi gwałtami Szwedzi podpalają domy azylowe; odtąd rząd będzie ukrywał ich lokalizację (s. 329). Okazuje się, że około 80% szwedzkich policjantów chce rzucić robotę. W Kassel burmistrz dzielnicy oświadcza wzburzonym Hesom, że jeśli nie akceptują unijnej polityki imigracyjnej, mogą wyjechać z RFN (s. 413), a w Szwecji Ingrid Lomfors przekonuje, że imigracja to nic nowego, że każdy jest migrantem i że nie ma czegoś takiego jak szwedzka kultura (s. 166) Tymczasem Orban krytykuje Sorosa za naciski na jego rząd i na Brukselę.

Dnia 13 listopada 2015 wydarza się tragedia w paryskim klubie Bataclan. Zapytana paryżanka oświadcza dziennikarzom, że sprawa staje się poważna, bo „te zamachy dotknęły wszystkich paryżan, a wcześniej ginęli tylko żydzi, dziennikarze albo karykaturzyści (s. 253) Szwedzka wiceminister Aka Romson z Partii Zielonych ogłasza zamkniecie granicy i płacze (s. 244). Dwa tygodnie po masakrze w Bataclan premier Francji Manuel Valls ogłasza, że Republika Francuska przyjmie najwyżej 30 tysięcy uchodźców, czy też „uchodźców”, i krytykuje Merkel: „to nie Francja powiedziała: „przyjeżdżajcie”…”. W grudniu New York Times opisuje norweski kurs postępowania z kobietami dla imigrantów, i ich odpowiedzi, gdy zdumieni dowiadują się, że nie wolno kobiet gwałcić i napastować jeśli się ma ochotę, jak np. w Etiopii. W styczniu 2016 roku kom. Timmermans przyznaje, że większość fali ludzkiej z 2014 i 2015 roku to imigranci ekonomiczni, a nie uchodźcy. W maju 2016 roku Robert Fico ogłasza: „Na Słowacji nie ma miejsca dla islamu … nie chcemy by charakter nasz kraju się zmienił”. Latem 2016 roku UE płaci Turcji 6 mld by turecka flota zablokowała migrację. Politycy niemieccy kłamią potem, że problem ustąpił sam (s. 374). Schauble apeluje o stworzenie „niemieckiego islamu” (s. 203). Właściwie basenu w Niemczech chwali się, że syryjski ratownik trzyma w ryzach rodaków, choć powinien był zastanowić się, czemu słuchają tylko rodaka. Także latem 2016 roku zamachowiec kłuje nożem pasażerów w pociągu w Bawarii, a posłanka Partii Zielonych, zamiast martwić się ofiarami, punktuje Polizei za to, że zamachowca zabili, zamiast zranić W lipcu 2016 w UK proimigranckie opinie przejawiało wg badań Ipsos tylko 36% ankietowanych, a był najbardziej proimigrancki wynik w UE (s. 361). We wrześniu 2016 roku Merkel dla dobra wyborów i szans CDU w nich, przyznaje i kaja się, iż „wir schaffen das”, było „nieprzemyślanym pustym frazesem” (s. 377).

„Trzeba było zamachów by znudzona historią i dobrobytem Europa sobie przypomniała w co wierzy (s. 416). Jednak do rozwiązania problemu daleko; w demokracji odpowiedzialność jest bowiem zbyt rozrzedzona (s. 390). Australijczycy już wiedzą, że lepiej zadbać o topielców poza krajem, ale UE choć wie, że np. Jordania mogłaby być naszym Nauru czy Manus, nadal nie ma pomysłu co dalej (s. 387), poza płaceniem haraczu Turkom, który dość wybiórczo pilnują szlaków migracji.

czwartek, 14 czerwca 2018

Francis Wheen: "Marks kapitał - biografia"


Książka Francisa Wheena: „Marks kapitał – biografia” (Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA) opowiada nam o specyfice opus vitae Karla Marxa



Według Marxa siła robocza jest towarem, gdyż powoduje że obrobiony surowiec staje się jako gotowy produkt więcej wart, stosuje to zasadę Adama Smitha („popyt na ludzi jest jak popyt na każdy inny towar”). Marx wykalkulował sobie, że pracując 6 godzin dziennie robotnik zwykle pokryje koszty utrzymania samego siebie, przyuczenia dzieci do zawodu itd., dalej to czysty zysk pracodawcy, a skoro w 1850 Factory Act ograniczyła tydzień pracy do 60 h realnej pracy, to był już wyzysk (s. 51). Kapitał jest pracą umarłą, która jak wampir wysysa pracę żywą uważał Marx (s. 52). Wprowadzanie maszyn do pracy jednak uważa za zawsze zgubne dla robotników; mechanizacja zwiększa rywalizację o miejsca pracy i utrudnia pozycję negocjacyjną robotników i tworzy z nich rezerwową armię przemysłowa zatrudnianą za grosze lub w ogóle – to zjawisko nazwał pauperyzmem (s. 55). Spadek płac jest według Marxa relatywny, a pauperyzm miał obejmować najniższa warstwę robotników, pamiętając o tych zastrzeżeniach, zżarty  Samuelsona z Marxa nie są już tak śmieszne uważa Wheen (s. 57). W latach 70 pisano, ze niedługo nikt nie będzie musiał pracować, jednak przeciętny brytyjski pracownik pracuje dziś 80 tys godzin, a w 1981 roku było to 69 tys. Czyżby Marx miał rację, ze wzrost produkcyjności wcale nie daje wytchnienia pracownikom? Czyżby kapitalizm zabijał własność w tym zwłaszcza własność wytworów własnej pracy? (s. 69).



Marx nie był wcale skrajnym deterministą, uważał ze ludzie tworzą historię jak Ludwik Bonaparte, ale nie tworzą jej dowolnie (s. 65). Nie zawsze pisze zupełnie poważnie, wiele ironizuje, i świadomie przesadza, co umykało jakoś badaczom przez 140 lat czytania jego dzieł (s. 74). W 1872 roku carska cenzura zezwoliła na publikację „Kapitału” w Rosji, gdyż uważano, ze w tym rolniczym kraju, nie ma proletariatu, który mógłby się dać podburzyć (s. 83). Marx nie cenił Brytyjczyków, przypisywał im „dar powściągliwej tępoty” (s. 84). Największy obrońca kapitalizmu Joseph Schumpeter, w sumie ceni Marxa (s. 109).
Może jednak nie warto wylewać Marxa z kąpielą? Tylko pamiętać o tym ironizowaniu?

środa, 13 czerwca 2018

Anglomania w XVIII stuleciu

Anglomania była jednym z czołowych zjawisk w filozofii, polityce i sztuce XVIII wieku. Przejawiała się w bezgranicznym uwielbieniu wszystkiego co angielskie, zwłaszcza angielskiego ustroju politycznego w jego wyidealizowanej wersji wolteriańskiej i monteskiuszowskiej.  W XVIII wieku angielska kultura promująca naturalność, powagę (spleen) i liberalizm polityczny staje się kontr-wzorcem dla królującego od połowy XVII wieku francuskiego wzoru centralizmu monarchicznego, formalizmu i dowcipu.
Nie wszyscy jednak filozofowie czyli intelektualiści osiemnastowieczni byli anglomaniakami, np. ustrój brytyjski krytykował markizm Rene d’Argenson, podobnie kawaler Louis de Jaucourt - dobrze znający anglików członek Royal Society, który zarzucał anglomaniakom  niepatriotyczną postawę. Zjawiskiem anglomanii dziś zajmują się głównie francuscy historycy jak Claude Bruneteau,  Bernard Cottret oraz brytyjscy Richard Butterwick.



Fascynacja Anglią miała wiele twarzy.  Niewątpliwy anglofil, Louis Sébastien Mercier odróżniał mądrą i wspartą wiarą w lepszość brytyjskich instytucji anglophilie i bezmyślne naśladownictwo obyczaju i stroju angielskiego – anglomanie:


„...Czy nigdy nie weźmiemy od Anglików nic prócz odzienia? Maja i oni głupców, ale u nich głupota bierze początek z pychy, u nas zaś głupcy powodują się tylko próżnością. Mają i oni ludzi występnych, lecz ludzie ci do swych występków nie dodają przynajmniej obłudy. Mają złodziei, lecz ci złodzieje zachowują jeszcze cień zacności; nigdy nie okradną cie do szczętu, dzielą się łupem z ofiarą i nie przelewają krwi jak złodziej we Francji. Bodajby mnie okradziono po angielsku!. Ale nasi złodziejaszkowie poczynili nie większe postępy niż nasi współcześni głupkowie, rzekomi naśladowcy brytyjskich obyczajów... (Mercier 1959, s. 276)”.


 We Francji anglomanię hamowały nieco wojny z Wielka Brytanią, w innych krajach kontynentu europejskiego był to trend bardziej stały, stale przybierający na sile idąc ku końcowi wieku XVIII. Wielka Brytania z racji swego potencjału demograficznego miała z definicji większe szanse na stanie się wzorem ustrojowym, większe niż mała ludnościowo Holandia, która nadawała ton w malarstwie i biznesie w wieku XVII, ale uległa osłabieniu w wieku XVIII, i Szwecja, która również traci status potęgi w wieku osiemnastym, a w 1718 roku zmienia ustrój na parlamentarny (tzw. Czas wolności – frihetstid: 1718-1772), stając się, choć na krótko pewnym źródłem inspiracji. Anglia to kraj ludny i potężny już w XVII wieku, jednak by w ogóle uznano, że warto w czymkolwiek naśladować Anglików, musieli oni po pierwsze przedstawić interesującą alternatywę polityczną wobec dominującego wówczas absolutyzmu. Taką alternatywą była konstytucja 1689 roku zwana kartą praw (bill of rights), pierwsze prawdziwie liberalne ustawodawstwo w Europie. Jednak państwo takie musiało jeszcze działać; to działanie udowodniło w 1713 zmuszając najpotężniejszego monarchę Europy Ludwika XIV do niekorzystnego dlań traktatu pokojowego w Utrechcie. Wówczas już wszystkie oczy zwrócone były na Anglię. Szokiem było to, że w tej epoce upadku republik (Holandia, Wenecja) i wzrostu sił monarchii (Prusy, Rosja) brytyjski „ustrój mieszany” (monarchia mixta)  wysunął się na prowadzenie. Książę Marlborough to pierwszy brytyjski wódz znany  wszystkim Europejczykom. Nowy brytyjski ustrój ustalił się za rządów premiera Roberta Walpole’a (1721-1742), i charakteryzowano go jako parlamentarna-gabinetowy. Rola króla stała się raczej bierna, głównie wspierał on premiera.


Francuscy obserwatorzy nie zawsze trafnie diagnozowali ów ustrój. Brytyjska polityka była dla nich zbyt hałaśliwa i niezrozumiała. Znakomitym przykładem jest tu Montesquieu, który choć nie rozumiał do końca jak działa angielski rząd,  znajdował się pod mocnym wpływem nauk Henry’ego St. John, wicehrabiego Bolingbroke (1678-1751), od którego przejął ideę podziału władz. Monteskiusz był w Londynie w 1734 roku i zapoznał się szczegółowo z politycznymi przekonaniami przeciwników rządu  Walpole’a (Butterwick 2000, s. 62-63). Montesquieu wziął plany Bolingbroke’a i jego kręgu za rzeczywistość i nie zauważył, że między królem a parlamentem nie ma aż takiej idealnej równowagi sił, która potem Montesquieu będzie promował jako podział władz, tj. model w którym dwie władze konkurują o wpływ na obywatela, ograniczając się nawzajem, dzięki czemu obywatel ma nieco oddechu. Brytyjczycy np. David Hume, dziwili się, że francuscy intelektualiści nie dostrzegli, że parlament jest znacznie silniejszy od króla; z drugiej jednak strony Hume dostrzegał organizacyjną przewagę swojego kraju nad Francją (opisując Calais użył sformułowania: „mało sensownej działalności”).


Do Anglofilów należy też zaliczyć Voltaire’a. Gdy Voltaire przybył w maju 1726 roku do Londynu okazało się, że bankier który miał pieniądze na pobyt – Mendes da Costa zbankrutował wkrótce po ich otrzymaniu. Został bez pieniędzy gdy wszyscy jego Brytyjscy znajomi byli w swych wiejskich posiadłościach poza stolicą. Po pierwszym dobrym wrażeniu jakie wywarła na nim brytyjska stolica rozczarowały go plotkujące o potknięciach znajomych damy (Parker 2005, s. 50). Pomógł mu kupiec Everard Fawkener, kupiec handlujący z Syrią (wtedy turecką), inspirator wielu motywów orientalnych u Voltaire’a. Politycznie Voltaire trzymał z torysami Bolingbroke’a, ale i szef wigów premier Robert Walpole dał mu wydawniczy grant w wysokości 200 funtów (Pearson 2005, s. 79). Również Jerzy I dał mu 100 gwinei by podkreślić, że cieszy się z obecności Francuza w swoim kraju (Parker 2005, s. 51). Po powrocie z prowincji po kilku miesiącach od przybycia V do Londynu, zaopiekował się nim Bolingbroke u którego bywał wieczorami (Leithäuser 1961, s. 58); dzięki niemu Voltaire poznał Pope’a, a w 1727 roku - Swifta; powiastka filozoficzna Voltaire’a Mikromegas z 1752 będzie nawiązywała do Guliwera (1726). Locke został ulubionym filozofem Voltaire’a, a on sam jego kontynuatorem. Książę Newcastle pomagał mu przy druku poematu „Henriada”, który we Francji napotykał na mur cenzury. Wydanie było luksusowe (Leithäuser 1961, s. 64). Listę subskrypcji otwarto w styczniu 1728 roku (Parker 2005, s. 61). Przez pewien czas zastanawiał się czy nie pozostać w Anglii, zwłaszcza, że koniec regencji we Francji (1726) nie zapowiadał nic dobrego dla liberalnych pisarzy (Leithäuser 1961, s. 61).   Wielkie wrażenie wywarł na poecie uroczysty pogrzeb Newtona, szacunek dla naukowców, pisarzy, aktorów i aktorek nad Tamizą. Voltaire prawdopodobnie celowo idealizował Anglię, gdzie pisarzy tez przecież jak np. Defoe, czasem prześladowano, ponieważ chciał przede wszystkim oświecać Francję (Gay 1959, s. 44). Jego listy filozoficzne o Anglii były pierwszym de facto pismem politycznym francuskiego oświecenia, bo Listy perskie Montesquieu były zbyt subtelne i nie przemawiały wprost (Gay 1959, s. 48). W marcu 1729 wrócił Voltaire do Paryża, a właściwie do Saint Germain en Laye, gdzie które ubił interes na loterii La Condamine’a, wkrótce zakazanej przez władze (Pearson 2005, s. 87). Niedługo potem zmarła uwielbiana przez cały kraj i przez niego aktorka Lecouvreur. Wzburzyło poetę, że została ona potraktowana jak grzesznica i musiała być pochowana ukradkiem. Cały lud paryski czytał pismo jakie jej poświęcił (Parker 2005, s. 69), ale  nikt głośno nie zaprotestował prócz Voltaire’a nawet potężny marszałek Maurycy Saski, choć oburzeni byli wszyscy. Ulotkę przekazywano z rąk do rąk (Leithäuser 1961, s.78). Voltaire celowo przedstawił elity brytyjskie jako bardziej otwarte na nowych ludzi niż były w rzeczywistości, ale jak twierdzi Butterwick różnica między Francją AD 1730 mogła być większa niż oboma tymi krajami AD 1780 (Butterwick, s. 61). Voltaire spierał swiez e swoim przyjacielem i zwolennikiem modelu szwedzkiego, Argensonem który ustrój jest najlepszy. Locke też został sprzedany Francji i reszcie kontynentu w wyidealizowanej wersji wolteriańskiej, bardziej deistyczny i tolerancyjny niż był w rzeczywistości. Całe życie będzie się Voltaire wahał miedzy oświeconym absolutyzmem Fryderyka II a modelem angielskim. Do końca życia będzie uważał, że Anglicy mają najwięcej wolności w Europie, choć odwiedzający go Anglicy mówili mu czasem, że różnica jest mniejsza niż przypuszcza. W listopadzie 1752 roku Voltaire pisał do madame du Deffand z Prus, że wprawdzie naśladuje się już we Francji angielskie teorie w fizyce i innych naukach, angielskie rozwiązania dotyczące aparatu finansowego państwa i technologii budowy okrętów, ale wciąż nie są chętni by naśladować angielską wolność poglądów (Gay 1959). 


Filozofowie całej Europy nawet jeśli niekoniecznie zostawali anglofilami czy też anglomanami. Vincenzo Martinelli przybył w 1748 roku do Londynu i podobnie jak Montesquieu wziął idee polityczne (tym razem wigowskie)   za rzeczywistość. Europa poznawała angielski ustrój głównie przez prace Voltaire’a i Montesquieu. Herdera zainspirowała teza Montesquieu, że wolności brytyjskie wywodzą się z lasów Germanii. Georg Lichtenberg i Goethe podziwiać będą naturalność angielskich manier i dramatu, August Schloetzer – angielskie instytucje i liberalizm.


Monarchowie o pretensjach filozoficznych, bardziej (Fryderyk II) lub mniej liberalni (Katarzyna II), zachowywali wstrzemięźliwość wobec brytyjskiej polityki, ale wysyłali ludzi do Anglii by uczyli się nowych technik rolnych i przemysłowych. W dziedzinie sztuki Katarzyna II została anglomanką całkowicie: „nie lubię fontann, które torturują wodę”, Fryderyk II pozostał gallofilem (pałac Sanssouci w odróżnieniu od np. pałacu Leopolda von Anhalt-Dessau był całkowicie francuski), ale interesował się jedynie technikami brytyjskimi w rolnictwie i industrii, no i politycznie bliższy był liberalnemu wolterianizmowi. Fryderyk Wielki i Józef II lekceważyli Anglię ze względu na cykl wyborczy, parlamentaryzm i (przejściowe, jak się miało okazać) kłopoty w wyłonieniu silnego gabinetu. Obaj monarchowie uważali, że z tego powodu na Brytyjczykach nie można polegać, a potęga Wielkiej Brytanii wkrótce upadnie (Sorel 1981, s. 91-98).


Szanujący się anglofil czy też angloman francuski czy niemiecki był ubrany w charakterystyczny sposób. Purytańska jeszcze Anglia czasów republiki Cromwella (1649-1660) zakazywała wwozu efektownych francuskich koronek, zwłaszcza tych z dodatkiem złota. Stały się ona bardzo drogie, ponieważ można było je uzyskać jedynie dzięki ryzykownemu szmuglowi (Goldenberg 1904). Koronki haftowane złotą nicią były typowe dla XVII wieku dla mundurów i strojów dworskich obojga płci. Królowa Anna Stuart (pan. 1702-1715) uznając, że elity Anglii zbytnio się wykosztowują na te złote nici zakazała importu. Za panowania Jerzego II (1727-1760) znowu zakazano importu (też niezbyt skuteczny był ten zakaz), tym razem jednak także ze względów ideologicznych. Jerzy II żądał patriotyzmu ekonomicznego i praktycyzmu od swoich obywateli. Także więc na kontynencie, anglomani utożsamiać zaczęli już w pełni skromność i praktycyzm, oraz dyskretną elegancję z „angielskimi” przekonaniami; np. tym że klasy społeczne powinny się mieszać, a tolerancja religijna i dla odmiennych opinii jest ważna. Utylitaryzm i naturalność uwiodły wielu. Praktyczny strój redignote, obszerny płaszcz z szerokim kołnierzem, używany w Anglii przez szlachtę i mieszczan do podróży konnej wyewoluował w ostatnich dwóch dekadach XVIII wieku w gustowny strój męski i damski.
Anglofil czy też angloman, miał też charakterystyczny styl zachowania. Cechą podstawową była powaga. Hume mawiał, że pije sie lepiej z Francuzami, ale rozmawia z Anglikami. Purytansko-filozoficzna powaga stała się nowym trendem. Charles Hanbury Williams, mentor Stanisława Poniatowskiego, przyszłego króla, zalecał mu być po angielsku poważnym i unikać francuskiego humeur (Butterwick 2000, s. 107). W pisarstwie nakazywano wzorem Fieldinga i Richardsona więcej nurzać się w uczuciach, i unikać francuskiego stylu anegdotycznego. 


Rekordy w Anglomanii bił Palais Royal, czyli alternatywny dwór francuski skupiony wokół Ludwika Filipa Orleańskiego  (1747-1793), księcia Chartres. Tam za zasady uwielbiano wszystko co angielskie, z kolej inni popadali w drugą skrajność, co wykpiwał wspomniany już anglofil Louis-Sébastien Mercier, autor m.in. niekorzystnego dla Paryża tekstu: Parallèles de Paris et de Londres:


„...Domorośli politycy z tarasu Tuilerii są przeciwko Anglikom; gadają tylko o tym; jakby tu lądować w Anglii, zająć i spalić stolicę; a choć wszyscy się z nich śmieją, ten pogląd na Anglików nie różni się od sądu możnych tego świata... (Mercier 1959, s. 46)”.
A oto jaką wyższość widział Mercier w brytyjskim ustroju i charakterze:  „…W monarchii trzeba być gładkim sybarytą, wyzbytym dzielności; jedyną pociechą są tu próżne rozkosze zbytku. Tylko republikanom przystoi szorstkie wzięcie, zamaszyste ruchy i harde spojrzenie, które idzie w parze ze śmiałym sercem i miłością ojczyzny… Wolę patrzeć jak w Londynie lud bije się na pięści i upija w szynku, niż widzieć, jak w Paryżu nie śmie unieść głowy, zatroskany, niespokojny, sponiewierany… (Mercier 1959, s. 45)”.


 Można przypuszczać, że Londyn był zbyt duży by władze mogły sprawować nad nim jakąkolwiek kontrolę, zwłaszcza przy więcej niż skromnym aparacie policyjnym, a więc Londyńczycy mogli być bardziej anarchistyczni niż republikańscy. I czy lepsze położenie Londynu pod względem ekonomicznym (wielki port) nie tłumaczy różnic w wyglądzie mieszkańców. Nie we wszystkich sprawach Mercier jest zwolennikiem swobody wyboru. Chwalił m. in. to, że król Prus Fryderyk II Wielki zabronił urządzać loterii, podczas gdy z powodu innej, zorganizowanej w 1783 roku przez generalnego kontrolera finansów Henri Lefèvre’a, markiza d'Ormesson (1751-1808) Paryżanie tracili całe majątki.


 Jednak wybujały indywidyalizm, albo jak kto woli brytyjska swoboda w kultywowaniu własnego charakteru, co dziś nazwalibyśmy kreatywnością i smaorealizacją, rzucało się w oczy anglofilom z kontynentu. Voltaire zauważył że nawet francuzi gdy przechodzą na angielską mowę, mówią odważniej, Stanisław August powie, że Anglicy maja więcej cech charakteru niż np. Francuzi. Wielkim Anglofilem był też Armand Louis de Gontaut, książę de Lauzun (1747-1793), który był w drugiej połowie XVIII wieku przywódcą francuskiego dworskiego stronnictwa miłośników angielskich; zwyczajów, ustroju, filozofii i mody. Był również autorem eseju o obronności Imperium Brytyjskiego: Etat de defense d'Angleterre et de toutes ses possessions dans les quatres parties du monde, i kochankiem lady Lennox. Należał do "liberalnej" koterii Étienne-François de Choiseula, który był mężem szwagierki jego ojca. Niezależnie od uwielbienia Anglii, w 1779 roku wyruszył na pomoc Amerykanom.  Amerykanie nazwali potem  na jego cześć statek "USS Duc de Lauzun" zwodowany w 1782 roku. Po powrocie do Francji, był czołowym obok   Mirabeau i markiza de La Fayette’a zwolennikiem konstytucjonalizmu i liberalnych reform. Rewolucjoniści francuscy zasadniczo podzielą się na „anglików” (Lauzun, Mirabeau), „amerykanów” (La Fayette, Condorcet) i tych, co nie rozumieli idei podziału władz, ku nieszczęściu Francji (Desmoulins, Danton, Robespierre). Anglofile i amerykanofile próbowali zapobiec radykalizacji rewolucji. Condorcet był zwolennikiem utrzymania „naturalnych nierówności” wynikających z indywidualnych zdolności i stanu majątkowego.  Rdzeniem Condorcetowskiej idei postępu było przekonanie o szkodliwości wszelkiego sekciarstwa w nauce, dlatego piętnował monopol starożytnych kapłanów i Kościoła na naukę i moralność, i monopol szlachty do prowadzenia polityki. Choć nie był radykalnym demokratą, podziwiał Stany Zjednoczone za przełamanie tych monopoli, tak samo jak podziwiał (z pewnymi zastrzeżeniami) starożytne Ateny. Condorcet twierdził, że Wielka Brytania, o ile wypuści Amerykanów ze swych objęć, USA i  Stany Zjednoczone, które odziedziczyły oparte na poszanowaniu wolności jednostki prawa poglądy brytyjskie, oraz czerpiąca z obu wzorców rewolucyjna Francja są najbliższe realizacji ideału wolnego państwa z powszechną oświatą i powszechnym dostępem do zdobyczy nauki, ponieważ postępowi nieustannie zagrażają ignorancja i zabobon (Condorcet 1795, s. 168). Niestety Lauzun i Condorcet nie przeżyli rewolucji. Więcej szczęścia miał inny czołowy anglofil Louis-Léon de Brancas, książę Lauraguais (1733-1824). Richard Butterwick wspominał o przejściowej urazie do Anglii, jaki odczuwało wielu adeptów oświecenia we Francji i Niemczech w okresie konfliktu Jerzego III i parlamentu z amerykańskimi koloniami (1775-1783), jednak już niedługo potem uwielbienie dla wolności angielskich zlało się z uwielbieniem do wolności amerykańskiej:


„...Nadzieje nasze co do przyszłości rodzaju ludzkiego sprowadzają się do trzech zasadniczych punktów: obalenie nierówności między narodami, większa równość w obrębie tego samego ludu i rzeczywiste udoskonalenie się człowieka. Czy wszystkie narody zbliżą się kiedyś do tego stanu cywilizacji, jaki osiągnęły ludy najbardziej oświecone, najbardziej wolne, najbardziej wyzwolone z przesądów, jak Francuzi i Anglo-Amerykanie... (Condorcet 1957)”.
Skomplikowany i często przewrotny sposób postrzegania Anglików przez francuskie elity doskonale obrazują notatki dyplomaty francuskiego Charlesa de Peyssonnela (1727-1790) z 1782 roku opracowane przez Mario Pasa’ę. Jest to typowa książka tamtych czasów mająca służyć dowcipnej rozrywce. De Peyssonnel zauważa u Anglików wiele śmiesznostek, które drażniły wówczas Francuzów, jak na przykład angielskie upodobanie do kabrioletów, czyli odkrytych powozów. Dyplomata wyraźnie podkpiwał sobie przy tym z paryskiej anglomanii (Peysonnel 2007, s. 37-44). 


W Polsce dopiero Stanisław August konsekwentnie zmierzał do skorzystania z brytyjskich wzorców ustrojowych, a i w sztuce anglomania kazała na siebie poczekać. Stanisław Konarski na przykład znał edukacyjne teorie Locke’a, ale w sumie z nich nie skorzystał, zignorował zalecenia dotyczące sportu i kształcenia w domu (Butterwick 2000, s. 84). Stanisław Poniatowski (ojciec króla) pisał w 1744 roku o Anglii jako jednej w z wielu republik, które można naśladować. W 1743 roku przynajmniej interesy brytyjskie i polskie przestały być sprzeczne  i Czartoryscy coraz chętniej wiązali się z Brytyjczykami. Co nie znaczy, że Brytyjczycy widzieli pokrewieństwo ustrojowe; brytyjski mentor Poniatowskiego, czyli przyszłego króla, Charles Hanbury Williams widział w Polsce wolność zdegenerowaną w swawolę. Ta opinie była niestety słuszna. Polska szlachecka była w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii krajem zamkniętej elity, która nie dopuszczała do siebie nowych ludzi, oraz krajem tyranii szlacheckiej nad chłopami. Dnia 9 stycznia 1770 roku William Pitt Starszy  użył podczas debaty w Izbie Lordów na temat mowy tronowej Jerzego III stwierdzenia, ze pewne decyzje „…sprowadziłyby brytyjskich wolnych farmerów do stanu gorszego niż wieśniaków w Polsce… - If this question be given up, the freeholders of England are reduced to a condition baser than the peasantry of Poland (Pitt 1848, s. 93)”. Takich przykładów używania sytuacji chłopstwa w Polsce jako synonimu okropieństw było w tej epoce na Zachodzie bardzo  wiele.


Na początku XVIII wieku idee Johna Locke’a były w Gdańsku już dobrze znane, choć bardziej znane były książki filozofów niemieckich z Halle. W ofercie wydawniczej Korneliusa Beughema z 1720 roku znajdowały się dzieła Locke’a. W Gdańsku czytywano również chętnie angielską literaturę piękną między innymi Pamelę Samuela Richardsona (1689-1761)  i wiersze Alexandra Pope’a (1688-1744). Znane  były w tym mieście dramaty Szekspira. Pewnego pojęcia o ustroju angielskim mogła dostarczyć lektura dzieł Voltaire’a, popularnego w Gdańsku już w latach trzydziestych XVIII wieku. Jednak niemieckojęzyczny Gdańsk i reszta Rzeczypospolitej stanowiły jednak dwa odrębne światy (Grześkowiak-Krwawicz 1998, s. 14, 84-88).


Niemniej jednak, wszystkie proponowane reformy polskiego ustroju po 1750 roku powoływały się na doświadczenia i wzory brytyjskie, chociaż czasem jak Zamoyski woleli o tym nie wspominać braci szlacheckiej wprost, gdyż Anglia ciągle była dla wielu głównie ziemią heretyków. Dopiero około 1780 Polacy poznali nieco szczegółów o brytyjskiej polityce wewnętrznej, a w 1790 roku przetłumaczono deklarację niepodległości USA (1776) co wpłynęło na mało brytyjski charakter konstytucji 3 maja, wbrew nadziejom Stanisława Augusta (Butterwick 2000, s. 292).


Pierwsze meble w stylu angielskim, czyli po angielsku naturalne i wygodne, dotarły do Polski za Augusta II przez Gdańsk, w 1786 roku już nawet w Lublinie robiono kapany a la Chippendale (Butterwick, s. 286). Architektonicznie jako angielski dom, długo osamotnionym przykładem był wzniesiony po 1765 roku pałac gotycki bratanka króla Stanisława, również Stanisława Poniatowksiego  w Korsuniu. W Zamku Królewskim nie było wiele angielszczyzny, zaś w Łazienkach tylko trochę.
Stanisław August Poniatowski widział Brytyjczyków, jako tych co nie stracili dyscypliny mimo wolności. Trochę jednak przerażał go brytyjski indywidualizm (uważał, że przeciętny Brytyjczyk ma 3 razy więcej cech charakteru niż Francuz). Charles Yorke nauczył go doceniać brytyjski krajobraz (Butterwick 2000s. 128). Poniatowski jednak nie widział różnicy między spleenem a francuską ennui.


Wśród samych Brytyjczyków XVIII wieku niewielu by można znaleźć posiadających tak dużą wiedzę na temat Polski jaka miał Charles Hanbury Williams. Polska zaczęła interesować ich bardziej dopiero po 1764 roku, gdy na tronie zasiadł Stanisław August Poniatowski – anglofil, który nigdy nie przepuścił okazji by porozmawiać z Brytyjczykami zwłaszcza na temat ustroju panującego w ich kraju. Z tego powodu mieli oni łatwy dostęp do króla, który chętnie się im zwierzał. Dyplomata James Harris przyjechał w 1767 roku z Prus do Polski. Spostrzegł nędzę chłopów i panoszących się w Warszawie Rosjan. Król rozmawiał z nim o Szkole Rycerskiej i stwierdził, że jej założenie może być przydatne Rosji, dlatego dopuścili do jej założenia (Zawadzki 1963, s. 285-306).   Nathaniel William Wraxall, agent kolejno East India Company, a następnie rządu brytyjskiego, który w latach 1777-1779 odwiedził wszystkie środkowoeuropejskie dwory  interesował się tak jak Marshall głównie gospodarką, lecz na wyższym poziomie niż on. Poseł brytyjski w warszawie Wroughton miał obowiązek dostarczenia mu potrzebnych informacji. Wspomnienia z Polski (1778)  Wraxalla emanują brakiem zaufania do ekonomicznego doświadczenia Stanisława Augusta i zaskoczeniem dlaczego Polacy tak mało wykorzystują gospodarcze atuty ich kraju. Wraxall doskonale orientował się w najnowszych wydarzeniach zwłaszcza dotyczących gospodarki i był świadom trudności spowodowanych działaniami Prus w tym względzie (Zawadzki 1963, s. 477-557). Warto też wspomnieć kapelana Johna Linda pracującego w Polsce jako nauczyciel szkoły kadetów.


W drugiej połowie XVIII wieku opinia o Polsce w Wielkiej Brytanii stała się bardziej zróżnicowana. Poseł polski w Londynie w latach 1769-1772 Tadeusz Burzyński (ur. Ok. 1730, zm. 1773) twierdził,  iż: „…te dwa narody wolne mają jakieś przez toż samo sekretny ze sobą związek i wzajemny dla siebie szacunek”. Lord Mansfield stwierdził w rozmowie z nim: In this country Poland has no enemy. Niestety kłopoty Polski były dla Brytyjczyków raczej egzotyczne i niejasne. Rosji nie lubiano i zdawano sobie sprawę z potencjalnie niebezpiecznego wzrostu jej potęgi, ale nie pojmowano sprzeczności między Polską a dość popularnym w Londynie Królestwem Prus.   Następca Burzyńskiego, Franciszek Bukaty w niedługim czasie pobytu w Londynie, stał się naprawdę Brytyjczykiem; pił toasty za rozbef i wolność. Adam Kazimierz Czartoryski tez miał mentora-Anglika; był nim Robert Murray Keith. Jednocześnie polityka brytyjska wobec Polski sprowadzała się w sumie tylko do obrony Gdańska przed zakusami Prus (Butterwick 2000, s. 151). Czartoryski lepiej poznał język angielski, bo miał więcej czasu niż król, ale prócz Daniela Hailesa brytyjscy dyplomaci cenili go niżej niż Poniatowskiego.
Ci myśliciele polscy, którzy nawiązywali do Locke’a, jak Stanisław Staszic, kładli szczególnie silny nacisk na znaczenie ładu prawnego dla sprawy wolności: „tam gdzie prawodawstwo nie należy do narodu, tam nie ma żadnego towarzystwa, jest tylko pan i bydło jego (Grześkowiak-Krwawicz 2006, s. 113)”.


Stanisław August posiadał w swych zbiorach dzieła Szekspira, Bena Johnsona, Spensera, Bacona,  Miltona, Drydena, Locke’a, Pope’a, Addisona, Swifta, Graya, Younga, Richardsona, Fieldinga, Samuela Johnsona, Sterne’a, Horatio Walpole’a, Defoe’a i Mac Persona. Król popierał dokonujących przekłady z angielskiego, które pojawiły się w większej liczbie dopiero po 1785 roku (Butterwick 2000, s. 168-173). Stanisław August nie przepadał za Tristramem i Osjanem i innym eksperymentalnym pisarstwem, ale Szekspir podobał mu się, gdyż złamanie zasady jedności miejsca akcji powodowało, ze można bardziej opowiedzieć o jakiejś kulturze (Butterwick 2000, s. 169). Znał nawet radykalne pisma polityczne np. Algernona Sidneya (Butterwick 2000, s. 249).


Jednak pomimo poparcia królewskiego okres pomiędzy zainteresowaniem się Wielka Brytanią a odwiedzaniem jej trwał dość długo. Paweł Komorowski w swej pracy o recepcji dzieł Bolingbroke’a, Williama Robertsona i Edwarda Gibbona w Polsce czasów Oświecenia wylicza kilka innych bibliotek zawierających angielskie dzieła, konkretnie dzieła tych trzech historiografów. Były one obecne w Bibliotece Czartoryskich, Marii Sanguszkowej, Anny Pauliny Jabłonowskiej, Ignacego Krasickiego, Stanisława Kostki-Potockiego i Józefa Ossolińskiego (Komorowski 2003, s. 20-26). Dla porównania warto przytoczyć tu kilka dat pierwszych przekładów dzieł francuskich. Memnon Voltaire’a przetłumaczono w 1771 roku, Zadiga w 1773, Królewnę Babilonu w 1779, Kandyda 1780, Dobrego Bramina w 1781, Awanturę Idziego Blasa Lesage’a w 1769, Diabła Kulawego również Lesage’a w 1777, wyjątki z Emila Rousseau w 1765. Wydaje się, że różnica pomiędzy podjęciem tłumaczeń na polski powieści francuskich i angielskich jest niewielka. Jednak nie należy zapominać o tym, ze Polska była krajem elit francuskojęzycznych, a więc książki francuskie, w przeciwieństwie do angielskich, nie musiały zostać przetłumaczone by być dość ogólnie dostępne. Sam Stanisław August i niektórzy przedstawiciele elit czytali książki angielskie w przekładzie francuskim. Poza tym książka francuska była o wiele łatwiej dostępna. W latach 1786-1792 przy ulicy Senatorskiej w Warszawie mieściła się duża wypożyczalnia książek francuskich i nie był to jedyny tego typu zakład (Tomczak 1988, s. 141-142). Dość powszechnie rozumiany był też język niemiecki i czasem włoski, co potwierdzają liczni cudzoziemcy odwiedzający Polskę tych czasów. Podobne do wyżej wymienionego przedsięwzięcie dotyczące książek angielskich byłoby skazane na fiasko ze względu na zbyt małą liczbę ludzi władających językiem angielskim w Polsce Stanisławowskiej. Z pewną przesadą można by stwierdzić, że w zasadzie tylko otoczenie samego Stanisława Augusta i Czartoryskich było anglojęzyczne. 


 Butterwick stwierdza, że Stanisław August długo unikał jasnego wyrażania swych pro-angielskich sympatii, jak również otwartego informowania innych, ze proponowane przezeń reformy oparte są na wzorcach angielskich. Role katalizatora spełnił tu pierwszy rozbiór Polski. Po 1772 roku reformatorzy (zwłaszcza przed ogłoszeniem Konstytucji 3 Maja)  zaczęli szafować przykładami zaczerpniętymi z teorii Hume’a i Burke’a (Butterwick 2000, s. 291-314). W 1775 roku Stanisław August wyraził nie po raz ostatni żal z powodu braku reakcji brytyjskiej na rozbiór.


Anglomania najdłużej utrzymała się w Rosji i na Węgrzech bo aż do lat 1830-tych, oraz w Niemczech, ale to już raczej z niechęci do Francji.




BIBLIOGRAFIA:


• Bergner T., Voltaire. Leben und Werk eines steitbaren Denkers, Verlag Neues Leben Berlin 1976.

• Butterwick R.,    Stanisław August a kultura angielska (przeł. Marek Ugniewski, Instytut Badań Literackich Warszawa 2000.

• Condorcet J.A., Outlines of an historical view of the progress of the human mind: being a posthumous work of the late M. de Condorcet, London 1795.

• Condorcet J. A., Szkic obrazu postępu ducha ludzkiego poprzez dzieje, Kraków 1957.

• Gay P., Voltaire’s Politics. The Poet as Realist, Princeton University Press Princeton New Jersey 1959.

• Goldenberg S.,  Lace, Its Origin and History, Brentano’s New York 1904.

• Grześkowiak-Krwawicz A., Gdańsk oświecony, szkice o kulturze literackiej gdańska w dobie Oświecenia, Warszawa 1998.

• Grześkowiak-Krwawicz A., Regina libertas. Wolność w polskiej myśli politycznej XVIII wieku, Wydawnictwo słowo/obraz-terytoria Gdańsk 2006.

• Komorowski P., Bolingbroke, Robertson, Gibbon – znajomość i recepcja ich dzieł w Rzeczpospolitej doby Oświecenia, Warszawa 2003.

• Leithäuser J., Er nannte sich Voltaire. Bericht eines grossen Lebens, Cotta-Verlag Stuttgart 1961.

• Mercier S., Obraz Paryża, opracowała i przeł. A. Jakubiszyn-Tatarkiewiczowa, Warszawa 1959, PIW.

• Parker D., Voltaire. The Universal Man, Stroud, Gloucestershire 2005.

• Pearson R., Voltaire Almighty. A life in Puruit of Freedom, Bloomsbury Publishing London 2005.

• Peyssonnel Ch. de, Petite chronique du ridicule, Paris 2007.

 
• Pitt W., The Speeches of the Right Honourable the Earl of Chatham in the Houses of Lords and Commons, London 1848.

• Sorel A., Kwestia wschodnia w XVIII wieku, Warszawa 1981.

• Tomczak A. (red.), Polska--Francja : dziesięć wieków związków politycznych, kulturalnych i gospodarczych, Książka i Wiedza Warszawa 1988.

• Zawadzki W., Polska stanisławowska w oczach cudzoziemców, Warszawa 1963.



czwartek, 12 lutego 2015

Carlos Fuentes: „Contra Bush”

Zmarły w 2012 roku, wybitny pisarz i dyplomata (1975-1977 ambasador Republiki Meksyku w Paryżu) meksykański, liberał z poglądów, krytyk Chaveza (nazywał go „tropikalnym Mussolinim”), Reagana i Busha-juniora, w dzienniku politycznym z lat 2000-2004, wydanym w 2004 roku pod tytułem Contre Bush (polska edycja w tłumaczeniu Pauliny Bojarskiej Świat Książki Bertelsmann Warszawa 2005), Fuentes wykpiwa politykę administracji Busha-Cheneya. Książka jest dedykowana Arthurowi Schlesingerowi (1917-2007), stronnikowi amerykańskiej Partii Demokratycznej, Clintonów i Kennedych, co pokazuje, że Fuentes nie jest jakimś kolejnym nawiedzonym Latynosem, nie znoszącym USA, lecz świadomym i obeznanym krytykiem pewnego stylu w jakim czasem politykę zagraniczną prowadzą amerykańscy Republikanie (s. 5), odrzucający Clintonowskie wezwanie do prób rozumienia wzajemnych zależności politycznych. carlos fuentes cb Na początek (wpis z 1 sierpnia 2000 r.) Fuentes bierze na cel hasła „współczującego konserwatyzmu” głoszonego przez administrację Busha, które zdecydowanie nie pasuje do zwariowanego libertarianina Richarda Cheneya, pierwszego mózgu owej administracji (s. 9). Cheney to jak wylicza Fuentes, zwolennik: legalizacji killer bullets, apatheidu w RPA, trzymanie Mandeli w więzieniu, podobnie jak najbardziej konserwatywny senator Jesse Helms. Cheney to typowy petrolowy polityk, popierający sankcje ekonomiczne w stosunku do krajów, które ropy nie mają (Kuba), ale wrogi sankcjom wobec roponośnym. Cheney żałował, że „dobry Bóg” nie umieścił ropy w krajach demokratycznych (s. 11), swoją drogą to właśnie łatwa forsa jest stronnikiem tyranów. Cheney, reprezentant Wyoming nie reprezentował nikogo prócz nafciarzy, co ciekawe podobnie według Fuentesa czynił także demokrata Al Gore (finansowany przez nafciarza Armanda Hammera), za miękka postawę wobec rosyjskich nafciarzy krytykował go Bush jr, ale ze względu na Cheneya przestał. W 2000 roku Fuentes bał się, że nowy prezydent Meksyku Vincente Fox nie da rady obronić naftowego Pemexu przed naftowymi interesami USA. W tekście z 6 XI 2000 roku Fuentes dziwi się, że mimo iż rząd Clintona był znakomity (spadek zadłużenia, bezrobocia, przestępczości, wzrost tolerancji i dobrobytu), Gore w swej kampanii dystansował się od jego osiągnięć, mimo oczywistej bliskości ideowej, Amerykanie wybrali więc Busha, który nie przejawiał nadaktywności reformatorskiej (s. 15). Co do florydzkiej nocy wyborczej (tekst z 24 XI), Fuentes żałuje, że garść reakcjonistów kubańskich z Miami, może przerwać legalne liczenie głosów (s USA mówiono o meksykanizacji polityki amerykańskiej) i krytykuje przyjęty w 1787 roku konsensus co do liczenia głosów, dający przewagę małym stanom (s. 20). W tekście z 18 stycznia 2001 roku pisze Fuentes o faktycznej twarzy Busha, czyli promowaniu reakcyjnego Johna Ashcrofta (z Uniwersytetu Boba Jonesa zwalczającego międzyrasowe małżeństwa i promującego segregację rasową w szkolnictwie) na stanowisko prokuratora gen. Wobec spraw dotyczących relacji USA-Meksyk, Fuentes (tekst z 9 II 2001), liczył, że ścisłe jak nigdy przedtem relacje obu państw przyczynią się wreszcie do rozwiązania kilku stałych problemów, np. w USA zrozumie się, że meksykańscy odpowiednich Ala Capone znikną dopiero jak USA przestaną wreszcie karać samych używających narkotyki (s. 24), a nielegalna imigracja do USA ustąpi dopiero jak wdroży się programy wzorowane choćby na niemieckim programie Gastarbeiterów. Vincente Fox miał, wg Fuentesa szanse załatwić te sprawy, skoro nie reprezentował demo-dyktatorskiej partii PRI. 25 lutego 2001 roku pisze Fuentes o Bushu, który jednocześnie starał się przypodobać Afroamerykanom i Kennedym, a w tym samym czasie dawał publiczne pieniądze kościołom (s. 28). Podobnie jak Mitterand, który w 1981 roku pytał Williama Styrona i Arthura Millera o to jak to możliwe, że wybrano Reagana (odpowiedzieli, że w USA uwielbia się gwiazdy filmowe), Fuentes pyta jak to możliwe, że Bush gorszy jeszcze od głupiego Reagana czy inteligentnego lecz niemoralnego Johnsona/Nixona, bo głupi i niemoralny został wybrany. Fuentes stopniowo w pisanych niemal na żywo tekstach coraz szerzej otwiera oczy. Oburza go wysłanie satelitów szpiegowskich nad Chiny, zerwanie rozmów z Koreą Płn., wypowiedzenie traktatu z Kioto, budowa autostrad w rezerwatach leśnych, likwidacja biura ds. walki z AIDS, i badań nad obecnością salmonelli w szkolnych posiłkach (s. 32). Wszystko to jawi się Fuentesowi jako rynkowy leninizm. Richard Perle, dawny antyeuropejski „strateg” Reagana, został twarzą polityki zagranicznej Busha jr. Fuentes odnotował też nagonkę na liberalnych intelektualistów mających swoje zdanie nt. polityki antyterrorystycznej Busha (Bill Maher stracił sponsorów jak nazwał terrorystów „kryminalistami, ale nie tchórzami”, Tom Gutting – robotę za krytykę niezdecydowania Busha 11.09., nieprzyjemności mieli też Peter Jennings i Dan Rather (s. 43). Fuentes podpisuje się pod stwierdzeniami Touraine’a, Oscara Ariasa, Grassa i Sorosa dotyczących niesprawiedliwości gospodarczej jako przyczyn terroryzmu islamskiego i innego (s. 44-46). Osobiście nie jestem przekonany, uważam bowiem, że to głównie bałagan prawny i korupcja powoduje, że terroryzm jest opłacalny, a temu USA nie są winne, co nie znaczy, że jakiejś formy pomocy prawno-administracyjnej nie można by przedsięwziąć (są przecież takie menadżersko-prokuratorskie misje np. UE). 2 grudnia 2001 roku Fuentes pisał o Argentynie i Meksyku i ich ekonomicznych problemach, oraz o tym, że terroryzm islamski całkowicie odciągnął uwagę USA od Latynoamaeryki. Europie zarzuca Fuentes mrzonki o własnej potędze (s. 59), innym kontynentom wiarę w zderzenie cywilizacji („nikt nie ma monopolu na barbarzyństwo”), kubańskim reakcjonistom z Miami utrudnianie pogodzenia USA z Kubą, w czasach gdy UE wchodzi na kubański rynek (s. 65) i izolacja staje się fikcją, zaleca reelekcję Cartera, który odsłużył w końcu tylko jedną kadencję, a mógłby pomóc w tej kwestii. Rumsfeldowi w lipcu 2002 zarzuca demonizowanie i atakowanie Trybunału w Hadze. USA zarzuca zbyt nagłe porzucenie Saddama, które było sygnałem ostrzegawczym np. dla Turcji (s. 76). Fuentes uważał we wrześniu 2002 roku, że nieprzygotowana wojna i okupacja Iraku, miała za cel tylko reelekcję Busha. W lutym 2003 roku Fuentes ostrzegał przed światem jednobiegunowym (s. 102), choć to trochę stoi w sprzeczności z krytkowaniem krajów UE za mocarstwowe mrzonki. Wraz z chwalonym przezeń Villepinem, Fuentes ostrzega też przed zbyt częstym stawianiem siły ponad prawem. Teorię Huntingtona o zderzeniu cywilizacji, bierze Fuentes (tekst z kwietnia 2004 r.) za purytański rasizm charakterystyczny dla Anglosasów XIX wieku (s. 112). H. pisze o Angloameryce, choć USA to też francuska Luizjana, hiszpańska Floryda, rosyjska Alaska itd. Meksykanów i muzułmanów, ma H. za najeźdźców, choć pierwsi przyjeżdżają pracować, a muzułmanie przezywają właśnie wojnę domową fanatyków z moderatami. Latynoscy imigranci pracują najwięcej z wszystkich Amerykanów (największy procent osób zatrudnionych na rodzinę), a miliard dolców na edukację ich w Kalifornii, oznacza dla Kalifornii 16 miliardów federalnych pieniędzy na pomoc edukacyjną. Także dwujęzyczność florydzka powinna być uważana jak wszędzie na świecie za szansę kulturową, a nie za zagrożenie uważa Fuentes (s. 116). Słusznie chwali Fuentes de Villepina i Chiraca za ambitne ale realne plany wspólnej odbudowy Iraku, choć moim zdaniem powinien także dostrzec utrudnianie przez Francję utworzenia koalicji antysaddamowej, o czym przytomniej pisze inny anty-Bushysta Paul Berman. Mimo wszystko felietony Fuentesa są dość trafne i trafnie podsumowane przez cytat z Clintona: „Polityka nie jest teologią. Oznacza rządy opatre na oczywistych faktach, a nie dogmatach” (s. 138).

Liberalizm w Australii – zarys historyczny

Liberalizm australijski, kanadyjski czy nowozelandzki są często pomijane w opracowaniach na temat liberalizmu w ogóle, choć są niezwykle interesujące, ze względu na specyficzne warunki w jakich społeczeństwa te powstały. Australijczycy nie przeżyli typowego dla Anglii, etapu kastowego. Od początku anglosaska elita polityczna tego kraju była elitą gentelmanów i ludzi zamożnych, raczej otwartą niż zamkniętą dla nowych ludzi. australia flaga_300 Australia ma dość nietypową tradycję polityczną. Autralia zaczęła swój polityczny byt w miejscu nazwanym w 1770 przez Jamesa Cooka Zatoką Botaniczną (Botany Bay, aborygeni zwali je Kurnell). Cook, w sposób typowy dla XVIII-wiecznych intelektualistów, idealizował aborygenów jako „szlachetnych dzikusów”, jednak w XIX wieku optyka ta się bardzo zmieniła. W 1788 roku powstały w Australii pierwsze osiedla, mające charakter kolonii karnych. Przybyła wówczas tzw. I flota, z 751 skazańcami, pilnowanymi przez 250 żołnierzy oraz z grupą urzędników z żonami. Kapitan Athur Phillip, przywódca całego przedsięwzięcia starał się nadać mu formę misji cywilizacyjnej i utrzymać porządek i praworządność na wysokim poziomie. Zaprzyjaźnił się nawet z Aborygenem imieniem Bennelong, który mieszkał mniej więcej w miejscu gdzie dziś stoi słynna Opera w Sydney. Warunki zamieszkania pierwszych kolonistów (w 1793 roku przybyli pierwsi wolni osadnicy) bywały ciężkie, niemniej jednak wizje historyków sprzed kilku dekad, jak np. Roberta Hughesa porównujące życie więźniów do gułagu, są nieporozumieniem. W Londynie mówiono więcej o daniu skazańcom drugiej szansy niż o karze. Najgorzej wiodło się kobietom, stanowiącym zaledwie 1/5 pierwotnej białej populacji, i narażonym w związku z tym na wiele przykrości na tle seksualnym, oraz ci więźniowie, którzy dostali się w ręce Johna Macarthura i jego „rumowego korpusu” (Rum Corps), grupce feudalnie żyjących oficerów, traktujących skazańców jako prywatne źródło siły roboczej na ich farmach. „Korpus” przyjaciół Macarthura starał się odtworzyć typową brytyjską klasowość, lecz ich samowola została ukrócona przez gubernatora Nowej Południowej Walii (New South Wales – NSW) Lachlana Macquaire w 1810 roku . W 1817 roku gubernator Macquaire, który starał się przekształcić Nową Południową Walię w zwykłą kolonię cywilną, utworzył, wbrew woli władz w Londynie, pierwszy duży bank australijski . Kolejni gubernatorzy zrównali w prawach „emancypowanych” ex-skazańców i cywilnych kolonistów (tzw. „ekskluzywnych”). Brytyjska klasowość powoli odchodziła do lamusa. Do 1840 roku Australia pełniła rolę przede wszystkim kolonii karnej, stąd niemal wszystkie najstarsze miasta Australii były koloniami skazańców, z wyjątkiem Perth (zał. 1829, do 1891 roku ta stolica Australii Zachodniej miała poniżej 10 tys. mieszkańców), Adelaide (zał. 1836, dziś stolica Australii Południowej, w XIX wieku osiedliło się tam wielu Niemców, a w czasie wolny wietnamskiej – Azjatów) i Melbourne (zał. 1835, stolica stanu Wiktoria na południe od NSW). W latach 40. XIX wieku ustały transporty więźniów. Do dziś wielu Australijczyków lubi się chwalić wytropionym przodkami-kryminalistami. Nie znaczy to jednak, że kraj toczy przestępczość, wręcz przeciwnie. W latach 50. Okazało się, że młode australijskie społeczeństwo nie spełnia wiktoriańskich standardów, co budziło zmartwienie elit i moralistów. W Sydney i Melbourne (inne miasta dopiero raczkowały) dobrze czuli się komicy i aktorzy, uciekający przed brytyjskim konserwatyzmem społecznym. Australia coraz bardziej stawała się brytyjską kontrkulturą. Kwitła prostytucja, a gorączka złota (1851) zachęciła wielu Chińczyków do przyjazdu (1860-1861), którzy zwykle zarabiali na życie jako hodowcy warzyw w przydomowych ogródkach, ale w umysłach moralistów głównie handlowali opium . W 1854 roku wybuchł pierwszy republikański bunt w kolonii Wiktorii pod wodzą charyzmatycznego Irlandczyka Petera Lalora (jego ludzie wymyślili flagę z Krzyżem Południa), zazwyczaj jednak polityka australijska znajdowała sobie miejsce w systemie brytyjskiego imperium. Wcześni politycy australijscy, mimo pewnych różnic ideologicznych mieli dość podobny światopogląd na który składały się: mateship czyli egalitarny duch solidarności obywatelskiej, nakazujący postrzegać państw jako wielki zakład użyteczności publicznej , pewien stale obecny anty-intelektualizm , romantyczny męski etos zdobywcy buszu (choć jednocześnie prawa wyborcze kobiety otrzymały w koloniach australijskich wyjątkowo wcześnie, bo jeszcze przed końcem XIX wieku), oraz jednolicie anglosaski dość rasistowski (choć nie bardzo jak na standardy XIX i wczesnego XX wieku) sposób postrzegania świata (niechęć do aborygenów, czy chińskich i japońskich imigrantach przybyłych w czasie gorączki złota, a potem wydalanych i więcej nie wpuszczanych w ramach polityki „białej Australii”). Irlandzcy katolicy zamieszkali w Australii, niechętni byli Londynowi, równie mocno jak kanadyjscy frankofobi, lecz, nie mieli oporu z identyfikowaniem się ze swoimi anglosaskimi protestanckimi sąsiadami. Do autorów promujących mateship i dumnie nazywający siebie „Buszmenami” należeli Henry Lawson i „Banjo” Peterson. Obaj ci poeci i dziennikarze związani z popularnym magazynem „Bulletin” wyróżniali się także daleko posuniętym maczyzmem i mizoginizmem; przedstawiali bowiem kobiety albo jako słodkie seksowne idiotki, albo złośliwe i wredne stare babsztyle . O potrzeby i godność kobiet upominała się wtedy Barbara Baynlan. W połowie XIX wieku Australijskiej białej ludności było około miliona (Aborygenów w początkach wieku XIX było ok. 300 tys.), w 1890 już 3 miliony. Byłoby zapewne więcej gdyby nie oddalenie Australii od UK i USA, oraz fakt, iż śródkontynentalna pustynia („martwe serce kraju”) ni była szczytem marzeń kolonistów. W 1901 powstał Związek Australijski i pierwszy ogólno-australijski rząd Edmunda Burtona, szefa Patrii protekcjonistycznej, który pokonał kandydatów z Partii Wolnego Handlu i Partii Pracy. Pierwotnie parlament federalny (każdy stan Australii ma własna konstytucję i rząd) obradował w Melbourne (od 1927 roku w nowej stolicy Canberrze, budowanej od 1913 roku). Jedną z pierwszych decyzji parlamentarnych było zapoczątkowanie słynnej antyimigracyjnej White Australia Policy. Liberałowie tacy jak Alfred Deakin (drugi premier Australii, 1903-1904) starli się łagodzić napięcia społeczne, tak by uniemożliwić wzrost konserwatystów i laburzystów (Deakin ostrzegał przed „socjalistycznym tygrysem”) . Polityka łącząca dynamiczny kapitalizm z pełnym współczucia systemem socjalnym znana była w darwinistycznym społecznie Londynie jako „Australian settlement” („australijski porządek”) . W 1909 roku Protekcjonisci połączyli się z Partią Wolnego Handlu, tworząc Związkową Partię Liberalną – Commonwealth Liberal Party bardzo zróżnicowaną wewnętrznie. W Australii szybko wykształciła się tradycja silnego wpływu państwa na gospodarkę, i CPL nie próbowała z tym dyskutować, a jedynie hamowali centralizm i nadmierny interwencjonizm socjalistyczny Australian Labour Party. ALPO powstała w odpowiedzi na kryzys spekulacyjny lat 90. XIX wieku. Uważający się za obrońców ludności przed lewicowymi ekscesami i nieodpowiedzialnymi akcjami różnych grup) liberałowie przetrwali akcje strajkowe laburzystów i zmusili ich do współpracy . Jednocześnie bronili też praw pracowniczych kobiet wbrew konserwatywnym moralistom, i ALP i jej związkom zawodowym . Jeszcze egzotyczniej dla Europejczyka wygląda sojusz moralistów i moralistek prohibicyjnych z liberałami, przeciw ALP, która została utożsamiona z pijaństwem i popędami. W latach 1910-1913 laburzystom udało się przejąć po raz pierwszy władzę na nieco dłużej. Wprowadzili oni zasiłki macierzyńskie, które popierała też CLP, z tą różnicą, że dali je wszystkim matkom, a CLP chciała dawać je jedynie tym uboższym (posłowie ALP nie chcieli, by ubogie matki czuły się jeszcze biedniejsze) . Mimo antyimperialnego światopoglądu większości Australijczyków, nawet laburzyści z wielkim entuzjazmem poparli Wielką Brytanię w czasie I wojny światowej i już w 1915 roku mówiono o powszechnym poborze (jakiż kontrast w porównaniu z np. Kanadą), sprawa poboru podzieliła ALP (przeciwko poborowi był m.in. mocno powiązany z prawym jej skrzydłem Kościół Katolicki, co spowodowało, że katolickich zwykle Irlandczyków zaczęto nazywać zdrajcami) , co spowodowało, że laburzystowski premier William Hughes musiał wymienić skład gabinetu i oprzeć się na liberałach, którzy przekształcili się w 1917 w Nacjonalistyczną Partię Australii (NPA). Socjalista Hughes znany był z krytyki idealistycznych planów prezydenta USA Wilsona i Ligi Narodów, co przysporzyło mu wielkiej sympatii w Australii. Od 1922 roku NPA była w sojuszu z agrarystami (Coutry Party – CP). W 1931 roku NPA przekształciła się w Partię Zjednoczonej Australii (UAP) , a w 1945 w Partię Liberalną – LPA . Od 1931 roku parlament brytyjski nie mógł już tworzyć ustaw dotyczących Australii, bez zgody jej parlamentu . Lata 20. Upłynęły pod znakiem ekonomicznego boomu i bezprecedensowej wolności obyczajowej, a pod względem muzycznym – jazzowo. Kryzys 1929 roku w Australii miałby łagodny przebieg, dzięki ustawodawstwu socjalnemu, jednak spadek światowych cen wełny i zboża nie mógł nie uderzyć w społeczeństwo rolniczego kraju. Podczas II wojny światowej i wkrótce po niej (aż do 1949 roku) Australią rządzili laburzyści, co oznaczało ofensywę keynesizmu, centralizmu i interwencjonizmu (zwłaszcza po wojnie, kiedy laburzyści przejęli też władzę w Brytanii), a nawet (1944) krótkotrwałą wojnę z prasą, wbrew deklaracjom o przywiązaniu laburzystów do wolności opinii i religii . Szef liberałów Robert Menzies straszył przed widmem socjalistycznego lewiatana. II wojna światowa, w czasie której to USA a nie UK uratowały Australię przed Japończykami, zadziałała ujemnie na przywiązanie Australijczyków do Londynu (Menzies zaczynał być w tym przywiązaniu wyjątkowy), oraz wzmogło starania o zaludnienie kraju imigrantami z Europy i Bliskiego Wschodu w celu zwiększenia masy politycznej Australii (hasło: populate or perish). W powojennej Australii grupa tzw. angry penguins – modernistycznych intelektualistów pod wodzą dziennikarza Maxa Harrisa starała się wynaleźć lub może raczej odkryć oddzielny australijski etos narodowy m.in. na bazie egalitaryzmu i progresywizmu (trudno bowiem nawet dziś mówić o typowych Australijczykach, tak bardzo zróżnicowane jest to społeczeństwo). W 1938 roku Aborygeni zorganizowali się i poprosili państwo o opiekę. W 1965 rozpoczęły się protesty inspirowane amerykańskim ruchem praw obywatelskich dla czarnoskórych. W referendum w tej sprawie w 1967 roku 97% respondentów zagłosowało nad pełnią praw obywatelskich dla Aborygenów. Przegrał on jednak wybory w 1946 roku, i dopiero antykomunistyczna atmosfera późnych lat czterdziestych, i umocnienie sojuszu z agrarystami (przeciwnymi tradycyjnie centralizmowi i wolnorynkowcami) przyniosły Menziesowi w 1949 roku zwycięstwo wyborcze. Umiejętnie strasząc komunizmem i bazując na boomie gospodarczym lat 50. 60. Menzies utrzymał się u władzy rekordowo długo, bo aż do 1966 roku, po czym niepokonany odszedł na polityczną emeryturę . W latach 70. To ALP zaczęła przesuwać się na pozycje liberalno-centrowe, podczas gdy Partia Liberalna stawała się coraz bardziej prawicowo-konserwatywna. Menzies wykazywał pewne tendencje autorytarno-konserwatywne już w 1938 roku, gdy podczas wizyty w Niemczech wygłosił kilka pochwalnych uwag dla ustroju III Rzeszy. Już w czasie swego drugiego, dłuższego premierostwa, próbował zroganizować referendum w celu zdelegalizowania Partii Komunistycznej, inicjatywę jednak zablokowali labourzyści. Zarówno Menzies, jak i jego następca Harold Holt (premier w latach 1966-67) popierali wojnę USA przeciwko Północnemu Wietnamowi, i wysłali tam australijskich żołnierzy. John Gorton (premier w latach 1967-1971) utrzymał ich obecność w Wietnamie. Gorton postrzegany był jako antyelitarystyczny „swój chłop”, a przez opozycję jako pijak. W latach 60. Intelektualiści australijscy często głosili, iż Australia pod rządami Menziesa stała się krajem zanadto konserwatywnym, nudnym i pełnym hipokryzji. Z tej fali skorzystał polityk ALP Whitlam. Premier w latach 1972-1975, Gough Whitlam z Partii Pracy, był tym liderem, który przekształcił tą lewicową partię w socjalliberalną progresywną centrolewicę, wypełniając lukę, która powstała w wyniku coraz silniejszego przekształcania się Partii Liberalnej w ugrupowanie de facto konserwatywne. Ojciec Gougha Whitlama, prawnik, który specjalizował się w kwestiach praw człowieka miał wielki wpływ na światopogląd syna. Ponieważ ALP nie miała większość w senacie, nie udało się Whitlanowi przeforsować wprowadzenia powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, za to udało się wprowadzenie bezpłatnego szkolnictwa wyższego, zniesienie poboru do armii, rozwodów bez orzekania o winie (no-fault divorce) i zniesienie White Australia Policy, na rzecz multikulturalizmu, zniesienie protekcjonizmu handlowego, oraz ostateczne zniesienie dyskryminacji Aborygenów. Lata 70. To okres bujnego rozwoju kina australijskiego i literatury (Australia jest m.in. potęga jeśli chodzi o literaturę dla dzieci i młodzieży). Dziś obok Anglosasów jak Kim Scott, literaturę australijską współtworzą Azjaci (np. Malezyjczyk z urodzenia Hsu-Ming-Teo). Kolejny premier, tym razem z liberalnej LPA, Malcolm Fraser, w przeciwieństwie do Menziesa czy wręcz neokonserwatywnego Johna Howarda (reprezentującego prawe skrzydło LPA), dość umiarkowany i progresywny (zwiększył wydatki socjalne państwa), zahamował chwilę proces stawania się LPA partią jedynie konserwatywną. Fraser potępiał i RPA i Moskwę, choć nie zabronił pojedynczym sportowcom udziału w olimpiadzie w Moskwie w 1980 roku. Tak jak Fraser był niezbyt konserwatywny, tak jego następca z Partii Pracy Bob Hawke (premierostwo w latach 1983-1991) był uważany za zdrajcę ideałów lewicy, ponieważ niczym neoliberalna (konserwatywno-wolnorynkowa) Nowa Prawica w USA i UK (Reagan, Thatcher) sprywatyzował wiele gałęzi gospodarki. Mimo to ALP utrzymała się przy władzy. Jego kolega i następca Paul Keating znany jest głównie z dość dziwaczej próby uczynienia Australii krajem bardziej azjatyckim, skoro kontakty gospodarcze z Azją zdawały się zaczynać dominować nad tymi z Zachodem . John Howard (premier 1996-2007) był już typowym reaganistą prywatyzującym to co się da i konserwatywnym społecznie. Politycznie współpracował z USA czasów George’a W. Busha. Kevin Rudd (2007-2010) to z kolei wcielenie amerykańskiego guilty liberal rozwijającego w sobie międzycywilizacyjną wrażliwość. Rudd, znawca i miłośnik Chin, przeprosił oficjalnie Aborygenów za ich zwalczanie w przeszłości (zwłaszcza w odniesieniu do tzw. Stolen Generations – przymusową asymilację dzieci Aborygenów, w latach 1900-1970 pod różnymi pretekstami odbieranymi rodzinom, na wychowanie przez białych), wycofał też wojska Australii z Iraku (2009), lecz jego ekologiczne projekty już nie były tak udane w grudniu 2009 senat głosami posłów LPA odrzucono jego plan klimatyczny (Australia emituje najwięcej CO2 na obywatela wśród państw rozwiniętych) , stąd w 2010-2013 rządy przejęła jego koleżanka z partii Julia Gillard, pierwsza kobieta-szef APL i pierwsza premierka Australii. O różnicy między konserwatywnymi i czasem wręcz fanatycznie bogobojnymi USA, a rządzoną przez LPA Australią najlepiej świadczy fakt, że Gillard nie wstydzi się mówić w TV, o swoim ateizmie, czy swej podjętej w młodości decyzji by nie mieć dzieci. Gillard zaangażowała się w projekt obozu dla uchodźców w Timorze Wschodnim, który jednak nie został zrealizowany po zmianie zdania tamtejszego rządu. W 2013 roku po partyjnym głosowaniu na krótko do władzy wrócił Rudd. Od września 2013 premierem Australii jest Tony Abott z Partii Liberalnej, znany ze swego religijnego konserwatyzmu (niedoszły absolwent katolickiego seminarium duchownego), pewnej dozy męskiego szowinizmu i sprzeciwu wobec ograniczeń emisji zanieczyszczeń (bronił tej optyki przed Ruddem). Szef umiarkowanych „liberałów” Malcolm Turnbull w 2009 roku uważał Abotta za skrajnego w swych klimatycznych poglądach i wieszczył upadek partii, która będzie miała opinię nieczułej na sprawy ekologii . Mylił się. Tony Abott należy, podobnie jak premier Kanady Harper, do zajadłych krytyków awanturniczej ukraińskiej polityki Władimira Putina, co objawiło się podczas organizowanego przez Abotta zjazdu G-20. Abott utrwala wypaczony obraz prawicowego neoliberalizmu jako liberalizmu głównego nurtu, bowiem jego partia, mimo neokonserwatywnej polityki zewnętrznej i wewnętrznej nadal nazywa się Partią Liberalną. Abott dąży do ograniczenia socjalu, dąży np. do przywrócenia systemu „zasiłku za pracę” zlikwidowanego przez ALP w latach 90. (bezrobotni, którzy nie przyjmą proponowanej im przez rząd, czy samorządy oraz organizacje charytatywne, pracy automatycznie tracą zasiłek). System ma obowiązywać od czerwca 2014 roku. Praca tego typu ma trwać najwyżej 3 miesiące, by nie zagrozić etatowej sile pracowniczej (mimo to obawy pozostają, że zagrozi. Już w latach 90. Melbourne University uznał system za nieefektywny). W Australii bezrobotnych jest ok. 800 tysięcy osób . Australijczycy są powszechnie postrzegani jako mizoginiczni wieśniacy, lub wędrowni poszukiwacze przygód, choć znaczna większość Australijczyków mieszka w wielkich miastach (już same Sydney i Melbourne mają razem niemal 8 mln. Mieszkańców, a nawet położone na zachodzie Perth ma półtora miliona, cała zaś Australia ma 22 mln mieszkańców) i ma poglądy progresywne.

Darwin i darwinizm według Janet Browne

Janet Browne wykłada historię medycyny na London College University (UCL). Ta biografka Darwina postanowiła napisać przystępną biografię najsłynniejszego dzieła Darwina; „O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli o utrzymywaniu się doskonalszych ras w walce o byt”. Wydanej w listopadzie 1859 roku, i znów w styczniu 1860 ponieważ 1 wydanie oficyna Johna Murraya szybko wyprzedała (w dniu ukazania się). Jednocześnie z kolejnymi brytyjskimi wydaniami, ukazywały się Appeltonowskie wydania w USA. W 1960 roku biskup Oxfordu Wilberforce mógł już zawodzić: „jak to możliwe, by rzepa stała się człowiekiem” (s. 8). Fakt, lepsza glina… Dziś po podważeniu części wniosków darwinizmu przez genetykę, zręby nauk Darwina są nadal aktualne, choć czasem np. głupcy z Teksasu je atakują. Za życia Darwin cieszył się szacunkiem, nawet wśród części pastorów. Ojciec Charlesa, Erasmus Darwin tez był ewolucjonistą, więc wysłał syna do Edynburga na studia w 1825 roku na studia medyczne, w 1827 roku Charles przerzucił się na biologię, i studiował Lamarcka i chodził na wykłady Roberta Granta, a instytucjonalnie – na studia teologiczne w Cambridge (idea była taka, by ewolucjonizm i biologię traktować jako hobby wiejskiego pastora). Botanik John Henslow, i geolog Adam Sedgewick to cambridgowskie znajomości Darwina. Czytał także Johna Herschela i Alexandra von Humboldta (s. 19). W 1831-1836 Darwin ruszył na hydrograficzną wyprawę przedsięwziętą przez Royal Navy (namówił go szwagier). Szef wyprawy, kapitan Robert Fitzroy, miał raczej niebiblijny pogląd na świat, co wiele lat po wyprawie się miało zmienić. Zobaczywszy niewolników w Brazylii, Darwin zareagował jak oburzony liberał (s. 25), cała jego rodzina miała abolicjonistyczne poglądy. Darwin postrzegał zdolność „dzikich” do ucywilizowania się np. w ramach murów Londynu, jako dowód, że istnieje tylko jeden ludzki gatunek (s. 32). Po powrocie do UK, Darwin zastał z jednej strony postęp społeczny (koleje, wynalazki), ale i strachy przed nim (np. przed czartystami i socjalizmem). Ulepszenie społeczne przywoływały skojarzenia z biologicznymi i vice versa (s. 37). Niektórzy liberałowie jak nowy kolega Darwina Charles Lyell łączyli oba postępowe zainteresowania (s. 40). darwin-o-powstawaniu-gatu Około 1837 roku Darwin musiał porzucić przekonanie o boskiej interwencji w ewolucję, ale ateistą nie był, pod koniec życia przyjął dla siebie termin agnostyk, ukuty przez jego przyjaciela Huxleya), być może utracił wiarę dopiero jak w 1851 roku zmarła jego ukochana córka. Od Malthusa wziął przekonanie o tym, że walka o byt jest czymś namacalnym (poor laws z 1834 roku, o warsztatach dla ubogich były z ducha maltuzjańskie), a od farmerskiej sztucznej selekcji, przekonanie, że w naturze dokonuje się podobna bez udziału człowieka (s. 44-45). Darwin obawiał się publikować swą pracę o ewolucji, ponieważ widział jak wielkie ataki spotkały w 1844 roku anonimowego autora (dziś wiadomo, ze był to Robert Chambers entuzjasta frenologii): Vestiges of the Natural History of Creation (s. 50). Lyell namawiał Darwina do publikacji. Tennyson, Wallace, David Friedrich Strauss, Baden Powell, Matthew Arnold, Samuel Smiles podważali cuda i dogmaty, promując naukę i samokształcenie, liberalny „Westminster Review” podobnie (s. 63), Darwin nie czuł się już tak osamotniony w latach 50. Jak był w latach 40. Darwinowska walka o zasoby niszczyła złudną boską harmonię (s. 68), pisał o przetrwaniu najsilniejszych – survival of the fitest, bo wówczas słowo ewolucja było niemal zarezerwowane dla embrionów. W 1864 roku dopiero miał to zmienić Herbert Spencer. Darwin unikał zarówno teologicznego języka, jak i teleologii (to ostatnie w odróżnieniu od Lamarcka). Owad został uznany za równie dobrze przystosowanego jak człowiek. Po publikacji dzieła Darwina, np. Asa Gray, próbował celowość lamarckowską przywrócić. Darwin unikał debat i pozostawał w Down House, podczas gdy bronili go Charles Lyell, Asa Gray, Thomas Huxley i Joseph Hooker (s. 85). Huxley był najmocniejszy i najbardziej polityczny z obrońców; bez ogródek utożsamiał darwinizm z wolnomyślicielstwem i liberalizmem (s. 90). W 1862 roku poparł Darwina główny brytyjski liberał – John Stuart Mill, a niedługo potem uczynili to Renan i George Henry Lewes. Wielu krytyków darwinizmu zwracało uwagę na wagę samej książki Darwina. Darwin unikał raczej otwartych ateistów, takich jak Edward Aveling, zięć Marxa (s. 96), bał się zaszufladkowania. Początkowo ciężko było pogodzić darwinizm z pragenetyką i badaniami wieku ziemi. Darwin pisząc oddzielna książkę o pochodzeniu człowieka, wykazywał liczne połączenia między naturą i kulturą (kanon piękna od pawia do obrazu). Leslie Stephen i Alfred Wallace bardzo chwalili tą pozycję. Nie ukrywam, że dla mnie jako humanisty, najciekawsze są związki darwinizmu z polityką i myślą społeczną. Ucieszyłem się więc, że Janet Browne bynajmniej nie unika tego tematu. Pisze ona o zachwyconych „walką o byt” fabrykantach brytyjskich (s. 100). J.D. Rockefeller, James J. Hill czy Andrew Carnegie połączyli maltuzjanizm, spenceryzm i darwinizm tworząc prawicową, antysocjalną myśl polityczną. Karl Peason łączył z kolej darwinizm z kultem kolonializmu. Francis Galdon – z eugeniką. G.B. Shaw i J.B.S. Haldane zwalczali więc „prawicowy” Darwinizm. Shaw, za pomocą Lamarcka i jego przedkładaniem siły sprawczej środowiska nad czynniki wrodzone (s. 112-113). Zola, Thomas Hardy, i Herbert George Wells przyczynili się mimo postępowych poglądów, do uznania ewolucji za siły degeneracyjnej (s. 115). Lombroso i Bertillon wulgaryzowali darwinizm w ramach kryminalistyki. Leonard Darwin, syn Charlesa, przyczynił się do ustawowego zamknięcia wariatów w przytułkach , by nie mogli się rozmnażać (s. 118). Henry Goddard użył darwinizmu jako inspiracji w badaniach IQ (też uważał, że narody degenerują się, podobnie jak Robert Yerkes, który za osobniki z najniższym IQ uznał prostytutki i … Polaków – s. 119). Związek Monistów w Niemczech wyznacza marsz od darwinizmu do holocaustu, choć oczywiście jest to związek bardzo luźny. Carl Vogt uważał, że każda rasa pochodzi od innej małpy (s. 121). Nawiasem mówiąc ja tak samo uważałem jako … siedmiolatek. Chwalony przez autorkę Franz Boas, zwolennik absolutnej równości i niepowtarzalności kultur, reprezentuje drugą skrajność moim zdaniem. Bateson i pierwsi genetycy zwalczali darwinizm. Łysenko w ZSRR, aż do demaskacji dokonanej przez Andrieja Sacharowa, tworzył odrębną radziecka „naukę”, o jarowizacji ziarna i wywoływanej ewolucji na żądanie. Haldane, jako młody marksista, zwalczał darwinizm, utożsamiany w kręgach lewicowych z eugeniką, ale już Diane Fossey czy Desmond Morri w latach 50. i 60. uważali, że to co w człowieku zwierzęce, wcale nie musi być niedobre, wbrew biadającym po II wojnie światowej humanistom antymaterialistycznym (s. 135). Darwinizm i eugenika zdążyły się już jednak skojarzyć zarówno w kręgach socjalistycznych jak i chadeckich ze złem absolutnym i tak pozostaje do dziś, choć rasizm przejawiali już plemienni watażkowie czasów prehistorycznych, czy feudalni „błękwitnokrwiści” arystokraci.

O głupcach: Margaret Thatcher, romantycy, poeci, libertarianie, sarmaci, literaci i Augustyn z Hippony.

Głupoty w świecie tyle, że muszę pisać skrótowo i hurtem, inaczej pisałbym cały czas o różnych jej przejawach, tak, że miałbym ledwo czas by coś zjeść i spać. Dobra jedziemy z tym koksem: 1. Thatcher – lady M. ma nad Wisłą fanów, bo kiedy prowadziła wojnę domową ze związkowcami w UK, mizdrzyła się do wałęsowców, i tyle z historii ten głupi naród pamięta zwykle. Gdy wreszcie w polskim necie jakieś słowa krytyki, okazuje się, że sa one libertariańskie więc witki mi opadły; dżuma krytykuje cholerę, coś kiedy imam jaja se robi z jezusowców, gdy ci przemieniają chleb w mięso na mszy. Nie każda krytyka wroga jest cool z automatu. Oto połajanka libertariańska dla M: http://nowadebata.pl/2013/12/04/fatalne-dziedzictwo-margaret- thatcher/ Może i jest to pewna odmiana od typowych biogramów MT (konserwatywne panegiryki w stylu „Daily Mail” i lewicowe biadolenia w stylu „Guardiana” jak pisze autor Sean Gabb, gospodarzem bloga jest z kolej Tomasz Gabiś – taki typowy postmodernistyczny pseudoliberał prawicujący), ale Gabiś zarzuca jej po prostu, że była konserwatystką first, a libertarianami posługiwała się tylko jako pożytecznymi idiotami, którymi zwykle są, więc słusznie czyniła. Gabb wkurza się, że Thatcher: wprowadziła państwo policyjne poprawności politycznej (bo dała uprawnienia policji, a potem Blair się nimi posłużył ! To tak jakby mieć pretensję do Platona, że filozofia Heideggera była pronazistowska), że walcząc z „praniem brudnych pieniędzy”, doprowadziła do rozszerzenia ogólnego nadzoru nad naszymi transakcjami finansowymi, i popuściła smycz policji, podjęła pierwsze kroki w kierunku całkowitej kryminalizacji posiadania broni (cóż UK to nie Teksas), nie obcięła rządowych wydatków, pozwoliła na przekształcenie samorządów i administracji niższego szczebla w system synekur dla Wrogiej Klasy (Enemy Class). Wg Gabba: „jej wspieranie przedsiębiorczości nie wyszło nigdy poza przychylność dla wielkich koncernów. Prawdziwi przedsiębiorcy byli w coraz większym stopniu obarczani podatkami i regulacjami, utrudniającymi prowadzenie działalności gospodarczej. Z drugiej strony wielkie korporacje obsypywano pochwałami i ulgami prawnymi”. No sorry, ale libertarianizm zawsze tylko do tego może prowadzić. Jeśli wydaje się wojnę urzędnikom i nauczycielom w imię państwa-minimum, trzeba się oprzeć na wielkim biznesie. To nieuchronne. Libertarianizm zawsze powoduje konserwatyzację społeczną. Gabb pisze więc dalej o hodowaniu oligarchów, i domaganiu się od nich kasy na kampanie, no pewnie, a czegoś się spodziewał? Gabb wkurza się, że T. walczyła z „wolnością wyboru w kwestii palenia papierosów. To ona zapoczątkowała współczesną obsesję na punkcie zdrowia i bezpieczeństwa, co stanowiło jedynie pretekst do kontrolowania naszego życia. Znacznie wzmocniła uprawnienia państwa odnośnie nadzoru i kontroli nad wychowaniem dzieci przez rodziców oraz ogromnie zwiększyła liczebność pracowników socjalnych i rozszerzyła zakres ich władzy”. No pewnie, w końcu była konserwatystką, nie? Czemużby konserwatystka miała czynić inaczej? Dalej czytamy: „To ona sprawiła, że modne stały się ekologiczne absurdy. Była pierwszym znaczącym brytyjskim politykiem, który zaczął pleść bzdury na temat zmiany klimatu i dziur ozonowych. Zapewne była przekonana, że da w ten sposób jeszcze jedną nauczkę górnikom … prawie w ogóle nie obniżyła podatków. Bezwzględnie forsowała tempo integracji europejskiej. Jej militarystyczna polityka zagraniczna i niewolnicze posłuszeństwo wobec Waszyngtonu przeważnie działały na niekorzyść Zjednoczonego Królestwa. Jedyna prowadzona przez nią wojna, mająca jakieś usprawiedliwienie, stała się konieczna tylko dlatego, że jej właśni koledzy skutecznie zachęcili rząd argentyński, aby zaatakował Falklandy”. I całe szczęście, że jedyna, czy nie? Falklandy pomogły wygrać wybory, więc kto wie, może to była wojna sztuczna. Nawet jej wojna ze związkowcami uważa Gabb była nieskuteczna, bo powodowała, że zmutowały one w agresywny ekologizm i bezpieczniacyzm społeczny. Gabb pisze na koniec: „Żałuję, że to nie James Callaghan wygrał w 1979 roku. Jeśli sprawy przybrałyby później zły obrót, byłby to przynajmniej uczciwy, jawny despotyzm. A 34 lata później ani libertarianie, ani prawdziwi konserwatyści nie musieliby robić z siebie durniów, próbując wmówić sobie i wszystkim innym, że było inaczej, niż było”. Zabawne, że John Gray, ex-thatcherysta krytykował Thatcher w „Fałszywym świcie” (bez samokrytyki, czym mnie wkurzył nieco) za zbytnio wolnorynkowy kurs i rozbicie rodzin, muszących dostosować się do elastycznego trybu pracy i swoich szefów, oraz za zniszczenie klasy średniej, przez faworyzację wielkiego kapitału. Jednocześnie Thatcher krytykowana jest często przez lewicę za pauperyzację całych dzielnic Londynu i innych miast, bo to związki i pomoc społeczna hamowały biedę. Thatcher krytykowana jest też przez liberałów społecznych, bo skasowały programy oświatowe o seksie i emancypacji, i zwalczała feministki. Nic dziwnego, że nikt z wymienionych grup jej nie lubi, była konserwatystką, która bredziła o wolności, a wprowadzała ograniczenia; słuszne (np. wobec wolności trucia innych tytoniem w miejscach publicznych) lub zwykłe purytansko-świętoszkowate (sprawy aborcji, LGBT itd.). Libertarianie kupili hasła o likwidacji państwa i dali się nabrać, bo są idiotami jak każdy kto sprowadza wolność nie do prawnej stabilizacji i przewidywalności jak Montesquieu – klasyk liberalizmu, lecz do prostej zasady państwa-minimum (Jemen to państwo minimum…). Gdyby nie to, że MT była taką wredną konserwą, to bym ją lubił za to, że zrobiła taki numer tym libertariańskim głąbom. Thatcher była konserwą starego typu; maltuzjanką i społeczną darwinistką (jej ulubioną lekturą były książki Samuela Smilesa o samopomocy), libertarianie dziś oszukani płaczą, choć niektórzy z nich jak Rothbard i Hoppe otwarcie mówią, że rezultatem jakichkolwiek libertariańskich reform zawsze będzie konserwatyzm i zamordyzm społeczny. Obawiam się, że zanim wszyscy to skumają, w Polsce Mikke zrobi swój eksperyment i wylądujemy jak UK; bez przemysłu itd, oraz bez brytyjskiej armii i potegi kulturowo- językowej, czyli literalnie z niczym. glupota 2. Sarmatyzm i Janopawłodrugizm – bardzo podobał mi się w najnowszym NEWSWEEKU (5-11.01.2015) wywiad z Tomaszem Piatkiem („Armia małych inkwizytorów”) o polskim zakłamaniu, co do gułagu chłopów i kraju bezprawia jakim była Polska sarmacka i co do JPII, którego nawet „Krytyka polityczna” (np. Piotr Pacewicz) nie pozwalają krytykować, bo ciągle łudzą się, że jakoś się nim posłużą w dziele liberalizacji.. marzenie ścietego łba… 3. Poezja. Czemu wywołuje pozytywne skojarzenia? Czy nieracjonalnie połączone zdania wg rymu i rytmu nie są po prostu jakąś magio- religią? Czy w arii Mozarta by coś się zmieniło gdyby słowa szły nie „Voi che sapete, che cosa e amor”, tylko „Io ho comprato del burro e del’ pan’”? Skąd u nas tyle szacunku do pięknych zdań? Poezja rozkwitała najlepiej w czasach tyranów; romatyzmu, hitleryzmu, staliznizmu, a nie myśli jasnej. Piękna no i co z tego? Heglowska proza też jest piękna i też bez sensu (jak wykazał Popper). Powiedzonko: „Arbeit macht frei” też jest piękne, podobnie Horste Wessel Lied i hymn ZSRR. Czemu tak mało ludzi walczy z tzw. „magią” słów. Czemu słowa są ważniejsze od czynów, a forma od treści? 4. Może choć raz, jeden jedyny raz bądźmy nowocześni czyli modernistyczni bez „post-”. Znakomicie uchwycone w serialu: „Californication” promiskuityzm pisarzy, którzy dymają co się rusza, a potem w radiu pierdolą o upadku języka np. angielskiego (LOL, BRB etc.). Cóż nikt już nie przeczyta XIX-wiecznych poezji, które po wycięciu 300 stron opisów przyrody, mają 100 stron akcji i dialogów, czy jakiejkolwiek myśli. Nowoczesność nie polega na bzykaniu, bo Goethe też zaliczył pół Italii, ale na trafnej i szybkiej analizie rzeczywistości. Ale my nie, zawsze wstecz, zawsze sentymentalizm jak stodoła, zawsze brandzlowanie się swym pochodzeniem, językiem, smutkiem, TENSKONOTOM. Chwała bogu, jest internet i ludzie nie trawią już wielostronicowych bzdur, a literatura faktu wypiera belle lettre czym powraca do źródeł; Daniel Defoe – pierwszy i największy brytyjski powieściopisarz uważał, że powieść całkowicie wymyślona, nie mająca w sobie nic z reportażu to ŁGARSTWO. Ma rację, nie żyjmy wśród łgarstw. 5. Na koniec coś lżejszego: ŚMIERĆ i ZŁO. Wszystkie ludzkie dyskusję sie na tym kończą, bo każdy w końcu zdechnie. My ateiści to wiemy i nie łudzimy się, dlatego dla wierzących jesteśmy nieprzewidywalni, możemy nawet o zgrozo – wysłać dzieciaki na lekcję z wychowania seksualizacyjnego młodzieży… „Święty” czyli oddany funkcjonariusz Kościoła, Augustyn z Hippony powiedział, że „zło to brak dobra” czyli brak łaski. Jak to christian miał tendencję do opacznego postrzegania rzeczywistości. Średni ze mnie filozof, ale nawet ja widzę, że jest dokładnie odwrotnie: DOBRO TO BRAK ZŁA. Człowiek żyje i żyje, chyba, że dopadnie go ból i cierpienie czy inne czystki etniczne, a w końcu śmierć. Śmierć to brak życia, ustanie funkcji życiowych, czczenie zła np. jako Szatana jest tak samo głupie jak czczenie kapryśnego bóstwa niby-dobra. Zło nie istnieje jako oddzielny byt lecz jest rezultatem czyli konsekwencją ludzkiej głupoty, okrucieństwa, błędu lub … biologii. Natura i bóg są okrutni, a więc źli, bo nikt umierać nie chce. Kiedy wreszcie zaczniemy gadać o tzw. „ważnych sprawach” nie od d..y strony? 6. Sztuka – czy ktoś napisał NORMALNĄ historię Włoch? Bez tego wymieniania kolejnych malarzy i innych sztukowców z nazwiskami na -lllinniii? :) O ludziach a nie o rzeźbach? hmmm?

Robert Levin: „Bill Clinton. Portret polityka”

Postanowiłem nieco przybliżyć biografię i osiągnięcia Clintona, świetnego mówcy i dyplomaty, człowieka który unowocześnił zaniedbaną za Reagana infrastrukturę, i wyrównał Reaganowski mega-deficyt, oraz dął światu Internet, a mimo to znany jest poza USA i może jeszcze UK, głównie z krótkiej znajomości z pewną Żydówką o polskim nazwisku (och! wreszcie z czegoś byliśmy znani! Pierwszy raz od czasów Kościuszki, bo Chopin to Francuz a Vojtilia to Italiano :). Ale wróćmy do Billa C. BC był prezydentem ze snów Davida Osborna; takim, który potrafiłby wyjść poza schematy myślowe zimnej wojny (obecnie w nie wracamy, ale ok). Osborn uważał, że nie jest najwazniejszy rozmiar rządu, ale jego sposób działania. Bill to skromny chłopak z Arkansas, jego owdowiała matka piła i ćpała, więc lekko nie miał (s. 12). Uczył się (od 1954 roku) w szkole katolickiej w Hot Springs, choć rodzina była baptystyczna, od 1964 pracował przez 2 lata dla sen. Fulbrighta w Waszyngtonie, w latach 1968 -1970 był stypendystą w Oxfordzie, w szkole prawa w Yale poznał Hillary Rodham, która w 1975 roku została jego żoną. W 1978 roku Clinton został gubernatorem Arkansas, namłodszym gub. w skali kraju. W 1983 roku wdrożył z powodzeniem reformy oświatowe w tym zacofanym (od jego kadencji nieco mniej zacofanym) stanie. W 1992 prezydent USA. W szkole średniej Bill był lubiany. Uchodził za bystrego ucznia. Interesował go np. związek między posiadaniem floty a demokracją w historii UK, USA itd. (s. 38). Od progresywistycznego przemówienia Kennedy’ego (1960), Clinton postanowił zapisać się do Democratic Party (s. 45). Bill liczył na ucywilizowanie Południa, choć sam stykał się czasem z odium południowca, np. Edith Jones ostrzegała go, że dla południowca dostanie się do jednej z uczelni Ivy League może być trudne (s. 47). Ale dostał się do jezuickiego Georgetown, gdzie chodził na religioznawstwo dla niekatolików (nazywano te zajęcia buddyzmem dla baptystów – s. 52), stąd religijność BC miała mieć bardzo ekumeniczny wymiar. Jako student BC nagadał rasiście George’owi Wallace, na jednym z jego wieców: „przez pana muszę się wstydzić, że jestem z Arkansas” (s. 65). W Oxfordzie stereotyp południowca dawał o sobie znac dalej. Czarny stypendysta z USA (jeden z 32 płynących do UK na tym samym statku) Tom Williamson na wszelki wypadek unikał Southenera, ale potem się zaprzyjaźnili. Brytów szokował BC otwartością i rubasznością, a także wysokim wzrostem (Clinton ma 186 cm wzrostu), jako jedyny przyjaźnił się z groźnym portierem Douglasem, eks-sierżantem British Army (s. 67). W kwestii Wietnamu BC był z Bobem Kennedym przeciw ekipie Johnsona. Yale było wg Levina idealnym miejscem dla Clintona bo znane było nie tylko z nauki czym prawo jest, ale i czym powinno być, a BC był typowym idealistą (s. 86). Po Yale BC uczył prawa konstytucyjnego w Arkansas. Starał się też działać w lokalnej polityce. Arkansas lat 70. było jedynym stanem gdzie nie było powszechnej edukacji (s. 90). Postępowcy jak Orval Faubus (we wszystkim prócz kwestii rasowej, był za segregacją) czy Dale Bumpers mieli często związane ręce, wobec konserwatywnych lobbies i anarchizmu mieszkanców stanu. W 1974 roku Clinton próbował sił w wyborach gubernatorksich; krytykował republikanina Hammerschmidta za popieranie Nixona, i postulował wzmocnienie pozycji kongresu wobec prezydentów (s. 95) i za sprezciw wobec powszechnej oświaty. W 1974 roku przegrał o włos, w 1978 wygrał, mimo iż krytykowano go za liberalizm w kwestiach dostępu do broni, marychy, praw kobiet i kary śmierci. Wygrał w 71 z 75 okręgów (s. 106). „Daily Citizen” z Searcy chwaliła go za „konserwatyzm” finansowy (czyli po ludzku odpowiedzialność finansową). Od początku 1978 roku BC mówił o równości szans w kontekście edukacji. Miał problemy z lobby drogowym i kubańskimi emigrantami (Fort Chaffe). Choc opanowął kryzysy, w 1980 wyborów już nie wygrał. W 1980 Clintonowie byli na baptystycznej pielgrzymce w Izraelu, co wzmocniło sentyment obojga dla tego kraju (s. 126). W 1984 roku DP wyznaczyła na pojedynek z Reganem staroświeckiego liberała z Północy Mondale’a, co spowodowało, że wielu demokratów z Południa, wolało Reagana (s. 141). BC też nie był zachwycony. Jako kandydat na gubernatora Bill Clinton uznawał, jak jego pastor Oscar Vaught, że biblia hebrajska nie zakazywała całkowicie aborcji, stąd BC był zawsze pro-choice, a przeciw propozycjom senatora z Arkansas Luthera Hardina z 1985 roku, wygrał stanowisko gubernatora dzięki naciskowi na edukację, o której pozostali kandydaci mówili niewiele. Jako gub. nie bał się bywać w domach ludzi oficjalnie zdeklarowanych jako LGBT i wielokrotnie przejawiał niechęć wobec wszelkich uprzedzeń (s. 164). Levin pisze nieco o seksaferze z Lewinsky, i uważa, trochę inaczej niż np. Paul Berman, że ludzie mieli gdzieś cudzołóstwo, lecz że przetrwał nagonkę dzięki temu, że się nie ukrywał i nadal spotykał na żywo z wyborcami (s. 186). Małoduszność GOP w tym czasie nie odpłaciła się, DP zemściła się w sprawie Foleya. Jako prezydent Clinton, stwierdził oligarchizację Reaganowo-Bushową i ujął się za ubożejącą klasą średnią (s. 213) oraz kobietami chcącymi faktycznej równości. Głosił, że państwo nie jest potworem jak malował je Reagan, lecz może się przydać. Clinton budował drogi i mosty (za Reagana USA inwestowały w nie 12 razy mniej niż RFN i Japonia), oraz ograniczył ogromny Reaganowski deficyt, który rujnował uboższych. Obiecał dostęp do netu w szkołach firmach i bibliotekach do… 2015 roku (s. 218), walkę z AIDS (Reagan pozwalał „rozwiązłym” pacjentom umierać), walkę z toksycznymi odpadami (Reagan zaniechał kontroli w sprawach bezp.), i wykorzystanie wiedzy wojskowej do cywilizacyjnego progresu cywilnego. Oskarżał Republikanów o hipokryzję; głoszenie family values i rujnowanie rodzin podatkami (s. 222). Urlopy rodzinne i pracownicze, i to by ludzie nie musieli ciągle wybierać między rodziną a pracą było priorytetem Clintona. Edukacja (program Head Start, który obiecali wspomóc Republikanie, ale nigdy tego nie zrobili) to kolejne oczko w głowie BC. Clinton starał się zmierzyć z zbyt kosztownym systemem zdrowotnym, w którym wszystkim rządzą ubezpieczyciele i producenci (często szkodliwych lub niepotrzebnych leków). W październiku 1991 w przemówieniu oskarżył Republikanów o szczucie ras i grup społecznych przeciwko sobie nawzajem, by odwrócić uwagę , od bezrobocia (s. 236). Lata 80. nazwał dekadą chciwości i egoizmu (s. 246), mówił o gigantycznych pensjach dyrektorów i managerów, bandytyzmie, lekceważeniu obowiązków obywatelskich i o błędnym Reaganowskim przeciwstawianiu wolności i bepieczeństwa, a jak ma być wolny chłopak, którego ojciec musi odprowadzać do szkoły, by go nie napadnięto? Clinton zrealizował większość obietnic, poległ tylko w walce z farmaceutami, tej potęgi chyba nikt nie ruszy. Ale i tak Clintonowski bilans jest imponujący. Także w polityce międzynarodowej; udane akcje w Serbii (w Serbii starał się mediować i rozumieć wszystkich, anie jak Bush jr w Iraku zakładał, że jakoś będzie) i demokratyzacja Korei, a także do pewnego momentu – Rosji. To Clinton zaczął ścigać terrorystów po świecie. Wiele zrobił też dla dysydentów w Chinach; niestety po nim przyszedł buldog z GOP niszcząc olbrzymi kredyt zaufania do USA, np. wysyłając samoloty szpiegowskie nad Chiny. Za Clintona takie wskrzesznaie cold war by nie przeszło. Czy wspomniałem już, że internet – ucho wolności – to dar Clintona dla świata? Dotąd był to niszowy projekcik.